środa, 31 lipca 2019

Les bagages

Fillip i Marcel

Patrzyłem z rezygnacją na piętrzące się przede mną góry kolorowych ubrań moich dzieci. Już jeden raz próbowałem zmniejszyć ich liczbę, ale efekt był mizerny. Prawdę mówiąc, niemal niezauważalny. Wątpiłem nawet, czy za drugim lub trzecim razem uda mi się osiągnąć dużo więcej. Pewne było jedno. Samym patrzeniem na pewno nic nie mogłem zdziałać.
Zmęczony samą myślą o czekającej mnie walce z ubraniami dzieci, westchnąłem ciężko i spojrzałem na stojącego obok mnie męża.
- Przypomnij mi na ile wyjeżdżamy… - mruknąłem smętnie.
- Na tydzień, kochanie. - Marcel pogładził mój policzek. - Rozumiem, że dzieci brudzą się szybciej od nas, ale to chyba przesada. - wskazał palcem dwie góry będące moim aktualnym zmartwieniem.
- Tak, wiem. Po prostu sam już nie wiem, co zostawić w domu, a co się im przyda. Pogoda może być zmienna… Nie nadaję się do pakowania.
Marcel stanął za mną, objął mnie ramionami w pasie i oparł brodę o moją głowę.
- Po prostu troszczysz się o chłopców i chcesz żeby mieli wszystko czego im potrzeba. Pomogę ci odłożyć część ubrań, dobrze? Razem na pewno uda nam się odrzucić część tego Mont Everestu.
Uśmiechnąłem się wtulając w swojego czułego, kochającego i zawsze gotowego pomóc dobrym słowem oraz czynem męża. Byłem największym szczęściarzem na świecie mając u swojego boku kogoś tak perfekcyjnego. Nawet jeśli ja nie nadawałem się do pakowania, on z pewnością zdoła coś wymyślić i będzie głosem rozsądku pośród mojego szaleństwa.
- Dziękuję. - odpowiedziałem w końcu. - Ale nie ruszajmy się przez chwilę z miejsca. Jest mi zbyt dobrze.
Marcel roześmiał się, a jego pierś zadrżała przylegając do moich pleców. Uwielbiałem to uczucie, podobnie, jak wszystkie inne, których źródłem był mój mąż.
- Wiesz, że musimy także spakować Cupcake’a?
- Nie dobijaj mnie teraz, kochanie! - zajęczałem. - I tak mam wrażenie, że on sprawi nam najmniejszy problem. Jest zbyt ciepło żeby go ubierać, więc nawet chłopcy odpuścili ku jego wielkiej uldze.
- A skoro o chłopcach mowa… Mam pewien pomysł! - Marcel pocałował mnie w czubek głowy i zasłonił moje uszy swoimi dłońmi. - Nathaniel, Florin, do mnie! - krzyknął rozkazującym tonem, a już w kilkanaście sekund później usłyszeliśmy ciche dreptanie naszych dzieci, które wpadły do pokoju.
Buzie naszych pociech były ubrudzone czekoladą oraz białym nadzieniem miętowym, a ich oczka ogromne.
- Tatuś pozwolił nam zjeść po tabliczce! - zaczął się tłumaczyć Nath.
Marcel znowu się śmiał, a ja kolejny raz rozpłynąłem się w cudownym uczuciu drżenia jego ciała.
- Nie o to chodzi, misie moje kochane. - jego głos był cudownie delikatny i pełen czułości. - Chociaż podejrzewam, że tatuś nie sądził, że naprawdę dacie sobie radę z całą tabliczką czekolady… No, dobrze. Nieistotne.
Prawdę mówiąc to podejrzewałem, że moim chłopcom uda się zjeść po całej tabliczce i cicho na to właśnie liczyłem. Wiedziałem, że będzie ich później mdlić i przez pewien czas nie będą mogli spoglądać na słodycze, a właśnie o to mi chodziło. Chciałem oduczyć ich zachłanności w stosunku do czekolady i byłem pewny, że to świetny pomysł.
- Pomożecie nam w pakowaniu na nasz wakacyjny wyjazd. - wyjaśnił maluchom Marcel.
- A na ile jedziemy? Myślałem, że tylko na tydzień… - Nath wskazał górę ubrań, które należały do niego.
- Cóż… - głos mojego męża był dziwnie piskliwy, co znaczyło, że właśnie tłumił śmiech.
O, nie! Nikt nie będzie się ze mnie nabijał. Nawet on!
Rzuciłem Marcelowi ostrzegawcze, ostre spojrzenie.

~ * ~ * ~

Wyglądał uroczo, kiedy tak marszczył brwi i starał się mnie zastraszyć, przez co zamiast się śmiać, miałem ochotę zajęczeć.
- Jedziemy na tydzień. - mój cudowny Anioł przeniósł swoje rozkoszne spojrzenie na naszego najstarszego synka. - Dlatego musicie pomóc w wyborze ubrań.
Objąłem go mocno w pasie i wtuliłem się w jego plecy, podczas gdy policzkiem pocierałem lekko o szyję Fillipa. Miał do tego słabość, a ja nie chciałem żeby się na mnie złościł.
- Przeszkadzasz mi, kochanie. - upomniał mnie, kiedy upajałem się jego słodkim zapachem.
- Wiem… - zamruczałem tylko i nie przestałem się do niego przytulać. Dzieci i tak były już przyzwyczajone do naszych czułości i wiedziały, jak bardzo się z Fillipem kochamy.
- Tata jest trochę zajęty, więc nie zwracajmy na niego uwagi.
Musiałem przyznać, że mój mąż miał w sobie sporo samozaparcia i siły, skoro potrafił zignorować moje zaloty. Wprawdzie czułem lekkie drżenie jego ciała i szybsze bicie serca, ale głos mu nie zadrżał ani razu, kiedy mówił do naszych pociech.
- Wybierzcie siedem podkoszulków, które chcecie ze sobą zabrać na wyjazd. - polecił chłopcom. - Jakie tylko chcecie, byleby z krótkim rękawem.
- Tak jest! - Nathaniel zasalutował, zaś Florian zrobił to samo. Nadal był bez reszty zapatrzony w starszego braciszka, więc naśladował go kiedy tylko mógł. Podejrzewałem więc, że ich ubrania nie będą się szczególnie różnić, przynajmniej pod względem kolorystycznym.
Zapatrzony w naszych synów, którzy właśnie zanurkowali w górach swoich ubrań, zapomniałem o przeszkadzaniu Fillipowi pieszczotami.
Mój Anioł przekręcił głowę, pocałował mnie w policzek i wymknął się z moich objęć.
- Ja układam ubrania Flo, a ty Natha. - przydzielił mi zadanie i wskazał przygotowaną już torbę naszego starszego syna.
Chociaż z największą rozkoszą dręczył bym go dalej, nie potrafiłem zignorować żadnego z jego poleceń, toteż od razu zabrałem się do pracy. Wiedziałem jednak, że później, kiedy maluchy zasną, będę mógł spędzić z Fillipem kilka chwil sam na sam, które wykorzystamy bardzo owocnie.
Cupcake ostrzegł nas przed swoim przybyciem szczeknięciem z korytarza, a kilka chwil później wszedł zadowolony do pokoju. Obserwował nas przez chwilę, po czym położył się z boku i obserwował naszą wspólną pracę.
- Dobry piesek. - pochwaliłem go. - Wiesz, że po chłopcach przyjdzie pora na ciebie, prawda?
- Teraz dwa dodatkowe podkoszulki, misie. - Fillip wydał kolejne plecenie chłopcom, po czym zwrócił się do mnie. - Cupcake jest grzeczny, bo wie, że dostanie coś pysznego do przekąszenia. Wyczuł, że dzisiaj na obiad kurczak.
Śmiech mojego Anioła był dźwiękiem tak wspaniałym, że z rozkoszą słuchałbym go całymi dniami i nocami. Tylko śmiech moich synów mógł mu dorównać magią.
- W sosie pomidorowo-śmietanowym. - dodał wyraźnie zadowolony Nathaniel, który właśnie pomagał z wyborem braciszkowi. - Mmm, już nie mogę doczekać się obiadu!
- Florian też! - rzucił pospiesznie nasz najmłodszy skarb i pogłaskał swój dziecięcy, pulchny brzuszek.
- W takim razie musimy się szybko spakować. - Fillip uśmiechnął się do dzieci i pocałował każdego z nich w główkę zanim nie kazał im szukać trzech sweterków lub rozsuwanych bluz.
Dzięki jego sprawnej koordynacji naszej pracy, o wiele szybciej udało się nam spakować chłopców. Nie rozumiałem dlaczego Fillip nie zdołał tego zrobić wcześniej, ale podejrzewałem, że kiedy sam musiał myśleć o dokonaniu właściwego wyboru, miał problemy z podjęciem decyzji. Nath i Flo nie mieli za to żadnego i pakowanie szło nam tak sprawnie, że uporaliśmy się z nim w przeciągu pół godziny.
Byłem dumny z mojego męża, o czym nie zapomniałem mu powiedzieć. Zasługiwał na pochwały bardziej, niż ktokolwiek inny. Był wzorowym panem domu, troskliwym i kochającym mężem i ojcem, wyjątkowym chłopakiem… Mogłem wymieniać jego zalety w nieskończoność.

~ * ~ * ~

- I gotowe! - westchnąłem zadowolony. Poszło mi lepiej, niż sądziłem. Chłopcy byli spakowani i wciąż mieliśmy jeszcze sporo czasu do posiłku. Odesłałem więc maluchy do ich czekolad, jeśli nadal mieli ochotę się nimi zajadać. Szybko okazało się, że wcale łatwo się nie poddają, a ich „łakociowe” żołądki wciąż miały sporo miejsca.
Chłopcy zadowoleni i dumni z siebie wyszli z pokoju i poczłapali do swoich zajęć przy tabliczkach czekolady, Cupcake podążył za nimi merdając radośnie ogonem, zaś ja zostałem sam na sam z Marcelem.
- A więc musieliśmy coś przerwać na czas pakowania… - mruknąłem przybliżając się do mojego mężczyzny z przekornym uśmiechem. - Myślę, że możemy do tego powrócić na czas oczekiwania na porę obiadową. Zresztą nie wiem, czy potrafiłbym znowu się od ciebie oderwać. Już pierwszy raz wymagał ode mnie niesamowitej siły woli.
Marcel roześmiał się głęboko, a moje ciało od razu zareagowało na ten cudowny dźwięk.
- Tatoooo! A możemy jeszcze czekolady?! - z kuchni doszło nas pytanie Nathaniela, które wyraźnie kończyło nawet nie podjęte na nowo pieszczoty. Jeśli nasze pociechy chciały więcej słodyczy, a ja nie zamierzałem im ich dawać, było pewne, że nie zajmą się niczym więcej na dłuższy czas. Tym samym byliśmy zmuszeni znaleźć im coś innego do roboty. A to mogło być bardzo trudne, kiedy byli już nafaszerowani cukrem niczym indyczki kasztanami lub kaczki pomarańczami.
- Jedna tabliczka i ani grama więcej! - odkrzyknąłem i pocałowałem Marcela, który krzywił się na myśl o takiej ilości czekolady i cukru.
- Że ich jeszcze nie zemdliło. - mruknął odpowiadając na mojego buziaka kilkoma swoimi.
- Pamiętaj, że u dzieci ta cała słodycz na pewno się skądś bierze. Może właśnie ze słodyczy, które potrafią pochłaniać w zatrważających ilościach. - zażartowałem gładząc go palcem po zmarszczonym czole. - Chodźmy zanim rozniosą nam kuchnię. - pocałowałem go raz jeszcze i złapałem za rękę. - Ale wieczorem ci nie odpuszczę! - ostrzegłem, co mój cudowny mężczyzna przyjął z wyraźną radością, bowiem uszczypnął mnie w pośladek i trzymał się tak blisko mojego tyłu, że chyba tylko cudem pokonaliśmy schody w jednym kawałku.
Naprawdę nie mogłem doczekać się wieczora.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

NOTRE DAME DE PARIS

DZIŚ (15/04/2019) PRZED GODZINĄ 19:00 WYBUCHŁ POŻAR W KATEDRZE NOTRE DAME W PARYŻU. TO BARDZO WAŻNE DLA MNIE ORAZ DLA MOICH BOHATERÓW MIEJSCE.
W TEJ KATEDRZE MARCEL I FILLIP WZIĘLI ŚLUB.






czwartek, 31 stycznia 2019

Nouvel ami

Fillip i Marcel

Wtulony w bok męża, obejmując go w pasie i będąc przez niego obejmowanym, obserwowałem dwójkę naszych dzieci, która przyglądała się niepewnie stojącemu przed nimi kremowemu szczeniaczkowi, który również mierzył wzrokiem dwa wpatrzone w niego maluchy.
- Jesteś pewny, że to zwyczajny szczeniak? - zapytałem Marcela, który przyniósł pieska przed pięcioma minutami. - Wygląda jakby właśnie spetryfikował nam synów.
- Zapewniam cię, że to najzwyklejszy szczeniak na świecie. - w głosie Marcela słyszałem rozbawienie i wcale się temu nie dziwiłem, jako że obserwowanie naszych malców oraz pieska naprawdę bawiło, nawet jeśli na pierwszy rzut oka zupełnie nic się między nimi nie działo.
- Jak myślisz, jak długo mogą tak stać?
- Nie mam pojęcia, kochanie. - Marcel przygarnął mnie mocniej do siebie i pocałował w czubek głowy.
- Nath, Flo, nie bójcie się pieska. Podejdźcie do niego. - starałem się zachęcić chłopców. - To maleństwo jest nie tylko mniejsze, ale też młodsze od was. Chcecie żebym wam pomógł się z nim zaprzyjaźnić?
Nathaniel spojrzał na Florina, który stał obok niego, po czym wziął głęboki oddech.
- Nie trzeba, tato. - powiedział dzielnie i zrobił krok do przodu, na co piesek odskoczył w tył, a Flo pisnął wystraszony tym nagłym ruchem.
Nasz Nath chciał pokazać się bratu jako odważny chłopiec, prywatny bohater, więc uśmiechnął się do Florina zachęcająco.
- Nie bój się, nic nam nie zrobi. On się nas boi. - nasz starszy syn znalazł w sobie odwagę by zignorować własny strach. W końcu do tej pory ani on, ani Flo nie mieli styczności ze zwierzętami, które nie były w jakiś sposób oswojone, a to szczenię miało to dopiero przed sobą.
Nathaniel uklęknął na trawie i wyciągnął rękę do szczeniaka zachęcając go cichym głosem do podejścia bliżej.
- Chodź, nie bój się… - mówił do psa, na co Flo podszedł i przykucnął obok jego boku, jakby przy Nathanielu nic mu nie groziło ze strony szczeniaka.
Psiak wpatrywał się w nich przechylając główkę, po czym podszedł bliżej, odskoczył i uciekł kawałek dalej, tylko po to żeby znowu spróbować się zbliżyć.
- Kochanie… - zamruczałem odrywając spojrzenie od dzieci, które starały się aktywnie zachęcić szczeniaka do zaprzyjaźnienia się z nimi, co było sporym krokiem do przodu po wcześniejszej „petryfikacji”. Okręciłem się na pięcie w objęciach męża i stając do niego przodem, zarzuciłem mu ramiona na szyję. - Wiesz, co oznacza adopcja tego szczeniaka, prawda? - uśmiechnąłem się patrząc wyczekująco w cudowne, szare oczy mężczyzny mojego życia, który uczynił mnie najszczęśliwszym człowiekiem na  świecie i każdego dnia dbał aby się to nie zmieniało.
- Więcej sprzątania, czasu spędzanego na tresurze…
- Nie, głuptasie! - uciszyłem go lekkim pocałunkiem. - To oznacza, że nasze maluchy zajmą się pieskiem, a my będziemy mieć więcej czasu dla siebie. - gładziłem palcami jego kark. - Naprawdę dla siebie… - zamruczałem uwodzicielsko.
Oczy Marcela rozbłysły pożądaniem i poczułem poruszenie w jego kroku, co umożliwił mi fakt, że jego ciało stykało się ciasno z moim. To sprawiło, że po całym moim ciele przebiegły cudowne ciarki. Mój mężczyzna pragnął mnie nieprzerwanie, tak jak ja pragnąłem jego. Byliśmy ze sobą od niemal sześciu lat, a mimo to nasze uczucia nie zmieniły się. Nadal byliśmy w sobie szalenie zakochani i w dalszym ciągu byliśmy spragnieni swojej fizycznej bliskości.
Bawiłem się krótkimi włoskami na jego kraku i skubałem jego wargi swoimi, od czasu do czasu je przygryzając. Marcel wsunął dłonie do tylnych kieszeni moich jeansów, dzięki czemu mógł ściskać moje pośladki w sposób, którego nasze dzieci nie zauważyłyby, gdyby teraz n nas spojrzały.
Rzuciłem okiem na dzieci. Piesek był teraz pół metra od nich, a więc niedługo pewnie odważy się podejść całkowicie, co dawało nam około dziesięć minut dla siebie i planowałem je wykorzystać w pełni.
Nie potrafiąc nawet powstrzymać uśmiechu, zacząłem obsypywać Marcela po twarzy i szyi drobnymi, niezgrabnymi pocałunkami.

~ * ~ * ~

Rozkoszowałem się motylimi muśnięciami słodkich ust mojego cudownego Anioła, który wydawał się spragniony pieszczot równie bardzo, co nasi synowie po długim dniu pod opieką wujków. Tak bardzo za nim szalałem, że nie zdziwiłbym się, gdybym w tamtej chwili unosił się nad ziemią lub był otoczony jasną poświatą płynącą z radości niemożliwej do opisania.
- Mój słodki… - zamruczałem, ściskając mocniej jego pośladki przez materiał spodni i przycisnąłem go do swojego ciała z jego większą siłą, chociaż jeszcze przed chwilą nie sądziłem, że jest to w ogóle możliwe.
- Wdrapałbym się na ciebie, ale to na pewno nie ujdzie uwadze dzieci, więc nie mogę. - Fillip westchnął teatralnie i spojrzał na mnie tymi swoimi słodkimi oczami łani.
- Szczeniak zmęczy dzieci, dzięki czemu szybciej zasną, a wtedy będziemy mieli dla siebie całą noc. - powiedziałem łapiąc dolną wargę chłopaka między zęby i possałem ją lekko.
Ten piesek naprawdę spadł mi z nieba. W przenośni i dosłownie, biorąc pod uwagę, że ktoś wyrzucił go przez okno, kiedy akurat przechodziłem chodnikiem. Psina zapiszczała wystraszona i tylko za sprawą mojego refleksu, udało mi się rzucić w porę zaklęcie, które uchroniło pieska przed strasznym losem. Nie wiem, kto zrobił coś tak potwornego i nie chciałem tego dociekać, ponieważ nie byłem pewny, czy zdołałbym się powstrzymać przed własnoręcznym wyrzuceniem z okna człowieka, który potraktował to żywe, łatwowierne i niemogące się bronić zwierzątko niczym niepotrzebnego śmiecia.
Ponad ramieniem Fillipa spojrzałem na nasze maluchy. Uśmiechnąłem się skinąwszy w ich stronę Fillipowi, który przekręcił się w moich objęciach odrobinę.
Nasi synowie właśnie naśladowali ruchy szczeniaka, który doskakiwał do nich zaczepnie i odskakiwał aby uciec, kiedy się zbliżyli. Psina zaszczekała cicho i skoczyła, wpadając na Nathaniela, po czym szybko dała nogę, kiedy rozbawiony chłopiec starał się ją złapać i pogłaskać.
Kiedy szczeniak poślizgnął się na trawie i upadł na swój kudłaty zadek, Florin zaczął śmiać się tak rozbawiony, że skończyło się to czkawką, co z kolei bardzo rozbawiło Natha. Na szczęście czkawka nie trwała długo i znajdujący się na granicy łez Flo od razu odzyskał dobry humor.
Aby odzyskać uwagę Fillipa, pocałowałem go w szyję, zaraz pod uchem. To miejsce było jednym z najczulszych na jego ciele i wiedziałem, że uwielbiał, gdy je drażniłem w jakikolwiek sposób.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że musimy jakoś nazwać to maleństwo? - zapytał znowu poświęcając mi cały swój czas.
- Pozwolimy aby chłopcy nad tym pomyśleli. - szepnąłem w jego usta i zamknąłem je swoimi.
Na początku tylko muskaliśmy nawzajem swoje wargi, ale niewiele było trzeba, aby mój język błagał liźnięciami wargi Fillipa o pozwolenie na wsunięcie się w ich ciepłą wilgoć. Otrzymując zielone światło, wsunąłem język w tę słodką rozkosz.
Ciepłe, twarde ciało Fillipa przylegające do mojego, jego gorące usta i sprawny język konkurujący z moim. Nic dziwnego, że całkiem straciłem poczucie czasu.
- Widzisz piesku, oni tak zawsze!
Roześmiałem się jednocześnie z Fillipem. Obaj wiedzieliśmy, że zostaliśmy przyłapani przez nasze maluchy.
Odsunęliśmy się od siebie spoglądając na dzieci siedzące ze szczeniakiem między sobą i głaszczące go po grzbiecie.
- Zamiast podglądać, powinniście zastanawiać się nad imieniem dla pieska! - Fillip upomniał maluchy, które uśmiechnęły się, jak na łobuziaków przystało.
- On już ma imię! - powiedział zadowolony Nathaniel, na co Flo entuzjastycznie pokiwał główką.
- Doprawdy? Więc może zdradzicie nam jakie to imię? - objąłem męża w pasie patrząc na zadowolone z siebie maluchy.
- Cupcake! - pisnęła nasza najmłodsza pociecha.
Spojrzałem na Anioła, a on na mnie. Wzruszyliśmy ramionami niemal równocześnie.
- To całkiem ładne imię dla pieska. - przyznałem.
- Niech będzie Cupcake! - zgodził się Fillip. - Ale musicie pamiętać, że pieska trzeba wyprowadzać, sprzątać po nim, a kiedy będzie wystarczająco duży, także kąpać.
Maluchy kiwały zadowolone główkami, co wcale mnie nie dziwiło. Dzieci były dziećmi, więc taka reakcja była do przewidzenia.

~ * ~ * ~

Stojąc przytulony do męża, z jego ramieniem w pasie i moim obejmującym go w ten sam sposób, patrząc na nasze siedzące na trawie dzieci, między którymi ulokował się mały szczeniak, zacząłem zastanawiać się jak to możliwe, że moja rodzina rozrastała się tak cudownie, szczęśliwie i naturalnie. Szybko porzuciłem jednak te rozważania, ponieważ nie miały najmniejszego sensu. Bo czy to ważne dlaczego? Nie.
- No dobrze, misie moje kochane. Zrobimy teraz tak. Flo pójdzie z tatą po obrożę, miseczkę i jakieś łóżeczko dla Cupcake’a, a w tym czasie Nath pomoże mi z obiadem. Cupcake będzie miał czas na zapoznanie się z naszym domem, dobrze? - dzieci od razu się ze mną zgodziły, za to Marcel spojrzał na mnie z miną cierpiętnika. - Kochanie, wiem, że dopiero wróciłeś z zebrania i jesteś zmęczony, ale ktoś musi zrobić zakupy dla szczeniaka. Mógłbym to być ja, ale zacząłem już robić obiad i chciałbym go skończyć.
- Nie próbuj na mnie tych sztuczek, Fillipie. Po prostu nie chce ci się ruszyć kuperka. - Marcel przewrócił oczyma, na co po prostu pokazałem w uśmiechu zęby.
Mój mąż miał rację, nie chciało mi się krążyć po mieście w poszukiwaniu niezbędnych drobiazgów dla naszego nowego członka rodziny.
- Proszę…. - zrobiłem najbardziej błagalne oczy, na jakie było mnie stać.
- Dobrze już, dobrze! - Marcel poddał się dając mi szybkiego buziaka.
- Wynagrodzę ci to wieczorem, skarbie. - zapewniłem, a na moje policzki wpełzł lekki rumieniec.
- W takim razie nie ma sensu zwlekać. Flo, zbieramy się! - zakomenderował mój mężczyzna i podchodząc do chłopców, porwał Florina z ziemi. Posadził go sobie pewnie na ramionach i skrzywił się, kiedy maluch w piskach radości, z wielkimi oczkami pełnymi strachu, ale i zaufania do swojego taty, zacisnął rączki na jego jasnych włosach.
- No dobrze, zanim tata ołysieje z powodu tak pewnego uchwytu, zmieńmy ułożenie tych małych łapek. - rzuciłem rozbawiony i podszedłem do nich. Złapałem Flo za rączki i zachęciłem go do puszczenia włosów Marcela, a następnie pokierowałem jego łapki do szyi mężczyzny mojego życia. - Złap się tutaj, kochanie. To pewniejsze niż włosy, prawda? A teraz daj mi buziaka i idźcie zanim zamkną wam sklepy.
Wymieniłem po buziaku z Florinem i Marcelem, po czym stojąc z Nathanielem i szczeniakiem u boku, patrzyłem jak się oddalają.
- Dobrze, czas na obiad! - klasnąłem w dłonie i pogoniłem Natha do domu. Wziąłem też na ręce Cupcake’a, jako że planowałem wyczyścić mu łapki zanim wpuszczę go do domu, a wątpiłem by psinka czekała na moje pozwolenie, gdybym puścił ją samopas.
W holu rzuciłem zaklęcie czyszczące na szczeniaka i korzystając z okazji, że kiedy tylko postawiłem go na ziemi, postanowił obwąchać wszystko, co tylko go otaczało, kilkoma dodatkowymi zabezpieczającymi zaklęciami potraktowałem podłogi, meble, dywany. Chciałem uniknąć przykrych wypadków i wielkiego sprzątania, póki piesek nie nauczy się załatwiać na zewnątrz.
- Idziemy myć łapki. - pogoniłem synka do łazienki, gdzie wspólnie wyszorowaliśmy ręce.
- Tatusiu, a gdzie będzie spał Cupcake? - Nath spojrzał na mnie w taki sposób, że nie miałem wątpliwości o czym myśli.
- W salonie. - ukróciłem jego fantazje o psie w pokoju. - I to nie podlega żadnej dyskusji. - Jeśli będzie trzeba, ja i tata weźmiemy go do siebie póki się nie przyzwyczai do nowego otoczenia, ale ani ty, ani Flo nie będziecie z nim spać.
- Ale dlaczegoooo?
- Ponieważ Cupcake wyrośnie na psa zbyt dużego, żeby miał się mieścić razem z wami w waszych łóżeczkach… Nie, kochanie, nie kupimy wtedy większych łóżeczek. - znowu przewidziałem tok myślenia mojego synka.
- No dobrze… - Nath nachmurzył się, ale wiedziałem, że szybko mu przejdzie. Zawsze przechodziło.