czwartek, 31 maja 2018

Les problèmes quotidiens

Fillip i Marcel

Mój słodki synek siedział przy kuchennym stole ze spuszczoną smętnie główką. Jego kasztanowe, rozczochrane włoski przysłaniały połowę buźki, w tym także jego niebieskie oczęta, a pełne usteczka wyginały swoje kąciki w dół. Malec wyglądał jak siedem nieszczęść. Krzesło obok niego zajmował ukochany miś chłopca, który wydawał się w tej chwili równie skruszony, co jego mały właściciel.
Z przeciwnego krańca stołu w Natha wpatrywały się dwie pary oczu: moje brązowe, mimo powagi sytuacji trochę rozbawione, oraz burzowo szare oczy Marcela. Może nie była to odpowiednia chwila by zwracać na coś takiego uwagę, ale uważałem, że mój mąż jest niesamowicie seksowny, kiedy się złości. Wydawał się wtedy emanować królewską siłą i dostojeństwem.
Trzymając dłoń na udzie ukochanego, gładziłem je lekko kciukiem w uspokajającym geście. Złoszczący się Marcel może i pobudzał wszystkie moje zmysły, ale jego zły humor był zbyt wysoką ceną za dodatkowe źródło mojego podniecenia.
Zresztą mieliśmy na głowie ważniejsze sprawy, jako że nasza pociecha przeskrobała co nieco i teraz musiała ponieść konsekwencje swoich czynów, tym bardziej, że we wszystko wmieszana była również mieszkająca obok rodzina mugoli. Na szczęście skończyło się tylko na dwóch rozbitych oknach – po jednym na dom – uszkodzonym samochodzie, drobnych kontuzjach, strachu i chociaż zaczarowany znicz Nath dostał szaleju, sąsiedzi jakimś cudem nie dowiedzieli się o istnieniu magii.
Ponieważ nie chcieliśmy przesadnie rozpieścić synka, każda jego przewina musiała pociągać za sobą karę adekwatną do winy. Tak było i tym razem, a maluch na pewno domyślał się, że jego swobodne latanie na miotle zostało poważnie zagrożone.
Panująca w tej chwili w kuchni cisza przedłużała się, co wcale nie pomagało w rozluźnieniu i tak gęstej już atmosfery.
Nathaniel starając się być dzielnym, przełykał wielkie łzy żalu i zawstydzenia, a rękawem swojej koszulki ocierał zasmarkany nosek.
- Co mówiliśmy ci o lataniu na miotle po podwórku? - głos Marcela był cichy i opanowany, co robiło niesamowite, złowrogie wrażenie. Mimowolnie poczułem dreszcze podniecenia na całym ciele.
- Tylko na tyłach domu i ostrożnie… - odpowiedział piskliwym szeptem Nathaniel.
- A o czarowaniu?
- Tylko pod nadzorem…
- A ty co zrobiłeś?
Chłopczyk przełknął łzy, pociągnął noskiem i odpowiadał dalej.
- Zaczarowałem źle znicza i goniłem go przed domem.
- Nie posłuchałeś nas i co się stało, Pluszowy Misiu? - zapytałem łagodnie, aby chłopiec wiedział, że jego postępowanie niczego nie zmieniło i nadal kocham go szalenie. Gdybym milczał, mógłby odebrać to jako rozczarowanie jego osobą, a tego bardzo nie chciałem.
- Znicz rozbił okna i przeleciał przez dom mugoli. Wystraszył kotka, który ze strachu podrapał swoją panią i uciekł na drzewo. Nie chciał zejść, więc jego pan musiał po niego iść i gałąź się złamała, porysowała samochód, a pan skręcił nogę. - odtworzył przebieg zdarzeń nasz maluch. Swoją wypowiedź przerywał aby zaczerpnąć gwałtownie powietrza w ten charakterystyczny, płaczliwy sposób.
- Miałeś więcej szczęścia niż rozumu. - skwitował wszystko Marcel, a chłopczyk zgodził się z nim kiwając główką.
Dzwoneczek piekarnika przerwał nam piskliwie.
- Rogaliki! - westchnąłem przypominając sobie o wypieku i podniosłem się z miejsca.
Mój biedny Marcel westchnął ciężko i pokręcił głową, ponieważ wypieki z całą pewnością nijak nie pasowały do tej podniosłej chwili „sądu” nad naszym synkiem. Nie mogłem jednak pozwolić żeby moje wypieki się zmarnowały. Jeśli był jakiś sposób, aby poprawić humor moim dwóm mężczyznom to niewątpliwie było nim jedzenie.

~ * ~ * ~

Patrzyłem, jak w błyszczących łzami oczkach Nathaniela pojawia się nadzieja na myśl o rogalikach Fillipa. Nie chciałem być „tym złym”, ale w tej chwili musiałem wziąć się w garść i być konsekwentnym rodzicem, który wychowuje, a nie rozpieszcza.
- Zapomnij o jedzeniu. Nathanielu. Nie skończyliśmy jeszcze. - skarciłem chłopca, który znowu posmutniał i spuścił główkę w geście pokory zupełnie jak poprzednio.
Bycie rodzicem bywało czasami naprawdę trudnym i niewdzięcznym zadaniem. Gdyby rodzicielstwo polegało wyłącznie na rozpieszczaniu, byłoby zdecydowanie łatwiejsze, ale tym samym niewiele warte. Tym, co czyniło rolę ojca bądź matki w pełni wartościową i godną podziwu była umiejętność szlifowania charakteru młodego człowieka, uczenia go różnicy między dobrem a złem oraz sprawiedliwego karania za przewiny.
- Nathanielu... – ponownie zwróciłem się do synka, kiedy Fillip stawiał na stole talerz z gorącymi rogalikami. Pachniały cudownie i wyglądały kusząco, co rozpraszało moją uwagę.
Spojrzałem karcąco na mojego pięknego, niepokornego Fillipa, który tylko niewinnie wzruszył ramionami. Podobało mi się to, że mimo mojego podłego humoru, mój mąż nic sobie z tego nie robi. Gdybym mógł, porwałbym go teraz w ramiona, pocałował mocno i szeptał na ucho ciche sprośności, które miałyby być formą kary dla niego za rozpraszanie mnie. To musiało jednak pozostać w sferze niespełnionych marzeń.
Fillip posłał mi pełen słodyczy, krzepiący uśmiech i stanął za moim krzesłem. Położył dłonie na moich ramionach, ściskając je lekko.
- Nathanielu, podnieś główkę i spójrz na nas. - poprosił naszego synka łagodnym, ale stanowczym głosem.
Wielkie, załzawione oczęta posłusznie spoglądały na mnie i Fillipa.
Rozumiałem, co mój mąż chciał przez to osiągnąć. Pragnął pokazać chłopcu, że obaj zgadzamy się, co do kary, jaką zaraz od nas otrzyma. Musnąłem palcami dłoń Anioła, gładząc ją lekko.
- Kochanie, nie posłuchałeś nas i działałeś wbrew ustalonym zasadom. Tym naraziłeś na szkodę siebie oraz inne osoby. Nikomu nie stało się nic poważnego, chociaż było to tylko dziełem przypadku. Rozumiesz to, prawda? - zapytał i kontynuował dopiero otrzymawszy potwierdzenie w formie skinienia. - Za karę zabierzemy ci miotłę na trzy tygodnie. Przez ten czas masz też zakaz latania na jakiejkolwiek innej lub na czymkolwiek innym. Rozumiemy się?
Oczka chłopca stały się jeszcze większe i miałem wrażenie, że odbijały się w nich przerażenie oraz ból, których nie sposób opisać. Wiązało się to z tym, że nasza pociecha kochała quidditcha i w pewnym stopniu była uzależniona od miotły oraz latania. To właśnie ta pasja doprowadziła Nathaniela w miejsce, w którym znajdował się w tej chwili, to ona przysporzyła mu kłopotów, a więc kara, jaką na niego nakładaliśmy była jak najbardziej odpowiednia.
- To nie podlega dyskusji, Pluszowy Misiu. - uciąłem narzekania i prośby malca zanim się w ogóle pojawiły. - Narozrabiałeś i teraz musisz odpokutować. To lekcja, której nie da się pominąć. A teraz odpowiedz na pytanie, tatusia. Zrozumiałeś na czym polega twoja kara?
- Tak. - głos Natha był tak cichutki i przepełniony rozpaczą, że czułem się po prostu podle. Nie mogłem jednak ustąpić i darować mu nieposłuszeństwa.
Mój syn miał kiedyś stanąć na czole Upadłego Rodu, a więc moim zadaniem było wychować go w taki sposób, aby był dumą Rodu i ucieleśniał wszystkie ideały, którymi się w życiu kierowaliśmy. Mógł popełniać błędy, był w końcu człowiekiem, ale musiał być ich świadom, przyznawać się do nich i próbować je naprawiać.
Anioł pochylił się całując mnie w czubek głowy i odsunął się ode mnie, pozostawiając po sobie chłodną pustkę oraz uczucie tęsknoty za jego bezpośrednią bliskością.
Po chwili postawił przede mną oraz Nathanielem po kubku mleka i podsunął nam małe talerzyki układając na nich po rogaliku.
- Skoro mamy nieprzyjemny obowiązek za sobą możemy coś zjeść. Nathanielu, po podwieczorku przyniesiesz nam swoją miotełkę.
Nasz maluch zmarkotniał, chociaż jeszcze przed chwilą miałem wrażenie, że liczył na to, iż zmienimy z Fillipem zdanie.
- W czasie, kiedy będziesz odbywał swoją karę, wujek Reijel będzie zabierał cię na naukę jazdy innym środku transportu. - powiedziałem, a Nath zadarł głowę do góry.
Roześmiałem się mimowolnie i porozumiewawczo mrugnąłem do synka, który spoglądał na mnie oraz na Fillipa z widoczną niepewnością. Nie miał zaufania do Reijela, czemu nie mogłem się zupełnie dziwić. Sam przez długi czas wahałem się, czy to aby na pewno dobry pomysł, ale ostatecznie dałem się przekonać Fillipowi, który w przeciwieństwie do mnie od samego początku popierał pomysł Reijela.
- Nie martw się, nic nie będzie ci grozić, skarbie. - zapewnił Anioł i zachęcająco podsunął naszemu synkowi talerz z rogalikiem.



Oliver i Reijel

Z niedowierzaniem wpatrywałem się w mojego kochanka, który właśnie chodził po salonie naszego mieszkania na czworakach, mając na plecach dwójkę naszych adopcyjnych dzieci.
Kilka razy nabrałem powietrza, aby coś powiedzieć lub skomentować jakoś całą tę sytuację, ale ostatecznie mój umysł był tak pusty, że potrafił odpowiadać wyłącznie za podstawowe funkcje życiowe.
Powiedzieć, że byłem zaskoczony to mało.
Reijel nie był złym ojcem, ale nie był też tatuśkiem na medal, więc wożenie na sobie bliźniąt nie zaliczało się do jego ojcowskich kompetencji. Przyznaję, że zapytany o to, powiedziałbym, że mój kochanek zwyczajnie nie jest zdolny do czegoś podobnego.
W tym większym szoku byłem teraz, kiedy na własne oczy widziałem, jak nasze bobasy siedziały mu na plecach, a on kręcił się po podłodze salonu udając konika.
- To nie tak jak myślisz! - ostre, gardłowe warknięcie przywróciło mi zdolność racjonalnego myślenia, a nasze bobasy wystraszyło tak bardzo, że drgnęły spadając z pleców swojego ojca. Na szczęście nic im się nie stało, ponieważ podłoga była magicznie zamieniona w jeden wielki, niesamowicie miękki materac.
Spojrzałem w skierowane na mnie czerwone oczy kochanka. Sam nie wiem, co w nich dostrzegłem. Panikę, złość, wstyd? Zupełnie nie potrafiłem ocenić ich wyrazu. W tej chwili Reijel był dla mnie zagadką, której nie potrafiłem rozgryźć.
- Yhym. - skinąłem głową nie wiedząc, co powiedzieć.
- Uczę ich jeździć konno w jedyny sposób, w jaki jest to możliwe, skoro nie zgadzasz się nawet na prawdziwe lekcje w stadninie. - wytknął ze złością.
No tak, niemal zapomniałem, że kilka tygodni temu pokłóciłem się o to z Reijelem. On nalegał na kupno konia, ponieważ jego zdaniem każdy szanujący się człowiek powinien umieć jeździć konno, zaś ja byłem temu przeciwny, jako że w dzisiejszych czasach nikomu taka umiejętność nie była potrzebna. Po co mielibyśmy tracić pieniądze na coś tak nieprzydatnego? Lekcje jazdy konnej również nie wchodziły w grę.
- Anastasie i Xavier to jeszcze małe dzieci! Są za młodzi na konia! - przypomniałem kochankowi, który słał w moją stronę gromy.
- Fillip nie miał takich oporów przed powierzeniem mi Nathaniela.
- Merlinie drogi. - westchnąłem ciężko – Reijelu, Nath jest starszy od naszych maluchów. Nie wspominając o tym, że to dziecko utrzymywało równowagę na miotle chyba zanim w ogóle nauczyło się chodzić! Poczekaj dwa lata, a może zmienię zdanie, co do nauki jazdy. Do tego czasu niech sobie ujeżdżają twoje plecy do woli. Ale na kupno konia na pewno się nie zgodzę! - zaznaczyłem mocno.
- Dwa lata?! - Reijel warknął wściekle, a w jego oczach płonął gniew. - Za dwa lata mój ojciec będzie uczył ich jeździć na smokach, a nie głupich koniach!
- Co?! - wlepiłem w niego pełne furii spojrzenie. Wiedziałem, że to nie żart. Reijel był szalony, ale jego ojciec jeszcze bardziej. - Czy wy postradaliście zmysły?!
Nasze dzieci rozpłakały się wystraszone kłótnią.
- Widzisz, co narobiłeś? - prychnął w moim kierunku Reijel. - Bliźnięta wiedzą, jakiej szansy chcesz je pozbawić.
Tego było już za wiele. Byłem tak wściekły, że po prost odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z pokoju, a następnie z domu, zostawiając Reijela z dwójką płaczących dzieci.

~ * ~ * ~

Szlag! Szlag! Szlag!
Cholerny egoista!
Spojrzałem z złością na płaczące dzieci i machnąłem od niechcenia ręką. Maluchy uniosły się w powietrze i nagle ich krzyki ucichły. Były zbyt zafascynowane możliwością latania i swobodnego kręcenia się w każdym kierunku aby pamiętać o tym, że zaledwie przed kilkoma sekundami wydzierały się wniebogłosy.
Chwila spokoju pozwoliła mi pomyśleć.
Byłem pewny, że gdyby drugim ojcem bliźniąt był Fillip, bez dłuższego namysłu zgodziłby się ze mną i dał dzieciom szansę rozwoju. Zaufałby mojej ocenie ich możliwości, zamiast ciągle kwestionować moje decyzje. Fillip byłby partnerem o niebo lepszym od Olivera.
Problem w tym, że to nie Fillip zawrócił mi w głowie, ale właśnie Oliver. Oliver, któremu zacząłem pozwalać na zbyt wiele i w konsekwencji rozbestwił się do tego stopnia, że podnosił na mnie głos, ignorował mnie, traktował jak równego sobie. Kiedy właściwie zamiast palca dałem mu całą rękę?
Nie mogłem na to dłużej pozwalać. Oliverowi należało przypomnieć kto tu jest panem.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Conseil

Fillip i Marcel

Obrzuciłem długim, uważnym spojrzeniem mojego siedzącego przy stoliku kawowym w salonie męża oraz jego kuzyna, którzy pochylali się nad mapami Marsylii i planami zabudowań przyniesionymi przez tego drugiego.
Wyglądali jak para knujących coś uczniaków, kiedy dyskutując zaciekle na jakiś temat, rzucali sobie nawzajem wymowne, często ironiczne spojrzenia oraz uśmieszki. Dwaj niepokorni chłopcy o tak samo przyciętych włosach, jasnobrązowych u jednego i kilka odcieni ciemniejszych w przypadku drugiego.
Oczyma wyobraźni niemal widziałem ich w wieku szkolnym. Fabien od zawsze był wyższy i postawniejszy, przez co Marcel wydawał się przy nim drobniejszy, jednak dziewczyny obskakiwały zarówno jednego, jak i drugiego. Gdybym był w ich wieku lub tylko kilka lat młodszy, na pewno załamałbym się widząc, jak miłość mojego życia musi oganiać się od adoratorek, które wyskakują ze skóry żeby tylko zwrócić na siebie jego uwagę. Z drugiej strony naprawdę chciałem wiedzieć, jak wyglądałyby wtedy nasze zaloty, jak rozpoczęłaby się nasza znajomość i który z nas wyznałby swoje uczucia jako pierwszy. Naturalnie zakładałem, że uczęszczalibyśmy wtedy do tej samej szkoły.
Uśmiechnąłem się do swoich myśli rozluźniony. Mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ beztroskie dyskusje tej pochylonej nad mapami dwójki, oznaczały, że czymkolwiek zajmuje się teraz Upadły Ród, nie jest to nic niebezpiecznego. To wymagałoby od nich pełnej powagi i całkowitego skupienia, a od tego byli na chwilę obecną dalecy. Byłem dzięki temu zdecydowanie spokojniejszy, chociaż cień wątpliwości wisiał nade mną nie pozwalając się spławić.
- Przepraszaaaaaaam…. - Nathaniel zmusił mnie do oderwania wzroku od tej uroczej, chociaż trochę niepokojącej sceny, przepychając się między moimi nogami a futryną drzwi. W obu rączkach trzymał czekoladowe ciasteczka i najwyraźniej bardzo mu się spieszyło, żeby dołączyć do swojego pluszowego misia pilnującego albumu z profilami graczy quidditcha, którzy mieli uczestniczyć w najbliższych mistrzostwach świata.
Wyrwany z chwilowego bezruchu, podszedłem do mężczyzn i postawiłem na stole talerzyk z ciepłymi jeszcze ciastkami oraz dwie szklanki soku pomarańczowego, na którego powierzchni unosiły się kostki lodu. 
- Mmmm, jesteś niezastąpiony! Nie miałem dziś czasu na śniadanie. Dziękuję. - Fabien z uśmiechem dziecka, które dorwało się do czekolady, zapomniał chwilowo o swoim dotychczasowym zajęciu i niemal rzucił się na poczęstunek.
Stanąłem za oparciem sofy, na której siedział Marcel i delikatnie objąłem go ramionami za szyję, kiedy wyprostował się, aby dać chwilę odpoczynku swojemu kręgosłupowi. Milcząc oparłem brodę o czubek jego głowy, kontemplując tę chwilę niewinnej bliskości.
Mąż położył dłoń na moich połączonych ze sobą między jego obojczykami palcach i ścisnął je lekko.
Zmieniłem odrobinę pozycję i złożyłem jeden krótki pocałunek w jego włosach.
- Zjedz kilka ciastek zanim Fabien i Nathaniel wszystkie pochłoną, kochanie. Obiad będzie dopiero za dwie godziny. Nie chcę żebyś był głodny.
Najlepszy przyjaciel i jednocześnie kuzyn Marcela rzucił mi taksujące, lekko kpiące spojrzenie.
- Minąłeś się z powołaniem. Powinieneś być przedszkolanką.
- A ty nadwornym błaznem. - odpowiedziałem na zaczepkę i pokazałem mężczyźnie język w niedojrzałym geście. - Nie będę wam przeszkadzał, jeśli zajmę się porządkami? - specjalnie zadałem to pytanie łagodnie i słodko, żeby podrażnić się z Fabienem jeszcze trochę.
- Oczywiście, że nie, Aniele. - Marcel uniósł moje dłonie do swoich ust i ucałował je.
Uśmiechnąłem się szeroko w odpowiedzi na tę czułość.
- Wracamy do pracy! Koniec pławienia się w miłości! - Fabien przegonił mnie ruchem dłoni.
Ponownie pokazałem mu język i odsunąłem się od mojego mężczyzny.

~ * ~ * ~

Powiodłem spojrzeniem za moim pięknym, kuszącym Aniołem, który przykucnął przy przygotowanej już wcześniej misce z wodą zabierając się do swojej zaplanowanej na dziś pracy.
Mój wzrok powoli przesuwał się po tak doskonale znanym mi ciele Fillipa, po wszystkich jego krzywiznach, prostych i ostrych kątach. Gdybym mógł, zastąpiłbym spojrzenie dłońmi i niechybnie doprowadziłbym do tego, że mój mąż musiałby zostawić sprzątanie na później. Dużo później.
- Hej, hej, twoja robota jest tutaj, Romeo. - wychylający się ponad stołem Fabien zamachał palcami dłoni przed moją twarzą.
Zwróciłem oczy w jego stronę i zrobiłem jedną z tych wiele mówiących min, które zapowiadają wymyślne tortury, jakim można poddać drugą osobę.
- No nie patrz tak na mnie. Mamy pracę, a ty pożerasz Fillipa wzrokiem. Człowieku, masz go u boku na co dzień, więc jak to możliwe, że ciągle ci mało?
W odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami, ponieważ było oczywiste, że mnie i mojego Anioła łączyła nie tylko prawdziwa, gorąca miłość, ale także niegasnące pożądanie. Byliśmy dla siebie całym światem i pragnęliśmy tylko i wyłącznie siebie nawzajem. To było dla mnie tak oczywiste i naturalne, jak oddychanie.
- Tylko mi nie mów, że między tobą i Shevą brakuje tego napięcia! - rzuciłem niemal wystraszony, kiedy uświadomiłem sobie, że może właśnie to stanowi problem dla Fabiena. Przyglądałem mu się teraz bardzo uważnie, jakby mógł zdradzić mi odpowiedź na to pytanie czymś pozornie tak mało znaczącym, jak mrugnięcie.
Minęła dłuższa chwila, zanim Fab wykonał jakikolwiek ruch, który mógł znaczyć, że zamierza odpowiedzieć na moje pytanie. Nabrał głęboko powietrza, wypuścił je powoli, zamknął na chwilę oczy i otworzył je utkwiwszy spojrzenie w moich tęczówkach.
- Tak i nie. - wyrzucił z siebie.
Już miałem zapytać, co to właściwie oznacza, kiedy podjął wątek dalej.
- Andrew to atrakcyjny, pełen życia i pasji nastolatek, ale nie należy do Rodu. - odwrócił ode mnie wzrok i spojrzał na sprzątającego drugą stronę salonu Fillipa. - My wiedzieliśmy w co się pakujemy, kiedy decydowaliśmy się zachować czystość do czasu spotkania naszego Anioła. Sami się na to zgodziliśmy, złożyliśmy śluby i oficjalnie dołączyliśmy do Upadłego Rodu. Andrew jest cholernie młody, a ja byłem jego pierwszym i jak dotąd jedynym mężczyzną. - jego spojrzenie znowu powróciło do mnie. - Kocham go i pragnę, ale boję się, że to może w pewnym momencie przestać mu wystarczać, że znudzi się mną, będzie chciał sprawdzić, co mogą dać mu inni. To mnie paraliżuje, ponieważ nie chcę go stracić, ale też nie chcę go ograniczać tylko dlatego, że kiedy się poznaliśmy dałem się ponieść.
Analizowałem w myślach jego słowa i próbowałem wyobrazić sobie siebie w podobnej sytuacji. Mój Fillip od zawsze był przeciwieństwem Andrew Shevy, więc nie przychodziło mi to łatwo, ale jednak powoli w moim umyśle formowała się wizja, która miała mi pomóc w zrozumieniu Fabiena. 
Problem polegał jednak na tym, że byłem w stanie pojąć wyłącznie jedną stronę, ponieważ druga była mi zupełnie obca. Tak jak Fabien, poznawałem swoje dziedzictwo i dokonałem wyboru akceptując je wraz z samotnością i miłością, które ze sobą niosło.
- Rozmawiałeś o tym z Shevą? - zapytałem, a on spojrzał na mnie jakbym właśnie rzucił niesamowitą głupotę.
- I co miałbym mu powiedzieć? „Słuchaj, zastanawiam się, czy seks ze mną wystarczająco zaspokaja twoje potrzeby, bo obawiam się, że nie jestem wystarczająco dobry”?
Wzruszyłem tylko ramionami, ponieważ miał całkowitą rację. Czegoś takiego nie mógł powiedzieć kochankowi, jeśli nie chciał go urazić.
- Nie wiem też ile uwagi i czułości powinienem mu okazywać. Nie chcę żeby wziął mnie za kogoś, kto próbuje go niańczyć na siłę, jak matka swoje dzieci.
- Zaczekaj chwileczkę. Zasięgniemy rady tej drugiej strony. - podniosłem się z miejsca i podszedłem do stojącego do mnie tyłem, pochłoniętego swoimi zajęciami Fillipa.
Objąłem go ramionami w pasie, przytulając swoją pierś do jego pleców.
Mój ciepły, cudowny Anioł zadrżał gwałtownie, jego oddech stał się nierówny, a serce biło jak szalone poruszając całą jego klatką piersiową.
Wystraszyłem go.
- Przepraszam. - wyszeptałem szczerze do jego ucha ogarnięty wyrzutami sumienia oraz niemal rozsadzającą mnie od środka czułością.
Byłem prawdziwym szczęściarzem.

~ * ~ * ~

- Ależ mnie wystraszyłeś! - westchnąłem nadal cały drżący i wziąłem kilka głębokich, uspokajających oddechów.
Zajęty sprzątaniem przestałem zwracać uwagę na swoje otoczenie, więc nawet nie usłyszałem jak mąż do mnie podchodzi, a co dopiero mówić o jego niespodziewanym dotyku.
Z rozkoszą zapomniałbym się w tych czułych objęciach, jednak miałem pełną świadomość tego, że Fabien na pewno patrzy teraz na nas uważnie, co było bardzo krępujące.
- Poświęcisz nam chwileczkę, Aniele? - ciepły oddech Marcela znowu otulił moje wrażliwe ucho. Tym razem moje drżenie nie miało nic wspólnego z zaskoczeniem czy strachem.
- Oczywiście. - odpowiedziałem przekręcając się w ramionach ukochanego. - O co chodzi?
Marcel odsunął się na krok, złapał mnie za rękę i poprowadził do sofy. Posadził mnie na niej i zajął miejsce obok.
- Fabien chciałby wiedzieć, jak związek z kimś z Upadłego Rodu wygląda z tej drugiej strony.
- Czy jest uciążliwy przez całą tę skrajną monogamię? - zabrał głos siedzący naprzeciwko nas mężczyzna. - Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, jak by to było związać się z kimś innym?
- Chwila, chwila, chwila! - przerwałem mu zaskoczony tematem, który podjęli, mimo że jeszcze chwilę temu dyskutowali przecież o Marsylii. - Zanim zadasz kolejne pytania, daj mi chociaż odpowiedzieć na te. - zacisnąłem palce na wciąż trzymającej moją dłoni ukochanego i skupiłem się na ubraniu moich myśli w sensowne słowa. - Na początek powiedz jednak, o co dokładnie chodzi, żebym wiedział, czego ode mnie oczekujesz.
Fabien wahał się przez chwilę, ale w końcu wyrzucił z siebie to, co leżało mu na sercu.
Znałem wprawdzie Shevę i ze względu na mój związek z Marcelem oraz to, co łączyło chłopaka z Fabienem byliśmy niemal rodziną, jednak żaden z nas nie zaliczyłby tego drugiego do grona przyjaciół.
- Udzielając odpowiedzi na twoje pytania, mogę odpowiadać tylko za siebie. - podjąłem po chwili zastanowienia. - Mój związek z Marcelem rozwijał się przez dobrych sześć lat i chociaż bardzo chciałem od razu dać się ponieść uczuciom, to jednak przez cały ten czas oczekiwania, poznawałem Marcela coraz lepiej, a on poznawał mnie. Każdego dnia coraz lepiej rozumiałem dlaczego się w nim zakochałem, dlaczego jest dla mnie tym jedynym, bez którego nie potrafię żyć. - zastanowiłem się przez chwilę. - To jak pokochać słońce ze względu na samą ideę słońca, a następnie doświadczając jego ciepła i blasku nabierać pewności, że rzeczywiście się je kocha. - przerwałem, aby dać mu chwilę na zrozumienie mojego porównania. Kiedy skinął głową, kontynuowałem. - Ty i Andrew nie daliście sobie czasu na poznanie siebie nawzajem i dlatego teraz masz wątpliwości. Spotykaliście się tylko podczas dłuższego wolnego od nauki, a to stosunkowo niewiele. Musisz go lepiej poznać i zrozumieć, a także pozwolić aby on poznał i zrozumiał ciebie. Wtedy będziesz wiedział, co on myśli o zasadach Upadłego Rodu i o tobie. Zaczniesz się domyślać, czego od ciebie chce, będziesz wiedział co lubi, a za czym nie przepada. Postaraj się przed nim otworzyć i pokazać mu, jaki naprawdę jesteś.
- A jaki jestem? - zapytał poważnie, a w jego oczach dostrzegłem mieszaninę smutku i wyzwania. - Zacząłem się zmieniać, Fillipie. Od kiedy znowu wróciłem do przewodzenia Rodem, nie jestem już tym samym człowiekiem, którym byłem wcześniej.
Przygryzłem wargę, nie wiedząc, co powiedzieć i jakiej rady mu udzielić. Gdyby pytał o Olivera, nie musiałbym się szczególnie zastanawiać, ponieważ znałem kuzyna niemal na wylot. Shevy tymczasem nie znałem w ogóle.
- Więc pozwól mu być świadkiem tego, jak się zmieniasz. - zacząłem niepewnie. - Jesteśmy ludźmi i nigdy nie pozostajemy tacy sami od narodzić po dzień śmierci. Nie masz nic do stracenia próbując, za to możesz stracić, jeśli nic nie zrobisz. Rozmawiaj z nim, Fabienie. Rozmawiaj ile tylko możesz i o czym tylko się da. I zmieniaj się. Zmieniaj się, jednak daj mu możliwość wpływu na zachodzące w tobie zmiany. Niech będzie świadomy tego, co się z tobą dzieje. Kiedy ja zmieniałem się dorastając, Marcel był tym, który nieświadomie kształtował mnie swoją obecnością, swoimi słowami, pochwałami i napomnieniami. Ty i Andrew jesteście razem od dawna, kochacie się i jesteście tego świadomi, więc współpracuj z nim, Fabienie. Może nie tylko ty się tym wszystkim martwisz, ale on również. Porozmawiaj z nim poważnie. O wszystkim.
Spojrzałem na Marcela i uśmiechnąłem się lekko. Nie miałem więcej nic do dodania. Pocałowałem męża w policzek i wstałem z miejsca.
Zostawiłem Fabiena z jego myślami, dając mu możliwość poukładania sobie wszystkiego w głowie bez obaw, że niecierpliwiąc się czekam na jakiś gest lub słowo z jego strony. Gdyby chciał o coś zapytać, nadal byłem w tym samym pomieszczeniu, więc mógł zrobić to w każdej chwili. Jednocześnie dałem mu jednak trochę przestrzeni.

~ * ~ * ~

Spoglądałem na Fabiena czekając cierpliwie. Miałem czas zarówno na dalszą rozmowę na tematy prywatne, jak również na powrót do tych służbowych.
Rady Fillipa zawierały w sobie samą prawdę i trafiły w sedno. Teraz od mojego kuzyna zależało, co dalej z nimi zrobi.
Życzyłem mu jak najlepiej, ale nie mogłem kierować każdym jego krokiem, nie mogłem zaplanować mu życia. Z tym musiał radzić sobie sam, ale zawsze mógł na mnie liczyć, jeśli tylko potrzebowałby pomocy. Byłem pewny, ze o tym wie.
Fab wziął jeden naprawdę głęboki oddech i położył dłonie płasko na mapie Marsylii przed nami.
- Wracajmy do pracy! - zadecydował, więc po prostu skinąłem głową.
Zawsze byłem gotów mu pomóc, ale nigdy na siłę.

sobota, 31 marca 2018

Joyeuse Pâques!

Marcel i Fillip

Uwielbiałem świąteczne poranki takie jak ten, kiedy to nie musiałem się nigdzie spieszyć, ponieważ ani nade mną, ani nad moim mężem nie wisiało widmo pracy. Mogłem w pełni oddać się lenistwu, zapomnieć się w nim i po prostu cieszyć chwilami spędzanymi z rodziną.
Przed oczyma stanął mi obraz z przeszłości, kiedy to wszystkie dni świąteczne spędzałem w Hogwarcie. Wtedy zawsze zrywałem się z samego rana, ponieważ im wcześniej byłem na nogach, tym wcześniej mogłem natknąć się na mojego rozkosznego, niewinnego ucznia, który teraz nosił moje nazwisko, a na palcu obrączkę idealnie pasującą do mojej. Wtedy byłem przekonany, że każde nasze spotkanie było tylko szczęśliwym zrządzeniem losu, podczas gdy w rzeczywistości obaj pragnęliśmy tego samego i szukaliśmy się nawzajem każdego dnia.
Leżąc w ciepłym, wygodnym łóżku, ostrożnie zmieniłem pozycję, dzięki czemu mogłem bez problemu obserwować wciąż śpiącego u mojego boku Anioła.
Był taki piękny. Idealny.
Jego zmierzwione, falowane, a miejscami poskręcane w śrubki kasztanowe włosy rozsypały się po poduszce niczym ciemna aureola. Ostrożnie, nie chcąc go obudzić, odgarnąłem z jego czoła ich pasemko i przesunąłem palcem po wąskiej, osadzonej nisko nad oczami brwi. Uśmiechnąłem się do siebie, ponieważ chłopak zmarszczył nieznacznie swój prosty, raczej drobny nosek. Jego długie rzęsy zatrzepotały rzucając leciutki cień na pokryte miodową, nakrapianą niemal niewidocznymi piegami skórą policzki, ale oddech Fillipa pozostał równy i głęboki. Na szczęście nie obudziłem go tym dotykiem. Nad wąskimi, ale idealnie wyrzeźbionymi wargami brązowił się meszek lekkiego wąsiku, zaś poniżej nich cieniutka linia zarostu rozszerzała się przechodząc w niewielką bródkę, która nadawała mojemu Aniołowi seksownej klasy oraz dodawała mu kilka lat.
Zachwycony powiodłem wzrokiem niżej, na szyję chłopaka, podziwiając przez chwilę kilka ciemnych malinek, których autorem byłem. Mimowolnie uśmiechnąłem się dumny z siebie. Kiedy moje spojrzenie zsunęło się jeszcze niżej, musiałem powściągnąć rodzącą się we mnie chęć przesunięcia opuszkami palców po wyeksponowanej, cudownie gładkiej piersi mojego męża. Ścieżka drobnych, ciemnych włosków zaczynała się dopiero pod wgłębieniem jego pępka i znikała pod gumką spodni piżamy, które miał na sobie.
To zachwycające, kuszące i budzące we mnie dzikie pożądanie ciało skrywało kochające, pełne ciepła i współczucia serce oraz krystalicznie czystą, choć przekorną duszę. Fillip był wprawdzie niesamowicie niewinny, ale gdyby tylko chciał, mógłby z Anioła stać się Upadłym. Nie wątpiłem, że gdyby komuś z jego bliskich działa się krzywda, mój mąż potrafiłby zerwać znad głowy aureolę i pozwoliłby wyrosnąć diabelskim rogom. Był w końcu silny psychicznie i fizycznie oraz potrafił zdecydowanie bronić swojego ogniska domowego. Nie krył też zazdrości o mnie, zaś w łóżku stawał się pełnym pasji i namiętności kochankiem.
Zauważyłem, że oddech chłopaka zmienił rytm, a jego usta ułożyły się w rozkoszny uśmiech.
- Wyraźnie czuję na sobie twój wzrok, jakbyś dmuchał na moją skórę ciepłym powietrzem. - wymruczał rozbudzony.
- Nic na to nie poradzę, Skarbie. Przy tobie nawet gwiazdy wyglądają jak jarmarczne świecidełka, więc jak mógłbym na ciebie nie patrzeć?

~ * ~ * ~

Otworzyłem gwałtownie oczy i spojrzałem w cudowne szare niebo pełnego miłości spojrzenia Marcela. Chociaż wiele razy prawił mi niesamowite komplementy, ten jeden wypowiedziany z samego rana zaparł mi dech.
Przygryzłem prawą połowę dolnej wargi i uśmiechnąłem się nieśmiało.
Mężczyzna przesunął delikatnie kciukiem po moich ustach, czym dał mi do zrozumienia, że powinienem przestać je maltretować. Wypuściłem więc wargę spomiędzy zębów i ucałowałem delikatnie dotykający jej palec.
- Nigdy nie przestaniesz obsypywać mnie tymi czułostkami, co?
- Nie, Fillipie. - przyznał kładąc dłoń na moim boku i przysuwając się do mnie bliżej. Nasze biodra przywarły do siebie. - Nigdy, ponieważ nigdy nie przestaniesz być tak zachwycający. Moje serce bije szybciej ilekroć cię widzę i to się nie zmieni.
W jego spojrzeniu i słowach było tyle szczerości, że poczułem, jak wzruszenie kręci mnie w nosie. Pocałowałem go w ten niemożliwie słodki dołeczek w brodzie aby dać sobie kilka chwil na zapanowanie nad emocjami. Powtórzyłem ten gest raz, drugi, trzeci i zadrżałem. Szczękę mojego męża pokrywał kłujący poranny zarost, który podniecająco podrażnił moje usta. W końcu wziąłem głęboki oddech, ponownie spojrzałem w oczy Marcela i odgarnąłem mu grzywkę z czoła. Było wysokie, wręcz stworzone do całowania, więc przyciągnąłem jego głowę bliżej siebie, zmuszając tym samym mężczyznę do pochylenia się i przywarłem ustami do ciepłej skóry poniżej nasady jego jasnych włosów.
Czym zasłużyłem sobie na tak cudownego męża? Na tak bezgraniczną miłość? Na pełne nieopisanego szczęścia dni i noce?
Zachęcony cichym, rozleniwionym mruczeniem, pocałowałem mężczyznę między oczami, a następnie w nasadę i czubek nosa. Delikatnie potarłem o niego swoim, zanim nie musnąłem wargami ciepłych, suchych ust mojego Marcela.
Jego dłoń zsunęła się z mojego boku na plecy i przywierając zdecydowanie do krzyży, przycisnęła mnie bliżej tego gorącego, twardego ciała, dla którego codziennie na nowo traciłem głowę.
Wsunąłem dłoń między nas i przesunąłem nią po idealnie wyrzeźbionej, pokrytej drobnymi włoskami piersi mężczyzny. Moje opuszki same odnalazły sutek, którym zaczęły się bawić gładząc go, drażniąc, podszczypując. Uwielbiałem to niemal łaskoczące uczucie w palcach, jakie powodowały twardniejące pod moim dotykiem brodawki Marcela. Byłem pewny, że moje są o wiele wrażliwsze, ale pełen przyjemności uśmiech mojego kochanka mówił mi, że on również odbiera te zabiegi jako przyjemną pieszczotę.
- Kochanie, - westchnąłem w delikatnie uchylone usta mężczyzny mojego życia – chciałbym kontynuować i zatracić się w tobie bez reszty, ale musimy pochować w domu i ogrodzie czekoladowe jajka dla Nathaniela.
Widziałem, jak w jego pięknych oczach rozbłyska rozbawienie wywołane wyobrażeniem naszego synka uganiającego się jeszcze w piżamce za świątecznymi jajkami.
- Masz rację, Aniele. Nath nie poczeka ani chwili i kiedy tylko otworzy oczęta, rzuci się w wir poszukiwań.
Marcel pogładził mój policzek swoją lekko szorstką dłonią i odsunął się. Jego gorące ciało pozostawiło po sobie chłodną pustkę, przez co miałem ochotę przylgnąć do niego całym sobą i nie puszczać. Powstrzymałem się jednak.
Patrzyłem tęsknie na jego pracujące pod jasną skórą mięśnie, kiedy stanął na nogi i przeciągał się. Musiałem przyznać, że tatuaż czarnych anielskich skrzydeł idealnie pasował do jego umięśnionych pleców.
Sam nawet nie wiedziałem, kiedy przygryzłem wargę podniecony widokiem mojego męża w całej jego niesamowicie erotycznej krasie.
- Teraz to ty się we mnie wpatrujesz. - rzucił rozbawiony i odwrócił się do mnie przodem. W jego ślicznych oczach igrał śmiech, a usta rozciągnęły w szerokim, pełnym satysfakcji uśmiechu.
- Nie zaprzeczę. - wyszczerzyłem w uśmiechu zęby. - Tak wiele osób widząc cię musi zadowolić się wyobrażeniem o tym, co kryjesz pod ubraniem, że pragnę napawać się faktem, że ja jako jedyny wiem doskonale, co zakrywasz.
- Mmmmm, zazdrośnik. - wymruczał nie bez zadowolenia i opierając dłonie o łóżko pochylił się aby mnie pocałować.
Wsunąłem dłonie w jego miękkie, gładkie włosy i odpowiedziałem na pocałunek muskając wargi Marcela powoli, ale bez wytchnienia.
- Mmm, jajka. - mruknąłem niezadowolony zanim całkiem zapomniałem o otaczającym mnie świecie.
Mąż odsunął się ode mnie biorąc głęboki, uspokajający oddech i wyprostował się.
- Masz rację, jajka. - roześmiał się rozbawiony, a jego śmiech był najcudowniejszym dźwiękiem, jaki mogłem słyszeć z rana.

~ * ~ * ~

Wyciągnąłem dłoń do mojego zapatrzonego we mnie Anioła i pomogłem mu podnieść się z łóżka, chociaż wiedziałem, że wcale nie potrzebował mojej pomocy. Chęć dotknięcia go była jednak silniejsza ode mnie i kiedy tylko stanął pewnie na nogach, ucałowałem wierzch jego dłoni w szarmanckim niemal geście.
- Dziękuję. - na ustach mojego młodego męża pojawił się słodki uśmiech, który potrafił stopić moje serce w przeciągu sekundy.
- Zawsze do usług, mój Książę. - ukłoniłem się dwornie i odpowiedziałem uśmiechem.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę nie potrafiąc oderwać od siebie nawzajem spojrzenia, ale w końcu byliśmy zmuszeni to zrobić.
Ubraliśmy się odświętnie z racji Wielkanocy, po czym ramię w ramię zeszliśmy do kuchni, gdzie na stole czekał już koszyk z czekoladowymi jajkami, które należało schować przed Nathanielem.
Fillip bez słowa zabrał się za przygotowywanie bezsprzecznie pysznego śniadania, ja zaś porwałem koszyczek i od razu przystąpiłem do mojego świątecznego zadania, którym było ukrywanie łakoci w mniej lub bardziej oczywistych miejscach. Zacząłem od kuchni, a następnie przeszedłem do salonu, gdzie spędziłem zdecydowanie więcej czasu. Jajka musiały znajdować się w zasięgu wzroku i łapek Natha, więc zadanie wcale nie było takie proste.
Dużo później wyszedłem do ogrodu, gdzie zaczęła się prawdziwa zabawa. Teraz już nic mnie nie ograniczało, ponieważ mój synek miał do dyspozycji swoją miotłę i z powodzeniem mógł wzbić się ponad ziemię, aby dosięgnąć jajka ukrytego w koronie drzewa lub wciśniętego w jakąś dziuplę.
Tak, teraz zdecydowanie mogłem się wykazać!

~ * ~ * ~

Nie mogąc się powstrzymać, wyjrzałem przez okno, aby choć rzucić okiem na kręcącego się po ogrodzie Marcela. Przyznaję, uwielbiałem na niego patrzeć, a na samą myśl o podziwianiu go w otoczeniu rozkwitającej wiosną przyrody moje serce urastało w piersi do niebotycznych rozmiarów.  Najchętniej nigdy nie spuszczałbym z niego wzroku.
Roześmiałem się cicho, kiedy tylko moje spojrzenie spoczęło na tym czarującym mężczyźnie, który z ogromnym, pełnym dziecięcej radości uśmiechem szukał najlepszych miejsc do schowania czekoladowych jajek. Było oczywiste, że sprawia mu to ogromną przyjemność.
Otworzyłem okno i wysiliłem się, aby ukryć przed nim moje rozbawienie.
- Kochanie, czy aby nie za dobrze się bawisz i nie za bardzo starasz?
Marcel zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- To możliwe, ale jestem pewny, że Nathaniel doceni moje starania! - rzucił po chwili dumnym tonem, unosząc wysoko brodę, jakby był możnowładcą przemawiającym do kogoś niższego stanem.
Czułem, że po prostu muszę się z nim odrobinę podroczyć.
- Och, nie wątpię, że nasz Nathaniel coś doceni, ale obawiam się, że będzie to smak mlecznej czekolady, a nie miejsce jej ukrycia.
Parsknąłem śmiechem, kiedy mąż spojrzał na mnie wilkiem.
Był tak słodki, tak rozkoszny, że gdyby stał teraz obok mnie, przytuliłbym go i pocałował.

~ * ~ * ~

Śmiech Fillipa sprawił, że byłem z siebie naprawdę dumny. W końcu to ja byłem powodem tego wybuchu wesołości. To było dla mnie wystarczającą nagrodą za moje starania. Nath mógł teraz w spokoju skupić się na słodyczach, ponieważ moje wysiłki zostały docenione, nawet jeśli w niekonwencjonalny sposób.
Mój roześmiany Anioł zamknął kuchenne okno, a ja westchnąłem ciężko, ponieważ już zaczynałem tęsknić za jego cudownym chichotem.
Po kilkunastu minutach wróciłem do kuchni wciąż naprawdę zadowolony z siebie. Byłem pewny, że nasza pociecha będzie miała niezłą zabawę, kiedy tylko otworzy swoje słodkie oczęta i uświadomi sobie, że to właśnie dzisiaj Zajączek Wielkanocny w niecodzienny sposób obdarowuje dzieci czekoladowymi pysznościami.
Korzystając z okazji, że mój mąż był zajęty zwijaniem plastrów szynki i układaniem ich na talerzu, porwałem jedno z jego popisowych i uwielbianych przeze mnie faszerowanych jajek. Było lekko kwaśne i w subtelny sposób ostre, dzięki musztardzie chrzanowej, którą poleciła mu kiedyś matka. Co więcej, farsz zawdzięczał swoją delikatność tuńczykowi, a kremowy posmak śmietanie. Całość komponowała się w taki sposób, że nie mogłem się powstrzymać i skradłem z talerza drugą połówkę jajka, za co omal nie dostałem po rękach.
Tylko o milimetry uniknąłem karcącego uderzenia w dłoń, więc mój Anioł ofukał mnie trochę zirytowany i obdarzył ostrym spojrzeniem swoich cudownych oczu. Nadal czaiła się w nich jednak wesołość wywołana moim wcześniejszym zachowaniem.
- Nie wolno! - prychnął grożąc mi palcem.
- Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać. Wiesz, jak bardzo uwielbiam twoją kuchnię.
- Nie próbuj mnie teraz udobruchać, Marcelu! - przeze mnie chłopak musiał poprawić wszystkie jajka na talerzu, ponieważ w dwóch miejscach ziały wyraźnie widoczne dziury. - Jeśli zjesz wszystko teraz, nie zostanie nam nic do kolacji, a jeszcze nawet nie zaczęliśmy jeść śniadania.
- Jesteś piękny, kiedy tak mnie karcisz. - powiedziałem z przekornym uśmiechem, a na policzkach Fillipa rozkwitły różowe kwiaty rumieńców.
- Marcelu… - znowu groził mi palcem.
Ująłem jego dłoń w swoją i przymykając oczy wsunąłem jego wyprostowany palec wskazujący do ust. Smakował szynką oraz jajecznym farszem, a więc Wielkanocą. Spojrzałem w roziskrzone zawstydzeniem i pociemniałe podnietą oczy chłopaka.
- Czekoladaaaaaa! - doszedł naszych uszu radosny krzyk Nathaniela, który wyszedł z pokoju i przed drzwiami znalazł pierwszy smakołyk.
- Później, Kochanie. - szepnął do mnie Fillip, ale zanim wrócił do przygotowywania śniadania, pocałował mnie lekko i czule. - Nathanielu, możesz zjeść tylko jedno jajko! - krzyknął do naszego synka, który właśnie zbiegał po schodach do salonu.
- Ale tatusiuuuuu… - malec jęknął błagalnie.
- Reszta po śniadaniu! - Anioł postawił na swoim, więc skąpany w szczęściu tego dnia poszedłem po synka, aby dopilnować, że będzie przestrzegał narzuconych mu przez Fillipa zasad.
Ten dzień dopiero się zaczynał, ale już był naprawdę udany.