A jednak Marcel zachorował na tyle poważnie, że jego zajęcia zostały odwołane na dwa tygodnie. Dyrektor obwieścił to podczas śniadania, czym zasmucił większą część uczennic, jak także mnie. Nie wyobrażałem sobie dnia bez Camusa, a co dopiero całe tygodnie. Oczywiście mogłem jeszcze zrozumieć dni wakacyjne, które były dla mnie największą udręką, jednak czas nauki szkolnej wykluczał brak codziennych spotkań z mężczyzną. Musiałem go widywać przynajmniej podczas posiłków, co było dla mnie niczym łapanie oddechu – niezbędne do życia. Ludzie nie musieli tego rozumieć, ponieważ z całą pewnością nikt nigdy nie kochał tak mocno, jak ja kochałem Marcela. Moje uczucie graniczyło z szaleństwem. Łapiąc każdy oddech myślałem o tym, że mój ukochany profesor oddycha tym samym powietrzem, gdy spałem zawsze odsłaniałem kotary łóżka, gdyż ten sam księżyc z pewnością widać było przez okna gabinetu nauczyciela latania, te same promienie słońca ogrzewały mnie i jego, ten sam wiatr rozwiewał jego i moje włosy. W tej jednak chwili Camus leżał samotnie w swoim pokoju chory i cierpiący. Nie mogłem tego tak zostawić!
Dlatego właśnie poświęciłem dzień na plany oraz ich urzeczywistnianie i już wieczorem byłem u profesora w gabinecie, który wyglądał jak zwyczajna sypialnia. Nie musiałem zastanawiać się nad tym, czy moje pojawienie się zaskoczyło mężczyznę. Widziałem zdziwienie w jego błyszczących gorączką oczach.
- Wyjdź, Fillipie. – polecił mi, jednak daleki byłem od usłuchania tego jednego nakazu. Skoro był chory, na pewno nie wiedział, co mówi. Właśnie tak to tłumaczyłem i zamiast się wycofać podszedłem bliżej.
- Zaopiekuję się panem. – oświadczyłem siadając na skraju jego łóżka. – Poza tym, ostrzegałem pana, że tak będzie, więc nie ma sensu protestować. Zaraz pana pokarmię.
- Fillipie... – chciał najwyraźniej obstawać przy swoim, jednak ja wykorzystałem okazję i wsunąłem mu do ust maleńki kawałek kanapki.
Moje układy ze Skrzatami Domowymi w Hogwarcie były wyjątkowo dobre, więc nie protestowały, kiedy narzuciłem im dietę dla mojego nauczyciela na najbliższy czas, jak i dałem wskazówki, co do wielkości kwadratów, w jakie pokrojone zostały kanapki. Nawet czas podawania posiłków uzależniłem od siebie i tym właśnie sposobem Marcel musiał być mi posłuszny. Nie musiał o tym wiedzieć od razu, ale liczyłem na to, iż domyśli się, jaki był w tym mój udział i uniknę tym samym ewentualnych pytań.
Uśmiechnięty spojrzałem na krzywiącego się profesora. Był doprawdy słodki! Nawet jak na dorosłego mężczyznę. Był mój.
~ * ~ * ~
Nie mogłem powstrzymać swojej reakcji, kiedy smak pogryzionego przeze mnie chleba dotarł do kubków smakowych na języku. Mało, że było to mdłe to dodatkowo paliło w język, a okropny zapach już unosił się po moim pokoju, nie wspominając o tym, co musiało właśnie dziać się w moich ustach.
Nie umniejszyło to mojej złości na chłopaka, który mimo mojej choroby pojawił się przy mnie narażający tym samym siebie. Czułem się okropnie i nigdy nie chciałem by Fillip musiał przeżywać to samo, tym czasem on jakby robiąc mi na złość ignorował mój jasny nakaz. Zamiast wyjść został i siedział tak blisko. Nie miałem sił odsunąć się od niego, co sprawiało, że czułem się winny. Przecież chłopiec nie mógł ot tak sobie uniknąć choroby, mając do czynienia ze mną. Zdawałem sobie sprawę z tego, iż była to tylko moja wina, gdybym nie pozwolił sobie na chorobę... A przecież Fillip naprawdę mnie ostrzegał.
- Kazałem ci wyjść. – powiedziałem ostro uparcie obstając przy swoim, kiedy zdołałem przełknąć kęs niewiadomego pochodzenia posiłku. Zakręciło mi się w głowie, ale zignorowałem to. Naprawdę nie czułem się najlepiej, a złość wcale nie pomagała.
- Na pewno ma pan gorączkę i dlatego tak mówi, a więc się nie liczy. – odpowiedział buntowniczym tonem i wcisnął mi w usta kolejny paskudny kawałek kanapki.
- Co to jest? – skrzywiłem się z trudem gryząc to paskudztwo.
- Chleb z masłem, cebulą i czosnkiem, oczywiście.
- Proszę? – przyjrzałem się maleńkiemu kwadracikowi, który chłopiec mi pokazał, a to tylko pogłębiło okropny smak w moich ustach, jak i wyostrzyło ostry, nieprzyjemny zapach. – Fillipie, to przesada. – odwróciłem szybko głowę w bok. Nie wątpiłem, że z każdym wypowiadanym słowem z moich ust zionęło całą okropnością, którą niedawno połknąłem.
- Oj, zachowuje się pan jak dziecko. – ciepła dłoń Ślizgona dotknęła mojego policzka i odwróciła moją twarz we właściwą stronę. – Proszę otworzyć usta i jeść grzecznie. Przy mnie już jutro będzie się pan czuł lepiej i dopilnuję by jadł pan wszystko. – Anioł uśmiechnął się szeroko, jakby był małym diabełkiem, gdy karmił mnie kolejnymi kawałkami paskudztwa, które oferował. Z jego dłoni przyjąłbym w prawdzie nawet truciznę, ale nie zmieniało to faktu, że nieciekawy smak pozostawał.
Straciłem nawet rachubę w liczeniu kęsów, jakie otrzymywałem, ale z każdą chwilą wydawało mi się, że chleb robi się coraz bardziej mdły. W końcu jednak wszystko ustało, a chłopiec delikatnie pogładził mnie po głowie. Czułem się jak dziecko, a przecież to ja powinienem zajmować się Ślizgonem, nie zaś on mną.
- Bardzo ładnie i naprawdę nie musi się pan niczym przejmować. Dbam o siebie i nie zarażę się, a zapach to także nie problem. O, proszę popatrzeć. – z tymi słowy mój piękny chłopiec wsunął do ust paskudną kanapkę i pogryzł ją dzielnie, jakby dla przykładu. Żałowałem, że zmusiłem go do tego swoją niechęcią, ale imponowała mi jego stanowczość.
Mój dzielny bohater.
~ * ~ * ~
Marcel miał także niesamowicie słodką stronę, którą właśnie poznawałem i walczyłem z przemożną ochotą pocałowania go, by poczuć ostry smak mojego naturalnego lekarstwa, które sam mu zaserwowałem. Byłem ciekawy, czy w połączeniu z ukochaną osobą nieprzyjemne staje się lepsze, ale musiałem pozostawić to swoim domysłom, tym bardziej, że nie miałem czasu na zbyt długie fantazje. Profesor mnie potrzebował!
- Teraz musi się pan napić. – udzielałem mu wyjaśnień. Wziąłem szklankę z nocnego stolika i podniosłem trochę głowę nauczyciela podając mu ciepłe mleko z miodem. Byłem przy tym niesamowicie dumny ze swoich poczynań.
Profesor pił powoli i tym razem nie stawiał już oporu. Chory nie miał ze mną szans i musiał to szybko zrozumieć. Nie planowałem poddać się łatwo, a już na pewno nie chciałem go opuszczać, póki chociażby mała drobinka choroby pozostawała w jego ciele. Marcel należał do mnie, a więc nic poza mną nie mogło mieć nad nim władzy, nawet bakterie!
A jednak nawet, jeśli nie chciałem by mój ukochany nauczyciel cierpiał podczas choroby, to była ona okazją bym spędzał z nim czas. Poza tym miałem małą nadzieję, że gdy gorączka opadnie mężczyzna nie będzie pamiętał wszystkiego, dzięki czemu mógłbym czuć się pewniej. Nie łatwo było mi opierać się jego rozkazom i wolałem nie pozostawiać po sobie złego wrażenia. To utrudniłoby mi drogę do serca nauczyciela, a i tak jeszcze wiele przeciwności losu musiało na mnie czekać, jeśli chciałem zdobyć tak cenny Skarb.
- Teraz lepiej, prawda? – ponownie pogłaskałem nauczyciela po głowie. Choroba wcale go nie zmieniła. Był równie przystojny, imponujący i idealny, zaś opieka nad nim sprawiała mi przyjemność, która rozpalała mój brzuch potęgując wszystkie pragnienia. Walczyłem z tym, jak tylko mogłem najlepiej. – Ma pan białe wąsy. – narzuciłem temat, by odwrócić swoje myśli od łaskotania w podbrzuszu. Delikatnie otarłem górną wargę profesora i rozprowadziłem zebrane mleko po jego ustach, by się nie zmarnowało. Moje ciało drżało lekko, kiedy dotykałem tych idealnych warg. Przecież to był Marcel, a ja coraz bardziej tonąłem w mojej miłości do niego.
- Fillipie... – mężczyzna wyszeptał moje imię i przez przypadek polizał mój palec, co sprawiło, że oprzytomniałem momentalnie.
- Uchylę okno! – rzuciłem pospiesznie. Nie chciałem wykorzystywać złego samopoczucia nauczyciela dla celów mojego ciała, które wymykało się spod kontroli. Marcel był dla mnie niczym Bóg, którego nie można było dotknąć, chociaż można było kochać.
~ * ~ * ~
Czułem, że jestem rozpalony. Moje dłonie były lodowato zimne, powieki ciężkie, ale mleko, które podał mi Fillip sprawiło, że poczułem się trochę lepiej, co mogło być także zasługą mojego wspaniałego chłopca. Nie wykluczałem jednakże, że wszystko to mogłoby być tylko moim majakiem w gorączce.
- Będzie panu łatwiej oddychać. – powiedział, a ja naprawdę poczułem się silniejszy, kiedy odrobina świeżego powietrza dostała się w głąb pokoju.
Mój Anioł niewątpliwie wiedział, co robi i teraz zawdzięczałem mu jeszcze więcej.
- Dziękuję, Fillipie. – westchnąłem przyglądając się chłopcu, który wrócił do mnie i drobną dłonią odgarnął włosy z mojego czoła.
- Musi pan szybko wrócić do zdrowia. Niedługo zaczyna się sezon quidditcha, a bez pana to nie to samo. – oświadczył.
~ * ~ * ~
Mężczyzna uśmiechnął się i zamknął na chwilę oczy. Żałowałem, iż nie mogę powiedzieć mu całej prawdy. Przecież zależało mi na nim nie, jako na sprawiedliwym sędzim, ale na ukochanym, bez którego świat tracił całe piękno.
Teraz jednak miałem przed sobą o wiele poważniejsze zadanie. Dowiedziałem się od Skrzatów, że dwa razy dziennie pierś Marcela musi być nacierana specjalną maścią, chociaż zupełnie nie pamiętałem, co wchodziło w jej skład. Leżała na szafce przy łóżku, a więc uznałem za swój obowiązek skorzystanie z tej sposobności.
Moje ciało zaczęło drżeć już na samą myśl o możliwości dotykania nagiej skóry profesora. Z trudem radziłem sobie z guzikami jego piżamy, do tego stopnia nie mogłem zapanować nad swoimi dłońmi.
Chłodne palce Camusa dotknęły moich, a jego błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z widoczną troską.
- Nie jest ci zimno? Cały się trzęsiesz, Kochanie.
- Nie, nie! – a jednak zadrżałem mocniej. – To tylko ciarki. Zaraz przejdzie. – tłumaczyłem się kiepsko.
Musiałem nad sobą zapanować. Oczywiście, Marcel mi się podobał, szalałem za nim i z każdą chwilą pragnąłem coraz mocniej być z nim, dotykać, całować, kosztować bliskości, która była nam zakazana. Moje ciało było już w połowie podniecone, a przecież nie powinno. Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się by zrobić lepsze wrażenie.
- Niech pan zamknie oczy i odpoczywa, a ja zajmę się wszystkim. Tylko musi pan zachować w tajemnicy, że się panem opiekowałem, bo jeszcze ktoś uzna to za próbę przekupienia sędziego. – zażartowałem, a kuszące wargi nauczyciela wygięły się w łagodnym uśmiechu. Miałem nadzieję, że to oznaka powrotu do zdrowia.
~ * ~ * ~
Jaki on był rozkoszny. Moje zmysły powoli wracały na właściwe miejsce im dłużej z nim przebywałem. Mój umysł stawał się jaśniejszy, a serce przepełniała radość.
- Ależ oczywiście, panie doktorze. – roześmiałem się, a chłopiec prychnął cichutko.
Jego usteczka śmiały się do mnie, a wcześniejsze drżenie jego ciała ustało. Rozpiął wszystkie guziki mojej piżamy, rozsunął jej poły i uklęknął przy mnie biorąc na palce ogromną ilość maści. Nie wątpiłem, że przy tak troskliwej opiece w przeciągu chwili będę zdrowy i pełen sił.
Zamknąłem oczy, tak jak mi zalecił, a jego ciepłe dłonie zaczęły powoli wcierać w moją pierś wonny lek. Gdyby choroba nie przytłumiła moich zmysłów, chociaż trochę, nie wiem jak bym na to reagował, w tej jednak chwili czułem tylko czystą niewinną przyjemność płynącą z działania lekarstwa i szczęście z dotyku mojego Fillipa. Z trudem potrafiłem w sobie pomieścić całą moją miłość do niego.
~ * ~ * ~
Pamiętałem ciało mężczyzny sprzed kilku lat, kiedy kąpałem się z nim po nieszczęsnej przygodzie z farbą. Wydawało mi się wtedy zupełnie inne niż teraz, chociaż czułem pod palcami tę samą skórę. Wtedy nie rozumiałem zbyt wiele, zaś teraz każdą komórką siebie czułem bliskość i ciepło ciała mojego ukochanego mężczyzny. Musiałem się bardzo kontrolować, by się nie podniecić. Czułbym się wtedy winny. Nauczyciel był przecież chory, a ja miałbym tak nieczyste myśli. Nie mogłem do tego dopuścić!
- Czuje się pan lepiej? – zadałem niepoważne pytanie, ale kiedy Marcel uchylił powieki i uśmiechnął się do mnie kiwając głową cieszyłem się, że je zadałem. Nawet moje wrażliwe na rozkosz nerwy uspokoiły się i nie posyłały żadnych niechcianych impulsów w kierunku podbrzusza.
Zapiąłem, więc dokładnie piżamę Camusa i nakryłem go pościelą po samą brodę. Zamknąłem okno i zapaliłem kilka świeczek o właściwościach leczniczych. W myślach odznaczyłem już zrealizowane punkty mojego planu stwierdzając, iż pozostało mi już tylko jedno ostatnie zadanie. Bajeczka na dobranoc!
~ * ~ * ~
- Którą z bajek lubi pan najbardziej?
- Proszę? – nie do końca zrozumiałem pytanie Fillipa.
- Teraz mam zamiar panu trochę poczytać, żeby pan zasnął i nabierał sił. Bez bajki się nie obejdzie. – sięgnął do swojej torby i wyjął z niej egzemplarz Baśni Barda Beedle’a. – Niech pan nawet nie myśli o wykręcaniu się. – ostrzegł kiwając palcem w ramach przestrogi.
Złapałem szybko jego rękę, aż podskoczył zaskoczony, i ucałowałem grożący mi paluszek.
- A co jeśli lubię dwie? – zadałem pytanie niechętnie wypuszczając dłoń chłopca ze swojej. Był taki rumiany i nieśmiały, mimo że przed chwilą wydawał mi polecenia. Dorastał, a ja byłem świadkiem wszystkich tych zachodzących w nim zmian. Pęczniałem z dumy, że na moich oczach wyrastał tak cudowny Kwiat.
- Wtedy przeczytam panu dwie! – powrócił do swojej pewności siebie i zaczął przerzucać kartki.
- Zacznijmy od Fontanny Szczęśliwego Losu. – przesunąłem się by zrobić mu więcej miejsca na swoim łóżku. Ślizgon pokazał mi już, że moje protesty nic nie dadzą, więc postanowiłem mu się nie sprzeciwiać.
- Tak... Codziennie będę panu czytał i musi pan szybko wyzdrowieć, bo skończą się bajki! – uśmiechnął się cudownie i pokazał mi książkę otworzoną już na właściwej stronie. – Proszę spróbować zasnąć i nie podglądać. – był tak zadowolony, tak szczęśliwy, że nie pojmowałem skąd brał się cały jego entuzjazm. Gdybym mógł tylko to wykorzystać wycałowałbym tego cudownego Anioła. Tym czasem mogłem tylko ułożyć się z głową jak najbliżej niego i wsłuchiwać się w spokojny, cichy i pełen wspaniałych brzmień głos chłopca. Rozpieszczał mnie.
~ * ~ * ~
Pod pretekstem sprawdzania, czy Marcel słucha poleceń patrzyłem przez chwilę na jego twarz. Bardzo chciałem mieć możliwość wpatrywania się w nią częściej, ale musiałem zadowolić się tym, co miałem, więc zacząłem czytać jedną z ulubionych bajek mężczyzny w nadziei, iż kiedy zaśnie będę mógł napatrzeć się do woli bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń z jego strony.
Był przecież mój.
środa, 30 marca 2011
Maladie
niedziela, 27 lutego 2011
Capuchon
Od tygodnia nie brakowało śniegu, wiatr był wyjątkowo zimny, a o ujemnych temperaturach nie chciałem nawet wspominać. Tylko nieliczne osoby decydowały się na zabawę na błoniach i chociaż ja do nich nie należałem to czasami miałem wielką ochotę przemarznąć by później zaszyć się w cieple oferowanym przez Pokój Wspólny. Uważałem, że padający śnieg jest piękny i niesamowicie romantyczny, kształty płatków zatrzymujących się na szaliku cieszyły wzrok i dla samej tej przyjemności chętnie wyszedłbym, chociaż na kilka minut z zamku.
Wiedziałem jednak, iż nie znajdę ani na błoniach, ani w ogrodzie Marcela, który wychodził wyłącznie za zajęcia, po czym wracał do ciepłego głównego holu, gdzie czekała na niego gorąca herbata.
Mężczyzna od jakiegoś czasu wydawał się zmęczony. Był blady, jego śliczne oczy błyszczały błędnie, zaś usta były lekko spierzchnięte, co nigdy dotąd się nie zdarzyło. Byłem pewny, że walczy z chorobą i stara się jej uniknąć za wszelką cenę. Obawiałem się, iż tę bitwę mógłby przegrać, a wtedy cała przyjemność płynąca z lekcji z nim zniknęłaby na długie tygodnie póki nauczyciel nie wróciłby do zdrowia. Wątpiłem nawet w możliwość podziwiania go podczas posiłków, a wtedy umarłbym z tęsknoty, chociaż na pewno były ważniejsze powody by utrzymać profesora przy zdrowiu.
Prawdę powiedziawszy, czułem się odpowiedzialny za niego i tym samym musiałem za wszelką cenę pomóc mu w leczeniu wszelkich dolegliwości, które mogły mu dokuczać. To był mój obowiązek, jako osoby zakochanej, która uważała się za idealną partię dla profesora. Byłem przekonany, iż o wiele lepiej zajmę się mężczyzną niż ktokolwiek inny, więc działałem nie czekając długo. Dla dziewczyn Marcel był tylko ideałem, księciem z bajki, zaś ja znałem go lepiej i wiedziałem, że i on potrzebuje czasami opieki i ochrony. Zastanawiałem się nawet, jak to możliwe, iż przetrwał beze mnie tak długi okres czasu.
Pomysł na to, jak uchronić Camusa przed chorobami przyszedł mi do głowy, kiedy miałem z nim zajęcia. Kiedy ja opatulony latałem na miotle on rozcierał szyję, jakby odczuwał w niej ból. Nie mogłem zignorować czegoś tak oczywistego, więc gdy wróciłem do zamku od razu przejrzałem Proroka Codziennego, w którym podczas śniadania widziałem coś interesującego. Nie bacząc na koszta, ani tym bardziej na to, co wypada, a co nie, zamówiłem dla profesora szalik z kapturem. Nauszniki, które nosił nie zdawały egzaminu, więc pozwoliłem sobie przejąć kontrolę nad sytuacją, nawet, jeśli miał później protestować.
O ile zdjęcie szalika zamieszczone w gazecie było cudowne, o tyle realna część garderoby okazała się tym wspanialsza. Czarny materiał był miękki i ciepły, niewielkie kocie uszka na kapturze wcale nie rzucały się tak bardzo w oczy, zaś sam szalik zakończony był kocimi łapkami z wyhaftowaną niebieską miotełką. Byłem pewny, iż nauczyciel latania będzie wyglądał w tym fantastycznie i nie mogłem się wprost doczekać by się z nim spotkać. Nie wątpiłem, iż będzie stawiał opór i nie zechce przyjąć ode mnie żadnego prezentu, jednak niewiele mnie to obchodziło. Musiał wziąć to, co dla niego miałem czy tego chciał, czy nie. Skoro o siebie nie dbał to teraz musiał odcierpieć swoje, a ja byłem pewny, że nie zdoła mi się oprzeć.
Wykorzystałem okazję, kiedy Oliver zagadał się z kolegami i wymknąłem się z Pokoju Wspólnego ukrywając pod swetrem ładnie złożony materiał. Dobrze wiedziałem, gdzie powinienem szukać nauczyciela latania. Właśnie teraz kończył swoje przedostatnie zajęcia, więc miałem okazję złapać go, kiedy będzie czekał na następną grupę uczniów. W tamtej chwili nie myślałem ani trochę o tym, iż mężczyzna mógłby domyślić się moim uczuć, kiedy nagle zacznę się o niego nadmiernie troszczyć. W tym roku i tak obdarowałem go sporą ilością prezentów, jednak ewentualne usprawiedliwienie miałem już przygotowane. Myślałem nad nim przez ostatni tydzień i w końcu udało mi się coś wymyślić. Byłem z siebie dumny i nawet wstyd nie miał prawa mną zawładnąć, kiedy w grę wchodziło zdrowie ukochanego profesora.
Dopadłem drzwi wejściowych w chwili, kiedy Camus sięgał po kubek z gorącym napojem i rozgrzewał ciało przed kolejną lekcją. Czułem się niczym nieustraszony zdobywca, który postawi na swoim wbrew wszelkim sprzeciwom, chociaż szybko pozbyłem się tego przekonania i po prostu chciałem by Marcel był zdrowy i w pełni sił.
- Powinien pan bardziej o siebie dbać! – zaatakowałem bez ostrzeżenia.
~ * ~ * ~
Nie czułem się dziś najlepiej, chociaż to samo mogłem powiedzieć dzień wcześniej, dwa dni wcześniej, sam nie pamiętam, kiedy się zaczęło. Kark bolał niemiłosiernie, a ból promieniował na głowę, co czyniło udrękę tym większą i sprawiało, iż z trudem nią poruszałem, zaś oczy same się zamykały. Nie wiem, jak mogłem doprowadzić się do takiego stanu, jednak niewiele mogłem teraz wskórać. Starałem się w końcu zwalczyć chorobę, ale ona jak na złość przyczepiła się do mnie i ani myślała ustąpić.
Chociaż marzyłem o swoim gabinecie, chwili spokoju, możliwości snu i odpoczynku, to miałem obowiązki wobec swoich uczniów, a to nie pozwalało mi ani na chorobę, ani na kilkudniową przerwę w zajęciach. Musiałem wytrzymać jeszcze odrobinę dzisiejszego dnia, a później po prostu przetrwać do nocy, przespać się i od nowa walczyć ze wszystkim.
Przez nieuwagę sparzyłem język, kiedy za moimi plecami rozległ się głos Fillipa. Nie spodziewałem się go tutaj, jednak chłopiec zazwyczaj pojawiał się znienacka i zaskakiwał mnie swoją obecnością, zupełnie jakby robił to specjalnie. Tym razem nie miałem jednak pojęcia, co sprowadzało go pod drzwi wyjściowe ze szkoły. Wątpiłem by chciał bawić się w śniegu, kiedy sypało obficie, a błonia świeciły pustkami.
- Witaj, Fillipie. – przywitałem go z uśmiechem i odwróciłem się przodem do niego. Upiłem łyk ciepłego napoju ignorując pieczenie na języku.
- Powinien pan bardziej o siebie dbać. – powtórzył, co znaczyło, iż jest to temat, który pragnie poruszyć bez względu na wszystko.
Westchnąłem nie specjalnie wiedząc, co mam odpowiedzieć.
- Staram się, jednak nie jest to proste zadanie. – odparłem używając kiepskiego argumentu, a Fillip spojrzał na mnie niczym rodzic na dziecko, które nie potrafi kłamać, chociaż właśnie bardzo się starało. Wywołał tym uśmiech na mojej twarzy.
- Jeśli pan nie potrafi o siebie zadbać, to ja panu pomogę. – kontynuował ostrym, rozkazującym tonem. Podszedł do mnie poważny i wyciągnął w moją stronę ciemne zawiniątko.
- Hm? – zmarszczyłem brwi nie pojmując.
- To należy teraz do pana i musi pan w tym chodzić. – oświadczył. – M – u – s – i! – przeliterował powoli uniemożliwiając mi odmowę. – To kara za to, że się pan rozchorował. Kto będzie sędziował na meczach, jeśli pan będzie przykuty do łóżka?
- Fillipie...
- Nie ma Fillipa. – zarzucił mi coś na głowę i patrzył na mnie z wyraźną wyższością.
Nie mogłem odmówić, chociaż niewątpliwie powinienem. Nie chciałem sprawiać mu przykrości, a jego troska sprawiała, iż czułem się szczęśliwy, zaś choroba jakby mniej mi dokuczała.
- Dobrze. Będzie po twojemu, Aniele. – pogłaskałem go i dopiłem swoją herbatę. – Nie wygram z tobą, to pewne.
~ * ~ * ~
Oczywiście, że nie mógł wygrać. Nie, kiedy chodziło o jego zdrowie, a ja byłem zdeterminowany i pewny swego. Zawiązałem szalik na szyi nauczyciela i zrobiłem kilka kroków do tyłu, by przyjrzeć mu się dokładniej.
Wyglądał słodko! Kaptur niewątpliwie do niego pasował rzucając cień na przystojną twarz. Uszka jednak sprawiały, iż mrok znikał z jego postaci pozostawiając same pozytywne uczucia, kiedy patrzyło się teraz na profesora. Tak opatulony na pewno nie poczuje chłodu!
Ciężko było mi nawet opisać, jak wielką odczuwałem dumę. Wyobrażałem sobie, że to ja jestem ciepłem, które sprawi przyjemność nauczycielowi, które ogrzeje jego ciało i zapewni lepsze samopoczucie. Gdybym mógł zapewniłbym mu to swoimi ramionami, niestety daleki byłem od uznania za piecyk, lub ciepły koc. Fillip był Fillipem i musiał nim pozostać nawet, jeśli miał wiele pomysłów, w jaki sposób uczynić życie Camusa lepszym.
Uśmiechnąłem się szeroko i walczyłem z przemożną ochotę uściskania profesora. Kiedy mi pobłażał czułem, że jestem rozpieszczonym paniczem, a on spełniłby każdą moją zachciankę, jak przystało na kochającego ojca niezdolnego do odmowy, kiedy prosi go dziecko. Wykorzystywanie słabości nauczyciela nie świadczyło o mnie najlepiej, jednak czasami było to zło uzasadnione i konieczne. Dla jego dobra musiałem działać nawet posuwając się do nieuczciwości!
~ * ~ * ~
Złapałem chłopca za ręce i ucałowałem jego drobne dłonie.
Fillip był wyjątkowy i pochlebiała mi jego troska. Nie wiedziałem, w jaki sposób mógłbym mu się za to wszystko odwdzięczyć, jednak kiedyś na pewno miałem to zrobić. Ufałem mu, więc nawet nie myślałem o tym, by sprawdzić, co tak naprawdę na mnie ubrał. Jego ciemne oczka wydawały się pełne przekonania, iż wszystko to do mnie pasuje, a więc postanowiłem przyjąć to za pewnik.
- Dziękuję ci, Fillipie. – poczułem się zdecydowanie lepiej. – Umyj później dokładnie rączki, nie chciałbym cię zarazić. – uprzytomniłem sobie, iż narażam przecież tego Anioła na podzielenie mojego losu, więc szybko puściłem jego palce. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym był powodem jego choroby. Chętnie chorowałbym dwa razy poważniej i dłużej gdybym miał pewność, że tym samym uchronię przed tym mój Skarb.
Przez chwilę wpatrując się w jego uśmiechniętą buzię zastanawiałem się jak wyglądałoby nasze życie gdybyśmy obaj byli mugolami. Czy wtedy mógłbym się z nim związać? Czy dzielące nas zakazy przestałyby obowiązywać? Wątpiłem niesamowicie pragnąc by był mój. Marzyłem o zignorowaniu różnicy wieku i stanowisk, o wspólnym życiu bez oglądania się na innych, o ogromnym szczęściu, jakie Ślizgon mógłby mi zapewnić. Nigdy niczego nie pożądałem tak bardzo, jak życia z Fillipem.
Przed oczyma miałem już mały, ciepły domek z ogródkiem i cieszyłem się wizją siebie samego wychodzącego rano do pracy w chłodny zimowy poranek i cudownego Słoneczka, które otuliłoby mnie szalikiem, naciągnęło na głowę czapkę, sprawdziło czy mam rękawiczki, a później dając mi buziaka pozwoliłoby mi wyjść z domu. W południe chłopiec czekałby na mnie z gorącym posiłkiem i wspaniałym uśmiechem. Kazałby mi się rozebrać do samej bielizny zdejmując zimne ubrania, a następnie owijając szczelnie kocem tuliłby się do mnie czekając aż moje ciało rozgrzeje się w jego miłości.
Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż nasze życie byłoby pełne spokoju i gorących uczuć. Mógłbym udowodnić całemu światu, że ideały istnieją, a warunkiem jest całkowite oddanie, bezwarunkowa miłość i poświęcenie. Mając Fillipa miałbym wszystko.
Nagle w jego ciemnych tęczówkach zabłysnął dziwny figlarny ognik.
- Muszę powiedzieć Skrzatom by robiły panu herbatę z sokiem malinowym i miodem. – odezwał się wyraźnie zadowolony, czego z początku nie pojmowałem.
~ * ~ * ~
Nie byłem genialny, jednak mój plan był niewątpliwie świetny. Nie wiem, dlaczego nie wpadłem na niego wcześniej, a przecież nie potrzebowałem wiele, by w mojej głowie zrodziła się nowa myśl. Poza ciepłym napojem pełnym witamin nauczyciel musiał także przyjmować pokarmy, które wzmocnią jego organizm.
- Musi pan także jeść surową cebulę i czosnek. To mój rozkaz!
Uchylone z wrażenia usta profesora kusiły jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Było oczywiste, iż taka dieta nie należała do jego ulubionych, jednak ja wiedziałem, co należy robić. Nie ważne, co podawała mu szkolna pielęgniarka, ponieważ moje leki były skuteczniejsze.
- Fillipie, to chyba przesada... – starał się powstrzymać odruch krzywienia, przez co był tym bardziej niewinny i słodki. Podobała mi się ta zamiana ról, a on chyba nie miał nic przeciwko.
- Z lekarzem się nie dyskutuje. – pogroziłem mu palcem. – Zadbam o pana i w końcu na pewno panu przejdzie, a jeśli nie... – zastanowiłem się, co wtedy i uśmiechnąłem niewinnie. – Wtedy zadbam o pana osobiście i sam dopilnuję by był pan zdrowy i silny.
Wypiąłem pierś czując nagły przypływ siły. Byłem panem domu, opiekunem Marcela i głową rodziny.
Zacisnąłem pięści i przygryzłem wargę wściekły, kiedy usłyszałem nadchodzącą nową grupę, z którą nauczyciel miał mieć teraz zajęcia. Wolałem spędzić z nim więcej czasu, porozmawiać dłużej o tym, co z pozoru nieistotne, niestety musiałem zadowolić się tym, co miałem.
Ostatni raz, szybko poprawiłem kaptur i szalik mężczyźnie. Uśmiechnąłem się do niego mimo wszystko szczęśliwy.
- Mam na pana oko, więc proszę uważać. – ostrzegłem go i już po chwili mnie nie było. Wolałem oddalić się zanim poczuję wstyd spowodowany swoim zachowaniem.
Tak naprawdę miałem nadzieję, że uda mi się jakimś sposobem rozkochać w sobie nauczyciela. Wtedy pojmałbym go, zamknął w domu i nigdy nie wypuścił! Troszczyłbym się o niego, nie pozwoliłbym mu chorować, rozpieszczałbym go i codziennie całował mówiąc jak bardzo go kocham. Wtedy jego oczy, usta, dłonie, wszystko byłoby moje.
Poczułem mrowienie na całym ciele, kiedy przyszło mi na myśl, iż mógłbym codziennie oglądać go nagiego, znałbym jego ciało na pamięć, mógłbym dotykać i całować każdy kawałek skóry, nawet te najbardziej intymne. To zaczerwieniło moje policzki i zagotowało krew. Już nie tylko zastanawiałem się, jaki smak mogą mieć jego usta, ale także gdzieś w podświadomości pragnąłem wiedzieć jak wygląda całe jego ciało pod wszystkimi tymi ubraniami.
Dłonie drżały mi na samą myśl o tym, jak niesamowicie byłoby dotykać skóry nauczyciela.
Chciałem więcej i więcej z każdą chwilą. Więcej i więcej Marcela póki nie otrzymam go całego.
~ * ~ * ~
Bardzo żałowałem, iż Fillip tak szybko odszedł. Jego pewność siebie i władczy ton bawiły mnie i sprawiały przyjemność.
Cały był jak małe lekarstwo na wszelkie dolegliwości i czułem się o wiele lepiej mając go przy sobie chociażby przez tę jedną chwilę.
Musiałem mieć gorączkę, ponieważ do głowy przychodziły mi same dziwne myśli począwszy od marzeń o zapachu jego skóry i cieple ciała.
Choroba zdecydowanie mi nie służyła, a więc musiałem pozbyć się jej jak najszybciej. Nie mogłem przecież sprawić zawodu Ślizgonowi, który z całą pewnością liczył na szybkie wznowienie meczy quidditcha. Nic nie liczyło się bardziej niż spełnianie jego pragnień.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Blanc
Oliver Ballack:
Biel, biel, biel. Wszędzie dominował bezwartościowy kolor, który sprawiał, że moje ciało odczuwało temperaturę otoczenia, jako niższą niż była w rzeczywistości. Wszystkie żywe barwy zniknęły ze świata zastąpione przez nic nieznaczącą jasność, która nieprzyjemnie raziła i niczym płaszczem otulała mnie stanem depresyjnym. Nienawidziłem zimy i zimna. Nawet mając na sobie najcieplejszy ze wszystkich moich swetrów nie byłem w stanie powstrzymać drżenia mojego ciała. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w Pokoju Wspólnym Slytherinu, usiąść przy kominku i zasnąć z głową złożoną na kolanach. Od kiedy spadł śnieg nie mogłem dojść do siebie, ciągle czułem, że czegoś mi brakuje, nie mogłem uśmiechnąć się szczerze, byłem rozdrażniony i łatwo dawałem się ponieść irytacji. Nie wiem, co takiego ludzie mogli widzieć w tej monotonnej porze roku, która nie wnosiła w życie świata nic poza nieprzyjemnymi doznaniami i śmiercią.
- Brrr... – przeszły mnie naprawdę nieprzyjemne dreszcze biegnące od ramion po mój delikatny brzuch.
Spojrzałem przez okno na błonia całe w bieli, pokryte grubą warstwą śniegu, który nadal sypał, a jego intensywność z każdą chwilą przybierała na sile.
- Zimno ci? – Fillip idący obok mnie uśmiechał się ciepło i szczerze. Był promykiem wiosny, który utrzymywał mnie przy zdrowych zmysłach. Jego ciemne włosy, oczy niczym dwie ptasie dziuple w drzewie, miodowa skóra i głos pełen słowiczych nut sprawiały, iż potrafiłem wytrzymać niedogodności wiążące się z zimą. On był moją nadzieją na bliską zmianę w wachlarzu pór roku. Nie wiem, co bym bez niego zrobił i nie chciałem nawet sobie tego wyobrażać.
- Jak zawsze. – mruknąłem pod nosem otulając się ramionami, by było mi cieplej, chociaż był to tylko chwilowy komfort.
- Popatrz, jakie śliczne płatki! – kuzyn zapiszczał z fascynacją wpatrując się w zgromadzony na parapecie śnieg. – Mają takie niesamowite kształty! Niesamowite i jest ich tak wiele... – jego oczy błyszczały, zaś usta były uchylone w wyrazie zdumienia, jakby po raz pierwszy miał okazję obserwować podobne zjawisko. Podobało mi się to jak reagował na najmniejsze nawet szczegóły, chociaż czasami irytował mnie swoim zachwytem nad czymś przerażająco zwyczajnym. Była to zmiana, jaka zaszła w nim od czasu rozpoczęcia nauki w Hogwarcie. Dawniej byliśmy nierozłączni, razem zachowywaliśmy się tak, jak przystało na paniczów z dobrego domu, których żyły pełne były czystej czarodziejskiej krwi. Wtedy pragnęliśmy by wypełniała nas prawdziwie błękitna posoka. Czasami nawet sprawdzaliśmy, czy do tego nie doszło, ale nigdy nie udało nam się osiągnąć swojego celu, jakkolwiek często prosiliśmy spadające gwiazdy o coś tak głupiego. Teraz nie miałem wątpliwości, że to niemożliwe, ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby jednak coś podobnego przydarzyło mi się niespodziewanie.
- Są białe. – syknąłem odwracając wzrok od śniegu. Nie chciałem nawet patrzeć na te zimne drobinki, których nienawidziłem równie mocno, co on kochał. – Wszędzie jest biało, mam dosyć. Wolałbym już by było czarno, ale nie biało! To paskudne i zimne!
- Głuptas z ciebie, wiesz? – jego idealnie wykrojone wargi wygięły się w uśmiechu, a ciepła dłoń dotknęła mojego zimnego, niczym u psa, nosa. – Gdybyś nie był tak negatywnie nastawiony do zimy od razu poczułbyś się lepiej.
Skwitowałem to prychnięciem i przesunąłem twarz w bok, by jego palce dotykały mojego policzka. Był naprawdę ciepły, zupełnie jakby był puchowym kocykiem, którym opatula się dziecko, by nie marzło. Odczuwałem wyraźną przyjemność wypływającą z jego dotyku i obecności. Był mi naprawdę niezbędny do prawidłowego funkcjonowania. Potrafiłem przez wiele godzin napawać się kuzynem pod każdym względem, jakby był wiecznie gorącą czekoladą, która nigdy się nie kończy, a jej smak wzbogacony o subtelną dawkę wiśniowego alkoholu docierał do głębi serca.
Przez moje ciało przeszedł kolejny nieprzyjemny impuls. Ten był zdecydowanie inny niż ten wywoływany przez zimę. Poczułem coś, jakby cieniutkie sznurki oplatały się wokół moich nadgarstków, kostek, a nawet szyi, jakbym był marionetką, która wykonuje z góry przewidziane ruchy. Nawet, jeśli przeszkadzało mi to wrażenie to nie potrafiłem się go pozbyć. Chociaż starałem się rozmasować skórę w tych miejscach, nie przynosiło to żadnego efektu. Jakby jakaś siła wyższa przypomniała sobie o mnie i chciała bawić się właśnie mną. Może tylko sobie to wmawiałem, jednak coraz częściej wierzyłem w to, iż jestem tylko kukiełką w czyichś rękach, a los, jaki mnie spotyka, z góry był przesądzony. Ja ślepo wierzyłem, iż sam kieruję swoimi posunięciami, tym czasem prawda była całkowicie inna. Kto stał za kurtyną? Kto pociągał za moje sznurki i wprawiał w ruch scenę stanowiącą moje życie?
Popatrzyłem w głąb korytarza, który już dawno powinniśmy z Fillipem przebyć i zacisnąłem pięści z całych sił nie bacząc na wbijające się w skórę paznokcie. Osoba, która właśnie spokojnym, miarowym krokiem przesuwała się w moją stronę była moim największym wrogiem. Nie mogłem znieść widoku tego człowieka. Marcel Camus może i był wspaniałym nauczycielem, jednak dla mnie należał do tych, których chciałem unikać. Denerwowały mnie odwieczne szepty zachwalające każdą cząstkę jego jestestwa od wyglądu począwszy, a na charakterze, czy też talencie kończąc. Może i mieli rację, może to ja byłem do niego uprzedzony, ale miałem ku temu swoje powody. Jakkolwiek bym na to nie patrzył to Fillip był nim wyraźnie zainteresowany. Mógł to ukrywać przed każdym, ale przede mną nie mógł. Może nie zrozumiałem tego od razu, ale z czasem przyszła wiedza, która przeraziła mnie i sprawiła, iż dotąd przyjemne lekcje latania przerodziły się w piekło.
Chciałem by Fillip go nie zauważył, ale raczej nie mogłem na to liczyć i zaledwie w kilka sekund później chłopak oderwał wzrok od krajobrazu na zewnątrz, a jego tęczówki rozbłysły intensywniejszym blaskiem, uśmiech stał się szerszy, eteryczny. Jego ciało zadrżało, jakby odczuwał chwilowy strach, który wypełniał go całego. Bardzo chciałbym wiedzieć, co tak naprawdę się z nim działo, kiedy widział nauczyciela latania, ale nie potrafiłem czytać mu w myślach, ani dzielić z nim żadnych odczuć. Nawet gdybym zapytał, co się z nim dzieje, nie powiedziałby mi szczerze, że Camus podobał mu się bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Obrzuciłem mężczyznę pełnym wściekłości i żalu spojrzeniem. On nie wiedział, że jego przeklęty uśmiech i miłe słowa tylko karmią Fillipa złudną nadzieją, że coś się zmieni i nagle przestanie ich dzielić tak wiele. Równie dobrze mógłby założyć wysokie, obite żelazem buty, ciemną czapkę z krucyfiksem, zarzucić na ramię łopatę i zacząć już wykopywać na błoniach wielki dół, w którym kiedyś pochowa mojego kuzyna, gdy ten uświadomi sobie, że Camus tylko złudnie się nim interesował. Wiedziałem doskonale, że on kiedyś dowie się o uczuciach Fillipa i złamie mu serce.
Z jakiegoś powodu patrząc na Camusa miałem wrażenie, że za jego plecami dostrzegałem ciemny kształt o mglistym uśmiechu szaleńca. W zmowie z Szatanem zagarniał mój Święty Płomień, który przestawał grzać całe ciepło oddając komuś, kto nie potrafił tego docenić. Nauczyciel latania był dla mnie obrazem Złego zupełnie jakby jego gabinet był pełen narzędzi tortur, a życiorys wypełniały zbrodnie, których się dopuścił.
Zagryzłem zęby na języku, kiedy rozmawiali tym słodkim tonem. Gdybym mógł zabrałbym Fillipa jak najdalej od tego człowieka, zachowałbym go wyłącznie dla siebie, bym nigdy więcej nie musiał doświadczyć zimy. Fillip na pewno potrafił sprowadzić wiosnę i zatrzymać ją przy sobie na zawsze, a więc mając go nigdy nie odczuwałbym zimna, nie oglądałbym bieli, nie miałbym w sobie tej dziwnej pustki, której nie mogłem niczym zapełnić. Gdybym tylko zdołał zachować dla siebie Fillipa, wtedy nie zaznałbym więcej żadnych przykrości, ale on widział tylko Camusa.
- Bardzo panu dziękuję! - z tym swoim rozkosznym uśmiechem Fillip pożegnał się z mężczyzną i dziwnie skocznym krokiem przesunął się o metr do przodu. Odwrócił się do mnie z trudem maskując wielką wesołość.
- Chodź, chodź, bo nam podwieczorek zjedzą, a jest podobno pyyyszny! – zachęcił mnie.
Zrównałem się, więc z kuzynem i starając się opanować swoją złość wziąłem kilka głębokich oddechów. Nie mogłem przecież wyżywać się na Fillipie za jego naiwność, nawet, jeśli z każdą chwilą czułem się bardziej poirytowany. Wolałem by chłopak reagował w taki sposób na mnie, nie zaś na kogoś, kto tylko go zrani i nie da mu tego, czego potrzebuje. Co takiego było w ogóle w Camusie, że mój kuzyn się w nim zakochał? Nie podobała mi się świadomość, że mają tak dobry kontakt. Byłem zazdrosny, nie musiałem się oszukiwać. Byłem niesamowicie zazdrosny o wszystkie dobre emocje, które wywoływał nauczyciel, zaś ja nie byłem w stanie sprawić, by chłopak reagował podobnie.
Zacisnąłem mocniej pięści i spojrzałem pod nogi.
- Wiem, co teraz robisz. – rzuciłem. – Widziałem włóczkę wystającą spod twojego łóżka. – spojrzałem przelotnie na zaskoczonego kuzyna, który nagle spłonął obfitym rumieńcem.
- Ja... – zawahał się najwidoczniej nie wiedząc, co powiedzieć, jak się wytłumaczyć.
- To głupie. – nie owijałem w bawełnę. – Nie wychodzi ci to, więc, po co się w ogóle w to bawić? Daj sobie spokój.
- Chcę jeszcze popróbować.
Syknąłem. Zbyt dobrze wiedziałem, dlaczego zaczął bawić się w robótki ręczne, dlaczego zamówił druty i włóczkę. Robił to dla Camusa! Denerwowało mnie to chyba jeszcze bardziej niż wszystkie te cudowne uśmiechy, które rozdawał w koło, kiedy wyczuwał bliskość nauczyciela. Nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel, kuzyn, z którym bawiłem się przez tak wiele lat dzieciństwa, z którym uczyłem się dokuczać słabszym, teraz stał się kimś innym z powodu głupiego uczucia do byle profesora. W sumie nie miałem mu za złe, że z małego książątka zamienił się chodzące ciastko z kremem. Podobała mi się jego delikatność i poświęcenie, ale nienawidziłem myśli, iż wszystko to stało się za sprawą Camusa.
A jednak nie mogłem szczerze nienawidzić tego szczerego, miłego mężczyzny. To tak jakbym miał żal do kwiatów, iż przyjemnie pachną, do miodu, ponieważ jest słodki, lub do ptaków, o ich śliczny śpiew. Tym, co wzbudzało we mnie niechęć było uczucie, które unosiło się w powietrzu niczym chmura, kiedy tylko Fillip był z nim. Niesamowicie trudno było mi to opisać, ubrać w słowa. W końcu kuzyn był dla mnie niesamowicie ważny, nauczyciel po prostu był i nie przeszkadzał mi, póki trzymał się z daleka od mojego przyjaciela, ale ta dziwna atmosfera, która pojawiała się, kiedy przebywali razem, kiedy tylko Fillip mówił o Camusie... To było okropne i miało barwę smoły. Gęsta, nieprzenikniona czerń otaczająca klejnot, jakim przecież był Fill. Piękno zatopione w błocie, a ja musiałem się postarać, by go z niego wyjąć i obmyć dokładnie zanim zatonie całkowicie, zanim uderzy o jakiś kamień i zostanie na nim rysa. Musiałem uratować Fillipa przed tym beznadziejnym uczuciem zanim zostanie zraniony przez profesora, który przecież nie odwzajemniał uczuć mojego kuzyna.
Chłopak spojrzał na mnie niepewnie. Nie wiedział, że odkryłem jego sekret, ale domyślał się tego. Póki, co nie chciałem mówić mu prawdy, wolałem wyleczyć go z jego szaleństwa powoli, tak by był tego nieświadomy, by nie cierpiał za bardzo.
- Brakuje ci jeszcze bujanego fotela i koca na nogi. – wysiliłem się, by mój głos nabrał żartobliwego tonu. Z ulgą stwierdziłem, iż udało mi się to, a on odetchnął z ulgą, rozluźnił się.
- Ja będę siedział w miękkim, wielkim fotelu, w którym będę mógł się zapadać. – jego zamglony wzrok mówił mi, iż naprawdę o tym marzy. Nie mogłem powstrzymać samego siebie przed skrzywieniem się na myśl o takim obrazku.
- Nie chcę tego nigdy wiedzieć. Po prostu wyrzuć te druty i to dziwne coś, które do tej pory zrobiłeś. Poświęcaj więcej czasu grze w quidditcha, a nie zabawie. – to pozwalało uniknąć kontaktów z nauczycielem latania, przynajmniej podczas częstych treningów. Musiałem sprawić, by Fillip nie był w stanie odrzucić gry, by zaczął poświęcać jej każdą wolną chwilę.
- Zapomniałem... – uderzył się lekko w czoło. – Muszę trenować. Dzięki, że mi przypomniałeś. Jak mogłem w ogóle o tym zapomnieć. Co ja bym bez ciebie zrobił?
- Nadal bawiłbyś się drutami? – uśmiechnąłem się pod nosem nie tylko z powodu jego udawanego urażenia, ale także, dlatego, że mój niewielki pomysł zaczął działać ledwie wprowadziłem go w życie. Teraz musiałem tylko przypilnować kuzyna, a reszta już sama pójdzie jak po maśle. Odciągnąć jego myśli od Camusa, uniemożliwić im częste spotkania. To był cel, jaki sobie postawiłem, a który miał mnie uwolnić od ciągłej niepewności i zazdrości o przyjaciela. Fillip nie należał do nikogo, jak tylko do mnie. Od zawsze był tylko mój i tylko dla mnie, a teraz nawet, jeśli pojawiła się przeszkoda w formie nauczyciela, musiałem ją przeskoczyć i dalej podążać swoją drogą. Nie ważne, jakie były powody, dla których takie myśli pojawiały się w mojej głowie.
Pozbyć się Camusa i mieć Fillipa dla siebie. Tylko to się liczyło.