piątek, 31 sierpnia 2018

Faire l'amour

UWAGA! LEMON, +17, SCENA SEKSU M/M


Marcel i Fillip

W życiu miałem tylko trzy miłości. Fillipa, Nathaniela oraz quidditcha. Ale o ile bez tego ostatniego chyba potrafiłbym żyć, o tyle bez moich dwóch pierwszych miłości na pewno nie. Fillip i Nath byli całym moim światem zamkniętym w dwóch ciałach, najlepszym, co mi się przytrafiło i nie byłem w stanie wyobrazić sobie większej radości od tej odczuwanej u ich boku. Dzięki nim każdego dnia i w każdej chwili byłem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie. Codziennie witały mnie słodkie pocałunki męża oraz jego gorące objęcia, radosne uśmiechy synka oraz jego niekończące się pytania. Temu dziecku usteczka zamykały się tylko w czasie snu, ponieważ nawet podczas posiłków nie można było zmusić go do milczenia.
Czułem, że zaczynam tęsknić za jego dziecięcym głosikiem, chociaż minęła zaledwie godzina, od kiedy słyszałem go po raz ostatni.
- Bez Nathaniela dom jest tak niesamowicie cichy i pusty. - Fillip wyrwał mnie z zamyślenia swoim cichym, ale głębokim westchnieniem.
Leżał na sofie z głową na moich kolanach i teraz zmienił odrobinę pozycję, kładąc się na boku, przodem do mojego krocza.
Starając się o tym nie myśleć, wsunąłem dłonie w jego miękkie włosy, bawiąc się nimi spokojnie.
- Powinniśmy to wykorzystać. - powiedział nagle bardzo pewnym głosem i przysunął się bliżej mojego brzucha, niemal wtulając twarz w miejsce, które już zaczęło reagować na jego ruch. Nie spodziewałem się, że do tego zmierza. - Nie codziennie spędza dzień z dziadkami, a my nie codziennie mamy okazję pobyć sam na sam. Hmm, widzę, że ktoś tu doskonale rozumie, co mam na myśli i bardzo się z tego cieszy. - zachichotał, zaczynając pocierać policzkiem o moje twardniejące krocze.
- Fillipie… - tylko tyle zdołałem z siebie wyrzucić, ponieważ kiedy spojrzałem w dół, mój mózg przeniósł się w zupełnie inne miejsce, do zgoła innej „głowy”.
Mój Anioł spoglądał na mnie błyszczącymi, pociemniałymi z pożądania oczyma i właśnie oblizywał usta, powoli rozsuwając zamek moich spodni.

~ * ~ * ~

Od tak dawna nie miałem Marcela tylko dla siebie, że teraz mogłem myśleć tylko o tym, jak bardzo go pragnę i jak wiele chciałbym mu zrobić. Entuzjastyczna reakcja jego ciała świadczyła o tym, że on również tego chciał, nawet jeśli usilnie próbował zachować rycerską postawę mężczyzny, który w każdej chwili potrafiłby sobie odmówić seksu. Obaj zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że było to poza naszym zasięgiem.
- Zsuń je trochę. - poleciłem mu, kiedy zamek był już na samym dole, a guzik rozpięty.
Marcel uniósł nieznacznie biodra, a ja głowę, aby mógł uwolnić się od jeansów zsuwając je poniżej pośladków.
Tyle mi wystarczyło. Ponownie położyłem głowę na jego udach, ale tym razem uchylając usta zacząłem lekko ssać i kąsać erekcję mężczyzny przez materiał jego bokserek. Moja ślina wsiąkająca w materiał sprawiła, że lepił się do coraz twardszego i większego członka. Udało mi się nawet wyrwać z ust Marcela głośne westchnienie, co sprawiło, że zadrżałem na całym ciele, a spodnie uwierały mnie jeszcze bardziej, niż chwilę wcześniej. Ja również byłem podniecony.
Nie wytrzymałem. Tak bardzo chciałem wziąć kochanka do ust, że nie mogłem dłużej czekać, nie byłem w stanie go drażnić, musiałem go posmakować.
Zahaczyłem palcami o gumkę bielizny i odsunąłem ją uwalniając prężącą się dumnie, pulsującą nabiegłą krwią nagrodę.
Westchnąłem zachwycony i przywarłem wargami do spodniej części nasady skubiąc ją i liżąc. Sunąłem w górę i dół, omijając sączącą się i kuszącą główkę, która wydawała się błagać o moją uwagę.
Marcel smakował wybornie. Tak jak zresztą zawsze. Uwielbiałem jego męski zapach, lekko słonawy smak, napięte mięśnie pod palcami, kiedy dotykałem jego ud lub brzucha.
- Mój słodki Fillipie, dręczysz mnie! - uniósł lekko biodra w bezwarunkowym odruchu.
- Siebie również, kochanie. - zamruczałem, a spowodowane tym lekkie drgania zmusiły Marcela do zaciśnięcia dłoni na poduszkach rozrzuconych na sofie.
Był taki seksowny, taki kuszący, że nie mogłem dłużej mu się opierać. Wziąłem go w usta na tyle na ile mogłem, a resztę przykryłem dłonią. Zacząłem owijać język wokół pulsującego zachęcająco trzonu i miarowo unosiłem oraz opuszczałem głowę. Gdybym chciał żeby mąż doszedł, dołączyłbym do tego jeszcze kilka innych pieszczot, ale moje plany obejmowały głęboką penetrację, a to wykluczało przedwczesny wytrysk.
Z największym trudem oderwałem się od wyśmienitego ciała Marcela, kiedy uznałem, że niechcący mógłbym przesadzić i doprowadzić go do szczytu.
Wstałem niechętnie z sofy i stanąłem przed kochankiem patrząc głęboko w jego cudowne, ciemne pragnieniem oczy.
Był zjawiskowo przystojny i w całości mój.
Sięgnąłem do swoich spodni i zacząłem rozpinać je, kołysząc się lekko na boki.

~ * ~ * ~

Moje oczy musiały być wielkie jak spodki, kiedy mój słodki, seksowny Fillip zaczął rozbierać się morderczo powoli i poruszać w rytm niesłyszalnej dla nikogo poza nim samym muzyki.
Moje serce waliło jak oszalałe, a w uszach szumiała krew, kiedy patrzyłem na jego zmysłowe, spokojne ruchy, kołyszące się biodra, zachęcająco prężący się członek, który w końcu uwolnił z więzienia spodni i bokserek.
Wystarczyłoby abym teraz dotknął lekko swojego penisa, a wytrysnąłbym nie mogąc tego powstrzymać.
Czy ten chłopak w ogóle wiedział, jak mocno na mnie działa?
Przygryzłem mocno wargę, aby lekki ból pomógł mi nad sobą zapanować.
Fillip podszedł do mnie powoli i kciukiem przesunął po moich ustach.
- Nie wolno ci ich maltretować, kochanie. Czy nie tego mnie uczyłeś przez wszystkie te lata? - zapytał niewinnie, ale w jego czekoladowych oczach czaiła się bestia. Pochylił się i złapał moją dolną wargę w swoje zęby, kąsając ją i ssąc.
Westchnąłem w jego usta, złapałem go za szyję i przyciągnąłem do pocałunku.
Zajęczał przywierając swoim nagim ciałem do mojego wciąż ubranego.
Nasze wargi podjęły walkę o to, które są w stanie dać partnerowi więcej rozkoszy, nasze języki kochały się w swoim szalonym rytmie, a brane przez nos oddechy niemal nie wystarczały. Odsunęliśmy się od siebie z dźwiękiem, który daleki był od seksownego, kiedy gwałtownie nabieraliśmy powietrza, jeszcze zanim mogliśmy to tak naprawdę zrobić.
- Fillipie… - wypowiedziałem jego imię z namaszczeniem.
- Przygotuj mnie, Marcelu. - westchnął zbolałym głosem. Wiedziałem, że pragnie mnie już teraz, tak jak ja marzyłem o tym, aby wbić się już w niego do samego końca. Ograniczenia naszych ciał były czasami powodem niesamowitego cierpienia, które musieliśmy obaj znosić.
Skinąłem głową i sięgnąłem do niewielkiego stolika przy sofie, gdzie w szufladzie trzymaliśmy oliwkę Nathaniela. Miała różne zastosowania, a jedno z nich planowałem właśnie wykorzystać.
- Uklęknij i oprzyj się, Aniele. - poleciłem i sam byłem zaskoczony słysząc jak bardzo zachrypnięty był mój głos.
Fillip zadrżał zachwycony i wykonał polecenie, wypinając swoje idealne pośladki w moją stronę. Stanowił w tej chwili tak wspaniały widok, że sam już nie byłem pewny, czy wolałem go podziwiać, czy może zabrać się do pracy aby w końcu móc go posiąść.
- Cudowny… Zjawiskowy… - wyrwało mi się, a chłopak zachichotał trochę speszony.
Nie przeszkodziło mu to jednak w tym, aby sięgnąć w tył i rozchylić te dwie cudowne półkule ułatwiając mi dostęp do jego ciasnego wejścia.
Znowu poczułem, jak niewiele mi trzeba bym wytrysnął przy tym niemożliwie podniecającym mężczyźnie.
Uśmiechnąłem się lekko i odrzuciłem oliwkę na sofę obok Fillipa. Zamiast tego pochyliłem się i przeciągnąłem językiem po drobnej szparce, którą mój mąż dla mnie wyeksponował.

~ * ~ * ~

Pisnąłem zaskoczony i mocno zacisnąłem palce na swoich pośladkach.
Marcel naprawdę to robił! Czułem jego wilgotny język na swoim wejściu, czułem jak na nie napiera, masuje je, rozluźnia, a kiedy pierścień moich mięśni na to pozwolił, wsuwa ten swój wspaniały język na tyle głęboko, na ile się dało. Jego wieczorny zarost drażnił moje jądra oraz miejsca, których dotykały jego policzki, zaś między nimi czułem delikatne łaskotanie jego ciepłego oddechu.
Drżałem przy tym podniecony jak chyb nigdy dotąd, a on wytrwale lizał mnie i pieścił każdym ruchem języka.
W pewnym momencie odsunął się, co było prawdziwą katuszą, ale nie miałem nawet czasu by zatęsknić za tymi doznaniami, ponieważ chłodna oliwka zaczęła spływać między moimi rozwartymi pośladkami prosto na moje wejście i niżej na jądra. Marcel zebrał ją palcami rozsmarowując, a następnie wsunął we mnie palec. Jego język był szerszy, ale krótszy, toteż westchnąłem rozkoszując się uczuciem innym, niż to sprzed chwili.
Pierścień mojego tyłka rozgrzewał się z każdym rucham sprawnej dłoni, która wpychała we mnie palec mojego kochanka i niemal go wyjmowała. Moje mięśnie szybko rozluźniły się na tyle, aby wniknął we mnie kolejny.
Pojękiwałem z rozkoszy i poruszałem biodrami pragnąc więcej.
- Tak, tak, tak! - wzdychałem, kiedy Marcel rozsunął palce jak nożyczki robiąc we mnie więcej miejsca dla trzeciego.
Tak bardzo chciałem żeby w końcu wbił się we mnie swoim członkiem. Mój penis ociekał i przez chwilę myślałem, że może nawet zdołałbym dojść bez najmniejszej nawet jego stymulacji.
- Marcelu, proszę! - wydyszałem.
- Tak, kochanie, wiem.
Kiedy jego palce zniknęły miałem ochotę krzyczeć sfrustrowany, ale po chwili poczułem, jak coś zdecydowanie grubszego wnika we mnie centymetr po centymetrze. Towarzyszyło temu palące szczypanie, ale i ono niosło ze sobą rozkosz.
- Fillipie, jeśli nie przestaniesz jęczeć w taki sposób, dojdę. - ostrzegł mnie i w ten sposób uświadomił, że naprawdę wydaje bardzo jednoznaczne dźwięki. Było to jednak silniejsze ode mnie. Czułem jego ogrom rozciągający moje mięśnie, wnikający głęboko, cudownie głęboko. Przypomniałem sobie, jak wielki i ciężki był jego członek w moich ustach.
- Och, kochanie! - syknął Marcel. - Nie zaciskaj się na mnie tak nagle!
- Przepraszam. - zachichotałem i spróbowałem się trochę rozluźnić.
Marcel w końcu pchnął mocno i był we mnie cały. Jego twardy brzuch na górze moich pośladków, jego jądra przy ich dolnej części.
Byliśmy teraz jednym ciałem, jedną całością.
Zacząłem kołysać biodrami i to wystarczyło. Marcel wybrał tempo. Powolne, ale głębokie, mocne pchnięcia, które uwielbiałem. Wtedy bowiem najdokładniej czułem każdy centymetr penisa mojego ukochanego we mnie.
Zacisnąłem dłonie na oparciu kanapy i rozkoszowałem się nie tylko dźwiękami seksu, jakie nas otaczały, jękami i westchnieniami, każdym silnym pchnięciem, ale także mocno zaciśniętymi na moich biodrach dłońmi Marcela.
Mąż zaczął całować moje plecy, lizać łopatki, kąsać kark, a jego biodra z coraz większym tempem i siłą uderzały o mój tyłek. Czułem palące ciepło mojego wejścia, kiedy jego penis penetrował mnie dając rozkosz i jednocześnie ją ode mnie otrzymując.
- Marcelu, nie wytrzymam! - pisnąłem odrzucając głowę do tyłu.

~ * ~ * ~

- Mój piękny… - westchnąłem przyssawszy się do wyeksponowanej, wilgotnej szyi chłopaka.
Sięgnąłem do jego członka obejmując go palcami i stymulując. Wystarczyły jednak tylko trzy ruchy mojej dłoni zsynchronizowane z pchnięciami moich bioder aby Fillip doszedł z moim imieniem na ustach.
Pierścień jego mięśni rozluźnił się, a ja mogłem podjąć bieg ku mojemu własnemu spełnieniu. Czułem łaskotanie w podbrzuszu, kiedy moje jądra napięły się i przywarły bliżej ciała, a po chwili wytrysnąłem w chętne, ukochane ciało z cichym warknięciem.
Przepocona koszula kleiła się do mnie nieprzyjemnie, więc zdjąłem ją i wytarłem nią krocze oraz brzuch Fillipa zanim pozwoliłem chłopakowi opaść na sofę. Usiadłem obok niego i chociaż było nam gorąco, objąłem go mocno i całowałem po skroni.
- Powinniśmy częściej wysyłać Nathaniela do moich rodziców. - westchnął zrelaksowany przytulając się do mnie.
Postanowiłem dać mu dłuższą chwilę, zanim zabiorę go do łazienki aby wypłukać z jego ciała swoje nasienie i w ostateczności wezmę go raz jeszcze. 
- Masz rację, Aniele. Powinien spędzać o wiele więcej czasu z dziadkami.

niedziela, 29 lipca 2018

Disparition

Oliver

Wchodząc do domu po całym dniu pracy uważnie śledziłem każdy szczegół skąpanego w półmroku korytarza. Zdjąłem buty przechodząc dalej i rozglądając się po kolejnych pomieszczeniach. Były puste, nic się w nich nie zmieniło, a to znaczyło, że nikt nie pojawił się w domu, od kiedy opuściłem go z samego rana.
Ani śladu Reijela.
Wziąłem głęboki, cholernie ciężki oddech i opadłem na kanapę chowając twarz w dłoniach.
Dwa tygodnie temu Reijel zniknął bez słowa, jakby po prostu miał już dosyć naszego wspólnego życia, bądź zwyczajnie mnie, i postanowił odejść. Kiedy ja byłem w pracy, on podrzucił dzieci do Fillipa i zostawił je tam bez słowa wyjaśnienia. Następnie wyszedł i już więcej się nie pojawił. Na początku sądziłem, że to z powodu pracy, jaką wykonywał, a w którą nigdy mnie nie wtajemniczył, ale kiedy nie pojawił się następnego dnia, ani też nie przysłał żadnej wiadomości, zacząłem się poważnie martwić. Od dłuższego czasu podejrzewałem przecież, że znalazł sobie kogoś innego, jako że zmienił się niemal nie do poznania. Złagodniał, stał się bardziej ludzki i ciepły, jakby nie zależało mu już na tym, aby być sobą w moim towarzystwie.
Poprosiłem o pomoc Marcela, poprosiłem Fabiena, ale Upadły Ród nie wiedział nic o moim kochanku i nie mógł mi nawet z żaden konkretny sposób pomóc, ponieważ ich współpraca z Reijelem była tylko umowna z racji jego pochodzenia. Nie znaczyło to jednak, że się nie martwili i nie starali się go znaleźć. O nie, robili co mogli i wypytywali kogo tylko mogli. Niestety Reijel jakby zapadł się pod ziemię.
W pierwszych dniach jego zniknięcia poprosiłem o wolne w pracy i spędzałem długie godziny z dziećmi, wyczekując jego powrotu oraz rozpytując naszych najbliższych znajomych. Nocami nie potrafiłem powstrzymać łez, ponieważ właśnie wtedy uczucie porzucenia i osamotnienia najbardziej dawało mi się we znaki. Nie ważne, jak nam się układało, naprawdę go kochałem.
Podniosłem się gwałtownie z miejsca i wziąłem kilka kolejnych głębokich oddechów. Dzieci czekały na mnie u Fillipa, więc nie mogłem pozwolić sobie na załamanie. Musiałem być silny jeśli nie dla siebie, to dla tej małej dwójki, którą Reijel tak bezceremonialnie przyniósł mi kiedyś, czyniąc mnie ich ojcem.
Podchodząc do stolika przy ścianie nabrałem w garść proszku Fiuu ze stojącej na nim miseczki i wchodząc do kominka rzuciłem go pod nogi wypowiadając wyraźnie adres kuzyna.
Fillip czekał już na mnie z obiadem, a bliźnięta wystartowały na czworakach w moją stronę, zaledwie pojawiłem się w kominku rodziny Camus. Wziąłem maluchy na ręce i ucałowałem je na powitanie. Nie wiem, co zrobiłbym bez kuzyna, kiedy zostałem całkiem sam z dziećmi i swoimi myślami. Byłem mu niezmiernie wdzięczny za opiekę nad Anastasie oraz Xavierem, jak również za wszystkie te drobne gesty świadczące o tym, że z chęcią zatroszczy się także o mnie.
- Wujku, idź szybko umyć ręce, bo jedzenie będzie zimne! - w salonie pojawił się wyjątkowo poważny Nathaniel.
Spojrzałem pytająco na kuzyna, który uśmiechał się rozbawiony pod nosem.
- Jest głodny jak wilk, bo szalał od rana bez chwili wytchnienia. - wyjaśnił mi i wyciągnął ramiona, aby zabrać moje maluchy. Oddałem mu dzieci i pozwoliłem aby Nath popychał mnie ponaglająco w stronę łazienki.
Nie miałem nic przeciwko aby chłopiec przypilnował mnie podczas mycia rąk, a później zaprowadził do salonu, gdzie czekał na nas obiad. Jego obecność działała na mnie kojąco, ponieważ miłość tego małego szkraba była tak stała, jak miłość jego rodziców. Nie ważne, co działo i dziać się będzie w życiu Nathaniela, ponieważ on zawsze będzie gotowy pokazać osobom, które darzy uczuciem, że jest blisko i jest gotowy stanąć na głowie, byle pomóc i być dla nich oparciem.
Mój mały, słodki chrześniak.

*

Spędziłem u kuzyna dwie godziny, które upłynęły nam na zabawie z maluchami oraz rozmowie o wszystkim, co tylko nie wiązało się ze zniknięciem Reijela. Fillip rozumiał, że nie chcę o tym mówić i szanował to, chociaż serce mu się krajało, kiedy na mnie patrzył. Nie musiał przekazywać mi tego werbalnie, ponieważ wiedziałem o tym patrząc w jego pełne szczerości i troski oczy.
- Oliverze, gdybyś chciał zostać… - zaczął na pożegnanie jak za każdym razem, ale przerwałem mu.
- Doceniam propozycję, ale nie, dziękuję. Dam sobie radę, Fillipie, nie musisz się tak martwić. Poza tym wiesz, że podziwianie twojego życia rodzinnego wcale mi nie pomoże. - uśmiechnąłem się szczerze, chociaż był to raczej zmęczony uśmiech rezygnacji, niż jakikolwiek inny.
Zabrałem maluchy i wróciłem do siebie tym samym sposobem, jakim wcześniej pojawiłem się u kuzyna.
W domu nadal nic się nie zmieniło, więc po prostu przeszedłem z dziećmi do sypialni, gdzie zamieniłem garnitur na zwykłe dresowe spodnie oraz koszulkę, po czym zabrałem Anastasie i Xaviera do łazienki. Bliźnięta musiały się wykąpać i położyć się spać, jeśli miały nie być zbyt marudne jutro rano, kiedy to znowu podrzucę je Fillipowi.
Od niemal dwóch tygodni w dni powszednie tak właśnie wyglądała nasza rutyna – pobudka, śniadanie, ubieranie się, wypad do kuzyna, gdzie zostawały dzieci, praca, powrót do domu abym stamtąd mógł udać się do Fillipa po maluchy oraz zjeść przygotowany przez niego posiłek, a następnie dom, kąpiel, po której dzieci kładły się spać, a ja walczyłem ze swoimi myślami póki i mnie nie zmorzył sen.
Wymyłem i położyłem zmęczone bliźnięta w łóżeczku obserwując, jak powoli zasypiają przytulone do siebie głowami. Sam nie byłem pewny, czy ten widok mnie uspokaja, czy tylko się nim katuję. W tej chwili granice między emocjami były tak pozacierane, że nie potrafiłem czasami odróżnić jednych uczuć od drugich.

*

Prawdopodobnie przysnąłem wpatrzony w dzieci, ponieważ kiedy odzyskałem świadomość, czułem ból w karku oraz na policzku, na którym pod palcami wyczułem odbitą szeroką pręgę, wydającą się idealnie pasować do jednego z boków dziecięcego łóżeczka. Przez chwilę starałem się dojść do siebie i właśnie wtedy usłyszałem hałas dochodzący z salonu.
Serce podeszło mi do gardła, ponieważ uświadomiłem sobie, że to ten dźwięk wyrwał mnie ze snu chwilę wcześniej.
Wyjąłem z kieszeni różdżkę i ściskając ją mocno w garści, wykradłem się z pokoju. Gdyby doszło do tego przed tygodniem, pewnie pobiegłbym szybko do salony z imieniem kochanka na ustach, ale teraz nie byłem już tak pewny, że do mnie wrócił. Wolałem więc mieć się na baczności.
Wchodząc do salonu, widziałem wielki, ciemny kształt poruszający się na środku pomieszczenia. Jednym machnięciem różdżki zaświeciłem światło, które rozbłysło jasno, oślepiając niczego niespodziewającego się intruza.
- Kurwa!
Ten głos, ten ton...
Oniemiały patrzyłem na wysokiego, barczystego mężczyznę, który przez chwilę masował oczy, po czym zabrał dłoń z twarzy i spojrzał na mnie niemal gniewnie.
- Chcesz mnie oślepić, Oli?! - syknął.
- Reijelu? - wydusiłem niepewny.
Coś się nie zgadzało, coś było nie tak, ale nie potrafiłem powiedzieć co.
Mężczyzna wziął głęboki oddech i opadł ciężko na sofę. Syknął wściekle i sięgając pod siebie wyjął spod tyłka grzechotkę.
- Tak, to ja. I jeśli pozwolisz mi na wyjaśnienia, powiem ci gdzie byłem. - rzucił zabawkę na ziemię i znowu popatrzył na mnie. - Masz pieprzyk po wewnętrznej stronie lewego uda, zaraz koło jaj. Jeśli wie o tym ktoś poza nami oraz twoimi rodzicami to chyba ja powinienem żądać wyjaśnień od ciebie, a nie odwrotnie.
Przełknąłem rosnącą mi w gardle gulę i skinąłem głową podchodząc do Reijela. Miałem pewność, że to on, ale nadal coś nie dawało mi spokoju. Postanowiłem, że nie będę ryczał, więc zamrugałem kilka razy odganiając łzy. Usiadłem obok mężczyzny raczej niepewnie i kiedy złapał mnie niespodziewanie za rękę, wzdrygnąłem się. Była tak niesamowicie zimna, jakby wrócił do domu z długiego spaceru na mrozie, a przecież na zewnątrz nawet nocą panował letni skwar.
Reijel usiadł bokiem i przyciągnął mnie do siebie obejmując w pasie. Nie tylko jego dłonie były zimne, ale całe jego ciało i czułem to mimo ubrań, które mieliśmy na sobie. Próbował mnie pocałować, ale uciekłem głową w bok, a on westchnął zrezygnowany.
- Chorowałem, Oliverze. - oparł czoło o moje ramię i słyszałem jak wdycha mój zapach, jakby był drapieżnikiem, który zaraz zaatakuje swoją ofiarę. - Zbyt długo przebywałem tutaj i moje ciało zaczęło odrzucać moją piekielną połówkę. Musiałem je… zmienić. - przywarł wargami do mojej szyi, a ja zadrżałem sam nie wiem czy ze strachu, że się mylę i to nie Reijel, czy z zimna, jakie od niego biło. - Oli, to ciało nie zna twojej bliskości, nie zna twojego ciepła, nie przesiąkło jeszcze twoim zapachem. Muszę to zmienić, bo zaraz w nim zwariuję.
Nie wiem, czy naprawdę rozumiałem to, co do mnie mówił, ale nie obchodziło mnie to.
Drżącą ręką przesunąłem po jego ramieniu od łokcia do szyi i wsunąłem palce w znajomą miękkość jego jasnych włosów.
Zamknąłem oczy, otworzyłem je i uderzyłem mężczyznę mocno w tył głowy dłonią.
- Martwiłem się! - wysyczałem zagłuszając jego głośny wybuch wściekłości. - Mogłeś mi powiedzieć, zostawić wiadomość, cokolwiek, ty cholerny egoisto!
Przez chwilę milczał, jakby ważył słowa.
- Nie byłbym sobą, gdybym nie pozwolił ci pocierpieć raz na kilka lat. - na jego twarzy pojawił się ten cholerny uśmieszek wyższości, który doprowadzał mnie czasami do białej gorączki.
Dotknął lodowatą dłonią mojego policzka, a kciukiem przesunął po moich wargach. Przysunął się i tym razem pozwoliłem mu się pocałować.
Drżałem na całym ciele, kiedy obejmując go za szyję, przywarłem do jego warg zdecydowanie mocniej i rozchyliłem swoje, wpuszczając go do środka. Jęknął, zapewne dlatego, że temperatury naszych ciał były tak bardzo różne. Nie obchodziło mnie to jednak, ponieważ miałem go w swoich ramionach i tylko to się chwilowo liczyło.
Podniosłem się, siadając na jego udach i przywarłem swoim kroczem do jego wyraźnie pobudzonego.
- Ogrzej mnie, Oliverze. - wydyszał w moje usta, kiedy przygryzał je i ssał, a po chwili zaczął sunąć wargami po linii mojej szczęki oraz szyi.
Wodziłem opuszkami palców po karku, ramionach i twarzy mojego partnera, jakbym wciąż chciał się upewnić, że to on.
Reijel złapał za dół mojej koszulki i podciągnął ją do góry. Musiał na chwilę przestać mnie całować, aby zdjąć tę część ubrania, a skoro już się ode mnie oderwał, pozbył się także swojej odsłaniając jasne, umięśnione ciało, które znałem na pamięć. Położyłem dłonie na piersi Reijela i mimowolnie się uśmiechnąłem, ponieważ przyszło mi do głowy, że gdybym obmacywał śnieżnego bałwana, pewnie czułbym podobne zimno, chociaż nie wyczułbym pod palcami tych miękkich włosków, którymi bawiłem się teraz.
Wygiąłem się w łuk z westchnieniem, kiedy zimne usta objęły mój sutek i zaczęły go ssać, a język wodził po twardniejącej brodawce. W tym czasie dłonie mężczyzny zaciskały się na moich pośladkach masując je w sposób nie pozostawiający najmniejszych nawet wątpliwości, co do zamiarów mojego kochanka.
Unosząc się na kolanach i opadając niżej, ocierałem się o Reijela. Teraz mój członek również był niesamowicie twardy i spragniony uwagi, bo chociaż stymulujące otarcia materiału były do pewnego stopnia przyjemne, to jednak nie zapewniały całkowitego spełnienia pod względem doznań, jakich chciałem doświadczyć.
Odsunąłem się z trudem od niezadowolonego z tego powodu mężczyzny i zsunąłem się z jego kolan na ziemię, sięgając do zamka jego spodni.
- O tak, Oliverze! Właśnie tak! - jęknął, chociaż nic jeszcze tak naprawdę nie zrobiłem. Prawda była jednak taka, że nie musiałem, jako że jego podniecała już sama myśl o tym, co planowałem. Był tak wyposzczony, że wręcz trudno było mi w to uwierzyć.

*

Leżałem nagi na niewygodnej, stanowczo za małej dla dwójki dorosłych mężczyzn kanapie, opleciony ciasno ramionami śpiącego Reijela. Przyciskałem głowę do jego szerokiej piersi wdychając znajomy, chociaż dziwnie odległy zapach. Czułem na całym ciele jego unoszącą się w rytm spokojnych oddechów pierś, słyszałem bicie jego serca i byłem pewny, że stał się odrobinę cieplejszy, chociaż nadal temperatura jego ciała nie była taka, jak u normalnego człowieka. Nie szczególnie mnie to jednak obchodziło, ponieważ miałem go blisko i tylko to wydawało mi się teraz istotne.
Starając się nie poruszać za bardzo, aby go nie zbudzić, zacząłem całować delikatnie dostępne mi fragmenty jego klatki piersiowej.
Musiałem jeszcze poinformować o jego powrocie przyjaciół oraz wszystkich, których postawiłem na nogi przez ostatnie dwa tygodnie, chociaż w głębi bałem się, że ledwie to zrobię, Reijel znowu rozpłynie się w powietrzu i może tym razem wcale do mnie nie wróci.
Reijel łaskotany przez moje pocałunki, zaczął się kręcić we śnie, co groziło mi bolesnym upadkiem z sofy na ziemię, więc przekręciłem się w ramionach mężczyzny, póki jeszcze nad tym panowałem, i ułożyłem tyłem do niego, dzięki czemu lepiej pasowałem do jego ciała i w razie czego miałem okazję zamortyzować ewentualny upadek rękami.
Wodziłem spojrzeniem po naszych leżących na podłodze ubraniach, a moją uwagę zwrócił kwadratowy kształt wypychający kieszeń spodni Reijela. Sięgnąłem po nie na tyle ostrożnie na ile było to możliwe, nie chcąc go obudzić. Tym bardziej, że niemal to zrobiłem zmieniając wcześniej pozycję. Walcząc z materiałem, zdołałem jedną ręką wygrzebać z kieszeni niewielkie pudełeczko i otworzyłem je ostrożnie.
Zamrugałem z niedowierzaniem i gwałtownie nabrałem powietrza.
Wewnątrz były dwie grawerowane od środka złote obrączki.

piątek, 29 czerwca 2018

Qu'est-ce qui se passe?

Marcel

Deszcz miarowo uderzał o powierzchnię wielkiego, jasnego parasola rozciągniętego nad moją głową. Poprawiłem chwyt na jego drewnianej rączce i przesunąłem go odrobinę, aby mieć całkowitą pewność, że idący u mojego boku Fillip jest całkowicie chroniony przed wszystkimi tymi chłodnymi, wielkimi kroplami, które nieubłaganie spadały z nieba od dwóch dni. Nie chciałem żeby zmókł lub, co najgorsze, żeby się rozchorował.
Ten drobny ruch nie umknął mojemu Aniołowi, który przytulił się ciaśniej do mojego ramienia, pod które mnie trzymał i zachichotał cicho.
- Nie martw się, Marcelu, nie moknę. Zadbałeś o to. - jego głos był łagodny i słodki, niemal pieszczotliwy. Wiedziałem więc, że nasz spacer sprawia mu przyjemność, podobnie jak moja troska o jego komfort.
Ktoś mógłby pomyśleć, że mojemu mężowi niewiele trzeba do szczęścia – odrobina czułości, ciepła i rycerskich gestów. Ja wolałem jednak myśleć o tym w inny sposób – Fillipowi do szczęścia byłem potrzebny po prostu ja, wraz z całym pakietem wszystkich tych drobnych gestów i słów, którymi starałem się okazywać swoje uczucia.
- Ciap, ciap, ciap! - słodziutki, rozradowany głosik zakrzyknął po naszej prawej stronie, a mała odziana w zielony płaszczyk przeciwdeszczowy sylwetka, trzymająca w ręce niebieski parasol z żabkami, wyprzedziła nas i dopadła wielkiej kałuży. Nathaniel wyszedł na sam jej środek i zaczął podskakiwać, rozchlapując wodę na wszystkie strony. Chociaż kalosze sięgały mu po kolana, miałem wrażenie, że przydałyby się jakieś wyższe, najlepiej takie po bioderek, chociaż nasza pociecha pewnie i takim dałaby szybko radę, przemaczając je w przeciągu kilkunastu minut.
- Nie mogę uwierzyć, że ma w sobie tyle energii mimo takiej pogody. - idący obok nas Oliver, który pchał wózek z Xavierem kręcił z niedowierzaniem głową.
- Poczekaj, aż twoje maluchy będą w stanie samodzielnie i pewnie chodzić. - nie mogłem powstrzymać uśmiechu na myśl o tym, jakie urwanie głowy czeka kuzyna mojego męża w najbliższej przyszłości.
- Będę je ubierał w te okropne ogrodniczki jak u rybaków. W kolorach, których nie lubią. - Reijel, który pchał wózek Anastasie uśmiechnął się drapieżnie. - Szybko przejdzie im ochota na takie zabawy.
Z zadowoleniem zauważyłem, że na twarzy Olivera pojawił się nieśmiały uśmiech. Ta dwójka od pewnego czasu miała ciche dni, choć powinienem nazwać to już tygodniami. Teraz miałem wrażenie, że są na dobrej drodze do zakopania topora wojennego i pogodzenia się ze sobą. Naprawdę na to liczyłem i to nie tylko dla ich dzieci, ale przede wszystkim dla nich samych. Obaj byli trudnymi ludźmi, ale pasowali do siebie i kochali się na ten swój niezgrabny sposób.
- Właśnie wyobraziłem sobie minę Nathaniela, gdybym próbował zastosować twój fortel na nim. - Fillip wydał z siebie kilka dziwnych dźwięków, po czym rozchichotał się na dobre.
Był taki piękny, kiedy się śmiał. Naprawdę uroczy.
Przez chwilę trwałem w zachwycie nad moim mężem, a po chwili sam się roześmiałem, kiedy przed oczyma stanęła mi niewzruszona mina Nathaniela z zaciśniętymi w pełnym wyższości nadąsaniu ustami oraz zmrużonymi w ironicznym, niemym wyzwaniu oczkami. Tak, nasz malec nie odebrałby tego dobrze. Byłem jednak pewny, że zamiast go zniechęcić tylko zagrzalibyśmy go tym do walki o swoje prawo do skakania po kałużach.
Nathaniel nagle stanął na baczność w samym środku swojego bajorka i wykonując tylko nieznaczny ruch odwrócił się przodem do nas. Na jego buźce widniała taka powaga, że tym razem wszyscy czworo wybuchliśmy śmiechem. Tym bardziej, że jego twarzyczka była pokryta plamkami błota, co było powodem jego niezadowolenia.
- Wyglądasz uroczo, kochanie. - Fillip rzucił piskliwie i wtulił twarz w moje ramię, a jego ciało drżało gwałtownie od napadów śmiechu.
- Chodź tu do nas, misiu – zachęciłem go widząc, jak marszczy swoje ciemne brwi w niezadowoleniu małego książątka – Wytrzemy tę brudną buźkę.
Nasza pociecha wyszła powłócząc nóżkami z kałuży i stanęła przed nami wydymając usteczka aby zamanifestować swój smutek, podczas kiedy wszyscy wciąż byli widocznie rozbawieni jego sytuacją.

Fillip

W końcu zdołałem się uspokoić i odsunąłem się od Marcela. Od razu zabrakło mi jego ciepła, ale mój synek nie mógł dłużej czekać. Wyjąłem z niesionej na ramieniu torby wilgotną chusteczkę i przywołałem synka jeszcze bliżej siebie.
- Wybacz mój mały, że się z ciebie śmiejemy. - powiedziałem przykucnąwszy przy nim. - Ale wyglądasz przekomicznie. - przyznałem rozbawiony, ponieważ nie chciałem go okłamywać. Zresztą musiał zdawać sobie z tego sprawę widząc reakcję naszej czwórki na swój wygląd.
Marcel opiekuńczo roztaczał nad nami parasol, pilnując aby nawet przez chwilę nie padało mi na głowę. Kochałem wszystkie te pełne czułości i troski gesty, które przychodziły mu naturalnie, jakby urodził się po to aby służyć mi zawsze ramieniem i pomocą.
Wytarłem do czysta zabrudzoną buźkę naszego pluszowego misiaczka i pocałowałem go w czoło w ramach przeprosin za wcześniejsze salwy śmiechu.
- Nie skacz tak bardzo, dobrze? - poprosiłem łagodnie, a chłopczyk skinął swoją osłoniętą kapturem główką.
- Kiedy bliźnięta dorosną, Nathanielu, będziesz mógł skakać po kałużach z nimi. - Oliver rzucił wyzywające spojrzenie Reijelowi, jakby chciał pokazać, że nie przeszkadza mu wizja ich dzieci szalejących podczas deszczowych dni.
- Ależ oczywiście, że będą skakać. - mężczyzna prychnął cicho. - W rybackich gaciach w okropnym kolorze.
- A więc mogą swobodnie jeździć konno, ale nie bawić się w kałużach? - mój kuzyn najwyraźniej postanowił wszcząć kłótnię.
- Ależ ja im nie zabronię, ja im to obrzydzę, a to zupełnie co innego. - o dziwo Reijel nie dał się sprowokować. - Moja wojownicza księżniczka będzie potrafiła walczyć i jeździć konno, podobnie jak ten mały dzielny rycerz, ale skakania po kałużach i zabaw w błocie nie ma na liście kompetencji, jakie powinni posiadać.
Nie mogłem w to uwierzyć. Ten dziki, nieprzystępny mężczyzna brzmiał niemal jak jakaś matka-kwoka!
- Tata mówi, że brudzenie się może być przydatne, kiedy będę grał w quidditcha! - Nathaniel wtrącił się do rozmowy, wypinając dumnie pierś, jakby chciał pokazać, że on również jest dzielnym rycerzem, nawet jeśli skacze po kałużach i brudzi się w błocie. - Jeśli chce się być zawsze czystym i suchym to nie można grać zawodowo! Tak też mówi tata!
Spojrzałem na Marcela, który uśmiechał się dumny z naszej pociechy.
Moi dwaj quidditchowi szaleńcy.
- A rycerze też walczą w deszczu i ślizgają się na błocie! Widziałem wczoraj na bajce!
- Dobrze już, dobrze. - Reijel uniósł dłonie poddając się, co zupełnie do niego nie pasowało. - Wygrałeś.
To stwierdzenie zaskoczyło nawet Olivera, który był widocznie zszokowany ugodowością swojego kochanka.
Spojrzałem na Marcela, który odpowiedział na moje spojrzenie swoim oraz wzruszeniem ramion na moje niewypowiedziane pytanie. Co taka łagodność mogła oznaczać w przypadku Reijela?
Nasz Nathaniel również wydawał się zbity z tropu. Tym bardziej, kiedy nagle został pogłaskany po zielonym kapturku. Nawet on wiedział, że takie zachowanie nie było czymś zwyczajnym w przypadku tego wielkiego, najczęściej nadąsanego, strasznego i niemiłego mężczyzny, który był tatą dla jego kuzyna i kuzynki, a który dawniej zwyczajnie go nie lubił, uważając go za rywala w walce o ciepłe uczucia Olivera.
Reijel zachowywał się dziwnie. Bardzo poprawnie, a więc w jego przypadku bardzo dziwnie, wręcz niepokojąco. Niczym zawsze pełne sił i energii dziecko, które nagle nie ma ochoty na zabawę i staje się apatyczne.

Oliver

Patrzyłem na kochanka zszokowany, nie mogąc dojść do siebie po tym, co właśnie usłyszałem. Jakieś trzy tygodnie temu pokłóciliśmy się poważnie i od tamtego czasu rzadko ze sobą rozmawialiśmy, wcale nie próbowaliśmy się do siebie zbliżyć i niemal nie spędzaliśmy wspólnie czasu.
Obaj byliśmy uparci, więc nie mogło mnie to dziwić.
Teraz jednak byłem wstrząśnięty. Byłem z Reijelem od lat i nigdy wcześniej nie był tak ugodowy, tym bardziej w stosunku do Nathaniela.
Przypomniały mi się liczne rozmowy mojej matki z odwiedzającymi ją koleżankami.
„Jeśli mężczyzna nagle staje się kochający i słodki, to znak, że ma kochankę!” mawiała często, a przyjaciółki przytakiwały jej zgodnie. „Kwiaty bez okazji to czerwona, ostrzegawcza flaga. Chyba, że zawsze je daje, wtedy to nic nie znaczy. Ale nie oszukujmy się, który mężczyzna robi coś takiego z potrzeby serca?”
Reijel nie należał do Upadłego Rodu, a więc nie musiał być wierny. Ostatnio często wychodził wieczorami, nie próbował mnie dotykać, nie starał się też ze mną pogodzić. Do tej pory nigdy nie przyszło mi na poważnie do głowy, że mógłby mnie zdradzać, a jednak rzeczywiście był ostatnio jakiś podejrzanie łagodniejszy i ugodowy. Zauważyłem to, ale sądziłem, że to sposób na wymuszenie na mnie zgody na lekcje jazdy konnej dla naszych dzieci. Teraz już nie łudziłem się, że może chodzić o coś tak drobnego.
- Och, przestało padać. - Reijel jakby zupełnie nie zauważył ogólnego zdziwienia jakie wywołał. Po prostu złożył swój parasol i powiesił go na rączce wózka.
Nathaniel oderwał swoje śliczne niebieskie oczka od mojego kochanka i oddał swój parasol Fillipowi, który poskładał go, podczas gdy chłopiec wrócił do zajęcia, które przerwał, gdy pochlapał buzię błotem.
Poczułem lekkie szarpnięcie za parasol. To Reijel wyjął go z mojej ręki, złożył i powiesił podobnie jak wcześniej swój.
Moja niepewność i obawy wzrastały z każdą chwilą. Czy Reijel znalazł w kimś innym to, czego ja już mu nie dawałem? Czy znalazł sobie kogoś, kto poddawał się bez słowa sprzeciwu jego dominującej naturze, gwałtownemu usposobieniu i dzikiemu pragnieniu podczas zbliżenia?
A jeśli to prawda, jeśli naprawdę do tego doprowadziłem swoimi humorami? Co zrobię jeśli Reijel ode mnie odejdzie? Czy potrafię go tak po prostu komuś oddać?
Poczułem w gardle palącą gulę, a oczy zapiekły mnie od powstrzymywanych łez.
Cholera!
Xavier zaczął cicho marudzić w wózku i był na granicy płaczu. Zatrzymałem się nie myśląc nawet o tym, co robię i wyjąłem malca z wózka, biorąc go na ręce. Uspokoił się i rozglądał po parku zafascynowany jego żywymi kolorami oraz skaczącym po kałużach Nathanielem.
Poczułem dotyk dłoni na ramieniu i przekręcając głowę napotkałem zmartwione ciemne spojrzenie Fillipa. Spróbowałem się uśmiechnąć, ale nie wiem jak mi to wyszło.
- Wszystko O.K. - powiedziałem jednak cicho aby uspokoić kuzyna.
Kto jak kto, ale on wiedział doskonale, co musiało chodzić mi teraz po głowie, a nie chciałem aby się o mnie martwił. W końcu nie wiedziałem, czy w ogóle mam powody do zmartwień. Przecież równie dobrze Reijel mógł chcieć mnie w ten sposób przeprosić za tamtą kłótnię. Nie było to w jego stylu, ale przecież zmienił się jeszcze bardziej od kiedy mieliśmy dzieci.
- Nie martw się. - Fillip niemal dotykał ustami mojego ucha, kiedy w nie szeptał. - Reijel jest dupkiem, ale nie takim.
- Tak, masz rację. - skinąłem potakująco, ale wcale nie dałbym sobie za to głowy uciąć.

Marcel

Co właśnie działo się na moich oczach? Czego byłem świadkiem? Wielkiej przemiany Reijela? Nie byłem głupi, nie wierzyłem w taką bajkę. Byłem jednak pewny, że coś się działo, coś było nie tak. Pytanie, co.
Mogłem wziąć Reijela na stronę, zadać pytanie prosto z mostu i otrzymać jakąś odpowiedź. Ale czy naprawdę byłoby to takie proste? Może mężczyzna nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co się z nim dzieje?
Czy to możliwe, że Reijelowi dolegało coś, o czym nie mieliśmy pojęcia? Coś, co sprawiło, że złagodniał jak baranek, przysiadł na tyłku i stracił swój pazur?
Próbowałem lepiej mu się przyjrzeć. Był blady, ale nie oszukujmy się, jego karnacja zawsze była niesamowicie jasna. Wyjątkiem były tylko lekkie rumieńce na jego policzkach, ale one również nie wydawały mi się podejrzane. Jego oczy błyszczały jak zawsze, krok miał pewny, tempo zwyczajne.
Patrzyłem jak mój słodki Fillip popycha Olivera w stronę ślizgającego się teraz po wilgotnej trawie Nathaniela, na pewno po to, aby odciągnąć myśli kuzyna od dręczących go pytań dotyczących nagłej zmiany w zachowaniu jego chłopaka. To dało mi szansę, aby porozmawiać chwilę z mężczyzną.
- Reijelu… - zacząłem, ale nie skończyłem.
Na czole tego rosłego, zawsze silnego i zdrowego mężczyzny perlił się pot, jego pierś unosiła się i opadała gwałtownie.
- Zaraz rzygnę, stary.
Wskazałem mu najbliższy śmietnik, jako że były z nami dzieci i widok wymiocin na pewno nie nastawiłby trójki maluchów pozytywnie na resztę dnia.
Reijel skinął, podszedł do wskazanego kosza i nachylił się nad nim od razu wyrzucając z siebie czerwoną maź. Nathaniel w tej właśnie chwili roześmiał się głośno, czym zagłuszył odgłos wymiotów. Dzięki temu nasi partnerzy nie mieli pojęcia, co się dzieje.
- Reijelu, czy to jest krew? - zapytałem podchodząc bliżej i przyglądając się nieufnie temu, co wydalał z siebie mężczyzna.
- Nie mam pojęcia. - wydusił, kiedy kolejna fala czerwieni opuściła jego usta. - Czasami to cholerstwo jest czarne.
- Chcesz mi powiedzieć, że to nie pierwszy raz? - mój głos zadrżał w pewnym momencie.
Boże, co się działo?!
W odpowiedzi Reijel wzruszył obojętnie ramionami.
- To nie jest normalne. Musisz porozmawiać z ojcem. - naprawdę się o niego martwiłem. Znałem go od wielu lat i był mi na swój sposób bliski. Nie nazwałbym go przyjacielem, ale niewątpliwie był kimś ważnym i niezbędnym w moim życiu. Nie wspominając już o Oliverze i dwójce ich dzieci.
- Dobra, zrobię to, ale nie mów o niczym Oliverowi. - Reijel wyprostował się, otarł usta chusteczką wyjętą z kieszeni i wrzucił ją do kosza na śmieci, do którego właśnie zwymiotował. - On nie może się dowiedzieć.
Czułem się tak, jakbym nagle stał się częścią jakiegoś dramatu. Usłyszałem te same słowa, które powtarzali zawsze w podobnych sytuacjach fikcyjni bohaterowie. Chodziło o te same uczucia miłości i przywiązania, które zmuszały jednego kochanka do próby chronienia drugiego. I podobnie jak w fikcji obiecałem trzymać język za zębami.
Usłyszałem ciche ciapnięcia kroczków biegnącego w naszą stronę Nathaniela, który stanął u mojego boku uśmiechając się szeroko.
- Wujek mówi, że mam dobrą koooooo… korodo… kordo…
- Koordynację! - pomógł chłopcu rozbawiony Fillip, który również zbliżał się do nas z Oliverem u boku.
Reijel rzucił mi szybkie, wymowne spojrzenie mówiące jasno, że mam dotrzymać słowa i się nie wygadać o jego problemie zdrowotnym.
- O właśnie to! - malec zaklaskał rączkami. - Myślisz, że to prawa, tato?
- Oczywiście, że tak, kochanie. - pogłaskałem chłopca po policzku i uśmiechnąłem się do niego, chociaż wewnętrznie wrzeszczałem z niepokoju o Reijela. - Wszystko dzięki temu, że codziennie ćwiczysz na swojej miotle i bez niej.
Malec uśmiechnął się jeszcze szerzej, dumny z tego, że został przeze mnie pochwalony. To dziecko uwielbiało pochwały równie bardzo, co czułości. Nie potrafiłem jednak skupić się teraz na sprawianiu mu przyjemności. Moje myśli zaprzątał Reijel i jego choroba.