To był taki piękny dzień! Śnieg prószył za oknami, mróz namalował na szybach swoje błękitne obrazy, po zamku rozchodził się zapach świątecznych dań, na każdym kroku można było natknąć się na wspaniałe dekoracje, a na twarzach większości osób widniały szczęśliwe uśmiechy. Czułem, jak rozpierała mnie energia, jak radość kotłuje się we mnie. Dziś miałem w planach „przypadkowe” rozsypanie cukierków przed nauczycielem latania, który z pewnością pomoże mi je zbierać, zaś ja również „przypadkowo” dotknę jego dłoni! A może nawet „przypadkowo” zderzymy się głowami? Przed oczyma miałem już każdy, najdrobniejszy nawet szczegół i to napawało mnie optymizmem, którego nie chciałem się pozbywać. Byłem chodzącą radością! Przez chwilę czułem, że mógłbym nawet pocałować Marcela, gdyby nadarzyła się ku temu okazja! Jeśli kiedykolwiek miałem się na to zdobyć to dziś!
- Phi! – Oliver wydał z siebie głośne prychnięcie. Spojrzałem na niego zaniepokojony, chociaż nadal uśmiechnięty. Chłopak od pewnego czasu zachowywał się bardzo dziwnie. Był ciągle nadąsany, łatwo się irytował, prawie w ogóle się nie uśmiechał, czasami wpadał w szał i nie odzywał się do nikogo. Wydawało mi się to być złym omenem tym bardziej, że jego kiepskie samopoczucie było tym gorsze im lepszy ja miałem humor. Nie wyglądał jednak na chorego, nic w jego życiu się nie zmieniło, nadal byliśmy przyjaciółmi, więc zupełnie nie rozumiałem jego zachowania i to niepokoiło mnie najbardziej.
- Oli, co się dzieje? – stanąłem przed kuzynem, który przewyższał mnie o głowę. Trochę głupi uśmiech zniknął z mojej twarzy.
- Denerwujesz mnie! – chłopak zmarszczył brwi w widocznym niezadowoleniu. – Mam tego dosyć! Ciągle się cieszysz, zachowujesz jak ostatni głupek, płaszczysz się i łasisz jak szczenię do nogi właściciela!
- C... Co? – nie rozumiałem.
- Wiesz, o co mi chodzi! Fillipie, ja nie jestem ślepy i widzę, co się dzieje. Na początku mogłeś wymyślać tysiące wymówek, ale teraz nie ma to najmniejszego sensu! Ślinisz się na widok Camusa już od dawna! To obrzydliwe!
- Ale... – żałowałem, że nie potrafię mdleć w odpowiedniej dla siebie chwili. A może był to tylko sen? Przecież Oliver nie mógł niczego zauważyć! Byłem ostrożny, wymyślałem coraz to nowsze, lepsze kłamstwa! Nikt nie mógł domyślić się moich uczuć względem nauczyciela latania! Nikt!
- Otwórz oczy! On jest od ciebie o wiele starszy! Dla niego jesteś dzieckiem, rozumiesz?! – Oli nie przestawał krzyczeć. Był naprawdę wściekły i nie mogłem się temu dziwić. Przecież dowiedział się, że jego przyjaciel, jego kuzyn kocha mężczyznę, w dodatku swojego nauczyciela! Musiał się tym brzydzić. – Człowieku, to przy tobie stary dziad! Pewnie mógłby być twoim ojcem i tak cię traktuje! Dla niego jesteś synem! Rozumiesz?! Synem!
Ta prawda, chociaż znałem ją od dawna, ugodziła mnie boleśnie. Łzy popłynęły z oczu bez mojej wiedzy, bez mojej zgody. Ot, po prostu zaczęły sączyć się ogromne jak groch, a potworny ból rozrywał mi pierś. Przecież wiedziałem, że dla Marcela jestem tylko dzieckiem, którego nie miał, że moja miłość nie zostanie odwzajemniona, ale czy Oli musiał mi o tym przypominać?! Czy musiał niszczyć wszystkie moje fantazje?!
- Wiem o tym doskonale. – wysyczałem pośród łkań. – Wiem i nie chcę o tym słyszeć, rozumiesz?! Mam to w nosie! – nie chciałem zranić kuzyna, nie chciałem powiedzieć zbyt wiele. Zamiast tego wybiegłem z pokoju tak jak stałem. Ten akt tchórzostwa sprawiał mi dodatkowe katusze, ale nie mogłem tam zostać. Musiałem się wyżyć, znaleźć sposób na ukojenie bólu, zaleczenie ran, które właśnie powstały w moim sercu zdecydowanie głębsze niż wszystkie poprzednie, krwawiące obficie, potwornie bolesne.
Po prostu pobiegłem przed siebie, tam gdzie uważałem za słuszne nie bacząc na nic. Jakaś siła we mnie decydowała o tym, gdzie mam się teraz znaleźć. Coś takiego jak wolna wola nie istniało.
~ * ~ * ~
(Oliver)
Stałem przerażony nie mogąc ruszyć się z miejsca. Patrzyłem na otwarte szeroko drzwi pokoju, przez które wybiegł przed chwilą Fillip. Przed oczyma miałem jego zapłakaną twarz, wystraszone spojrzenie posyłające w moją stronę gromy desperacji, jego drżące usta, zaciśnięte w pięści dłonie. Nie tego się spodziewałem...
A co w ogóle chciałem osiągnąć mówiąc całą tę masę niepotrzebnych zupełnie idiotyzmów? Czy naprawdę sądziłem, że Fillip przyjmie to z pokorą, rzuci się w moje ramiona, wypłacze się na mojej piersi, po czym stwierdzi, że ma tylko mnie, tylko na mnie może liczyć, że tylko ja naprawdę go kocham? Przecież to było równie naiwne, co uczucia mojego kuzyna do nauczyciela, a ja nie należałem do naiwnych. Czego więc chciałem?
„Nienawidzę cię!” tych słów się spodziewałem, kiedy nastąpił wybuch. Czy słysząc to poczułbym się lepiej? Czy zdołałbym zwalczyć w sobie moje własne uczucia, moją własną miłość? Byłem nie lepszy od Fillipa. To ja zasługiwałem na potępienie, a nie on.
Było za późno. Nawet gdybym pobiegł za chłopakiem niczego bym tym nie zmienił. Nawet gdyby moje stopy zechciały oderwać się od ziemi nie potrafiłbym zmusić ich do biegu.
Zamiast tego padłem na podłogę zwijając się w kłębek w siadzie. Moje oczy były suche, nie potrafiłem płakać. Sam byłem sobie winny, sam dobrowolnie popełniłem grzech wyrywając skrzydła czystemu, niewinnemu Aniołowi. A moje serce wymierzało mi za to karę kłując boleśnie w piersi, jakby ostrzegało, że w przeciągu chwili zatrzyma się na stałe czyniąc mój najbliższy oddech ostatnim.
„Jesteś hipokrytą, Oliverze. Ostatnią osobą, jaka powinna upominać Fillipa.” głos w mojej głowie wiedział to najlepiej. Tylko, dlaczego nie odezwał się wcześniej, dlaczego mnie nie ostrzegł, nie pomieszał słów czyniąc zdania niezrozumiałymi dla kuzyna, który teraz wylewał morze łez z mojego powodu?
Czy to zazdrość, ten piekielny potwór gotowy niszczyć narody, szeptał mi w ucho wszystkie te okropne słowa, które powiedziałem głośno podczas kłótni? Nie kłamałem, ale może wypowiedziana głośno prawda była w tym wypadku gorsza od kłamstwa? Niszczenie ludzkich marzeń to najgorszy z grzechów, a ja właśnie tego się dopuściłem.
„Będziesz potępiony na wieki.” nadal słyszałem ten drwiący głos, który przenikał moje ciało niczym chłodny powiew wiatru. „Ktoś taki, jak ty nie zasługuje na szczęście. Fillip powinien cię zostawić i czekać aż zostaniesz pożarty przez poczucie winy, a wtedy nad twoim grobem powie wreszcie te słowa, na które nie zdobył się dzisiaj ‘Nienawidzę cię.’”.
On nie zrezygnuje z Camusa. Wiedziałem o tym od samego początku. Najbardziej niewinni są najbardziej uparci. Ten Cud nie należał do mnie.
~ * ~ * ~
Zapatrzony w przepiękne płatki śniegu powoli sypiące się z nieba niczym anielskie pióra pozwalałem by moje myśli dryfowały swobodnie nie znajdując żadnego punktu zaczepienia. Czułem się wypoczęty, gotowy na przetrwanie kolejnej połowy dnia, na stawienie czoła przeciwnościom losu, jakiekolwiek by one nie były. Gdzieś w ciemnych zakamarkach pamięci kryły się wspomnienia dawnych świąt, smak potraw gotowanych przez moją matkę, słodyczy kupionych przez ojca, odgłos pełnego radości śmiechu.
Wszystko ucichło, rozpłynęło się niczym mglisty obrazek, kiedy dostrzegłem za oknem biegnącego przez śnieg Fillipa. Chłopiec był nieubrany i na złamanie karku pędził w stronę ogrodu za zamkiem, ogrodu, który był przecież pokryty grubą warstwą białego puchu, który nie zapewniał żadnej ochrony przed zimnem, czy wiatrem.
- Co się dzieje? – powiedziałem do siebie niczym w transie i oderwałem wzrok od postaci za szybą. Porwałem szybko swój płaszcz i nie myśląc nawet o zamykaniu drzwi wybiegłem z gabinetu.
~ * ~ * ~
Chłód, przenikliwe zimno, które szczypało skórę nawet przez materiał ubrania. Wiatr, niczym lodowe strzały godził w moje ciało, padający na twarz śnieg wydawał się ciepły.
Nie obchodziło nie to, że nie mam na sobie kurtki, czapki, nawet szalika, czy odpowiednich butów. Nic nie było ważne poza ukojeniem, jakie przychodziło, gdy trzęsąc się z zimna leżałem na zaśnieżonej ławce. Śnieg topniał pode mną, sprawiał, że moje ubranie stawało się mokre, a zimno tym bardziej dokuczliwe. Sam już nie wiem, co bardziej wstrząsało moim ciałem – chłód, czy płacz.
Chciałem rozpaść się na kawałki, jak lodowa rzeźba uderzająca o kamień. Jestem i już mnie nie ma, bolało i już nie czuję nic. To wydawało się takie proste, chociaż wcale takie nie było. Może było mi pisane, bym skończył jak Pani na Shalott?
- Fillipie, czyś ty rozum postradał?! – moje zbolałe serce niemal stanęło, kiedy naprawdę wściekły krzyk doszedł moich uszu. Otworzyłem oczy nie będąc pewnym, czy aby nie mam omamów stojąc jedną nogą w grobie, ale wściekła twarz Marcela była aż nazbyt realna. Podniosłem się szybko do siadu bojąc się jego gniewu. Trzęsąc się cały szczękałem zębami. Łzy przestały płynąć, kiedy wystraszony nie wiedziałem, czy przypadkiem nie oberwę od nauczyciela.
Żaden cios jednak nie padł, mimo że przymknąłem oczy, gdy mężczyzna był o krok ode mnie. Zamiast tego moje ręce zostały podniesione do góry, wilgotny sweter zniknął, a ciężki płaszcz spoczął na moich ramionach.
Otworzyłem szybko oczy akurat w chwili, kiedy Camus owijał moją szyję swoim szalikiem, a później nie wiedziałem niemal nic, kiedy wielki kaptur spoczął na mojej głowie. Jedyne, co mogłem zobaczyć, to kolana mężczyzny, kiedy ten klękał przede mną zdejmując moje przemoczone kapcie i skarpety.
- Zdejmuj spodnie! – jego władczy ton sprawiał, że nie mogłem zaprotestować. Nie miałem pojęcia, że Marcel potrafi być tak stanowczy i może się tak wściec.
Owinął mnie bardzo szczelnie swoim płaszczem, wziął mnie na ręce i przytulił mocno do swojego ciała. Przerażony stwierdziłem, że miał na sobie mniej niż ja wcześniej. W samej koszuli musiało mu być potwornie zimno, a tym czasem ja byłem opatulony jego zimowym ubraniem.
- Pan... zmarznie... – wystękałem. Moje zęby w dalszym ciągu uderzały o siebie, chociaż było mi już cieplej i chyba nawet odzyskiwałem panowanie nad moim trzęsącym się ciałem.
- Co to miało być, Fillipie? – zignorował moje słowa, jakbym wcale ich nie wypowiedział. Niósł mnie najwyraźniej nie interesując się tym, że sam przecież wybrałem ogród na miejsce swojego spoczynku.
Zamknąłem oczy i przylgnąłem do jego piersi czując, że łzy znowu zaczynają cisnąć się do moich oczu.
~ * ~ * ~
Czy byłem na niego zły? Nie, byłem dosłownie wściekły! Kiedy tylko zobaczyłem Fillipa drżącego z zimna, lecz całkowicie ignorującego swój stan niepokój zastąpiła furia. Miałem ochotę przerzucić sobie Ślizgona przez kolano i złoić mu skórę tak by nie był w stanie usiąść na tyłku przez dobre kilka dni. W tamtej chwili były jednak ważniejsze rzeczy do zrobienia toteż zignorowałem własną wściekłość by zaopiekować się chłopcem tak jak należy. Nie mogłem zwlekać, więc jak najszybciej pozbyłem się jego mokrych od śniegu ubrań i owinąłem go swoim płaszczem.
Kiedy czułem jak Fillip drży w moich ramionach z zimna żałowałem, że nie mogę oddać mu całego ciepła, jakie jeszcze było we mnie i musiałem wiedzieć, co zmusiło chłopca do tak lekkomyślnego zachowania.
- Ja oczekuję odpowiedzi, Aniele. – by rozbudzić chłopca podrzuciłem go leciutko, co zdecydowanie spełniło swoje zadanie.
- Oliver powiedział, że... – zachłysnął się powietrzem, a głośne łkanie przerwało zdanie i niemal rozerwało mi serce. Co takiego powiedział mu kuzyn, skoro doprowadził go do takiego stanu?
Cała wcześniejsza złość wyparowała ze mnie. Jeszcze mocniej przytuliłem chłopca do siebie i złapałem zębami koniec kaptura zsuwając go odrobinę z głowy chłopca, by odsłonić, chociaż odrobinę jego buzi.
- Kochanie. – powiedziałem głośno, chcąc by moje słowa przedarły się przez zasłonę płaczu chłopca. – Cokolwiek powiedział, kłamał. – drżenie w moich objęciach ustąpiło miejsca pojedynczym czkaniom. – To na pewno było kłamstwo. Tylko kłamstwo mogło tak zranić Anioła. Uwierz mi, Fillipie. – ja sam wierzyłem w swoje słowa całym sercem.
~ * ~ * ~
Wytarłem twarz we wnętrze ciepłego kaptura płaszcza nauczyciela. Przez przypadek zrobiłem to także z nosem, kiedy zapominając, że cieknie przesuwałem nim materiał chcąc spojrzeć w twarz nauczyciela.
- Wierzę panu! – rzuciłem desperacko i w końcu udało mi się jakoś wyjrzeć zza ciemnej zasłony kaptura. W zatroskanym spojrzeniu nauczyciela nie było ani odrobiny fałszu.
Pociągnąłem nosem, który zaczął mnie łaskotać. Wodnista wydzielina spływała mi na wargi, więc nie chcąc by nauczyciel widział coś tak obrzydliwego wytarłem się szybko. Na ciemnym materiale została świetlista smuga. I wtedy znowu oprzytomniałem.
To był nadal płaszcz Marcela! Nie miałem na sobie niczego swojego poza bielizną, a teraz nauczyciel widział, jak wycieram zasmarkany nos w jego ubranie.
Poczerwieniałem zawstydzony, jak jeszcze nigdy dotąd. Zrobiło mi się tak gorąco, że wszystkie łzy, jakie mogły gdzieś jeszcze we mnie być wyschły pozostawiając po sobie wyłącznie wspomnienia.
- Możesz w niego siąkać. – profesor zaczął się śmiać sprawiając, że jego wcześniejsza złość odchodziła w niepamięć. – Wypiorę go, więc nie krępuj się. Lepsze to niż gdybyś miał się udławić, prawda? No, już, śmiało. – patrzył na mnie z taką czułością, że nie myśląc wiele naprawdę to zrobiłem. Nabrałem powietrza i wydmuchałem wodnisty katar w ciemny materiał, który zazwyczaj chronił mężczyznę przed chłodem podczas zajęć latania.
- Ja dziękuję. – mruknąłem cicho.
- Nie musisz dziękować, bo bez kary się nie obejdzie. Masz areszt póki śnieg nie stopnieje całkowicie i nie zrobi się względnie ciepło. A jeśli się rozchorujesz dodatkowo zrobię wyjątek i zastosuję karę cielesną. – mimo całej swojej powagi wydawał mi się tak zabawny, że z trudem powstrzymywałem chichot.
- Tak, jest! – wtuliłem się w niego, a kaptur opadł bardziej na moją twarz.
Postanowiłem zawierzyć nauczycielowi, nawet, jeśli to, co mówił kłóciło się ze zdrowym rozsądkiem. On nigdy nie kłamał, a więc i tym razem musiało tak być!
- Od dziś będę wierzył, że i pan mnie kocha. – mruknąłem szeptem do jego serca. – Nie wierzę nikomu poza panem. – postanowiłem przy tym także, że powiem o tym Oliverowi i będę miał w nosie jego komentarze. Niech sobie myśli, co chce! Ja wiem lepiej!
piątek, 30 grudnia 2011
Pleurs
wtorek, 29 listopada 2011
Voudrais pas
Mój Fillip dorastał z każdą chwilą coraz szybciej. Jeszcze niedawno był niewinnym, słodkim dzieckiem, a teraz niemal stawał się mężczyzną. Zupełnie zwyczajny i naturalny proces, który dotykał każde młode, a jednak jakże mogłem być na to obojętny? Bóg był artystą, który nie miał sobie równych. Stworzył świat w sposób, który świadczył o jego dobrym sercu, miłosierdziu i wrażliwości na piękno. To dzięki Niemu miłość dwojga istot mogła przybrać materialny kształt, przyoblec się w ciało drobnej istotki, która rozwijała się pod każdym względem na chwałę Pana. Czułem na swoim czole Jego pocałunek błogosławieństwa, gdy byłem świadkiem tego, jak mój mały Anioł rozwija się, dorasta. Spośród wszystkich boskich stworzeń Fillip nie miał sobie równych. Z rozkoszą obserwowałem go każdego dnia, podziwiałem z trudem powstrzymując cisnące się na usta westchnienia. Oczywiście, już jakiś czas temu zauważyłem zmiany, jakim ulegało jego ciało, teraz zaś zaobserwowałem, iż jego ruchy miały w sobie więcej dostojeństwa, twarz nabrała poważniejszego wyrazu, głowę trzymał wysoko uniesioną odważnie patrząc w oczy innym. Miałem wrażenie, iż ostatnio jego zachowanie szczególnie się zmieniło i niewiele zostało w tym nadal słodkim ciałku z niewinnego dziecka. I to właśnie stanowiło mój największy problem.
Nie mogłem już zadręczać się poczuciem winy, kiedy moje myśli wymykały się pod kontroli. Dawniej, gdy Fillip był niewysokim, rozkosznym chłopcem chciałem go przede wszystkim ochraniać, rozpieszczać, sprawiać mu przyjemność pozbawioną erotycznych uniesień, a gdy tylko jakaś część mojej świadomości posuwała się za daleko karciłem się i w ten sposób mogłem doprowadzić swoje ciało do porządku. Teraz z przerażającą wyrazistością zdawałem sobie sprawę z tego, iż Ślizgon wkroczył w ten wiek, kiedy to ludzka fizjonomia nabierała większego znaczenia, hormony zaczynały wariować, wyobraźnia tworzyła wizje, które zaróżowiłyby policzki największych świętych. Tym samym moje ciało oczekiwało więcej niż do tej pory, moje pragnienia starały się wysunąć na pierwszy plan. Nie jednokrotnie przyłapywałem się na tym, iż zapatrzony w Fillipa marzyłem nie tylko o pocałunkach składanych na jego słodkich usteczkach, ale i o wzajemności każdego muśnięcia, o cieple i wilgoci jego języka, gładkich ściankach ust, gorącym oddechu, gdy nie pozwalałbym mu na zaczerpnięcie tchu, smaku jego śliny, którą spijałbym prosto z najcudowniejszego naczynia, jakim były jego wargi. Gdy chłopiec wpatrywał się otwarcie z swoich kolegów marszcząc idealne brwi nie byłem w stanie odgonić wizji ukazujących mi Fillipa przeszywającego mnie spojrzeniem tych czekoladowych oczu, żądającego bym wziął na siebie odpowiedzialność za to, iż obudziłem w nim miłość do mojej osoby i zaciskającego drżące dłonie na mojej koszuli, by uniemożliwić mi ucieczkę. Były to jednak najbardziej niewinne z moich fantazji, gdyż moje marzenia stawały się najbardziej grzeszne w czasie zajęć z jego klasą. Właśnie wtedy moje serce biło jak szalone, niemalże kręciło mi się w głowie, a moje ciało było spięte. Nie mogłem znieść widoku jego drobnych bioder, ud ściskających drążek miotły, dłoni o cudownych palcach oplatających się wokół gładkiego drewna. Wszystkie pożądliwe uczucia, jakie zdołałem stłumić na samym początku wydostały się ze swojej klatki i wzięły szturmem moje ciało i umysł. Byłem chodzącą bombą, zaś Fillip był w posiadaniu zapalnika.
Nie wiem, czy chłopiec wyczuł, że moje spojrzenie bezustannie skupione jest na nim, ale przerwał na chwilę rozmowę z kolegą i odwrócił głowę w moją stronę. Na ułamek sekundy nasz wzrok się spotkał. Poczułem bolesne ukłucie w sercu, zaś Ślizgon pospiesznie powrócił do przerwanej konwersacji. Miałem wrażenie, iż jego policzki zaczerwieniły się, co sprowadziło mnie na ziemię. Spoglądałem na niego niczym wilk na młode jagnię, jak więc miało być inaczej? Każdy speszyłby się, gdyby miał świadomość bycia bezustannie śledzonym przez pożądliwe spojrzenie innej osoby. Musiałem zapanować nad drzemiącą we mnie bestią, jeśli nie chciałem stracić Fillipa na zawsze. Cóż z tego, że dorastał skoro nadal był moim uczniem?
~ * ~ * ~
Ostatnie doświadczenia z nauczycielem latania sprawiły, że postanowiłem grać dorosłego, mimo że czułem się nieporadnym dzieckiem. A jednak skoro zdecydowałem się wziąć na swoje barki cały świat otaczający profesora nie mogłem pozwolić sobie na dziecinne zachowanie, czy brak pewności siebie. Do moich obowiązków należało doglądanie Camusa, by nigdy więcej nie był smutny, ochranianie go przed wszelkimi niebezpieczeństwami, w tym także tymi grożącymi mu ze strony kobiet. Miałem, więc do wykonania misję najważniejszą z najważniejszych! Nigdy nie przypuszczałbym, że wiąże się to z tak ogromnym wysiłkiem. Zachowanie powagi, trzymanie wysoko uniesionej głowy, mimo zawstydzenia, zmiana jadłospisu na mniej słodki, garderoby na poważniejszą – wszystko to było niebywale istotne, a tym samym niewyobrażalnie trudne.
Czułem, gdzieś w swoim wnętrzu, że wszystko byłoby łatwiejsze gdybym wiedział, że Camus coś do mnie czuje. Coraz częściej płonąłem w środku mając świadomość wszystkich zmian, jakie zaszłyby w moim życiu, gdyby tylko moje marzenia się ziściły. Przestałbym z nienawiścią patrzeć na pary zakochanych chodzące po szkole, nie krzywiłbym się na widok kolejnego romansidła czytanego przez dziewczyny z mojego Domu, nie kręciłbym nosem niezadowolony podejmowanym przez kolegów tematem związków, a przede wszystkim nie irytowałbym się tak łatwo, za każdym razem, kiedy jakaś dziewczyna podrzucała mi miłosny liścik. Właśnie z tego powodu zawsze niszczyłem od razu każdą korespondencję, której nadawcami nie byli moi rodzice i chodziłem zły do późnego wieczora. Przecież, jeśli ja mogłem otrzymywać miłosne wyznania to z pewnością Marcel musiał w nich opływać. Dlatego też uważnie obserwowałem stół nauczycielski, gdy do Wielkiej Sali wlatywały sowy z pocztą. Gdyby któraś upuściła cokolwiek przed nauczycielem latania na pewno dołożyłbym wszelkich starań by „przypadkiem” zniszczyć ową korespondencję. Nikt nie miał prawa wyznawać miłości MOJEMU profesorowi!
Było mi gorąco, powietrze wydawało się lepkie, serce biło ciężko, jakby zaraz miało się zatrzymać, jak zawsze, gdy czekałem na pocztę. Nie ważne jak wiele razy nic się nie wydarzyło. Zawsze istniała szansa, iż w pewnym momencie coś pójdzie nie po mojej myśli.
Udając zainteresowanie rozmową z kolegą wypatrywałem pierwszych sów. Chciałem mieć to już za sobą i skupić się na o wiele przyjemniejszych obowiązkach. Mogłem przecież rozpływać się w marzeniach o moim Marcelu, oddawać ukradkowym spojrzeniom, czy nawet znalezieniu sposobu na krótką rozmowę. Niestety, gdyż przecież mogło to także nie nastąpić nigdy, doczekałem się chwili, gdy gromada ptaków wleciała przez okno do Wielkiej Sali wyszukując osób, którym miały dostarczyć przesyłki. Zupełnie nie interesowałem się sową, która zatrzymała się przede mną. Najważniejsze było to, że jakiś puchacz wylądował zaraz przed Camusem!
Zacisnąłem dłonie w pięści, zazgrzytałem zębami, czułem jak rodzi się we mnie niszczycielskie pragnienie rozerwania na strzępy pierzastego zwierzęcia, które bez zarzutu wykonało swoje zadanie dostarczając wiadomość nauczycielowi latania.
Zaledwie w moim sercu pojawił się promyk nadziei, a od razu został zgaszony. Profesor otworzył kopertę wyjmując z niej list i rozpoczął czytanie. Wydawało mi się, że zaraz nie zdołam nad sobą zapanować i podbiegnę tam wyrywając mężczyźnie z rąk ten przeklęty kawałek papieru, po czym połknę go, by nigdy więcej Marcel nie mógł go zobaczyć.
Byłem zazdrosny, to było oczywiste. Nie chciałem tego nawet ukrywać. Byłem szaleńczo zazdrosny i wydawało mi się to normalne. Czy ktokolwiek znajdujący się na moim miejscu mógłby w spokoju przyjąć do wiadomości fakt, iż jego ukochana osoba otrzymuje list od kogoś innego? Nie miałem wątpliwości, że ten zawierał miłosne wyznania. Po prostu czułem, że tak właśnie jest i miałem ochotę popłakać się z bezradności.
- Tylko poczekaj. – syknąłem przez zęby do znajdującej się zdecydowanie za daleko ode mnie korespondencji Marcela. To była moja obietnica zemsty na tym świstku papieru, groźba śmierci dla wyznań zamkniętych w wypisanych słowach. Nie miałem litości dla swoich rywali!
~ * ~ * ~
Przebiegłem pospiesznie wzrokiem po zapisanych czarnym atramentem słowach nie chcąc by ktokolwiek zwrócił szczególną uwagę na moją korespondencję. Nie wątpiłem, iż każde słowo miało niebywałe znaczenie tak, więc nie mogłem pozwolić by ktokolwiek poznał chociażby część powierzonych mi tajemnic. Płynnym ruchem schowałem kartkę na powrót do koperty i składając na pół włożyłem do przedniej kieszeni spodni w chwili, gdy wstawałem od stołu. Musiałem zaszyć się w swoim gabinecie by tam móc w spokoju skupić się na wiadomości zawartej w liście. Był to raczej przymus niż dobrowolne działanie, jako że uzależniony od Fillipa pragnąłem być blisko niego, nie zaś pospiesznie opuszczać Wielką Salę.
Niezadowolony z takiego obrotu spraw starałem się nie pokazywać otwarcie swojej irytacji. Nie potrafiłbym jej wytłumaczyć nie wzbudzając przy tym podejrzeń innych osób, a więc najstosowniejszym było unikanie trudnych pytań.
Mijałem właśnie stół Slytherinu marząc o tym, by kiedyś móc otwarcie podejść do Fillipa i przywitać go namiętnym pocałunkiem. Była to jednak odważna fantazja i nic więcej toteż nie zawracałem sobie głowy szukaniem wymówki, która pozwoliłaby mi zamienić z chłopcem kilka słów z rana.
Czy to z powodu zamyślenia, czy też mojej niezgrabności zderzyłem się z którymś z uczniów, a coś wilgotnego rozlało się po moim boku. Czułem, jak chłodna wilgoć wnika w materiał koszuli, a ta klei się do mojego ciała.
- Najmocniej pana przepraszam! – znałem ten rozkoszny głosik.
~ * ~ * ~
Nie trafiłem! Spudłowałem! List nadal spoczywał nietknięty w kieszeni spodni nauczyciela, który spojrzał na mnie trochę nieprzytomnie. Chyba kierując się wyłącznie instynktem wyjął jasną kopertę i wsunął ją do tylnej kieszeni swoich jeansów. To była moja pierwsza poważna porażka.
- Nic się nie stało, Fillipie. – mężczyzna ożywił się, a na jego ustach pojawił się naprawdę cudowny uśmiech. Czułem się tak, jakbym unosił się w powietrzu, kiedy widziałem go takim.
- Naprawdę przepraszam. – to jedno nie było kłamstwem. Było mi przykro, że musiałem wpaść na nauczyciela z kubkiem pełnym dyniowego soku.
- To tylko koszula, Fillipie. – ciepła dłoń profesora spoczęła na mojej głowie delikatnie drapiąc jej skórę i mierzwiąc włosy. Uwielbiałem tę pieszczotę podobnie jak wszystkie, jakimi obdarzał mnie czasami Camus. Gdybym był szczeniakiem popiskiwałbym z przyjemności. – Najważniejsze, że ty jesteś suchy.
~ * ~ * ~
Wewnątrz mnie wściekłość burzyła się, niczym gotująca woda. Gdyby nie ten list mógłbym znaleźć sposób by porozmawiać dłużej z moim idealnym Aniołem, może nawet znalazłbym sposób by znaleźć się z nim sam na sam. Teraz jednak musiałem zadowolić się tym drobnym dotykiem i widokiem jego buźki z bliska. Jakże nienawidziłem w tamtej chwili swoich obowiązków!
- Wybacz, że pozbawiłem cię soku, a teraz jestem zmuszony zostawić, ale chętnie zdejmę z siebie tę wilgotną koszulę. Obiecuję, że jakoś wynagrodzę ci tę nieuprzejmość. – z bólem w sercu zabrałem dłoń z jego główki i wyminąłem chłopca czując jak wypełnia mnie bezdenna pustka.
~ * ~ * ~
O nie, tak szybko nie pozwolę panu odejść! Jedna porażka nie oznaczała przecież przegranej wojny tym bardziej, że teraz miałem o wiele większe możliwości manewru.
Nie myśląc wiele wyjąłem ostrożnie różdżkę z kieszeni i szeptem wypowiedziałem zaklęcie kierując je w stronę wystającego z kieszeni profesora kawałka kartki. Dołożyłem wszelkich starań by nikt nie zauważył subtelnych ruchów, jakie wykonywałem zmuszając list do wysunięcia się i swobodnego opadania na ziemię.
Jakże byłem z siebie dumny, kiedy osiągnąłem swój cel i mogłem z pełną satysfakcją podbiec do leżącego na podłodze „wroga”. Nie mogłem go od razu zniszczyć, więc spojrzałem na kopertę niby to w celu upewnienia się, iż był to list adresowany do Marcela tym samym pozwalając by mężczyzna opuścił Wielką Salę.
Zapomniałem o oddychaniu, kiedy moje spojrzenie padło na dane nadawcy. To nie mógł być list miłosny skoro na białym papierze widniało męskie imię i zagraniczne nazwisko, którego przeczytanie sprawiało mi pewną trudność. Czy to możliwe bym aż tak się pomylił?! Nie było, co do tego wątpliwości.
Nie czekałem dłużej. Wybiegłem z Wielkiej Sali, czym prędzej i biorąc gwałtowny zakręt za drzwiami dogoniłem profesora, który był teraz w połowie schodów prowadzących na piętro.
- Proszę zaczekać! – złapałem go za koszulę i pociągnąłem lekko w niekontrolowanym odruchu. – List! – byłem podenerwowany, co mogłem z powodzeniem zrzucić na pośpiech. – Wypadł... – nie chciałem kłamać toteż moim słowom wiele brakowało do dobrze złożonych zdań.
Oczy mężczyzny jakby pociemniały, na twarzy pojawiła się ulga.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny! Ratujesz mi życie, Fillipie. – jego dłoń ponownie powędrowała do moich włosów, ale tym razem nie czułem już takiego szczęścia z tego powodu. Przecież ten list na pewno był dla nauczyciela bardzo ważny, a ja sam przyczyniłem się do tego, iż opuścił kieszeń właściciela.
Profesor pochylił się i pocałował mnie w czoło, co sprawiło, iż miałem ochotę popłakać się ze smutku. Nie zasługiwałem na jego wdzięczność, nie zasłużyłem na tego buziaka! Moja zazdrość była niebezpieczna zarówno dla mnie, jak i dla mojego ukochanego nauczyciela! Poczucie winny zjadało mnie od środka.
- Jestem twoim dłużnikiem, dlatego pozwól, że przy najbliższej okazji odwdzięczę ci się za wszystko.
- Niech pan idzie. – złapałem go za dłoń i ścisnąłem ją w dramatycznym geście, co z czasem wydało mi się naprawdę głupim zachowaniem, ale nie myślałem w tamtej chwili do końca racjonalnie. – Musi się pan przebrać i to z mojej winy. To ja powinienem panu wszystko wynagrodzić i zrobię to! – a przy okazji pozbędę się raz na zawsze tej chorobliwej zazdrości, która tylko przysparzała wszystkim problemów! W imię miłości do Marcela byłem pewny, że zdołam osiągnąć cel!
~*~*~
- Dziękuję ci za wszystko, Aniele. – miałem ochotę zabić Fabiena, kiedy odwróciłem się do mojego chłopca tyłem i wspinałem się po schodach. Gdyby nie ten list...
poniedziałek, 31 października 2011
Mort
Sklepienie Wielkiej Sali nigdy jeszcze nie było tak zachwycające. Niczym śnieg z nieba sypały się złoto-pomarańczowe liście drzew, które wydawały się rozpływać zanim sięgnęły ziemi. Stoły Domów ustawione były pomiędzy magicznie wyczarowanymi jesiennymi drzewami, których korony barwą idealnie pasowały do podłogi pokrytej warstwą cudownie czerwonych, żółtych i brązowych liści. Gdzie niegdzie porozstawiano dyniowe latarnie i płonące wesoło świece. Pajęczyny w kątach poruszały się jakby popychane delikatnym wiatrem. Byłem zachwycony!
Mając ochotę na słodkie śniadanie najpierw pochłonąłem odrobinę dyniowego dżemu, zaś później nałożyłem na chleb sera białego z miodem, a na samej górze, niczym na czubku tortu, położyłem kostkę nadziewanej czekolady. Nie mam pojęcia, dlaczego w dzień Halloween miałem tak ogromną ochotę na słodycze, ale nie walczyłem z tą słabością. Widać mój rosnący z każdym dniem organizm potrzebował słodkości by się właściwie rozwijać. Nawet sok dyniowy wydawał mi się smaczniejszy niż dawniej, a przecież nie różnił się zapewne niczym od tego z poprzednich lat. Rozochocony sięgnąłem po owocowego cukierka, których mnóstwo pokrywało stół leżąc pomiędzy talerzami, szklankami, świątecznymi ozdobami.
Miałem wrażenie, że tegoroczne Halloween będzie niezapomniane i wyjątkowe. W mojej głowie układały się już tysiące różnych scenariuszy, a każdy jeden był bardziej niesamowity od poprzedniego. Jedne z moich fantazji przedstawiały atak wilkołaków na szkołę, inne nalot wampirów, jeszcze inne powstanie mumii, które jakimś cudem spały od tysięcy lat pod Hogwartem. Skądkolwiek pochodziły moje pomysły, miały pewną wspólną cechę – głównym bohaterem historii był zawsze ten sam mężczyzna. Pożądany przez wielu, ale należący wyłącznie do mnie!
Nie ukrywałem przed samym sobą, iż przez cały czas czekałem na pewną wyjątkową osobę, bez której żadne święta nie mogły być udane. Przecież Boże Narodzenie bez śniegu traciło swój czar, Wielkanoc bez zieleni traw nie miała znaczenia, wakacje bez słońca były tylko zlepkiem nudnych dni. Powoli zaczynałem się irytować nie widząc nigdzie mojego wyjątkowego nauczyciela. Przecież to dla niego stroiłem się każdego dnia, dbałem o siebie może nawet bardziej niż wypadało, o nim pisałem, co dzień w pamiętniku, który prowadziłem wyłącznie po to, by móc zebrać w jednym miejscu wszystkie moje myśli o Camusie. On był dla mnie wszystkim, co cenne na świecie.
Zdążyłem się okropnie objeść zanim przy stole nauczycielskim pojawił się profesor latania. Niemal udławiłem się cytrynowym cukierkiem, kiedy niespodziewanie zajął swoje miejsce. Musiałem zastąpić połkniętego łakocia pomarańczowym, by ukryć tym sposobem rozmarzony uśmiech. Dopiero wtedy byłem gotowy spojrzeć na twarz nauczyciela, którego tak szaleńczo kochałem.
Ale, cóż to?! Zamarłem marszcząc brwi, jakbym będąc krótkowidzem usiłował złapać ostrość obrazu. Z początku nie byłem pewny, czy rzeczywiście nie mam jakiejś niechcianej wady wzroku, jednak po chwili dotarło do mnie, iż jest to niemożliwe, a więc...
Camus wyglądał inaczej niż zawsze. Jego oczy były podkrążone i chociaż znajdowałem się daleko od niego to miałem wrażenie, że były zaczerwienione, jakby jeszcze niedawno płakał, a to przecież było niemożliwe. Mało tego mężczyzna nie ruszył posiłku zadowalając się wyłącznie sokiem z dyni. To wystarczyło by mnie poważnie zaniepokoić. Coś musiało się stać, a ja musiałem wiedzieć, co. Nie miałem zamiaru bawić się w detektywa. Postanowiłem zachować się tak, jak wypadało osobie w moim wieku. Miałem zamiar otwarcie spytać nauczyciela o przyczynę jego wyglądu!
Z tego też powodu wyszedłem odrobinę wcześniej ze śniadania i zamiast wrócić do siebie pognałem pod drzwi gabinetu profesora latania. Przez cały czas miałem pewne wątpliwości, chociaż byłem naprawdę daleki od poddania się. Musiałem zobaczyć nauczyciela z bliska, ocenić jego stan. To wydawało mi się najważniejszym celem dzisiejszego dnia. Nie interesowało mnie już świętowanie. Liczył się tylko on – tylko Camus. I tak oto ponownie byłem lekarzem, który musiał zatroszczyć się o swojego pacjenta!
~ * ~ * ~
Ten dzień nie miał prawa być udanym, nie mógł nawet zaliczać się do przeciętnych. Był najgorszym dniem w moim życiu i wątpiłem, czy kiedykolwiek przeżyję okropniejszy. Od dawna byłem gotowy na to, co miało nastąpić, chociaż za każdym razem wydawało mi się, iż nieuniknione jest niemożliwe i odwlekać się będzie w nieskończoność. W końcu jednak to, co pewne upomniało się o swoje. Zostałem sam.
- Fillipie? – moje zdziwienie nie miało granic, gdy w ostatniej chwili zauważyłem chłopca pod drzwiami mojego gabinetu. Oczywiście, nie jednokrotnie zaskakiwał mnie w ten sposób, jednakże dziś naprawdę się go nie spodziewałem. Halloween powinien spędzać z kuzynem i kolegami z Domu skąd, więc nagłe zainteresowanie moją osobą?
Chłopiec był poważny, jego oczka wpatrywały się we mnie uważnie i otwarcie, jak jeszcze nigdy. Ślizgon, którego miałem przed sobą nie był słodkim dzieckiem, ale małym dorosłym mężczyzną w każdym calu. Gryzł nerwowo wargę nie bacząc na moje dawniejsze zakazy. Jego brwi były zmarszczone, buzia wykrzywiała się w niezadowolonym grymasie, jakbym mu się nie spodobał.
- Pan płakał. – odezwał się ponownie mnie zaskakując. Czyżby właśnie, dlatego przyszedł? – Znam każdy cal pańskiej twarzy. Dostrzegę na niej nawet najmniejszą zmianę. Mnie pan nigdy nie oszuka. Proszę mnie wpuścić do środka i porozmawiać ze mną o tym, co się stało. To zawsze pan mi pomagał, więc teraz czas na mnie. – stał wyprostowany, pewny siebie, zupełnie niezawstydzony swoim rozkazującym tonem.
Czułem się tak, jakbym to ja był dzieckiem i nie potrafiłem mu odmówić. Potrzebowałem go, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Fillip był mi w tej chwili niezbędny. Wydarzenia dzisiejszego dnia były dla mnie przytłaczające, a on otwierał dla mnie wrota wybawienia.
- Dobrze, wejdź. – machnąłem ręką, a drzwi otworzyły się i chłopiec mógł wejść do środka.
~ * ~ * ~
Nie ważne czy uważał mnie w tej chwili za denerwującego dzieciaka, który wtyka nos w nie swoje sprawy, czy może zaczynałem go powoli irytować. Nie miałem najmniejszego zamiaru poddać się, gdy miałem całkowitą pewność, że coś niedobrego miało miejsce i zasmuciło mojego ukochanego nauczyciela do tego stopnia, że z jego oczu popłynęły łzy, których nigdy nie widziałem, a które najchętniej otarłbym z przystojnej twarzy rękawem swojej koszuli.
Nie przejmując się czymś takim, jak zasady dobrego wychowania wszedłem do gabinetu nauczyciela i usadowiłem się na wybranym przez siebie fotelu. Wiele razy to ja byłem osobą, która chciała wypłakać się na ramieniu profesora, więc teraz nadszedł czas, by to on zajął moje miejsce. Musiałem być silny, by on znalazł we mnie oparcie. W końcu nadszedł czas, gdy mogłem mu się na coś przydać zamiast zawsze sprawiać kłopoty.
- Niech pan usiądzie i powie mi wszystko. Co pana smuci? – jakże żałowałem, że jestem tylko dzieciakiem, który w jego oczach mógł wydawać się śmieszny. Przecież to ja byłem gościem w jego pokoju, a jednak rozkazywałem mu i nawet mój łagodny ton nie mógł tego zamaskować. Mimo wszystko Camus wcale nie protestował, wykonał moje pierwsze polecenie bez mrugnięcia okiem.
- Więc? – jego chęć współpracy sprawiła, że czułem wypełniającą mnie siłę.
~ * ~ * ~
- To nic wielkiego, Fillipie. Zwyczajna kolei rzeczy. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. – coś ukłuło mnie boleśnie, kiedy wypowiadałem ostatnie słowa. Sądząc po nerwowym drgnięciu chłopiec zrozumiał od razu. Jego oczka stały się wielkie, usteczka zadrgały, może nawet się zmieszał, jednak nie pokazał tego po sobie. Na jego miejscu nie miałbym pojęcia, co zrobić. – W moim wieku nie wypada się rozczulać, kiedy nagle traci się rodziców. Ot, nieszczęśliwy wypadek. – chociaż niewiele miało to wspólnego z wypadkiem. Zwyczajna śmierć członków Upadłego Rodu, śmierć w walce w trakcie zamieszek na ulicach jednego z francuskich miast.
Ślizgon wstał gwałtownie i usiadł mi na kolanach. Złapał moją głowę w swoje gorące, trochę wilgotne ręce i przycisnął do swojej piersi.
- Może pan płakać, jeśli tylko pan chce. – powiedział pewnym głosem, chociaż kosztowało go to wiele wysiłku. Wiedziałem o tym, gdyż początkowe słowa wydawały się drżące, jakby to on chciał płakać. Byłem zdziwiony i zachwycony jednocześnie. Zamknąłem oczy chłonąc w nozdrza słodki zapach chłopaka, wsłuchując się w szybkie, niespokojne bicie jego serca, ciepło, jakie biło od jego ciała było kojące i rozkoszne. Jakże dziwnie czułem się w tamtej chwili, kiedy moje serce jednocześnie opłakiwało śmierć mojej rodziny i cieszyło się z bliskości najcenniejszego Skarbu, jaki posiadałem.
~ * ~ * ~
W nosie miałem to, co wypada, a co nie. Na samym początku zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć, by pocieszyć mężczyznę. Przecież wszystko mogło mu się wydawać patetyczne, bezwartościowe i żałosne. Wiedziałem jednak, co powinienem zrobić. Nauczyłem się tego zanim rozpocząłem naukę w Hogwarcie i nigdy nie sądziłem, że ta umiejętność może mi się na coś przydać.
„Przecież nic nie może być lepszym lekiem na smutek niż przytulenie się do kogoś.” Myślałem. „A nauczyciel ma w tej chwili tylko mnie!” Musiałem, więc stawić czoła wyzwaniu i zachować się tak, jak powinien zachować się dorosły, który pocieszałby kogoś w podobnej sytuacji. Moja mama zawsze czyniła podobnie, kiedy płakałem, jako dziecko i zawsze czułem się wtedy lepiej! Nikt lepiej niż ona nie mógł wiedzieć, jak należy pocieszać!
- Kiedy umarła moja babcia mama powiedziała, że najlepszym lekarstwem na smutki, jest obecność innych ludzi. – zacząłem może naiwnie, ale chciałem zagłuszyć ciszę. Musiałem podzielić się swoją wiedzą z nauczycielem, który przecież mógł nie znać mądrości mojej mamy. Poza tym naprawdę wierzyłem w prawdziwość wpojonych mi słów. – Można płakać, ale tylko troszeczkę, żeby zmarły cieszył się, że nadal nam na nim zależy, ale nie na tyle by się smucił, że jesteśmy smutni. Kiedy się kogoś kocha chce się żeby ta osoba była zawsze szczęśliwa, dlatego nawet, gdy jest nam smutno nie możemy przebywać sami i zamykać się na świat. Zostanę dzisiaj z panem. – oświadczyłem dziwnie dorosłym tonem, którego jak do tej pory nigdy u siebie nie słyszałem. Zastanowiłem się także chwilę nad swoimi poprzednimi słowami. – Gdybym to ja umarł chciałbym żeby ktoś po mnie trochę płakał, ale tylko troszeczkę! To samolubne, prawda?
- Każdy jest na swój sposób samolubny, Fillipie. Ale czy wypada, aby taki mały chłopiec myślał o takich rzeczach? – głos nauczyciela nie zdradzał ani śladu smutku, więc przypisałem to sobie i sposobowi na pocieszanie, jakiego nauczyła mnie mama.
- Czasami każdy musi o tym myśleć. Wtedy jesteśmy gotowi. Chociaż... Sam nie wiem. – zacząłem się gubić.
Mężczyzna odsunął się ode mnie bardzo delikatnie. Objął swoimi dłońmi moje, a na jego twarzy widniał cudowny uśmiech, może tym wspanialszy, że łączył w sobie naprawdę wiele uczuć.
Postanowiłem, że nie będę zbyt wiele myślał nad tym, co robię. Pokręciłem się więc trochę zapewne ostro maltretując uda nauczyciela swoimi kolanami, jednak udało mi się uklęknąć w zadowalającej pozycji. Mocno przyłożyłem usta do czoła profesora całując je. Byłem z siebie dumny i dobrze wiedziałem, iż właśnie tak powinienem był postąpić. Przecież Camus zrobił by to samo dla mnie! Może nawet takie buziaki były lepsze niż przytulanie? Tego już nie wiedziałem.
~ * ~ * ~
Miałem ochotę roześmiać się głośno, szczęśliwie, jednak byłoby to nie na miejscu. Zadowoliłem się, więc wyłącznie uśmiechem i patrzyłem na chłopca, który naprawdę bardzo szybko dorastał. Dzisiejszego dnia dostarczył mi nieskończenie wiele dowodów.
- Więc planujesz spędzić ze mną cały dzień? – podjąłem siląc się na niezdradzający niczego ton, a przecież czułem, że rozpadłbym się na kawałki, gdyby Fillip zmienił zdanie.
- Tak! – odparł bez zastanowienia, nie czekając na moje dalsze słowa, jeśli w ogóle chciałem coś więcej dodać. – Zostanę z panem cały dzień i na noc, także! Nie pozbędzie się mnie pan, nawet siłą. Jestem dzisiaj niezniszczalny i uparty. I będę bardzo dużo mówił, żeby pan nie mógł myśleć. I pan także będzie dużo mówił, już ja o to zadbam. A jutro będę się wstydził tego, że dziś jestem taki dzielny. – chłopak wyszczerzył się. Opadł biodrami na moje uda. Chyba sam nawet do końca nie wiedział, że klęczał, od kiedy pocałował mnie w czoło.
Nadal czułem ciepło w miejscu, w którym jego wargi zetknęły się z moją skórą. Zupełnie, jakby jego drobne usteczka wypaliły na moim czole znamię błogosławieństwa. Wraz z tym drobnym pocałunkiem, coś się we mnie zmieniło, chociaż nie miałem pojęcia, co.
Dziś w nocy ciała moich rodziców zostaną spalone wraz z ciałami innych osób, które zginęły podczas potyczek. Szloch zmiesza się z ciszą tej wyjątkowej nocy, jaką jest Halloween, a ja z oczyma pełnymi łez będę myślał o Fillipie, który sprawiał, iż byłem silniejszy, może nawet niepokonany.
„Zostawiacie mnie w dobrych rękach.” Pomyślałem i pogładziłem miękki policzek tego Anioła w podzięce za to, co dla mnie robił.
Miałem ochotę płakać, chociaż nie ze smutku, ale z miłości do Fillipa. Czy to było w ogóle możliwe?