niedziela, 31 grudnia 2017

La joie

Marcel

Zamknąłem oczy wsłuchując się w grające w tle angielskie i francuskie kolędy oraz w szum prowadzonych przy stole rozmów. Wziąłem głęboki oddech, wciągając powietrze przez nos, tym samym chłonąc unoszący się w powietrzu zapach roztopionego wosku oraz świątecznych potraw. Na języku wciąż czułem słodycz świątecznego ciasta oraz kwaskowaty aromat wina.
Ciepła, delikatna, ale bezsprzecznie męska dłoń złapała delikatnie mój podbródek i odciągnęła moją głowę do tyłu. Miękkie, suche usta nakryły subtelnie moje w krótkim pocałunku.
- Zmęczony? - Fillip pogładził mnie pieszczotliwie po policzku, a jego głos był niczym miód rozlewający się po moim wypełnionym miłością sercu.
- Nieee. Rozkoszuję się tym, co mam. - przyznałem uchylając powieki i splatając swoje spojrzenie ze spojrzeniem czekoladowych, błyszczących radością oczu męża.
Anioł zaśmiał się ciepło i pocałował mnie w czoło.
- Tylko nie odpływaj w tej rozkoszy, kochanie. Kolacja jeszcze nie dobiegła końca. I ja też z tobą jeszcze nie skończyłem. - dodał szeptem tuż przy moim uchu, drażniąc je wargami.
Cudowny dreszcz podniecenia przepłynął przez całe moje ciało niczym impuls elektryczny.
To była obietnica.
Fillip zniknął w drzwiach kuchni, w której krzątała się jego matka, zaś ja przesunąłem spojrzeniem po pozostałych w salonie siedzących przy stole osobach.
Mój teść pochłonięty był rozmową prowadzoną z ojcem Olivera, matka blondyna rozpływała się nad karmioną właśnie przez nią Anastasie, podczas gdy Xavier pozwalał się karmić Luciferusowi, który niespodziewanie pojawił się na dzisiejszej rodzinnej kolacji. Oli dźgał w bok Reijela, który wyraźnie szukał zaczepki, rzucając ojcu wściekłe spojrzenia, podczas gdy Nathaniel siedział na kolanach Fabiena.
Moja rodzina była w komplecie.
Otaczało mnie ciepło i jednocześnie wypełniało mnie całego od środka. Otaczała mnie radość i czułem, jak promieniuje nią każda komórka mojego ciała. Otaczał mnie szczery śmiech i równocześnie rodził się też we mnie.
Byłem szczęśliwy.
Fillip oraz jego mama wrócili do nas niosąc kolejne, tym razem najważniejsze ciasto świąteczne - Bûche de Noël.
Nathaniel zaklaskał radośnie w dłonie i oblizał się ostentacyjnie. Wiedział, jak doskonałym kucharzem i cukiernikiem jest jego tatuś, więc nie dziwiłem się jego entuzjazmowi. Sam nie mogłem doczekać się chwili, kiedy słodki, kremowy smak rozpłynie się po moich ustach. Fillip nie pozwolił nam skosztować nawet resztek kremu, kiedy przyrządzał Bûche de Noël, toteż wraz z Nathem wyczekiwaliśmy tej chwili już stanowczo zbyt długo.
Wstałem od stołu, robiąc na nim miejsce na talerz z ciastem. Wyglądało wspaniale, więc nie dziwiłem się temu, że zewsząd posypały się słowa uznania, na które mój Anioł bezsprzecznie zasługiwał.
Kiedy ciasto spoczęło na swoim miejscu, ująłem dłonie Fillipa w swoje i pocałowałem je z namaszczeniem.
- Dziękuję. - powiedziałem uśmiechając się, kiedy mój mąż zarumienił się cudownie.
- Oni tak robią zawsze! - rozległ się mało subtelny, głośny szept naszego syna, który właśnie zdradzał ten mały sekret mojemu kuzynowi.
Po salonie rozniósł się śmiech, wywołany słowami chłopca, a ja poczułem, że moje policzki również zapłonęły.
Nie chciałem w tamtej chwili patrzeć na swoich teściów, ponieważ na ich twarzach mógł odmalować się cały wachlarz uczuć, z których nie wszystkie musiały być pozytywne. Zamiast tego po prostu skupiłem się na świątecznej roladzie, którą zacząłem kroić i nakładać na talerze.
- Tato, mi duży, duuuuuży kawałek! - Nathaniel skakał teraz u mojego boku, czekając na swoją porcję.
- Misiu, najpierw goście. - Fillip rozbawiony upomniał chłopca, który zrobił żałosną minkę, ale czekał grzecznie, chociaż niecierpliwie.
Kiedy w końcu dostał swoje ciasto, jego uśmiech był tak szeroki, że z trudem mieścił się na jego buzi.

Fillip

Otoczony rodziną, zastanawiałem się, jak to możliwe, że jeden człowiek może pomieścić w sobie tyle szczęścia. Miałem wrażenie, że zamieniam się w czekoladowy klejnot wypełniony aksamitnym czekoladowo-rumowym nadzieniem. A wszystko dlatego, że byłem niemal pijany szczęściem, które z racji rodzinnej świątecznej kolacji kojarzyło mi się z łakociami oraz odrobiną alkoholu.
Dłoń Marcela, którą ten posługiwał się jedząc ciasto, co chwilę ocierała się o moją spoczywającą na stole. Był to drobny, ale niezwykle intymny gest, który świadczył o tym, iż mąż jest w pełni świadom mojej bliskości i pragnie zmniejszyć dzielącą nas odległość do minimum.
Ja również o tym marzyłem, co wywoływało ciarki na całym moim ciele. Chciałem zatracić się w Marcelu, w jego cudownym cieple, delikatnym dotyku, gorących pocałunkach.
- Tato, soczku. - proszący, słodki głos Nathaniela sprowadził mnie na ziemię.
Popatrzyłem na śliczną, pulchną, umorusaną ciastem buźkę synka i czułem, że mógłbym w tamtej chwili rozpłakać się ze szczęścia.
- Którego, skarbie? - biorąc ze stołu serwetkę, wytarłem opierającemu się chłopcu brudną twarzyczkę.
- Pomarańczowego.
- Już, kochanie.
Sięgnąłem po sok, a moja dłoń natrafiła na ciepłą dłoń Marcela. Uśmiechnąłem się do niego, patrząc w jego błyszczące obietnicą oczy i cofnąłem rękę, chociaż wcale nie chciałem tego robić. 
Gdyby nie fakt, że przy stole siedzieli także moi rodzice, może wcale bym tego nie zrobił. Nie chciałem jednak, aby komentowali później nasze zachowanie, a podejrzewałem, że mieliby wiele do powiedzenia na temat bliskości mojej i Marcela. W końcu nadal nie przeboleli tego, że jedyny syn został im „skradziony” zaraz po szkole przez swojego nauczyciela. Minęło tyle lat, a oni wciąż się z tym nie pogodzili.
Przytrzymałem kubek Nathaniela, do którego mój ukochany mężczyzna nalał wybranego przez syna napoju. Podałem go chłopcu, a ten podziękował bardzo grzecznie, niemal formalnie i wrócił szybciutko na swoje miejsce na kolanach Fabiena.
Byłem rozbawiony jego zachowaniem, jego drobnymi popisami i oddaniem wszystkiemu, co wiązało się z ulubionym sportem, jako że właśnie o to chodziło. Fabien przyniósł chłopcu album ze zdjęciami Marcela z czasów, kiedy ten grał zawodowo w quidditcha i w ten właśnie sposób cwany wujek skradł serce naszego malca. Mało tego, obiecał Nathowi, że jeśli ten będzie robił postępy w lataniu na miotle oraz w grze, dwa razy do roku będzie dostawał na własność coraz to inne zdjęcie taty-idola.
- Nie mogę uwierzyć, że mój wnuk w ogóle nie zwraca uwagi na babcię. - moja mama spojrzała na Marcela z wyrzutem, jakby była to jego wina.
Roześmiałem się głośno, poklepując pod stołem kolano męża, który spojrzał na mnie bezradnie.
- Mamo, jeśli zaczniesz grać w quidditcha, mogę cię zapewnić, że twój wnuk świata poza tobą nie będzie widział. - powstrzymałem rozbawione parsknięcie widząc przezabawną minę mojej rodzicielki. Byłem pewien, że jej źródła nie stanowił żaden smrodek, który kobieta mogłaby właśnie w tej chwili wyczuwać, choć jej mimika na to właśnie wskazywała.
Miałem wrażenie, że mama ma ochotę coś powiedzieć, ale ostatecznie powstrzymała się i tylko westchnęła ciężko.
- Na Wielkanoc będziemy lepiej przygotowani i w ogrodzie schowamy czekoladowe Znicze, żeby przykuć jego uwagę. - stwierdził tata, który przed chwilą zakończył prowadzoną z moim wujem nudną rozmowę na tematy polityczne. - Jeśli pogoda dopisze, będzie mógł ich szukać na miotle.
U mojego boku Marcel wyprostował się gwałtownie. Jego oczy błyszczały, a na ustach pojawił się szeroki, pełen uznania uśmiech. Podejrzewałem, że mój mąż sam z rozkoszą szukałby na miotle czekoladowych Zniczy w ogromnym ogrodzie moich rodziców.
- Nathaniel będzie w niebo wzięty. - przyznał skinąwszy uprzejmie głową mojemu ojcu. Chyba właśnie znaleźli wspólny język.

Oliver

Fillip naprawdę się postarał i wyszło mu znakomicie. Wprawdzie ciotka i tak z czystej przekory będzie na coś narzekać, ale sama nie zdołałaby zorganizować tego wieczoru lepiej. Nawet ja byłem pod wrażeniem, a to już o czymś świadczyło, skoro cholernie nie lubiłem spotkań takich jak to.
Chociaż nie. To było gorsze niż jakiekolwiek wcześniejsze!
Moi rodzice i Reijel przy jednym stole to niedogodność, ale ojciec Reijela siedzący z nami wszystkimi to już katastrofa.
Przyznaję, że ta rodzinna kolacyjka była dla mnie wystarczająco stresująca, więc serce stanęło mi w gardle i niemal zatrzymało się w piersi, kiedy usłyszałem pełen pretensji głos mojej matki, zwracającej się do Luciferusa.
- Wprost nie mogę uwierzyć, że pańska córka nie pojawiła się tutaj, aby chociaż w okresie świątecznym zobaczyć swoje dwa aniołki.
Cholera! Cholera! Cholera! Wiedziałem, że w pewnym momencie matka nie wytrzyma i podejmie ten temat.
Aby uzasadnić obecność podczas dzisiejszej kolacji mojego kochanka, naopowiadałem rodzicom kilku niewinnych kłamstw. Oficjalna wersja głosiła, że siostra Reijela jest matką bliźniąt i dlatego mężczyzna zajmuje w ich życiu tak istotne, niemal ojcowskie miejsce oraz należy do rodziny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Luciferus również się tu pojawi, a co za tym idzie, pozna historyjkę, którą wcisnąłem rodzicom.
Nie podobała mu się. Bardzo mu się nie podobała, ale zaakceptował ją po krótkiej kłótni ze swoim synem.
- Taaak, ja również się tego nie spodziewałem. Wychowujemy nasze dzieci przez kilkanaście lat ich życia, a jednak kiedy przychodzi co do czego, nic o nich nie wiemy. - spojrzał na mnie wymownie, zupełnie jakby mi groził.
- A pańska żona?
„I ty, Brutusie, przeciwko mnie?” Po co mój ojciec w ogóle się odzywał?! Ciekawska stara pierdoła!
- Porzuciła mnie, kiedy znalazła sobie inny obiekt zainteresowania. - mężczyzna odpowiedział bez zawahania i miałem wrażenie, że odpowiadając na to pytanie nie kłamał. - Jak widać niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ludzie również tak robią.
Sensu ostatniego zdania moi rodzice na pewno nie zrozumieli, ale przynajmniej tego nie skomentowali. Ponieważ Reijela i Luciferusa mieli za obcokrajowców, podejrzewałem, że ostatnią wypowiedź uznali za błąd językowy. I dobrze, ponieważ nie byłem pewny do czego może być zdolny ojciec mojego chłopaka, jeśli zacznie się mu zadawać więcej niewygodnych pytań.
Reijel siedział nabzdyczony i milczący na swoim miejscu między mną i Luciferusem, rzucając ojcu pełne wściekłości spojrzenia. W tej sytuacji chyba tylko Xavier nieźle się bawił. Ssał zaciekle kciuk  swojego ekscentrycznego dziadka i zaciskał drobne dłonie na dwóch innych palcach dłoni mężczyzny. Jego niebieskie oczka wydawały się mieć dziwny, srebrny miejscami odcień, ale wolałem o tym nie myśleć. Ufałem, że Luciferus nie zrobi chłopcu nic dziwnego. W końcu malec był jego ulubieńcem.
- Powinienem wykąpać maluchy i położyć je spać. - znalazłem w końcu sensowną wymówkę aby wyrwać się z tego rodzinnego piekła.
- Ależ nie, nie ma takiej potrzeby. - Luciferus podniósł się nagle. - Zostań z rodzicami, a ja i Reijel zajmiemy się bliźniętami.
Spojrzał na swojego syna w taki sposób, że nawet dumny, uparty i dziki Reijel nie odważyłby się mu przeciwstawić. I rzeczywiście tego nie zrobił. Podniósł się posłusznie i wymusił uśmiech. Wyglądał przy tym przerażająco, co dostrzegało się od razu, jeśli tylko znało się go dostatecznie długo.
- Zabiorę Anastasie, jeśli pani pozwoli. - wyciągnął dłonie po córeczkę, która z niejakim oporem pozwoliła odebrać się babci.
Miałem nadzieję, że Reijel i Luciferus nie pozabijają się podczas kąpania maluchów.

Reijel

Wyszliśmy z ojcem do łazienki na piętrze, gdzie czekała przygotowana wcześniej przez Marcela mała wanienka dla moich dzieci. Zaklęciem zapieczętowaliśmy drzwi, aby nasza rozmowa nie była słyszana na zewnątrz, nawet jeśli wymknie się spod kontroli.
Wypuściliśmy dzieci z rąk i teraz unosiły się swobodni w powietrzu dzięki mocy dziadka. Anastasie musiała wyczuć napiętą, ciężką atmosferę, ponieważ nie płakała, chociaż dotąd robiła to zawsze, kiedy Luciferus był blisko.
- Nie podoba mi się, że tu dziś jesteś! - syknąłem. - Twoja obecność zwróci na nas uwagę twoich Generałów, Legionów i całej reszty! Nie potrzebne nam kłopoty!
- Och, wręcz przeciwnie. - ojciec przyłożył palec do brzuszka Xaviera i połaskotał chłopca, który zaczął chichotać. Jego nieskoordynowane ruchy sprawiły, że odsuwał się w powietrzu poza zasięg łaskoczącej go dłoni. - W tej chwili zaznaczam swój teren, udzielam swojego Błogosławieństwa i pokazuję Temu, Który Mnie Porzucił, że przyjmę Go z otwartymi ramionami, jeśli do mnie wróci.
- Więc to o Niego chodzi, tak? - prychnąłem i aby zrobić coś z rękami, zacząłem napełniać wanienkę ciepłą wodą. - Wykorzystujesz tę rodzinę aby zwrócić na siebie Jego uwagę!
- Zawsze wysyła moich Braci! - ojciec podniósł głos, a w powietrzu zatrzeszczały drobne wyładowania elektryczne. - Czas aby choć raz spotkał się ze mną osobiście! Tym bardziej teraz, kiedy sytuacja robi się coraz bardziej napięta! Nienawidzę ludzi, ale są Jego dziećmi i nigdy ich nie skrzywdziłem! Wiesz o tym doskonale. - uspokoił się, kiedy Xavier złapał jego dłoń i wtulił się w nią.
Tak, wiedziałem.
Ani ojciec, ani jemu podlegli nie zmuszali ludzi do zła, a jedynie uzmysławiali im, że są do niego zdolni. To ludzie sami podejmowali dobre lub złe decyzje, ponieważ dysponowali wolną wolą. Ani ojciec, ani jemu podlegli nie kłamali, kiedy przemawiali do ludzi lub zawierali z nimi umowy. To ludzie sami źle interpretowali zasłyszane słowa i obietnice.
Mój ojciec tak naprawdę nie skłamał nawet, kiedy matka Olivera wspomniała o mojej nieistniejącej siostrze.
To ja byłem tym, który zrodzony z emocji, z miłości i nienawiści, kłamał i krzywdził, ponieważ był wierny tylko drzemiącej w skrajnych uczuciach dzikości.
Złapałem Anastasie i przygotowałem ją do kąpieli. Była dziś wyjątkowo grzeczna, więc wymycie jej nie stanowiło większego problemu. Po kilku minutach ustąpiłem miejsca przy wanience ojcu, którego Xavier nie chciał puścić nawet na chwilę. Ciężko było mi uwierzyć w to, że sam Luciferus właśnie niczym zwykły człowiek zajmuje się dzieckiem, ale jeśli na mnie robiło to wrażenie, to powinno zrobić je także na Bogu, którego mój ojciec tak bardzo kochał.
Bliźnięta musiały być naprawdę zmęczone, ponieważ zasnęły niedługo po tym, jak zostały ułożone w łóżeczku. Wraz z ojcem wpatrywaliśmy się w nie przez kilka skąpanych w milczeniu chwil, po czym wyszliśmy z pokoju wracając do wyjątkowej rodziny, której częścią się staliśmy.
Obaj byliśmy zatopieni w myślach. Nie wiem, co zaprzątało w tamtej chwili Luciferusa, ale ja zastanawiałem się jak to możliwe, że w moim życiu pojawiła się radość, której nie powinno w nim przecież być.
- Czas nie ma dla nas znaczenia, ale może ten rok przyniesie coś wyjątkowego nam wszystkim. - powiedziałem cicho do ojca.
Podszedłem do stołu i usiadłem na swoim miejscu u boku Olivera, ściskając lekko jego ułożoną na kolanie dłoń.
Może Wszechmocny Ukochany mojego ojca wcale nie był tak odległy, jak mogłoby się wydawać. Skoro był Miłością to musiał przebywać w tym domu, wśród tych ludzi. W końcu tutaj miłością się nawet oddychało.

czwartek, 30 listopada 2017

S'amuser

Fillip i Marcel

Dzisiejszy dzień był wyjątkowo słoneczny, choć odrobinę chłodny, po krótkiej śnieżnej zamieci, jaka miała miejsce z samego rana. Fakt, iż zaraz po przebudzeniu mogłem obserwować sypiący intensywnie śnieg napełnił mnie pozytywną energią, która rozpierała mnie do chwili obecnej. Wprawdzie po białym puchu nie było już nawet śladu, jednak nie zmieniło to ani trochę mojej radości z nastania nowego dnia. Potrafiłem z powodzeniem rozkoszować się ciepłymi promieniami słońca, które ogrzewały moją twarz i walczyły z zimnym powietrzem o dominację nad światem.
Rzuciłem szybkie spojrzenie na moją dłoń nakrytą wciąż ciepłą dłonią Marcela i uśmiechnąłem się do siebie.
Siedzieliśmy razem na tarasie za domem, obserwując jak nasza pociecha szaleje na swojej miotle. Ubrany cieplutko Nathaniel narzekał wprawdzie na czapkę, kiedy uparłem się aby ją założył przed wyjściem na zewnątrz, ale teraz najwyraźniej zupełnie o niej zapomniał, zajęty dobrą zabawą. Jego policzki były rumiane, uśmiech nie schodził mu z twarzy, a niebieskie oczka błyszczały podnieceniem i szczęściem, które można było przypisać tylko radości latania. Nath kochał prędkość i wysokości, nad którymi panował. Uwielbiał uczyć się nowych sztuczek, które pokazywał mu Marcel. Był skazany na osiągnięcie sukcesu w quidditchu, jak przed laty jego tata, chociaż podejrzewałem, że nasza pociecha mogła zajść jeszcze wyżej niż Marcel.
Poczułem, jak palce mojego męża zaciskają się na moich. Marcel uniósł moją dłoń do swoich ust i pocałował.
Przez moje ciało przebiegł rozkoszny dreszcz, którego źródłem była niewinna radość z tego prostego, ale pełnego uczucia gestu, jak również jego intymność.
Kochałem całym sercem i na każdym kroku czułem, że jestem równie mocno kochany.
- Rozpieszcza mnie pan, panie Camus. - szepnąłem na ucho mężowi.
Na ustach Marcela rozkwitł figlarny uśmiech.
- Doprawdy? Byłem przekonany, że to ja jestem tym rozpieszczanym. - tym razem to on szeptał, a jego ciepły oddech otulał moje ucho - W końcu jako jedyny znam smak twojej słodkiej skóry. Tylko ja wiem jak cudownie pachnie całe twoje ciało. Wyłącznie mnie raczysz melodią swoich rozkosznych jęków.
- Marcelu! - pisnąłem karcąco. Moja twarz zapłonęła. - Nie powinieneś mówić takich rzeczy, kiedy jesteśmy na zewnątrz.
- Wybacz, kochanie. - znowu pocałował moją dłoń – Nie zaprzeczysz jednak, że wszystko, co powiedziałem jest prawdą.
Spojrzałem w jego cudowne, szare oczy, które kryły w sobie cały świat.
- Nie zaprzeczę też, że jako jedyny znasz ciepłotę mojego ciała, kiedy wypełniasz moje usta i kiedy stajemy się jednością. - teraz to on się rumienił. Zdarzało mu się to zdecydowanie rzadziej niż mi, toteż każda taka sytuacja cieszyła mnie podwójnie. – Ale to nie znaczy, że musimy rozmawiać o tym w miejscu, w którym ktoś mógłby usłyszeć naszą rozmowę.
- Masz rację, Fillipie… - przytaknął – Niektóre informacje przeznaczone są wyłącznie dla moich uszu i byłbym zazdrosny, gdyby usłyszał je ktokolwiek inny.
Roześmiałem się, ponieważ mówił to z taką powagą i niewinnością, że wręcz nie mogłem się powstrzymać. Jak to możliwe, że dorosły mężczyzna potrafił być tak uroczy?
Nachyliłem się i pocałowałem go delikatnie. Odpowiedział z właściwą sobie miłością i subtelną troską. Żaden z nas nie chciał nabawić się zimna od wilgotnych pocałunków na mrozie.
- Wiiiiidzę waaaas! - radosny krzyk naszego przeciągającego samogłoski syna sprawił, że odsunęliśmy się od siebie rozbawieni.
- A to znak, że czas wracać do domu, Pluszowy Misiu! - odkrzyknąłem przywołując go do siebie ruchem palca.
- Nieeeeeee! Tatusiu, proszę! Jeszcze nieeeee!
- Dziesięć minut i ani minuty dłużej! - zastrzegłem.

~ * ~ * ~

- Bez dyskusji, Nathanielu! - zakończyłem targi zanim w ogóle się rozpoczęły.
Nath nigdy nie wiedział, kiedy powiedzieć „dość”, ale jego zainteresowanie mną i Fillipem jasno świadczyło o tym, że malec powoli zaczynał się rozkojarzać. Latanie na zewnątrz wymagało pełnego skupienia, więc jeśli chłopiec nie mógł poświęcić się całkowicie doskonaleniu techniki na miotle, bezpieczniej było zabrać go do domu, gdzie ewentualny upadek nie groził złamaniami.
- Nie mogę uwierzyć, że tak szybko rośnie. - mój młody mąż położył głowę na moim ramieniu i splótł ze sobą palce naszych dłoni. - Jeszcze niedawno dopiero uczył się chodzić i porozumiewał się z nami za pomocą płaczu, a teraz jest już niemal małym mężczyzną.
- Cztery lata tak szybko minęły… - westchnąłem w pełni zgadzając się z moim Aniołem.
Nathaniel wylądował przed nami. Oparł miotłę o ścianę przy huśtawce, na której siedzieliśmy i rzucił się na nas, obejmując nasze szyje ramionkami i wtulając się z całych swoich dziecięcych sił.
- Moje zmarznięte maleństwo. - głos Fillipa był przepełniony uczuciem.
Objęliśmy syna całując go po zimnych, rumianych policzkach.
- Chodźcie. Napijemy się gorącej czekolady na rozgrzanie. - zaproponowałem biorąc synka na ręce. Fillip zabrał jego miotłę, kiedy Nath zaczął po nią sięgać ponad moim ramieniem.
Zaledwie przekroczyliśmy próg domu, a otuliło nas kojące ciepło. Słońce wpadające przez okna do środka sprawiło, że panująca tam temperatura była cudownie wysoka.
Zdjęliśmy kurtki oraz buty, roztarliśmy dłonie i wspólnie przeszliśmy najpierw do łazienki aby umyć ręce, a następnie do kuchni.
- Panowie siadają i nie przeszkadzają. - Fillip wskazał mi i Nathanielowi miejsca przy stole. - Zrobię wam najlepszą gorącą czekoladę, jaką kiedykolwiek piliście.
- Zawsze robisz najlepszą, kochanie. - zauważyłem i roześmiałem się kiedy skarcił mnie spojrzeniem.
Nath jednak w pełni się ze mną zgadzał, ponieważ kiwał zaciekle główką dla potwierdzenia prawdziwości moich słów.
- Dobrze już, dobrze. Więc zrobię wam taką samą gorącą czekoladę jak zawsze.
Pozwoliłem żeby mój Anioł zajął się pracą nad gorącym napojem dla naszej trójki, ale po niespełna pięciu minutach nie mogłem dłużej wytrzymać. Wstałem od stołu i obejmując Fillipa od tyłu, oparłem brodę o jego ramię i oplotłem go ramionami w pasie.
- Skarbie…
- Nie będę przeszkadzał. - obiecałem – Po prostu chcę przytulić się do Słońca, rozjaśniającego moją codzienność. - doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że synek słucha moich słów, ale nie miałem nic przeciwko. Kiedyś i on pokocha tak, jak kochałem ja. Chciałem więc by wiedział z jakimi uczuciami się to wiąże. - Do Anioła, dla którego istnieję. Raju dla mojej duszy.
Fillip przekręcił głowę i pocałował mnie subtelnie.
Był taki piękny, kiedy w kolorowym fartuszku pilnował gotującego się mleka i siekał czekoladę. Równie piękny był, kiedy wychodził mokry spod prysznica, kiedy wstawał rano rozczochrany lub kiedy przeziębiony nie miał ochoty na kąpiel i przekonywał samego siebie, że jego ciało nie wydziela jeszcze nieprzyjemnego zapachu. Był piękny kiedy jego żołądek buntował się i zmuszał go do częstych wizyt w toalecie. Był piękny w poplamionym sosem z obiadu podkoszulku, w poszarpanym swetrze z dziurą na łokciu, w wyciągniętych dresach, dziurawych skarpetkach.
Fillip był najpiękniejszą istotą na Świecie.
- Kocham cię. - szepnąłem i pocałowałem go w uszko.
- Czuję to właśnie w krzyżach, kochanie.
- Och!
Fillip śmiał się ze mnie naprawdę rozbawiony, kiedy zadał sobie sprawę z tego, że nawet nie zauważyłem swojej erekcji.
- Usiądź i pozwól mi dokończyć, skarbie.
- Tak, chyba jednak masz rację. - westchnąłem.
Z największym trudem odsunąłem się od chłopaka i zająłem miejsce, które wcześniej opuściłem. Mój synek nie potrzebował już kilkugodzinnych drzemek, więc nie mogłem liczyć na to, że zdołam zaszyć się w sypialni z Fillipem. Musiałem więc walczyć z podnieceniem, które tak niespodziewanie dało o sobie znać. Nie było to jednak tak proste jakbym sobie tego życzył, ponieważ źródło mojego seksualnego pragnienia cały czas kręciło się przed moimi oczyma i było na wyciągnięcie ręki.

~ * ~ * ~

Na gotową gorącą czekoladę nałożyłem moim dwóm mężczyznom bitej śmietany i oprószyłem ją kakaem. Położyłem gotowy rozgrzewający deser przed nimi i rozsiadłem się obok ze swoim.
Byłem naprawdę szczęśliwy mogąc spędzać czas w taki sposób.
Uśmiechając się do swojego kubka, położyłem dłoń na kolanie Marcela. Mięśnie jego nogi spięły się, a on zadrżał na całym ciele. Ten gest na pewno nie wpłynął uspokajająco na jego erekcję, ale nie potrafiłem się powstrzymać.
Nathaniel zamruczał z zadowoleniem, a na jego usteczkach widać było białe wąsy bitej śmietany. Moje maleństwo uwielbiało słodycze, a ja nie bez pewnego rodzaju satysfakcji wprowadzałem w jego życie większe i mniejsze tradycje. Gorąca czekolada w chłodne dni była jedną z nich. Drugą były łakocie po ćwiczeniach latania. Bardzo chciałem żeby moja pociecha także w czasie nauki w szkole pamiętała o takich drobnych rytuałach naszego dnia codziennego. Miałem także cichą nadzieję, że kiedyś zaszczepi je swoim dzieciom.
- Nathanielu, nie wylizuj kubeczka. Wystarczy poprosić i dostaniesz jeszcze trochę czekolady. - głos Marcel nie zdradzał śladów podniecenia, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, ile go to kosztuje. Jego członek napierał na materiał spodni, a moja dłoń masowała teraz jego udo, znęcając się nad nim z rozmysłem.
- Mogę? - jasne oczka mojego syna wpatrywały się we mnie błagalnie. Jak mógłbym mu odmówić?
- Oczywiście. - potwierdziłem i wstałem od stołu.
Marcel odetchnął z ulgą, co uniosło kąciki moich ust w uśmiechu.
Dołożyłem Nathanielowi gorącej czekolady i ponownie zająłem swoje miejsce za stołem. Tym razem nie próbowałem już jednak dręczyć Marcela. Pozwoliłem mu spokojnie dopić słodki napój, który sączył niespiesznie.
- Dziękuję. Zaraz do was wracam. - po kilku słodkich, leniwych minutach, mój mąż odsunął od siebie pusty kubek i wyszedł z kuchni.
Uśmiechnąłem się do siebie słysząc zamykane za nim drzwi toalety. Mój biedny Marcel był zmuszony samemu poradzić sobie z podnieceniem, jakie obudziła w nim chwila przytulania się do mnie. Fakt ten sprawiał mi dziką przyjemność. Żałowałem jednak, że nie mogę własnoręcznie zająć się erekcją mojego męża. W końcu ja również go pragnąłem i nie potrzebowałem wiele, aby moje ciało zareagowało na niego z pasją równą jego własnej.
- Kochanie, biegnij do pokoju i wybierz dla nas jakąś grę, dobrze? - zwróciłem się do synka, który opróżnił właśnie drugi kubek czekolady. - Taką, jaką tylko chcesz.
Malec pokiwał główką, zsunął się z krzesła i w podskokach pognał do swojej sypialni. Wiedziałem doskonale, że po szaleństwach na miotle i łakociach był rozleniwiony, więc postanowiłem wykorzystać okazję i połączyć przyjemne z pożytecznym – zabawę z nauką. W końcu większość gier, które posiadał rozwijała jego umiejętności czytania, liczenia oraz czarowania.
Na podłodze w salonie rozłożyłem trzy poduchy przeznaczone do siedzenia i zająłem jedną z nich. Marcel dołączył minutę lub dwie później. Wykorzystaliśmy fakt, że nasz synek najwyraźniej nie mógł zdecydować się na jedną z gier i przywarliśmy do siebie w pocałunku.
- Kocham cię, Fillipie. Kocham całym sobą. - wyszeptał w moje usta Marcel.
- Wiem, najdroższy. - odpowiedziałem. - Wiem, ponieważ kocham cię równie mocno.

wtorek, 31 października 2017

L'attente



Fillip i Marcel

W zamyśleniu, z uśmiechem, którego byłem świadomy tylko w połowie, patrzyłem na raczkujące po salonie bliźnięta przebrane za słodkie dinozaury i na pilnującego ich z zapałem mojego pluszowego misia, Nathaniela.
Nath uwielbiał swoje kuzynostwo i zawsze oferował, że może zaopiekować się dziećmi, jeśli tylko Oliver miałby jakieś plany i potrzebował zostawić u nas swoje dwie pociechy. Podejrzewałem nawet, że chłopiec marzy o rodzeństwie, chociaż nigdy nie powiedział tego otwarcie. Wystarczyło jednak spojrzeć na niego teraz, na jego błyszczące oczka, roześmiane usteczka i rumiane policzki, żeby wiedzieć, jak wielką radość sprawia mu towarzystwo Anastasie i Xaviera.
Zresztą nie tylko on myślał o powiększeniu naszej rodziny. Od pewnego czasu ta myśl nie dawała spokoju także i mnie. Byłem jednak mężczyzną i nie ważne jak bardzo bym się nie starał, nie mogłem dać Nathanielowi braciszka lub siostrzyczki, a Marcelowi drugiego syna lub córki. Jednocześnie zastanawiałem się, czy nie jestem niewdzięczny, skoro mając więcej niż kiedykolwiek planowałem mieć, pragnę jeszcze więcej. Miałem najwspanialszego męża na świecie, który kochał mnie równie mocno, co ja jego; miałem cudownego synka, który wypełniał moje dni radością nieporównywalną z żadną inną; miałem piękny dom w jednym z najwspanialszych miast świata; miałem sklep, który popularnością i dochodami przewyższał wszystkie inne na Pokątnej; miałem pracę, której wykonywanie sprawiało mi niekłamaną przyjemność. Miałem wszystko i jeszcze więcej, a jednak pragnąłem tego, czego mieć nie mogłem.
- Przyniosę więcej soku dyniowego. - zaoferowałem odrywając spojrzenie od bawiących się dzieci.
Myślenie o niemożliwym nie miało najmniejszego sensu i na pewno nie wpływało dobrze na moje samopoczucie, więc postanowiłem zająć się czymś, aby nie roztrząsać tego, że w moim wnętrzu nasienie Marcela nigdy nie zdoła zakwitnąć, a tym samym nasza rodzina nigdy się nie powiększy.
- Pomogę ci! - Oliver uśmiechnął się do mnie w ten wymowny sposób, mówiący, że kuzyn domyśla się, co mnie gryzie. - Reijel zdołał już zjeść niemal całe dyniowe i marchewkowe ciasto, więc przyniosę więcej.
Zanim Oli zdążył zabrać ze stołu talerz, jego kochanek porwał z niego ostatnie dwa kawałki ciasta i wepchnął jeden do ust w całości, jakby chciał pokazać, że nie robi sobie nic z tego, że pochłania moje wypieki w rekordowym tempie.
- Powinieneś podzielić się przepisem z Oliverem. - rzucił do mnie z pełnymi ustami mężczyzna.
- Ha! - Oli słysząc to prychnął głośno. - Jeśli myślisz, że będę dla ciebie piekł to grubo się mylisz! Poderwałeś nie tego Ballacka co trzeba. Ten tutaj troszczy się o ognisko domowe. – wskazał palcem na mnie, a następnie na siebie. - Ten z kolei ma w nosie domowe ognisko i dba tylko o to żeby zaspokoić najważniejsze ludzkie potrzeby. Halloweenowy wystrój domu, wymyślne dania i pachnące wypieki nie zaliczają się do najważniejszych potrzeb, więc nie wyobrażaj sobie zbyt wiele.
Marcel poklepał Reijela pocieszająco po ramieniu.
- Nie martw się, nawet gdybyś próbował swoich sił i chciał go poderwać, u Fillipa i tak nie miałbyś szans, bo był mój od kiedy tylko nasze drogi się skrzyżowały. Zresztą polałaby się krew, bo nigdy bym ci go nie odstąpił, więc wybrałeś mądrze. - mimo żartobliwego tonu, mój mąż mówił całkiem poważnie i wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
- Dobra już, dobra. - mruknął lekceważąco Reijel. - Idź po te ciasta, bo skoro w domu takich nie zjem to przynajmniej tutaj zapełnię żołądek na najbliższe tygodnie.
Oliver prychnął kolejny raz, ale nie odezwał się. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą do kuchni. Udawał obrażonego, ale w rzeczywistości świetnie się bawił drażniąc się ze swoim kochankiem. Nie kłamał jednak, kiedy mówił o tym, że różni się ode mnie pod względem podejścia do życia. Podczas kiedy ja uwielbiałem zajmować się domem, gotowaniem i opieką nad dzieckiem, Oliver był typowym mężczyzną, którego to nie kręciło. Robił to, co robić musiał i nie było mowy o płynącej z tego jakiejkolwiek przyjemności.
- Więc? - Oliver spojrzał na mnie wyczekująco, opierając się o blat kuchenny.
- Co „więc”?
- Wyrzuć z siebie to, co cię dręczy. Możesz nawet wypłakać się na moim ramieniu.
- Oli… - westchnąłem ciężko. Nie zamierzałem mówić głośno o tym, że marzę o kolejnym dziecku, ponieważ wypowiedzenie tego na głos sprawiłoby mi tylko większy ból. Zresztą wiedziałem, że niedługo zapomnę o tym całkowicie zajęty codziennym życiem. Już kilkukrotnie wyrzucałem z głowy i serca pragnienie usłyszenia w domu tupotu kolejnych małych stópek. Myśli te przychodziły i odchodziły bezustannie, więc nie planowałem przykładać do nich wagi.
- Daj spokój, Fillipie. Jeśli nie ze mną, porozmawiaj o tym z Marcelem.
- Oliverze, nie wiem, czy jeszcze o tym pamiętasz, ale jestem mężczyzną. Nawet jeśli przesadnie dbam o „domowe ognisko”, jak to nazwałeś, to nadal jestem stuprocentowym facetem. - położyłem niemal pusty dzbanek na blacie i zacząłem napełniać go sokiem dyniowym. - Pewne tematy po prostu muszą zostać przemilczane.
- Niech ci będzie, trzymaj to dla siebie ile tylko chcesz, ale pamiętaj, że kiedy w końcu uznasz, że musisz to powiedzieć głośno, to ja zawsze będę dostępny. - Oli również zabrał się za to, po co przyszedł i przekładał ciasto z blachy, na której leżało na talerz.
- Dziękuję.
- Nie ma sprawy. - kuzyn uśmiechnął się do mnie i wepchnął sobie w usta kawałek dyniowego ciasta. - Mmmm, gdybym nie miał awersji do przebywania w kuchni dłużej niż to konieczne, naprawdę wziąłbym od ciebie ten przepis.
Roześmiałem się szczerze i czułem, że chwila słabości właśnie ustępuje miejsca zwyczajnemu, żartobliwemu nastrojowi.
- Daj znać, kiedy będziesz planował odwiedzić nas kolejny raz, a znowu coś dla was przygotuję. No i nie zapominaj, że Święta spędzamy wszyscy razem, więc będziesz miał okazję najeść się czego tylko będziesz chciał za wszystkie czasy.
Oli posłał mi figlarne spojrzenie.
- Przygotuję ci listę pyszności, które będziesz musiał przygotować.
- Nie rozpędzaj się! Nasze matki też mają coś przynieść, więc podziel tę listę na trzy. - rozbawiony pokręciłem głową z niedowierzaniem. Mój kuzyn naprawdę był leniuchem jeśli chodziło o spędzanie czasu w kuchni. Jasne, potrafił gotować, ale zawsze ograniczał się do czegoś prostego i szybkiego. Chodziło tylko o zapełnienie żołądka swojego i Reijela, a nie o wznoszenie się na kulinarne wyżyny.

~ * ~ * ~

Odprowadziłem dwójkę kuzynów spojrzeniem i wziąłem kilka głębokich oddechów aby uspokoić swoje niespokojnie bijące serce.
Mogłem udawać, że nie dostrzegam sposobu, w jaki Fillip patrzy na bliźnięta Reijela oraz bawiącego się z nimi Nathaniela, ale to nie zmieniało faktu, że myśli mojego młodego męża niewątpliwie krążyły wokół dzieci. Nie wiedziałem tylko, co tak naprawdę kryło się pod tym spojrzeniem i właśnie to było powodem mojego niepokoju. Czy mój Anioł pragnął kolejnej pociechy, czy też po prostu uważał, że większa rodzina to ogromna radość, ale nie chciał by nasza się powiększała? W końcu jak do tej pory ani razu nie podjął ze mną tego tematu, a i ja tego nie planowałem. Może byłem tchórzem i bałem się jego odpowiedzi, a może nie chciałem aby zmartwił się, gdyby uznał, że marzę o dziecku, którego żaden z nas nie może urodzić. Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, co mną kierowało, ale jedno było pewne, temat dzieci planowałem omijać wielkim łukiem.
Nie żebym nie chciał aby w naszym życiu pojawiło się kolejne serduszko do kochania, po prostu kolejne dziecko było poza naszym zasięgiem i zmiana takiego stanu rzeczy nie była możliwa. Musiałem jednak przyznać przed samym sobą, że wcale nie miałbym nic przeciwko, gdyby Bóg, którego tak wielbiłem, powierzył mojej opiece kolejną małą duszyczkę.
- Nie muszę czytać w twoich myślach aby je znać. - Reijel spojrzał na mnie wymownie. - Twoje pragnienia są tak transparentne, że nawet ja, który nie jestem szczególnie dobry w odczytywaniu ludzkich emocji, doskonale wiem, co dzieje się w tej twojej głowie.
- Reijelu…
- Wujku, Xavier zrobił kupę! - Nathaniel w mgnieniu oka znalazł się przy nas i swoimi wielkimi, niebieskimi oczętami wpatrywał się w siedzącego obok mnie mężczyznę.
- Szlag! - Reijel warknął niezadowolony i podniósł rękę w przepraszającym geście zanim zdążyłem go skarcić za używanie takiego języka w towarzystwie dziecka. - Marcelu, – spojrzał mi w oczy poważniej niż kiedykolwiek wcześniej - po prostu żyj i czerp z tego życia pełnymi garściami, ponieważ jest piękne.
Byłem zaskoczony, że słyszę to właśnie od niego. W końcu Reijel na samym początku przypominał rozjuszoną bestię, a po latach stał się po prostu rozpieszczonym książątkiem. Nie dało się jednak nie zauważyć, że teraz był bardziej ludzki i chyba naprawdę był szczęśliwy prowadząc swoje zwyczajne życie w otoczeniu stuprocentowych ludzi, którzy obdarzyli go miłością, której wcześniej nie znał.
Skinąłem głową i to najwyraźniej mu wystarczyło, ponieważ podniósł się z miejsca i spojrzał groźnie na swojego synka.
- Chodź, śmierdzielu! - warknął podnosząc z ziemi dziecko, które próbowało odraczkować poza zasięg jego rąk. - Wyszoruję ten twój kuperek i zaraz wrócisz do zabawy. - próbował przekonać malca, który wyrywał się i uderzył w płaczliwy ton. - Nie wygrasz ze mną! - syknął w końcu Reijel i nie próbując już nawet uspokoić Xaviera, zabrał go do łazienki na wielkie mycie.
Nathaniel, którego interesowało wszystko, co wiązało się z jego maleńkim kuzynostwem, pobiegł za nimi. Podejrzewałem, że niedługo będzie prosił, żeby pozwolono mu samemu przewijać Xaviera i Anastasie, co na pewno byłoby na rękę rodzicom tej dwójki.
Zaledwie Reijel, Nath i Xavier opuścili salon, a zjawili się w nim Fillip i Oliver. Nawet nie pytali gdzie podziała się tamta trójka, ponieważ zapach, jaki pozostawił po sobie najmłodszy obecny dziś w domu mężczyzna nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
- Czuję unoszącą się w powietrzu woń ojcostwa. - skomentował Oliver, który właśnie rozsiadł się na swoim miejscu z talerzem wypieków Fillipa na kolanach. - Skorzystam z okazji, że tego łakomczucha nie ma. - porwał pierwszy kawałek ciasta i ogryzł połowę z zadowolonym uśmiechem na ustach.
Przyznaję, że rozpierała mnie duma, kiedy smakołyki, które wyszły spod zdolnych rąk mojego męża cieszyły się taką popularnością. Dzięki temu całkowicie zapomniałem o wcześniejszych zmartwieniach skupiony na przechwalaniu się talentem kulinarnym Fillipa.
- Żałuj, że nie załapałeś się na jego halloweenowe babeczki. - powiedziałem głośnym szeptem, aby Anioł słyszał każde słowo. - Były tak doskonałe, że po zjedzeniu jednej, już nigdy nie zapomniałbyś tego smaku. Niestety Nathaniel wykorzystał chwilę, kiedy ja i Fillip byliśmy trochę zajęci i zmieścił w tym swoim małym brzuszku wszystkie.
- Zajęci, powiadasz? - Oliver wyszczerzył się wymownie, na co mój Fillip oblał się rumieńcem.
- Nie w ten sposób! - rzucił zawstydzony. - Owijaliśmy parówki ciastem francuskim żeby zrobić mu na obiad mumie. Nathaniel je uwielbia.
- Dobrze już, dobrze. Wierzę ci. - blondyn odłożył talerz na stół, kiedy tylko Reijel wrócił do nas wraz z chłopcami.
Xavier pochlipywał urażony tym, że tata ośmielił się go wymyć i przewinąć mimo protestów, ale złość przeszła mu od razu, kiedy tylko posadzony na dywanie znowu mógł rozpocząć szalone myszkowanie po salonie.
Byliśmy na to gotowi, jako że specjalnie z myślą o maluchach, zaraz przed przyjściem naszych gości, zabezpieczyliśmy z Fillipem wszystkie gniazdka elektryczne oraz ostre krawędzie mebli i drzwi. Dzięki temu mieliśmy pewność, że bliźnięta będą bezpieczne podczas zabawy. Stosowane przez nas metody zadziałały w przypadku naszego małego Skarbu, kiedy to on dopiero zaczynał poznawać otaczający go świat o własnych siłach, więc nie wątpiliśmy, że i tym razem nasze starania przyniosą spodziewane efekty.
Przez chwilę w milczeniu obserwowaliśmy Xaviera, który doraczkował do siostry i rozsiadł się obok niej zainteresowany piankowymi puzzlami, które dziewczynka wkładała do buzi obśliniając je.
Te maluchy były naprawdę pocieszne i chociaż z początku nie pojmowałem kto przy zdrowych zmysłach powierzył dwa bobasy Reijelowi, to jednak teraz doskonale to rozumiałem. Bliźnięta zdołały zmienić mężczyznę jeszcze bardziej, niż zrobił to do tej pory Oliver. Co więcej, działało to w obie strony, ponieważ Reijel również miał niewątpliwie wielki wpływ na tę maleńką dwójkę.
Podobnie było przecież ze mną, Fillipem oraz naszym małym Nathanielem, kiedy to pojawił się niespodziewanie w naszym życiu. Chociaż nigdy nawet nie marzyliśmy o dziecku, kiedy wzięliśmy go na ręce, nie potrafiliśmy już wyobrazić sobie bez niego życia. Nawet teraz, po wspólnie spędzonych latach słodkiej codzienności, czułem zbierające się pod powiekami łzy radości, ilekroć słyszałem, jak Nathaniel nazywa mnie tatą.
- Będę naprawdę szczęśliwy, kiedy przestaną ślinić wszystko, co wpadnie im w ręce. - skomentował Oliver, kiedy Anastasie skończyła z puzzlem i podała wilgotną zabawkę bratu, który najwyraźniej uznał, że teraz nadeszła jego chwila na obślinienie przedmiotu trzymanego w łapce. - Jeśli się zapomnę i zostawię teczkę z dokumentami w miejscu, do którego mają dostęp, muszę później tłumaczyć w Ministerstwie, dlaczego moje papiery wyglądają, jakby je dorwał w swoją paszczę szczeniak.
Roześmiałem się doskonale pamiętając dni, kiedy to Nathaniel przechodził przez ten etap rozwoju.
- Zapewniam cię, że to w końcu im przejdzie, ale do tego czasu nie jeden raz położysz głowę na obślinionej poduszce lub będziesz zmuszony suszyć książki. - Fillip zachichotał rozkosznie słodko i zmierzwił ciemne włoski naszego synka, który właśnie rozsiadał się wygodnie na jego kolanach.
- Ech, doprawdy uważam, że ślinianki powinny zaczynać działać dopiero u dzieci powyżej 12 miesiąca życia. - Reijel skrzywił się patrząc na swoje dzieci, które nadal zajęte były swoimi puzzlami.
- Przywykniesz. - pocieszyłem kolegę i objąłem mojego męża ramieniem. Kciukiem delikatnie gładziłem jego szyję, którą eksponował w subtelny sposób.

~ * ~ * ~

Z trudem powstrzymywałem głośne i pełne przyjemności mruczenie, które zbierało się w mojej piersi, kiedy Marcel pieścił moją skórę. Jego zabieg, choć drobny i pozornie niewiele znaczący, wywoływał delikatne, cudowne łaskotanie, któremu poddawałem się bez walki. Gdyby nie nasi goście, na pewno znalazłbym jakieś bezpieczne, ale zajmujące zajęcie dla Nathaniela i w tym samym czasie zaszyłbym się z Marcelem w sypialni.
Depresyjne myśli, które miałem kilkanaście minut temu sprawiły, że teraz miałem ochotę wtulić się w mojego męża, swoją nagą skórą przywrzeć do jego niczym nieosłoniętego ciała i, najbardziej fizycznie jak tylko się dało, scalić się z nim w jedno.
Pragnąłem go, potrzebowałem.
Powoli wsunąłem dłoń za jego plecy i pod koszulę. Poczułem jak drgnął zaskoczony. Dzięki temu mogłem nie tylko gładzić opuszkami palców jego krzyże, ale także w ten właśnie sposób bezgłośnie dawałem mu do zrozumienia, że w tej chwili najchętniej znalazłbym się z nim gdzieś sam na sam. Byłem pewny, że mężczyzna mojego życie doskonale odczytał aluzję ukrytą w moim geście.
- Mam wrażenie, że wasze pociechy są już zmęczone i marzą o małej drzemce. - Marcel nie bez nadziei w głosie zwrócił uwagę Olivera i Reijela na fakt, że ich pociechom oczka zaczynają się kleić.
- Już myślałem, że nigdy nie zaproponujesz, żeby się tutaj przespały kilka godzinek. - Reijel z zadowolonym uśmiechem podniósł się ze swojego miejsca i wziął na ręce Anastasie, która była najbliżej. Chwilę później Oli porwał w ramiona Xaviera.
- Nie proponowałem…
- Nie musisz udawać twardziela, wiem jaki z ciebie wrażliwiec. Z rozkoszą zostaniemy u was do wieczora.
Obawiałem się, że nic nie wpłynęłoby na zmianę zdania przez Reijela, więc pozostawało nam tylko zaakceptować fakt, że nasi goście zostaną u nas dłużej. Co zabawne, nie przeszkadzało mi to, mimo wyraźnej ochoty jaką miałem na Marcela.
Nathaniel zsunął się z moich kolan i podszedł do Olivera stając na paluszkach. Chciał z bliska zobaczyć jak usypia się małe dziecko, co było tak oczywiste, że jego wujek usiadł z synkiem w fotelu, aby Nath mógł wszystko lepiej widzieć.
Postanowiłem to wykorzystać.
- Wy usypiajcie maluchy, a my w tym czasie przygotujemy jakąś kolację. - zaoferowałem łapiąc Marcela za rękę. - Kanapki wystarczą, czy macie ochotę na coś innego?
- Jak dla mnie będą idealne. - rzucił Oli, zaś Reijel przytaknął tylko niemal obojętnie.
Wyciągnąłem więc męża z pokoju do kuchni i przywarłem ustami do jego ust, kiedy tylko znaleźliśmy się poza zasięgiem spojrzeń.
- Fillipie… - wypowiedział moje imię w taki sposób, że poczułem mrowienie w całym ciele.
- Kiedy wyjdą, a Nathaniel pójdzie spać. - obiecałem mu i podchodząc do lodówki zanurkowałem w niej w poszukiwaniu szynki, sera oraz kilku innych produktów spożywczych, które mogłem wykorzystać.
Nie wiedzieć czemu, byłem teraz w cudownym nastroju.