środa, 27 lutego 2013

Par la fenêtre

- Znowu zaczyna sypać! – wydąłem wargi w dziecinnym geście,
który drażnił mnie samego, a jednak pojawiał się samoistnie wywołany
niezadowoleniem z powodu pogody, jaką zafundował nam tegoroczny luty. Stałem
przy oknie w gabinecie Marcela, który mężczyzna udekorował swoją wolą na styl
gotyckich komnat pałacowych. Zrobił to dla mnie, nie miałem najmniejszych
wątpliwości, ponieważ ostatnio narzekałem, że mam za mało tego mrocznego
klimatu w życiu. Podejrzewałem, że było to spowodowane moim niedawnym snem,
kiedy to Marcel jako jakiś tajemniczy Czarny Książę porwał mnie do swojego
zamku.

- Nic na to nie poradzisz, Fillipie. – jego głos był łagodny, kiedy podszedł do
mnie bliżej, niemal jakby miał mnie objąć od tyłu i całować po szyi. Tak
przynajmniej wyobrażałem sobie tę sytuację. Niestety, były to zawsze wyłącznie
moje fantazje. – To dopiero luty, Aniele. – jego dłoń wylądowała na moim
ramieniu, które ścisnął.

- To nie usprawiedliwia chmur i śniegu! – mruknąłem nadal nadąsany. – Niech pan
sam powie… Przepraszam. Powiedz sam, czy nie jest to niesprawiedliwe, że zima
trwa i trwa, a wiosna mija w mgnieniu oka? – przełknąłem ślinę nie do końca pojmując,
jak głupio brzmi moje nagłe przechodzenie z „pan” na „ty” i z „ty” na „pan”.
Tylko Marcel słyszał naprawdę moje słowa, chociaż nigdy nie zwracał uwagi na
stylistykę moich wypowiedzi. – Tęsknię za wiosną. – westchnąłem.

- Nie powinieneś, Fillipie. – mężczyzna pogładził mój policzek dłonią i
uśmiechnął się lekko, kiedy na niego spojrzałem.

W tym geście było tyle łagodności, tyle delikatności i ciepła, że mogłem
zachłysnąć się powietrzem wydychanym przez mojego ukochanego profesora.

- Dlaczego? – wtuliłem twarz w jego dłoń jakbyśmy byli kochankami. Sam dziwiłem
się swojej pewności siebie.

Mógłbym przysiąc, że jego źrenice rozszerzyły się, kiedy to uczyniłem.

- Dlaczego? – powtórzyłem wpatrzony w jego oczy.

~ * ~ * ~

Miałem ochotę przylgnąć swoimi wargami do jego słodkich, miękkich ust, których
jeszcze nigdy nie kosztowałem bezpośrednio, kiedy patrzyłem w te czekoladowe
oczy.

- Zimna także ma swoje uroki. Gdyby nie nadchodziła zacząłbyś za nią tęsknić.
Wyobrażasz sobie świat bez śniegu? Bez tego świeżego chłodu? Zima jest nam
potrzebna, Fillipie. – pociągnąłem go lekko za włosy i głaskałem dalej po tym
ciepłym policzku.

- Chyba masz rację. – skinął głową i znowu przeniósł spojrzenie na krajobraz za
oknem. – Gdyby nie śnieg nie byłoby bałwanów, nie byłoby zaczerwienionych nosów
i nie podziwiałbym wielu innych widoków. – uśmiechał się pod nosem rozmarzony,
więc pogładziłem tę słodką wystającą część jego twarzy.

- Tak, kochanie. Gdyby nie zima nie chodziłbyś w tej puchatej kurtce, którą
masz, nie nosiłbyś na głowie czapki i na szyi szalika. Wiele byśmy na tym
stracili obaj. W końcu wyglądasz niesamowicie rozkosznie taki opatulony. –
roześmiałem się, a on prychnął cicho.

- Jak pan może?! Nie jestem już dzieckiem! – i znowu wydawał mi się tak
rozkoszny i słodki…

- Masz rację. Jesteś już młodym mężczyzną. – roześmiałem się. – Z obrażoną
wargą. – pogładziłem dolną część jego ust, którą wypychał zawzięcie w
pociesznym geście nadąsania.

„Nie kuś mnie, kochanie” pomyślałem patrząc na niego. Jakże wiele samokontroli
kosztowało mnie powstrzymywanie się przed zaatakowaniem tej słodkiej wargi,
ukąszeniem jej, ucałowaniem i lekkim ssaniem, by wyrwać słodziutki jęk z tych
rozkosznych usteczek… Gdybym tylko mógł to uczynić, gdybym tylko miał okazję go
rozpieszczać sobą… Kochałem go szalenie i czułem, jak z każdym dniem zdajemy
się do siebie zbliżać zupełnie inaczej niż miało to miejsce kiedyś. Teraz była
w tym zupełnie inna intymność, o wiele doroślejsza.

- Nadąsanym na zimę. – poprawił mnie. – Nawet, jeśli potrzebna to jednak zimna.

- Chyba trochę przesadzasz, kochanie. – pogładziłem go po głowie, zdjąłem swoją
marynarkę i zarzuciłem ją na ramiona chłopaka. – Tak lepiej? – domyśliłem się,
że o to chodzi, kiedy zaczął narzekać odrobinę konkretniej.

- Tak, zdecydowanie. – patrzyłem, jak otulił się i uśmiechnął pod nosem.

~ * ~ * ~

Moje nozdrza wypełnił świeży zapach, który nieodparcie kojarzył mi się z wiosną
i ciepłem, z bezpieczeństwem. Nic dziwnego, że kąciki moich ust uniosły się ku
górze w pełnym ukontentowaniu. Tym zapachem mogłem się otulać w nieskończoność,
jak ciepłym kocem w mroźną noc, czy promieniami słońca za dnia. Woń ubrań
Marcela była tak przyjemna, że miałem ochotę mruczeć i wić się pod ciepłą
marynarką, którą mi dał.

- Jest mi o wiele cieplej. – przyznałem, a on stanął za mną tak jak sobie to
wymarzyłem, położył dłonie na moich ramionach i wmasowywał w nie ciepło. –
Teraz już jest idealnie. – nie wstydziłem się tych słów, ale odważnie wyznałem,
co myślę o tak subtelnej pieszczocie, niezobowiązującej rozkoszy. Może
nauczyciel nie czuł takich dreszczy, jak te, które zawładnęły moim ciałem, ale
zdecydowanie byłem w niebie, gdy dbał o mnie nieświadomy tego, co się ze mną
dzieje. Jego dotyk był dla mnie wszystkim, czego mogłem pragnąć.

I pomyśleć, że zjawiłem się w jego gabinecie bez zapowiedzi, bez celu, którym
mógłbym się z nim podzielić. Ot, zwyczajnie przyszedłem w odwiedziny i nagle
zacząłem narzekać. On naprawdę miał do mnie cierpliwość i nie mogłem ukryć
tego, jak bardzo go uwielbiałem. Z każdą chwilą z coraz większym trudem mogłem
jakkolwiek zaradzić swojej miłości i sposobom na jej okazywanie. Marcel był nie
tylko niemożliwie delikatny, czuły i opiekuńczy, ale również magiczny pod
każdym względem jakby wcale nie był człowiekiem, ale kimś więcej. Nie, żaden
czarodziej nie miał w sobie tego, co posiadał Marcel Camus – najcudowniejszy
nauczyciel latania i mężczyzna na świecie!

- Rozpieszczasz mnie. – w ostatniej chwili zdołałem zrezygnować z formy
grzecznościowej, co sprawiło, że odetchnąłem z ulgą. Każdorazowe zwracanie się
do niego po imieniu wywoływało u mnie rumieńce i niepokoiło mnie, chociaż nie
znałem dokładnej przyczyny tak nerwowego kołatania serca. Miłość robiła ze mnie
dziwne stworzenie.

- Staram się. – Marcel położył brodę na moim ramieniu i objął mnie ramionami,
jakbym należał tylko do niego. Zadziwiające, że na tak wiele sobie
pozwalaliśmy.

~ * ~ * ~

Oszalałem! Musiałem do reszty zgłupieć skoro pozwoliłem sobie na gest
bezmiernie śmiały i czuły, może nawet zakrawający na otwarte molestowanie
mojego młodego ucznia. Powinienem się powstrzymać, ale nie potrafiłem. Moje
serce biło szaleńczo szybko, oddech był ciężki i przyspieszony, a ramiona
zdawały się drżeć.

- Wydajesz się nadal zmarznięty. – powiedziałem to, co nie do końca było
prawdą, chociaż chciałem by tak było. W rzeczywistości dałem upust swoim
uczuciom, zaś Fillip może i był zmarzluchem, ale czy aż takim?

- Teraz jest mi gorąco. – roześmiał się, a jego chichot był dla mnie niczym
muzyka leśnych dzwoneczków, tak ulotny, magiczny i ciepły. – Ale proszę się nie
odsuwać. Tak jest dobrze. Czuję się przy panu, tobie! bardzo dobrze. To znaczy…
- zaczął się miotać w swoich słodkich słowach.

Może to, co nas łączyło naprawdę było o wiele głębiej zakorzenione niż
początkowo sądziłem? Może nie byliśmy nawet przyjaciółmi, ale kimś ponad nimi,
choć jeszcze nie kochankami? Fillip z całą pewnością nie traktował mnie, jak
zwyczajnego profesora. Czy mogłem jednak wierzyć, że jego uczucia względem mnie
przypominają te odczuwane przeze mnie? Czy naprawdę miałem aż takie szczęście?

- Schlebiasz mi, Fillipie.

- Nie, to ty jesteś pochlebcą. – zachichotał zmysłowo, subtelnie, jakby właśnie
opowiedział wyszukany dowcip. – Nie musisz nic mówić, bo czuje to, kiedy się
zbliżasz. I nie potrafię tego wytłumaczyć.

~ * ~ * ~

Po prostu stwierdziłem fakt wtulony w gorące ramiona nauczyciela, który wydawał
mi się teraz bliższy niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze spotkania przypominały
teraz tajemne schadzki kochanków, którzy powoli, ostrożnie badają grunt zanim
pozwolą sobie na zakazany związek. Cieszyło mnie porównanie, które tworząc się
w mojej głowie przybierało coraz realniejszy obraz poza moim umysłem. Marcel
był dla mnie wszystkim i bez względu na cały świat chciałem by był mój i tylko
mój. Nawet za cenę potępienia.

Z resztą, nawet nie wiedziałem, jak długo mogę jeszcze wytrzymać zanim nie
wyznam mu całej prawdy, nie rzucę się na niego i ostatecznie skosztuję
zakazanego owocu jego ust. Zabawne, że nigdy nie pragnąłem nikogo innego, jak
tylko nauczyciela, nigdy nie śniłem o nikim innym i byłem pewny, że za żadne
skarby tego, czy innego świata nie zmieniłbym obiektu mojego zainteresowania.
Nie chodziło o przyjemność, czy fizyczne wygody. Chodziło o Marcela.

Uniosłem twarz opierając głowę na piersi Camusa. Uśmiechnąłem się, kiedy jego
broda zanurkowała w moich włosach, gdy odpowiedział swoim pięknym spojrzeniem
rozkosznej szarości.

- Co tak cię cieszy, Fillipie? – widziałem, jak marszczy brwi bardzo subtelnie,
niemal nieśmiało.

-  To tajemnica. Nawet ty nie możesz
wiedzieć. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Kiedyś na pewno się dowiesz. Za
kilka miesięcy. Taki jest mój plan.

- Plan czego? – chciał obejść na około to, co przed chwilą powiedziałem.

- Nie możesz wiedzieć! – roześmiałem się szczęśliwy. Przekomarzaliśmy się z
sobą, jak kochankowie, a ja czułem mrowienie w podbrzuszu, ul os w brzuchu i
chyba nawet widziałem kwiaty wokół nas. – To wielka tajemnica!

- Nie lubię tajemnic. – delikatnie pogładził mnie po nosie i uśmiechnął się
jednym kącikiem warg. – Chociaż nie do końca. Jest jedna tajemnica, którą
uwielbiam i jesteś nią ty. – jego uśmiech się pogłębił, chociaż sam wydawał się
trochę zszokowany własnymi słowami. Nie mogłem mu się dziwić. Obaj
zachowywaliśmy się jak zaczarowani i poddani działaniu jakiegoś środka, który
zbliżał nas do siebie, pozbawiał niektórych granic.

- Więc jest to uwielbienie odwzajemnione. – wyznałem nie chcąc by mój ukochany
nauczyciel czuł się nieswojo z tym, co mi wyznał. Teraz obaj staliśmy na
niepewnym gruncie, chociaż nie odbiło się to w żaden sposób na naszej wzajemnej
bliskości w tej chwili. On w dalszym ciągu obejmował mnie w pasie, a ja
wtulałem się w niego opatulony pachnącą marynarką.

~ * ~ * ~

Jego słowa nie musiały mieć żadnego znaczenia, a jednak sprawiły, że moje serce
zabiło szybciej. Gdyby jego uwielbienie było miłością mógłbym umrzeć z
uśmiechem na twarzy, choć na pewno nie chciałbym się wtedy rozstawać z tym
pięknym uczuciem.

Jakim cudem znajdowałem w sobie tak wiele siły, by nie całować Fillipa
zawzięcie, kiedy był tak cudownie rozkoszny? Gdzie kryła się ta moc? A może
wcale nie należała do mnie, ale czerpałem ją z życiodajnego źródła cudowności
Ślizgona? Czułem się jak szaleniec, kiedy próbowałem znaleźć słowa mogące oddać
to, jak idealny był chłopiec, jak niezbędny w mojej egzystencji. To dzięki
niemu mogłem oddychać i nadal żyć w pełni usatysfakcjonowany tym, co mam. Tylko
dzięki niemu.

- Nic dziwnego, że twój kuzyn mnie nie lubi. – stwierdziłem poważnie.

- Hm? Nie rozumiem.

- Jesteś ogromnym, cennym skarbem, Fillipie, a spędzając czas ze mną zabieram
ten skarb twojemu kuzynowi. To tak jakbym go okradał.

Chłopiec słuchał zaskoczony, po czym wybuchnął ciepłym, głośnym śmiechem.
Odwrócił się do mnie przodem i wtulił swoją rumianą, ciepłą twarz w moją pierś
wycierając łzy rozbawienia o moją koszulę. Chyba nawet nie wiedział, że to
robi.

- Jest pan słodki! – rzucił lekko uderzając czołem o moją pierś, jakby chciał
mi coś uświadomić. – On na pewno nie myśli o mnie w ten sposób. Dla niego
jestem uciążliwym kuzynem, który chodzi z głową w chmurach tak często, że
trudno się z nim dogadać. Nie sądzę by podzielał pańskie, twoje zdanie na mój
temat. Jedno muszę mu jednak przyznać, wytrzymał ze mną wiele lat i nadal daje
radę.

- Nie byłbym tego taki pewien, Fillipie. Nie sądzę bym się mylił i może po
prostu Oliver nie potrafi okazać tego, jak cenny jesteś?

- To gbur, ale i mój przyjaciel. – rzucił jakby to wszystko wyjaśniało.

Czy to wina jego skromności? Czy dlatego nie potrafił postawić się na samym
szczycie ludzkich potrzeb? Wiem, jak ważny jest dla Olivera, widzę, jak jego
kuzyn na mnie patrzy, jak marszczy nos, gdy mnie widzi. Nie ważne czy powodem
tej niechęci było moje zainteresowanie Fillipem, czy może Fillipa mną. Oliver
nie przepadał za mną, to był fakt. Ale czy naprawdę mi to przeszkadzało? Nie
byłby pierwszym i ostatnim uczniem, który czuł do mnie niechęć z powodu ogólnej
„chęci” innych osób.

Sam dziwiłem się temu, że ludzie potrafią mnie zaakceptować tylko, dlatego że
byłem sobą, choć nie znali ani odrobiny prawdy o tym, kim byłem naprawdę. Ilu
„przyjaciół” zostałoby mi wtedy? Czy Fillip również by mnie opuścił gdyby
dowiedział się, że należę do Rodu? Im był starszy tym większa była moja
potrzeba by mu to wyznać. On powinien wiedzieć o wszystkim, co się wiązało ze
mną, z moim życiem w szkole i poza nią. Jeśli kiedykolwiek chciałem wyznać mu
swoje uczucia, musiałem także powiedzieć o Upadłym Rodzie, o tajemnicy moich
korzeni, które ukrywałem przed światem, by być bliżej „wroga”.

- Jeśli już jednak o nim mowa. – Ślizgon odsunął się odrobinę i tylko na kilka
sekund przygryzł wargę. – On zaraz tu będzie. Jestem pewien, że mnie szuka i
pański, twój gabinet będzie pierwszym miejscem, do którego przyjdzie. Tak samo
jak robił to kiedyś.

Wiedziałem, co to oznacza.

~*~*~

Miałem ochotę krzywić się, krzyczeć, skakać i tupać w złości na Olivera.
Oczywiście, że tu przyjdzie, oczywiście, że mnie znajdzie, a jego chłód
względem Marcela tylko wzrośnie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Oli jest
ogromnym przeciwnikiem mojego dziecinnego związku z Camusem – czegoś, co nie
istniało i mogło nigdy nie zaistnieć. Mimo wszystko i tak chciałem próbować,
pokazać chłopakowi, że się myli, że między mną, a nauczycielem może pojawić się
odwzajemnione uczucie. Byłem już bliski osiągnięcia celu, o czym świadczyła czułość,
z jaką traktował mnie mężczyzna.

Oddałem mu marynarkę uśmiechając się z wdzięcznością.

- Była idealnie ciepła, dziękuję. – skinąłem głową. – Kiedyś ci się odwdzięczę.
– dodałem grożąc mu palcem dla potwierdzenia swoich słów, dla nadania im
większej mocy, sam nie wiem, dlaczego, ale to robiłem. – Uciekam zanim mnie tu
znajdzie. Lepiej żeby nie wiedział, że pana nachodzę. Znowu by się złościł. –
Dziękuję. – powiedziałem ponownie, stanąłem na palcach, chociaż już niewiele
brakowało mi do wzrostu Marcela, i pocałowałem go szybko w policzek. Niech wie,
że coś jest na rzeczy i powoli szykuję się do wyznania!

Musiałem być purpurowy na twarzy, kiedy uciekłem prędko z jego gabinetu czując
rozpierającą mnie radość i energię.

~ * ~ * ~

Co to znaczy, Fillipie? Pytałem samego siebie patrząc na drzwi, za którymi
zniknął.

środa, 30 stycznia 2013

Le Nom

To zabawne, ale im więcej miałem Marcela tym bardziej go pragnąłem, tym trudniej było mi zaspokoić głód chwil spędzanych z nauczycielem sam na sam, jak także trzymać ręce z daleka od niego. Pożądanie trzymałem na krótkiej smyczy, ale ilekroć odległość między mną, a moim ukochanym profesorem zmniejszała się do minimum z coraz większym wysiłkiem powstrzymywałem drzemiącą we mnie bestię. Czy naprawdę mi to przeszkadzało? Trudno odpowiedzieć na tego typu pytanie, kiedy kocha się kogoś całym sobą, a nie chce się stracić tego, co posiada się w chwili obecnej. Może właśnie dlatego chciałem wiedzieć, co sądzi o tym Marcel, którego planowałem dopaść, jak zresztą zawsze od pewnego czasu, po kolacji, która wydawała mi się teraz najsmaczniejszym z posiłków. W końcu zaraz po tej małej uczcie pędziłem do Camusa by porozmawiać z nim o czymkolwiek, po prostu chciałem usłyszeć jego głos, zwrócić na siebie jego uwagę.
Tak było i tym razem, kiedy nie myśląc wiele zrównałem się z nauczycielem, który chwilę wcześniej opuścił Wielką Salę.
- Mam do pana pytanie. - zacząłem od razu by nie wzbudzać podejrzeń. - A tak dokładnie, to mam problem, na który pan mógłby rzucić odrobinę światła. - naturalnie nie planowałem mówić mu o wszystkim, co mnie dręczyło, jako że chodziło przecież o niego.
- Słucham, Fillipie. - uśmiechnął się subtelnie, skinął zachęcająco głową i zatrzymał się byśmy mogli w spokoju porozmawiać. Miałem wrażenie, że i jemu nasze małe rozmowy sprawiają przyjemność.
- Widzi pan... - nagle nie wiedziałem jak zacząć. - Chodzi o to, że ostatnio... Dużo myślę na pewne tematy i one są niemal moją obsesją. To tak jak z książkami i tymi, którzy je bardzo lubią. - znalazłem odpowiedni przykład, który pozwoli mi nie zdradzać prawdziwego szaleństwa, jakie mnie ogarnęło. - To przecież dziwne, kiedy się je lubi i chce się ich coraz więcej, chociaż nie ma się czasu na czytanie wszystkich. Myśli się o tym niemal fanatycznie, nie można spać, oddychać, funkcjonować normalnie, bo ciągle ma się na myśli tylko ten jeden temat. To żądza, którą chciałoby się zaspokoić, ale przecież nie ma takiej potrzeby, powinno się cieszyć z tego, co otrzymało się do tej pory. - chyba majaczyłem. - A jednak ciężko dać sobie z tym spokój, zaczyna się szaleć i pragnąć jeszcze więcej im bardziej się sobie czegoś odmawia.
- Pragnienia dręczą nas wszystkich. - mężczyzna uśmiechnął się mierzwiąc mi włosy. - Kuszą, dręczą i nie pozwalają żyć, ale przecież po to właśnie są. Nadejdzie czas kiedy będzie za późno na pragnienia, za późno by je zaspokajać, za późno by je czuć. Może teraz powinno się im ulegać skoro jest nam jeszcze dane odczuwać radość z tego powodu? Poza tym, sam stwierdziłeś, że ciągle się o nich myśli, a więc wszystko inne wydaje się mało istotne. Jeśli nie ulegniesz pokusie będzie cię ona zadręczać, ale jeśli pozwolisz by nad tobą zapanowała, wtedy zaspokoisz głód, powoli wrócisz do normalności i będziesz w niej trwał aż do kolejnego pożądania.
- Więc uważa pan, że nie ma sensu odrzucać pragnienia, ale powinno się im ulegać, realizować plany z nimi związane? - prawdę mówiąc nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, ale cieszyła mnie, gdyż moimi „książkami” był właśnie Marcel. - Pan goni za swoimi żądzami?
Nauczyciel roześmiał się ciepło, szczerze, jego usta wygięły się kusząco.
- Czasami mam wrażenie, że nie muszę gonić za swoimi pragnieniami bo to one gonią za mną. - przyznał w końcu.
- Ale książki nie mogą za mną gonić... - zauważyłem, chociaż nadal chodziło mi właśnie o profesora i jego uczucia, jego bliskość, dotyk, brzmienie głosu, oddech, pocałunki, których nie otrzymywałem od całych wieków, a które nigdy nie były tak namiętne jakbym sobie tego życzył.
- Jeśli marzenia nie uganiają się za tobą to sam powinieneś puścić się za nimi w pogoń. Kiedyś przestaną mieć znaczenie, a ty nie będziesz nawet wiedział, że istniały, ale teraz jesteś zdolny by je odczuwać, by radować się nimi. Nie ważne, czy zdołasz przeczytać te książki od razu, bo jednak będą pod ręką, a ty przestaniesz zadręczać się nimi. Taka jest moja opinia.

~ * ~ * ~

Byłem chodzącym głupcem, by udzielać mojemu Aniołowi rad, których sam nie przestrzegam, nie mniej jednak pragnąłem Fillipa, a to on zawsze mnie szukał, on mnie zaczepiał. Może więc i czuł do mnie coś więcej niż tylko zwyczajną sympatię do starszego od siebie profesora, na którego mógł zawsze liczyć?
- Nie jest pan zbyt pewny siebie? - prosta, zgrabna brew chłopca uniosła się lekko, a w jego ciemnych oczach błyszczało słodkie rozbawienie.
- A powinienem myśleć inaczej? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Chyba nie... - zawahał się. - Nie, na pewno nie. W pana przypadku pragnienia mogą pragnąć pana. - jego usteczka znowu wyginały się w rozkosznym uśmiechu, który chciało się całować.
Nie potrafiąc zapanować nad tym odruchem sięgnąłem przed siebie do policzka Ślizgona, który pogładziłem najdelikatniej jak tylko mogłem. Był lekko chropowaty, co wskazywało na to, iż mój „mały chłopiec” w najbliższym czasie będzie musiał się golić. Nie mogłem uwierzyć, że tak wyrósł, a jeszcze niedawno był chodzącym nieszczęściem, które mogłem wycałować.
- Stajesz się mężczyzną. - pozwoliłem sobie zauważyć, a on wypełnił swoje policzki powietrzem sprawiając, że przypominał napompowaną rybkę, którą otrzymałem kiedyś w prezencie od matki.
- Nie chcę być mężczyzną. Mam zbyt wiele zachcianek, które ktoś musi spełniać. - oświadczył. - Mężczyzna powinien zadowalać innych swoją dorosłością, a to ja wolałbym być zadowalany i zawsze samolubny.
- Wtedy nie musiałbyś zaspokajać swojego pragnienia książek, ale wymagałbyś od kogoś innego by je spełnił, prawda? - zmierzwiłem mu włosy. Uwielbiałem go dotykać bez względu na to, czy chodziło o skórę, czy miękkie, puszyste pasma spływające falami wokół jego buźki.
- Tak, ma pan rację. - skinął głową. - Ale niech pan się pochyli, a zdradzę panu jeszcze jedną tajemnicę. - szeptał konspiracyjnie, więc zrobiłem to o co mnie prosił.
Jego ciepły oddech na moim policzku był tak przyjemny, że miałem ochotę gryźć wargi, by nie kusiła ich myśl o całowaniu Fillipa. Był tak rozkosznie słodki, kiedy złapał mnie za marynarkę i przyciągnął jeszcze bliżej siebie...
- Chodzi o to, że tak naprawdę, lubię najbardziej, kiedy to pan mnie rozpieszcza. - jego usta chyba nawet przypadkowo dotknęły muszelki mojego ucha, co odebrałem jako gwałtowny, cudowny bodziec.

~ * ~ * ~

Oszalałem, ale było mi z tym cudownie! Nie co dzień mogłem wyznawać mężczyźnie chociażby część prawdy dotyczącej tego, co do niego czułem, ale dziś zrobiłem wyjątek by zaspokoić chociażby drobną część moich pragnień, których przerażająca większość, dotyczyła Marcela. Może nawet wszystkie się z nim wiązały?
- Tak naprawdę szukam pretekstów by pobyć z panem trochę. - pozwoliłem sobie na uśmiech. Nie ważne, czy mężczyzna odbierze to jako żart, czy potraktuje całkowicie serio. Liczyło się wyłącznie to by Marcel był obok i uwielbiał mnie tak jak do tej pory. Bo przecież miałem do tego prawo, czyż nie? Mogłem pragnąć nauczyciela, a on mógłby pragnąc mnie, gdybym miał na tyle wiele szczęścia. Jako jego uczeń nie powinienem zadręczać go swoją miłością, ale kiedy przestanę nim być... Kiedy on nie będzie już moim nauczycielem... No właśnie, co wtedy? Czy będę mógł rzucić się na niego, jak wygłodniałe zwierzę, wycałować jego usta póki nie spuchną nam wargi?
- To bardzo miłe, Fillipie. - przyznał skinąwszy głową tak, że moje czoło zetknęło się z jego.
Gdybym miał na tyle odwagi mógłbym spojrzeć w jego cudowne, szare oczy i kusić samego siebie bliskością jego ust.
- Mówię prawdę...
- Wiem o tym, Fillipie. Gdyby było inaczej nie ociągałbym się tak strasznie z powrotem do swojego gabinetu.
Podniosłem spojrzenie, ale on odsunął się ode mnie na tyle by odległość okazała się całkowicie bezpieczna i niezobowiązująca. Przyjąłem to z niejakim żalem, ale nie mogłem mieć mu tego za złe.
- Więc pan na mnie czekał, tak? - zapytałem starając się by w moim głosie nie było ani cienia zawodu spowodowanego jego krokiem w tył. Przecież gdyby mnie skusił, gdybym go pocałował, bądź chociażby próbował, mógłbym nigdy sobie tego nie wybaczyć. Zniszczenie tego, co było między nami do tej pory kosztowałoby mnie więcej niż rozsypanie się mojej przyjaźni z Oliverem. Oczywiście, nie zniósłbym rozstania z kuzynem, ale jednak brak Marcela byłby dla mnie bardziej dotkliwy. Dobrze, że Oli o tym nie wiedział, bo znienawidziłby nauczyciela latania z całego serca, a to także mi się nie podobało.

~ * ~ * ~

- Zawsze liczę na to, że znajdzie się pretekst byśmy mogli porozmawiać. - wyznałem szczerze. Nie obawiałem się słów, ale czynów, jakich mógłbym się dopuścić mając tego Anioła blisko siebie przez dłuższy czas. Zabawne, że jeszcze do niedawna byłem w stanie obejmować go, całować, a nawet spać blisko niego, a kuszenie ciała było do wytrzymania. Teraz nie zdołałbym skierować warg na kącik jego warg, czy na nos. Sięgnąłbym tych zakazanych ust, całował je mocno, namiętnie, jakby było to ostatnią rzeczą, jaką dane byłoby mi na tym świecie zrobić.
- To nawiązanie do pragnień od których zaczęła się nasza rozmowa? - jak to możliwe, że potrafił z tak niewinną miną znęcać się nad moją samokontrolą?
- Myślę, że tak. - nie potrafiłem kłamać. Nie jemu. - Rozmów z tobą nigdy nie mam dosyć, nawet jeśli mamy okazję wymienić te kilka zdań każdego dnia.
„Chociaż nie byłyby nam potrzebne gdybym tylko mógł cię całować. Jestem pewny, że zdołałbym przekazać ci wszystko muśnięciem” myślałem.
- Więc myślimy podobnie. - uśmiechnął się i zacisnął palce na mojej marynarce, jakby był zagubionym dzieckiem, chociaż jego usta układały się w przyjemny dla oka uśmiech. - Wiele nas łączy, prawda? - zaskoczył mnie.
- Ym, tak. - czy na takie pytanie może być inna odpowiedź? - Tak, Aniele. Myślę, że masz rację.
- Więc nie potrzebujemy nikogo poza sobą, tak?

~ * ~ * ~

Wchodziłem na bardzo niebezpieczny, grząski grunt i w każdej chwili mogłem utknąć, stanąć w miejscu, w którym ruchome piaski wciągnęłyby mnie i uczyniły niewolnikiem tego, co pod nimi. A jednak zapytałem i nie mogłem tego cofnąć, nie chciałem też nic dodawać, by nie zaplątać się, nie zdradzić ze swoimi uczuciami. Przez chwilę kusiło mnie nawet by puścić Marcela, ale nie zdobyłem się na to. Byłoby to przecież równe z przyznaniem się do winy.
- Tak sądzę, Fillipie. - odpowiedział powoli, ostrożnie. Cokolwiek wtedy czuł nie chciał popełnić błędu i świetnie go rozumiałem.
- Więc zostańmy przyjaciółmi! - zadarłem głowę do góry, poważnie, pewnie spojrzałem mu w oczy. Teraz zostaniemy przyjaciółmi, kiedyś kochankami, tłumaczyłem sobie, ale moja śmiałość zaskakiwała mnie samego. Nigdy nie byłem przesadnie strachliwy, gdy chodziło o Camusa, ale teraz biłem rekordy, które dotąd ustanowiłem. Przecież teraz nie byłem dzieckiem i nie mogłem za swoje słowa obwiniać młodzieńczej niewinności.
Na twarzy nauczyciela pojawiło się zdumienie, ale zaraz potem uśmiech – szczery, prawdziwy, ciepły i pełen uczucia.
- Oficjalnie? - dopytał, a ja skinąłem. - Myślę, że to świetny pomysł. Chociaż jest pewien kruczek. Przyjaźń wymaga od nas byśmy zwracali się do siebie po imieniu.
Oniemiałem. Miał rację, a ja wcześniej wcale o tym nie pomyślałem. W moich marzeniach mówiłem do nauczyciela po imieniu, ale nie sądziłem, że poza fantazjami byłoby to możliwe. Prędzej całowałbym go i dotykał niż opuścił wyuczony przez lata zwrot grzecznościowy.
- Mam do pana mówić po imieniu? - wydusiłem i musiałem być nie lada dziwakiem, skoro nie obawiałem się zapytać o przyjaźń, ale nie byłem w stanie mówić profesorowi po imieniu.
- Tak, Fillipie. Przyjaciele nie zwracają się do siebie na „pan”. - chyba nieźle się bawił patrząc na moje zmieszanie.
- Muszę do tego nawyknąć. - stwierdziłem kąsając lekko wargi, ale przestałem, gdy opuszek palca nauczyciela karcąco pogładził dolną, a następnie górną uniemożliwiając zębom działanie.
- Nie wolno, kochanie. - powiedział z łagodnością, którą mogłem odebrać jako wyznanie uczuć. - Mówienie do mnie po imieniu chyba nie boli tak bardzo żebyś musiał się maltretować, prawda?
- Oczywiście, że nie! - z wysiłkiem puściłem marynarkę profesora i wygładziłem ją, choć niewiele mogłem zdziałać, kiedy już ją wymiąłem w dłoniach. - Po prostu... To takie dziwne, może nawet na swój sposób spełnia niektóre moje marzenia. Bardzo pana lubię, więc jeśli będziemy przyjaciółmi i ja będę mówił panu, bez pana... No, po prostu... - ja się myliłem, a on uśmiechał się coraz szerzej i miałem ochotę rzucić się na niego, ściskać, całować, pieścić, jak jeszcze nikt go nie pieścił.
- Marcel. - podpowiedział mi. - To chyba nie takie złe imię, prawda?
- Nie, oczywiście, że nie! To śliczne imię! - zachowywałem się jak wariat. - Marcel to naprawdę cudowne imię i ja bardzo je lubię. Z rozkoszą będę mówił do... ciebie... Marcel. - podniecenie, jakie mnie wypełniło, kiedy pierwszy raz tak naprawdę wypowiedziałem to imię mając do tego pełne prawo, było ogromne. Może nie miałem ochoty płakać, ale chętnie krzyczałbym z radości by dać jej upust.
- Wypowiedz je raz jeszcze, Fillipie. - zdawał się prosić.

~ * ~ * ~

W jego słodkich usteczkach moje imię brzmiało tak, jak jeszcze nigdy w żadnych. Rozkoszowałem się tym brzmieniem, choć nie miało jeszcze wydźwięku, jaki pragnąłbym temu nadać. Zresztą, wiedziałem, że chłopiec nie zdoła cały czas pomijać formy grzecznościowej, a więc mój cel nie zostanie zbyt szybko osiągnięty, a było nim zdobycie jego serca. Gdy to osiągnę on nie będzie już zasypywał mnie licznymi zwrotami na „pan”, ale jego „Marcel” będzie wypełnione miłością, którą włoży w wypowiedzenie mojego imienia.
- Marcel. - powiedział cicho, nadal niepewnie, ale tak melodyjnie, że moje serce zabiło szybciej.
- Wspaniale ci idzie, Fillipie. - przyznałem szczerze.
Uśmiechnął się szeroko, jakbym oferował mu właśnie pudełeczko wyśmienitych czekoladek. Dzieci śmieją się tak do czekolady, zaś on obdarzał tym cudownym gestem mnie.
- Dziękuję. - skinął lekko głową i skrzywił się, kiedy usłyszał głosy dochodzące od strony Wielkiej Sali. Podobała mi się ta reakcja, ponieważ świadczyła o tym, jak bardzo chłopiec chciałby być ze mną sam na sam.
- Jutro też mnie tutaj dopadniesz. - pocieszyłem go mierzwiąc mu włosy już po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilkunastu minut.
- Obiecujesz? - zmarszczył brwi patrząc na mnie jakbym był w stanie go okłamać.
- Tak, Aniele. Obiecuję jutro po kolacji iść bardzo, bardzo powoli żebyś mnie zaczepił pod byle pretekstem. - obaj zareagowaliśmy na to krótkim, ale szczerym śmiechem, po czym pocałowałem Fillipa w czoło na pożegnanie. - Do jutra. - szepnąłem i odszedłem od niego, jakbyśmy mieli zostać przyłapani na czymś bardzo, bardzo niewłaściwym.

~ * ~ * ~

Ha! A więc spotka się ze mną! Jutro, po jutrze, dzień po dniu! Radość rozsadzała mnie, jakby bezustannie rosła w moim wnętrzu. Był moim przyjacielem, a niedługo zostanie kimś więcej! Byłem pewny, że zdołam go zdobyć dla siebie, chociaż już był przecież mój.
- Znajdę wymówkę, zobaczysz, kochany. - powiedziałem cicho do niego, choć poza mną nie mógł tego usłyszeć nikt więcej.

piątek, 28 grudnia 2012

Un bonhomme de neige

Uwielbiałem Święta – czas prezentów, radości z małych rzeczy, barwy, które przeplatały się tęczą w około, zapach choinki, ciche dzwonienie dzwoneczków na zielonych gałązkach, smak świątecznych potraw, które wypełniały stoły. Niestety, niewinność poprzednich lat zniknęła i teraz nie łatwo było mnie zadowolić wyłącznie tymi miłymi akcentami. Potrzebowałem więcej, o wiele więcej, a to „więcej” nosiło imię Marcela.
On też był w tym roku moim największym problemem, jako że chciałem sprawić mu przyjemność, obdarować prezentami, a jednocześnie zrezygnować z dziecinnego wydźwięku tej tradycji. Dobrze wiedziałem, co takiego chciałbym podarować mu tym razem, jednakże moja ostatnia śmiałość w połączeniu z takim prezentem mogłaby wzbudzić podejrzenia. Tak więc, musiałem zadbać by mężczyzna otrzymał mój upominek, zachował go, a co więcej także z niego korzystał. Tylko ja znałem Marcela na tyle dobrze by wiedzieć, w jaki sposób mogę osiągnąć swój cel nie zdradzając się przy tym. Nie wątpiłem, że każdy rodzaj prezentu ode mnie zajmowałby szczególne miejsce w sercu nauczyciela, ale co z tymi „niczyimi”? Miałem nie lada problem do czasu, kiedy zrozumiałem, co należy zrobić.
Do swojego prezentu dołączyłem niewinny liścik niezdradzający zbyt wiele, ale wyjaśniający całą sytuację:
„Nie pragnę prosić o nic więcej, jak tylko o to, by nie pozbywał się Pan mojego prezentu, ale zechciał z niego korzystać. Nawet nie mając pewności, czy zechce Pan dostosować się do mojej prośby, sprawi mi to niewypowiedzianą przyjemność. Jeśli mogę pozwolić sobie na błaganie, proszę mieć to na sobie podczas kolacji.”
Ot, wszystko i nic. Zadbałem by nauczyciel nie poznał mojego charakteru pisma bazgrząc lewą ręką, a następnie położyłem liścik na trzech parach wyzywającej bielizny, w której naprawdę chciałbym go zobaczyć, i zamykając paczuszkę wysłałem ją do nauczyciela poprzez Skrzaty. Tak, byłem chodzącym pożądaniem i nic na to nie mogłem poradzić. Co więcej, sam poprosiłem profesora by w tym roku nasze upominki składały się wyłącznie z łakoci, toteż czułem się bezpiecznie wiedząc, że mężczyzna nie może powiązać ze mną bielizny, którą otrzymał w tym roku. Taką przynajmniej miałem nadzieję.
Czułem się niemal wszechmocny, kiedy podczas świątecznej kolacji siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole. Niestety, Camus znajdował się jedno miejsce ode mnie – tylko, dlatego że jakaś starsza ode mnie Ślizgonka zagryzłaby mnie gdybym zajął miejsce po prawej stronie profesora, zaś drugą okupowała McGonagall. Miałem jednak wszystko na oku dbając by żadna nie mogła go dotykać. W międzyczasie próbowałem wyczytać z twarzy nauczyciela czy ma na sobie te mało wygodne, ale za to podniecające slipy, które mu przesłałem. Sama myśl o tym wywoływała dreszcze na moim ciele.
Nie mając na karku Olivera, który postanowił spędzić Święta w domu, mogłem wziąć sprawy we własne ręce i kręcić się po zamku bez przymusowej smyczy w jego postaci. Tym samym miałem okazję śledzić Marcela, czy nawet podglądać go przy odrobinie szczęścia.
- Po posiłku zapraszam wszystkich do obejrzenia wojny bałwanów, która będzie miała miejsce na błoniach. – rzucił wesołym głosem dyrektor. – Jest nas tak mało, że musimy uczcić tegoroczne Święta ociupiną rozrywki i zabawy, a nic tak nie działa na trawienie po obfitym posiłku, jak odrobina świeżego powietrza!
Przygryzłem wargę powstrzymując uśmiech, jaki cisnął mi się na usta. Miałem nadzieję, że Marcel był ubrany ciepło. Z jakiegoś powodu odczuwałem niezdrową satysfakcję z faktu, iż mój mężczyzna będzie musiał odrobinę posterczeć na śniegu i chłodzie. Nie mogłem w prawdzie zaproponować mu własnego ciepła w nagrodę za wytrwałość, ale zupełnie niespodziewanie przyszedł mi do głowy inny pomysł. Szalony, ale możliwy do zrealizowania dzięki dyrektorowi i jego chęci rozbawienia naszej garstki.
Spojrzałem przelotnie na Marcela rozmawiającego z nauczycielką po swojej lewej stronie. Może wyczuł, że na niego spoglądam i dlatego odwrócił się posyłając mi subtelny uśmiech. Ileż bym dał by czytać w jego myślach! Czy zastanawiał się, kto podarował mu tę bieliznę, a może wcale mu ona nie przeszkadzała? Może tylko ja byłem tym tak obsesyjnie zainteresowany? Umierałem z ciekawości!
- Jak się pan dziś czuje? – zaczepiłem go wykorzystując okazję, że dziewczyna obok mnie miała usta pełne sałatki i nie mogła się wtrącić.
- To niewątpliwie trudne pytanie, Fillipie. – rzucił dyplomatycznie, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej niż sam fakt rozmowy. A więc jednak! A więc miał je na sobie i teraz nowy krój przeszkadzał mu, może nawet drażnił! Byłem naprawdę szczęśliwy, chociaż nie rozumiałem sam siebie. – Ty wydajesz się być w świetnym humorze. – jego cudowny uśmiech pogłębił się, a ja mogłem tylko wzruszyć ramionami, przytaknąć i nadal rozkoszować się wszystkimi pozytywnymi uczuciami, które mnie wypełniały.

~ * ~ * ~

Patrząc na rozpromienionego Fillipa, który z trudem potrafił usiedzieć na swoim zgrabnym tyłeczku, czułem, że jego radość udziela się także mnie.
Ostatnimi czasy chłopiec był często zamyślony, trochę nieobecny, roztargniony. Obawiałem się, że się zakochał, a ta myśl mroziła krew w moich żyłach. Nie ufałem sobie na tyle, by pozwolić mojemu Aniołowi na miłosne uniesienia, gdy całym sobą czułem, że tylko ja mam prawo do jego uczuć. Jak zachowałbym się mając pewność, że mój Fillip kocha kogoś innego? Czy potrafiłbym pohamować swój gniew i pozwolić na to uczucie?
Całe szczęście nie zauważyłem by ktoś specjalnie kręcił się koło mojego Cudu, ani też by chłopiec okazywał szczególne zainteresowanie komuś poza mną i swoim kuzynem. Podejrzewałem więc, iż moje obawy są bezpodstawne i wynikają z czystej zazdrości o czas, jaki inni spędzają z tym Skarbem, podczas gdy ja z trudem powstrzymywałem swoje coraz to gorętsza uczucia względem Ślizgona.
Poruszyłem się niespokojnie na krześle, które zajmowałem i musiałem przyznać, że nie bez powodu moja bielizna była zawsze zwyczajna i wygodna. Jeśli dziewczyna obok mnie była tą, która zechciała uraczyć mnie takim prezentem to bezsprzecznie musiała odczuwać pełną satysfakcję, kiedy stanowczo zbyt często kręciłem się na swoim miejscu. Nie pojmowałem, jak ludzie mogą chodzić w czymś tak niewygodnym, ale usilnie próbowałem zignorować fakt denerwującego materiału, jaki miałem na sobie, czy raczej irytujących jego braków.
- Pójdziemy razem! – zanim się obejrzałem Fillip już był przy mnie i ciągnął mnie za ramię zmuszając bym wstał z miejsca i razem z nim oglądał na błoniach bitwę śnieżną bałwanów. Byłem mu wdzięczny za jego zainteresowanie moją osobą i ten ogromny, słodki uśmiech, jakim mnie raczył.
- Z rozkoszą, Fillipie. – skinąłem głową wstając i starając się nie mówić zbyt głośno. Nie chciałem przecież by ktokolwiek wiedział o mojej zażyłości ze Ślizgonem. – Zdradzisz mi, kochanie, powód swojej dzisiejszej radości? – zapytałem, kiedy powoli zmierzaliśmy za dyrektorem i innymi nauczycielami do wyjścia z zamku.
- No nie wiem... – chłopiec zastanawiał się poważnie skubiąc brzeg mojego swetra. Czy miał świadomość, że to robi? – Zdradzę panu po bitwie bałwanów. – postanowił pewnym głosem. – Ale musi pan obiecać, że nie będzie się pan złościł, bo to, co raduje mnie nie koniecznie uraduje pana.
- Coś ty zmalował, Aniele? – spojrzałem na lekko zarumienionego chłopca, który unikał mojego wzroku.
- Później panu powiem, obiecuję. Teraz niech się pan dobrze bawi podczas bitwy, dobrze? Bardzo mi zależy na tym, żeby się pan szeroko uśmiechał i miał dużo dobrych wspomnień. To kolejne Święta, które spędza pan ze mną na zamku. – zachichotał, jakby chciał ukryć tym zażenowanie. Jakże kochałem ten słodki dźwięk...
- Tak, Fillipie. I naprawdę uwielbiam te nasze wspólne Święta. – przyznałem otwarcie czując jak dłoń chłopca zaciska się na moich palcach.
Jako że byliśmy na samym końcu, nikt nie mógł zauważyć tego drobnego gestu, który wypełnił całe moje wnętrze ciepłem i prawdziwą radością. Nic nie miało znaczenia, kiedy ta ciepła dłoń ściskała moją, jakby szukała w ten sposób ucieczki przed chłodem, a przecież pod drzwiami wejściowymi już czekały Skrzaty Domowe z naszymi ciepłymi kurtkami, gotowe służyć pomocą i wypełniać zadanie, jakie powierzył im dyrektor.

~ * ~ * ~

Co mi odbiło by obiecywać zdradzenie mojej tajemnicy?! Bliskość mężczyzny musiała przysłonić mi oczy i zmącić spokój mojego umysłu. Majaczyłem! Tyle, że nie mogłem już zrezygnować. Nie, kiedy w grę wchodziła obietnica złożona mojemu ukochanemu nauczycielowi. A więc musiał dowiedzieć się o wszystkim. Sądziłem jednak, że jest w tym coś dobrego. Był to przecież całkiem dobry pretekst by później przynieść nauczycielowi grzane wino do jego gabinetu i spędzić z nim trochę czasu sam na sam.
Zapiąłem szczelnie kurtkę, nasunąłem na głowę czapkę, a nawet wspomogłem ją nausznikami i wtedy dopiero byłem gotów by postać trochę na mrozie. Dyrektor zatrzymał się na najniższym ze stopni zaraz za drzwiami i machnął różdżką w stronę ośmiu bałwanów stojących za niewielkimi palisadami po bokach, których wznosiły się góry śnieżek. Bałwany przegrupowały się i były gotowe do ataku. Wydawały się czekać na znak, który otrzymały dopiero, kiedy wszyscy ustawiliśmy się na schodach w miejscach umożliwiających oglądanie ich wyczynów.
Kiedy Dyrektor gwizdnął przez palce, ja przysunąłem się bliżej Marcela. Oparłem się o niego w taki sposób by nikt nie mógł tego uznać za zbytnią poufałość, ale na tyle bym mógł czuć jego bliskość i cieszyć się tym wszystkim. Uśmiechnięty patrzyłem, jak bałwany zaczynają walkę na śnieżki biegając na swoich największych kulkach na samym dole, jak rzucają się by uciec przed śnieżką, tracą marchewkowe nosy, kiedy ryją nimi w śniegu podczas karkołomnych ucieczek i celują w siebie nawzajem ze snajperską precyzją. Nie wiem jak to w ogóle możliwe, ale stanowiło to naprawdę zabawny i interesujący widok. Tym bardziej, kiedy zostały tylko dwa bałwany, a za nimi wybuchały fajerwerki zwiastujące ostatecznie starcie.
Marcel pochylił się nad moim uchem, gdy wszyscy byli pochłonięci walką, która miała się niedługo rozstrzygnąć.
- Zaraz skończą im się śnieżki. – zwrócił moją uwagę na ten fakt, kiedy jego ciepły oddech na mojej twarzy sprawiał, że moje zmysły szalały.
- Jak pan myśli, co się stanie? – zapytałem równie cicho rozpływając się.
- Nie mam pojęcia. – jego dłoń spoczęła na moim ramieniu ściskając je lekko.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, a w tamtej właśnie chwili bałwany straciły ostatnią amunicję i rzuciły się na siebie spotkając w zwarciu. Śnieg rozprysnął się na wszystkie strony i tylko dwa marchewkowe nosy oraz garść drobnych węgielków pozostały w miejscu, gdzie dwa śniegowe ciała zderzyły się ze sobą. Wtedy też wysoko w górę wystrzeliły fajerwerki, które wybuchając przyjęły kształt uśmiechniętych bałwanków.
- Zapraszam cię do siebie na grzane wino. – usta Marcela znowu znalazły się przy moim uchu, kiedy nasz mały tłumek nagradzał zakończoną wojnę brawami.
- Czyta mi pan w myślach?! – spojrzałem na nauczyciela wielkimi oczyma, tego byłem pewny.

~ * ~ * ~

Roześmiałem się i starłem z rumianego policzka Fillipa płatek śniegu. Właśnie zaczynało padać, jakby dyrektor specjalnie zaczarował pogodę na krótką chwilę swojej świątecznej niespodzianki dla nas.
- Bardzo chciałbym czytać w twoich myślach, Aniele, ale to raczej niemożliwe. – stwierdziłem. – Nie mniej jednak, zapraszam i myślę, że sekret swojego dobrego humoru możesz zachować dla siebie. Zdradzony może nie cieszyć już tak bardzo. – kolejny płatek musiałem zetrzeć z nosa chłopca. – Obiecaj tylko, że będziesz się uśmiechać.
- Tak! Oczywiście, że będę! – i oto jego uśmiech był tak ogromny i przepiękny, że zapierał dech. Cokolwiek chłopiec miał na sumieniu musiało to być rozkoszne przewinienie skoro wywołało u niego taką radość. – Ale i tak panu powiem! – rzucił zdeterminowany, pełen entuzjazmu. Stanął na palcach i przysunął wargi do mojego ucha dotykając go nimi. Sprawił, że zadrżałem czując tę słodycz tak blisko. – To ja wysłałem panu tę bieliznę. – roześmiał się i czmychnął do zamku zanim moje zaskoczenie opadło pozwalając na jakąkolwiek reakcję. Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, jak zareagować na to wyzwanie. Tylko przez chwilę!
- Jak cię dorwę, kochanie... – syknąłem pod nosem, gdy po moich ustach błąkał się uśmiech i nagle o wiele wygodniej było mi w tych slipach. – Mały zboczeniec. – roześmiałem się cicho wchodząc ostatecznie do zamku.
Nie chciałem zbyt wiele o tym myśleć, chociaż ten rodzaj prezentu niewątpliwie podsycał nadzieję odpowiedzi na moje gorące uczucia. Z resztą, wiedziałem, że Fillip będzie czekał na mnie pod gabinetem, jakkolwiek zażenowany by nie był po zdradzeniu tego małego sekretu. Może naprawdę miałem u niego szanse i powinienem zapytać?
Nie, nie chciałem się niepotrzebnie łudzić toteż postanowiłem zostać swoje pytania bez odpowiedz. Uznałem, iż powinien wystarczyć mi fakt niezaprzeczalnego zainteresowania chłopca moją osobą. Bez względu na to, czy była to miłość, czy może wyłącznie przyjaźń. Czy mogłem liczy na romantyczne uczucia samego Anioła?
Może tak, a może nie...

~ * ~ * ~

Oszalałem! Oszalałem, powiedziałem i byłem z siebie dumny!
- Albo pan się domyśli, albo będę musiał panu to niedługo wyznać. – zachichotałem mówiąc do siebie, a moje policzki płonęły, kiedy oparłem się czołem o drzwi gabinetu Marcela.
Zaproszenie na wino uznawałem za nadal aktualne i nie wątpiłem, że mężczyzna musi się tego spodziewać. Czy kiedykolwiek zrezygnowałem z okazji rozmowy z nim, odwiedzin, niewinnego spędzenia czasu, czy chociażby czystego pocałunku nienaznaczonego pożądaniem, ale miłością?
Już nie mogłem doczekać się chwili, kiedy usiądę w wygodnym fotelu możliwe najbliżej mojego nauczyciela, ogrzeję dłonie ciepłym winem, będę wpatrywał się w trzaskające w kominku płomienie i wsłuchiwał się w cichy, spokojny oddech mężczyzny, do którego należałem cały od wielu lat.
Myśl o tym sprawiała mi niewypowiedzianą przyjemność, kiedy czekałem na profesora głaszcząc palcami drzwi, których on niejednokrotnie dotykał.
Usłyszałem jego kroki rozpoznając ich rytm, odbijające się od ścian echo, słodką melodię zbliżającego się szczęścia.
Odsunąłem się na krok od drzwi, otworzyłem zamknięte przed chwilą oczy, uśmiechnąłem się i spojrzałem na mężczyznę, który był coraz bliżej. Jego usta również wykrzywiały się subtelnie, słodko ku górze, jakbyśmy naprawdę potrafili dzielić się myślami, uczuciami, wzajemną radością.
- Obiecał mi pan grzane wino, więc zostaję dzisiaj na noc. Nie zamierzam wracać do pustego pokoju. – to nie było nawet ostrzeżenie, ale czyste stwierdzenie faktu, na które on skinął przyzwalająco głową. Zakochiwałem się na nowo w jego cudownych, szarych oczach, w które wtedy spoglądałem.

~ * ~ * ~

Miłość, czy przyjaźń? Nie ważne. Fillip był mój. Cały.