Stojąc przed drzwiami gabinetu nauczyciela latania, nie potrafiłem zapanować nad nerwowymi odruchami. Miąłem skraj koszuli, to znowu splatałem dłonie i wyginałem je na wszystkie możliwe strony. Byłem trochę przestraszony, że tam przyszedłem, jednak pragnąłem porozmawiać z Camusem, spotkać się z nim, chociaż przez jedną króciutką chwilę być blisko niego. Znałem nauczyciela na tyle dobrze, by wiedzieć, iż przyjmie mnie ciepło i obdarzy chociażby małą dawką przyjemnych pieszczot, jak na przykład głaskanie. Czułem się jak żądny uwagi szczeniak, który sam podstawia się pod dłoń swojego pana i czasami bardzo chciałem być małym zwierzątkiem, by zawsze móc prosić Camusa o czułości.
Wiedziałem dobrze, że nauczyciel ma jeszcze zajęcia, które właśnie miały się kończyć, a więc powinien zjawić się u siebie za kilka chwil. Na myśl o tym przez moje ciało przeszły chłodne dreszcze. Moim głównym celem było wręczenie profesorowi prezentu, który sam zrobiłem. Zawsze byłem niecierpliwy i nie potrafiłem czekać, wolałem wyprzedzać wszystko nawet o kilka miesięcy, jednak dopinać na ostatni guzik i później czuć się pewniej. Tym razem było tak samo.
Był dopiero koniec września, a ja myślałem intensywnie o Halloween. Już wcześniej, gdy patrzyłem przez okno pociągu do Hogwartu, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Podszedłem do tego niebywale entuzjastycznie, ponieważ wiązało się to z kolejną małą niespodzianką dla Camusa. Nie byłem pewny, czy nie zachowuję się nazbyt dziecinnie, ani także, czy nauczycielowi spodoba się moja niespodzianka. Nie mniej jednak, z myślą o nim, starałem się stworzyć coś naprawdę ładnego, a teraz w mojej torbie czekał mały prezencik, który musiałem dać mężczyźnie od razu. Gdyby stwierdził, że go nie chce miałbym czas by się zrehabilitować, lub wylizać rany. Sam nie wiem, jak zareagowałbym na jakąkolwiek formę odrzucenia ze strony zawsze miłego i czułego mężczyzny. Nie wierzyłem, że mógłby sprawić mi jakąkolwiek przykrość, ale przecież nie mógł zawsze mi pobłażać. A może jednak mógł?
Uśmiechnąłem się na samą myśl o tym, że mógłbym być ulubieńcem Marcela, który rozpieszczałby mnie na wszystkie możliwe sposoby. Bardzo tego pragnąłem, a jednak równie mocno chciałem być tym, który to rozpieszczałby nauczyciela. Coraz częściej myślałem o tym, by sprawiać mu przyjemność zamiast czekać by to on zaopiekował się mną. Poniekąd byłem za niego odpowiedzialny i musiałem odciągać potencjalną konkurencję. To było moim najważniejszym zadaniem.
Pogłaskałem swoją torbę, w której bezpiecznie spoczywał prezent na Halloween. Moja niespodzianka wymagała ode mnie doskonalenia kolejnych umiejętności Skrzatów Domowych, jednak nie wstydziłem się tego, chociaż nie przyznałem się nikomu, co robiłem nocami. Nikt nie musiał wiedzieć, że...
Szyłem!
Nie zdradziłem się nawet przed szkolną pielęgniarką. Powiedziałem jej tylko, iż lepiej zapobiegać niż leczyć, po czym zabrałem całe opakowanie plasterków. Nie znałem w ogóle zaklęć, które wyszyłyby za mnie wszystko, co tylko bym chciał, a to znaczyło, że musiałem ręcznie zabrać się za mozolne i dokładne realizowanie wcześniejszego projektu. Nie byłem także artystą, który mógłby się pochwalić swoim dziełem. Wstydziłem się tego, co wyszło spod moich dłoni, jednak miałem małą nadzieję, iż mimo wszystko Camus będzie zadowolony.
Ostatni raz zastanowiłem się, czy aby na pewno dobrze robię, po czym wziąłem głęboki oddech. Zarumieniony uśmiechnąłem się niepewnie, kiedy dostrzegłem zbliżającego się profesora. Za kilka chwil wszystko miało się rozstrzygnąć, a ja nie potrafiłem skupić myśli, kiedy widziałem jak mężczyzna zbliża się powolnym krokiem. Wydawał mi się bóstwem, kiedy tak patrzyłem na niego.
Mój wyjątkowy Marcel!
~ * ~ * ~
Zdziwił mnie widok drobnej postaci przed gabinetem. Nie spodziewałem się odwiedzin, a już na pewno nie tak miłych. Moje serce przyspieszyło bicie, gdy tylko rozpoznałem cudownego chłopca już z daleka. Tej sylwetki nie dało się pomylić z żadną inną. Fillip nie zmienił się ani trochę przez czas wakacji, nadal był najniższy na swoim roku i emanował dziecięcą niewinnością, którą tak u niego kochałem, którą chciałem chronić za wszelką cenę.
Ciągle zastanawiałem się, kiedy mój Skarb uzna, że jest już zbyt duży by na mnie polegać. Tej chwili obawiałem się najbardziej. Chciałem, by Fillip zawsze mnie potrzebował, szukał mojej pomocy, towarzystwa. Przez najbliższy czas nie musiałem się tego obawiać. Mówiła mi o tym zarumieniona, cudownie uśmiechnięta buzia chłopca. Chciałem by zawsze taka była.
- Witaj, kochanie. – rzuciłem oddając uśmiech i niemal drżącą dłoń położyłem na jego głowie mierzwiąc miękkie włoski. Nie wiem, dlaczego się denerwowałem, jednak byłem naprawdę ucieszony. Rozpierała mnie radość i energia, kiedy miałem obok siebie największy z cudów świata. Samo patrzenie na Ślizgona pozwalało mi pozbyć się wszelkich zmartwień. – Gdybym wiedział, że tu będziesz przyszedłbym szybciej, długo czekałeś?
Chłopiec pokręcił głową, zaś ja otworzyłem drzwi gabinetu i wpuściłem Fillipa do środka przed sobą. Gdy zamykałem drzwi czułem się nieswojo, jakbym tym samym pozbawiał świat słońca, które teraz miałem tylko dla siebie. Ponieważ Fillip był dla mnie słońcem, zaś ja potrzebowałem go by żyć. Byłem drzewem, które przy nim stawało się większe i silniejsze, by móc swoimi licznymi konarami objąć drobnego chłopca i chronić go przed całym złem.
Zabawne, jak dalece potrzebowałem tego jednego, jedynego Ślizgona.
~ * ~ * ~
Wchodząc do gabinetu rozejrzałem się od razu po wnętrzu. Chciałem wiedzieć, jaki humor ma dziś nauczyciel. Pokój był przytulny i z pozoru zwyczajny. Przy oknie stało biurko, po bokach liczne szafki z książkami, zaś przed kominkiem dwa fotele i stoliczek. Gdzieś z boku, właśnie lewitowały filiżanki i czajniczek. Gdyby ten gabinet należał do kogoś innego, pewnie wcale bym się nie zachwycał, jednak świadomość, iż było to miejsce pracy mojego ukochanego Marcela sprawiała, iż czułem emanującą od wszystkiego magię, nie taką zwyczajną, jak ta, której uczyłem się na zajęciach, ale zupełnie inną. Jakby głębszą i doskonalszą. Sam sobie nie potrafiłem wytłumaczyć tego, co właśnie czułem całym sobą.
- Usiądź, Fillipie. – delikatnym ruchem dłoni Camus wskazał mi jeden z foteli. Skorzystałem z zaproszenia i zapadłem się w miękkiej materii, jak w poduszkach. Zaskoczony, ale i zachwycony spojrzałem na zadowolonego z efektu mężczyznę. Miałem ochotę przygryźć wargę by panować jakoś nad radością, jednak zrezygnowałem szybko. Wiedziałem, że profesor nie lubił, kiedy „maltretowałem” swoje usta, jak zwykł to nazywać.
- To jest niesamowite! – powiedziałem szybko, by w jakiś sposób ukryć ogarniającą mnie coraz większą błogość. Czułem, że zaraz wzniosę się w powietrze na skrzydłach, które właśnie wyrastały z mojego serca. Zakochałem się w najbardziej idealnym mężczyźnie na świecie i musiałem go chronić przed innymi, by nikt mi go nie zabrał! Miałem nawet ochotę rzucić się na nauczyciela i szczerze powiedzieć, że jest teraz niewolnikiem mojej miłości i nikomu go nie oddam.
Speszyłem się uświadamiając sobie to wszystko. Nie mogłem się tak zachować, ale mogłem narzucać się nauczycielowi, by mieć go zawsze na oku.
Nagle zapanowała chwilowa cisza, którą musiałem szybko przerwać. Marcel czekał na pewno aż wytłumaczę, po co się zjawiłem, zaś ja traciłem z każdą chwilą swoją pewność siebie.
Szybko, więc sięgnąłem do torby i wyjąłem z niej niewielki pakuneczek. Wyciągnąłem ręce w stronę profesora.
- Proszę, to dla pana. – chociaż powinienem spuścić głowę, to nie byłem w stanie tego zrobić. Nie mogłem oderwać oczu od przystojnego oblicza, od zdziwionych oczu mężczyzny, który sięgnął po prezent i uśmiechnął się do mnie w tak niesamowity sposób, że serce niemal przestało mi bić z wrażenia. Już nie ważne było, co Camus powie, kiedy odpakuje zdobny papierek. Ja otrzymałem już swój prezent!
~ * ~ * ~
Nie mogłem ukryć, że gest chłopca zaskoczył mnie i równocześnie uszczęśliwił. Nie myślałem, że Fillip mógłby sprawić mi dodatkową radość, skoro już otrzymywałem do niego najcudowniejsze prezenty raz w miesiącu, kiedy to uczył się gotować i pozwalał mi zjadać przepyszne dzieło tych drobnych rączek.
- Cóż to takiego? – zapytałem otwierając prezent. Chociaż zwalczałem nawyk przygryzania wargi u chłopca, to teraz ja nie mogłem się przed tym powstrzymać. Nie chcąc zdradzić jak bardzo cieszy mnie podarek musiałem opanować swoją ogromną wesołość. Czułem, że mógłbym oszaleć, tak ogromna była radość, jaką sprawiał mi Ślizgon.
- To prezent. – odpowiedział w oczywisty sposób mój Anioł i dopiero, kiedy wyjąłem niespodziankę, dodał. – To na Halloween.
Moje oczy stały się jeszcze większe niż chwilę wcześniej. Miałem właśnie w dłoniach niewielki, słodki księżyc w kształcie rogalika o uśmiechniętej buzi i wspaniałych ciepłych oczach. Był mięciutki i niebywale rozkoszny. Mógł mieć około dziesięciu centymetrów, a nierówne miejscami szycie było wręcz obłędnie rozkoszne.
- To niesamowite, Fillipie. – zacząłem prawdziwie oczarowany. – Sam to zrobiłeś? – spojrzałem na chłopca, który cały rumiany, ale widocznie szczęśliwy, skinął głową.
W jego otwartej torbie dostrzegłem jakiś żółty kształt. – A to? – wskazałem.
~ * ~ * ~
Mojemu ukochanemu nauczycielowi spodobał się prezent! On nigdy nie kłamał, a to znaczyło, że naprawdę mu się podobało. Aż cały się zaczerwieniłem słysząc jego pełen uznania głos i widziałem zachwyt na jego twarzy. Chciałem krzyczeć by odreagować swoją ogromną radość.
Kiedy tylko profesor wskazał ruchem głowy na moją torbę wyjąłem z niej ukryte tam słoneczko. Ono także było moim wytworem i tak samo jak księżyc, było wypchane miękkim puchem.
- To jest spineczka. – wyjaśniłem pokazując trzymany przez mężczyznę upominek. – Znalazłem odpowiednie zaklęcie by się magicznie trzymała. A to czapeczka, którą zrobiłem dla siebie. – wyznałem speszony i założyłem na głowę żółte, wesołe słonko, które chciałem by było równie wesołe, co spineczka. Teraz wydawało mi się to dziecinne, jednak czułem, że warto było zaryzykować.
Podniosłem wzrok na nauczyciela, który uśmiechał się i chyba próbował dłońmi to ukryć, jednak szybko zaprzestał starań i złapał moje dłonie przyglądając się im, jakby czegoś na nich szukał.
Roześmiałem się i dumnie wypiąłem pierś do przodu.
- Nie znajdzie pan ran. – jego zdziwienie było naprawdę cudowne. – Zanim zacząłem szyć obkleiłem palce plasterkami, żeby się nie pokaleczyć. – tym razem to profesor śmiał się ciepło.
~ * ~ * ~
Moje pomysłowe Słoneczko!
Trudno opisać, co czułem patrząc na jego zawstydzenie widniejące na słodkiej buzi, którą teraz dodatkowo rozświetlało wspaniałe słonko. Miałem wrażenie, że wszystko to miało swoje własne znaczenie. Słońce i księżyc nigdy nie mogły być razem, podobnie jak ja i Fillip.
Z namaszczeniem ponownie ująłem jego dłonie i przysunąłem do nich twarz. Nie ważne, co mógł o tym pomyśleć chłopiec. Po prostu zacząłem całować powoli każdy z jego palców. Czułem, iż mógłbym płakać z radości i żalu jednocześnie.
- Muszę podziękować tym łapkom za tak piękny prezent. – wytłumaczyłem się, chociaż nie miałem odwagi spojrzeć na Ślizgona. Muskałem drobne opuszki i gdybym mógł, mógłbym nigdy nie robić niczego innego. Niespodzianka, jaką sprawił mi chłopiec była ogromna i ucieszyła mnie niebywale.
Nigdy nie spodziewałbym się, że Fillip sam weźmie w rączki igłę i nici. Podczas gdy w domu na pewno był dumnym paniczem, tutaj pokazał mi się od zupełnie innej strony. Był chłopcem tak słodkim, iż nigdy nie można było nazwać go zwyczajnym. Uświadomiłem sobie w tej chwili, to, co przecież wiedziałem już od dawna, że mam przy sobie najcenniejsze z boskich stworzeń. Dla tego Anioła mogłem zrobić wszystko, spełniłbym każdą jego prośbę, każdą zachciankę.
Kochałem go tak mocno, iż sam nie byłem w stanie tego pojąć. Ponieważ, kto zrozumie cud? A ta miłość była Cudem. Prawdziwym Cudem, jaki tylko Pan jest w stanie sprawić.
~ * ~ * ~
Przełknąłem głośno ślinę, wpatrywałem się w swoje dłonie, których palce właśnie stykały się z ustami Marcela. Poczułem masę przyjemnych dreszczy, które przechodziły przez moje ciało biorąc początek w całkowanym opuszku. To było przyjemniejsze niż sama przyjemność, o wiele lepsze niż myśli o całującym mnie profesorze.
Wstydziłem się dopuścić do świadomości wspomnień snu, który wywarł na mnie takie wrażenie podczas wakacji. Nie chciałem by Marcel znał tę wstydliwą stronę mnie, wszystkie te pragnienia, które coraz jawniej zaczynały panować nad moim ciałem.
Kiedy Marcel pocałował już ostatni z moich palców złapałem go szybko za głowę i przytuliłem ją do swojej piersi. Nie chciałem by się odsunął, ale nie panowałem też nad swoimi odruchami.
- Bardzo się cieszę, że się panu podoba. – powiedziałem drżącym ze wstydu głosem, by usprawiedliwić swoje zachowanie. Nie miałem pojęcia, jak spojrzę w oczy profesora po czymś takim, jednak było już za późno.
On objął mnie lekko i pogładził po plecach. Czułem, jakby wtulił się w moją pierś, jednak, gdy tylko poluźniłem uścisk ramion, mężczyzna usiadł normalnie. Jego uśmiech sprawił, że nie czułem aż takiego zażenowania, a jego gorąca dłoń pogłaskała mnie po policzku.
- Sprawiłeś mi tak ogromną radość, Fillipie. – na jego ustach ponownie pojawił się ten wspaniały uśmiech.
Nie. Marcela nie musiałem się nigdy wstydzić.
- Chyba powinienem już iść. Zaraz będzie obiad. – mruknąłem niechętnie, jednak nie był to sposób do ucieczki z kłopotliwej sytuacji sprzed chwili. Tamto zdarzenie było już dalekie, a moje dziwne zachowanie wydawało się takie zwyczajne, kiedy patrzyłem w szare oczy mężczyzny.
~ * ~ * ~
- Tak, Fillipie. Obaj musimy iść, więc dlaczego nie mielibyśmy zejść do Wielkiej Sali razem? – chciałem skraść więcej tych cennych chwil, które spędzaliśmy wspólnie.
Kiedy Fillip przytulił mnie nagle w tak nieporadny sposób myślałem, że roztopię się w jego ciepłych ramionkach. Ten Anioł był nadal dzieckiem, nadal niewinnym i słodkim chłopcem, którego znałem sprzed trzech lat. Zupełnie, jakby czas dla niego stał w miejscu, chociaż nie było to prawdą. Tak bardzo chciałem wiedzieć, co dzieje się w jego wnętrzu, z jakimi problemami styka się dorastając. Kontrast między jego wiekiem, a zachowaniem był ogromny, niemal niewyobrażalny. Samolubnie pragnąłem by się pogłębiał. By Fillip dorastał, ale zawsze był równie niewinny, jak w tej chwili.
- Tak, chodźmy!
Drobna dłoń, która złapała mnie za rękę ukróciła skutecznie myśli, które nagle zaczęły kłębić się w mojej głowie. Wiedziałem dobrze, że Fillip dorośnie, zmieni się, a wtedy jego niewinność i słodycz połączy się z nowymi cechami, jakich nabędzie, ale on sam nigdy się nie zmieni. Mój Fillip zawsze będzie taki sam.
I nagle nie mogłem się doczekać chwili, gdy poznam mężczyznę, jakim mój rozkoszny Anioł stanie się za kilka lat.
czwartek, 30 września 2010
Le soleil et la lune
wtorek, 31 sierpnia 2010
Chaude
Gorąc, upał, nieznośna duszność. Słońce, wydaje się palić skórę, każdy z trudem łapany oddech jest świszczący, niesamowicie cenny, z powodu złudnego chłodu, jaki daje. Pragnienie jest wszechogarniające, a w pobliżu nie widać wody, ani cienia, wiatr nie wieje w ogóle, wszystko wydaje się płonąc w żarze płynącym z nieba. Nieznośna suchość w ustach wydaje się wypalać gardło, nie pozwalając na wypowiedzenie słowa. Wszelkie starania są zbędne, nie ma ucieczki od tego wszystkiego. Piach gryzie nozdrza podczas oddychania, jego smak wydaje się dominować na języku.
Zmęczony, spocony padam na kolana zanurzając się w piasku. Mętny wzrok z trudem skupia się na wyciągniętym w moją stronę kubku z wodą. Łapię go szybko, piję łapczywie, czuję ulgę, chłód, odzyskuję mowę, chociaż niewiele to zmienia. Przecieram oczy, podnoszę się i wtedy spostrzegam, że stoję na stacji z ojcem u boku.
- Już idzie. - widzę jego uśmiech, a chwilę później wyciągniętą dłoń, która ściska mocno prawicę kogoś obcego, kogoś, kto dopiero się pojawił. To zmusza mnie do podniesienia wzroku, który sunie od wysokich traperów, przez jasne spodnie z licznymi kieszeniami, zawieszoną u pasa broń, przerzucony przez ramię sztucer, w końcu docieram do zasłoniętej korkowym hełmem twarzy. Ogarnia mnie dziwne podniecenie. Przede mną stoi łowca zwierząt, przyjaciel ojca, który ma się mną zaopiekować przez najbliższe miesiące.
Nagle mężczyzna podnosi nieznacznie głowę, mogę dostrzec jego twarz.
Jest przystojny, jego usta układają się w ciepły uśmiech, pełne łagodności oczy utkwione są we mnie, koją jasnym kolorem, włosy nieznacznie wystają spod hełmu. Znam tego mężczyznę, znam tę twarz. Marcel!
A jednak wydaje się tak niedostępny, jakby był kimś obcym, kimś, kogo dopiero spotykam, z kim musze się oswoić.
- Witam, młody kawalerze. – uśmiech na jego wargach staje się szerszy, teraz to ja ściskam jego dłoń na powitanie. Ma niesamowicie delikatny głos, jakby wcale nie był wytrawnym myśliwym, jakby nie trudnił się łapaniem dzikich zwierząt.
Tak, teraz pamiętam, teraz już to wiem. To znajomy ojca, który ma się mną opiekować podczas mojego pobytu w Australii. Ma mnie uczyć wszystkiego od normalnego życia w tym kraju, po radzenie sobie w ekstremalnie trudnych warunkach, jakie panują w tym kraju.
Ojciec znika, jakby wcale nie było go obok mnie, tonę w szarych oczach Camusa, który mierzwi mi włosy, zakłada korkowy hełm, by chronił mnie przed panującym tutaj upałem. Wyprowadza mnie ze stacji i pomaga dosiąść ładnego kucyka, który parska cicho, jakby na powitanie. Głaszczę go, a tym czasem mężczyzna dosiada swojego konia. Patrzę na jego szerokie plecy, opasane pasem biodra, wyprostowana sylwetka wydaje się tak niesamowicie atrakcyjna, a ja mam świadomość, że spędzę z nim wiele czasu, że nauczę się o nim tak niesamowicie wiele.
- Zatrzymamy się na farmie. – mówi wesoło i odwraca się do mnie. Spowalnia konia, by zrównał się z moim kucykiem.
- Czy pan... – zaczynam, ale on kręci głową.
- Nie pan, Marcel. – upomina mnie bardzo łagodnie, jest rozbawiony. Przełykam głośno ślinę, rumienię się, robi mi się jeszcze bardziej gorąco. Mężczyzna każe mówić do siebie po imieniu, a ja nie potrafię nawet wymówić tego jednego cudownego słowa, którego on ode mnie oczekuje. Słyszę, jak zachęca mnie cichym „śmiało”, a ja nabieram ze świstem powietrza.
- Ma... Marcel... – dukam, gdy on kiwa głową zadowolony, zaś ja płonąc spuszczam swoją w dół, by ukryć zażenowanie i dziwną radość wynikającą z tego niewielkiego gest, jakim było wypowiedzenie jego imienia. Rozpływam się w tych niesamowitych uczuciach, nie rozumiem nawet, dlaczego tak bardzo szaleje moje serce, jakby nagle zamieniło się w motylka.
Wśród tego szczęścia niezauważenie zmienia się sceneria. Całkowicie naturalnie, płynnie, jakby tak było zawsze, a ja nadal jestem zafrasowany i bez reszty pogrążony we własnym szczęściu.
*
Chociaż temperatura w ogóle nie uległa zmianie moje ciało nawykło już do niej, zapewne dzięki obecności Camusa, który nie był nikim innym, jak wyśmienitym łowcą zwierząt i moim opiekunem. Pod jego skrzydłami uczyłem się coraz więcej, zbliżałem do niego i czułem obecność mężczyzny nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Siedząc na schodach domu na farmie, który jak wiedziałem należał do jego znajomego, bawię się gładząc małym palcem u ręki dłoń siedzącego obok mężczyzny. Rozbawiony tym Marcel obserwuje mnie, czasami sam odpowiada swoimi palcami na moje zaczepki, tak jak w tej chwili, kiedy to z wielkim uśmiechem biję się z nim na palce. Gryzę wargę, chcąc zwyciężyć, chociaż moja dłoń jest zdecydowanie mniejsza niż jego, a tym samym moje szanse na zwycięstwo maleją z każdą chwilą.
Czuję, jak Camus łapie mnie za rękę, podnosi ją i lekko całuje.
- Przegrałeś, Fillipie. – łagodnie i czule wypowiada moje imię. – Mój młody wielki łowca nie ma ze mną szans. – mruga do mnie, a delikatne usta ponownie muskają skórę mojej dłoni. – Upolowałeś dziś wspaniałego kangura, a więc będziemy mieć całkiem smaczną zupę i potrawkę. – tym razem czuję jego dotyk na głowie.
Unoszę lekko twarz, wpatruję się w niego. Siedząc na niewielkiej werandzie znajdujemy się w cieniu, więc mężczyzna nie ma czapki. Widzę go dokładnie, mogę sięgnąć po niego i to właśnie robię. Wyciągając przed siebie rękę dotykam palcami lekko szorstkiego od zarostu policzka. Nie miał czasu się ogolić, gdyż z rana byliśmy na polowaniu. A jednak, mimo wszystko, wywołuje to u mnie przyjemne dreszcze. Chociaż to on jest wytrawnym łowcą i tropicielem, to tym razem ja zostaję kimś takim. Chcąc upolować najcenniejszy australijski skarb przysuwam się bliżej Camusa i wyciągam szyję jak najdalej, by pocałować ukochanego mężczyznę. Czuję i wiem, że kocham właśnie jego, że nie potrafię dłużej czekać. Moje usta spotykają się z jego wargami, czuję na nich słodki smak malin, są ciepłe i takie niesamowite.
Jego dłonie gładzą moje plecy, nie odsuwa się, a nawet pochyla by być jeszcze bliżej. Rozpływam się powoli w cudownych, lekkich wrażeniach, które wypełniają mnie, ośmielają. Dotykam dłońmi jego piersi, wyczuwam, jak jest niesamowicie zbudowana. Tym samym jego palce zaczynają mnie łaskotać po nagiej skórze pleców. Marzę by bawił się moimi kręgami, a wtedy jego opuszki zaczynają wypełniać moje nieme polecenia.
Kładę się na mężczyźnie, na jego piersi, całuję go mocniej, zachłanniej, czuję narastające we mnie podniecenie. Jego broń wbija mi się w bok, więc sięgam po nią i wyciągam odkładając na bok. Tak bardzo mi się to podoba, że płonę cały, podczas gdy Marcel uśmiecha się patrząc na mnie, obserwując mnie uważnie.
Przez moją głowę przepływa masa podniecających myśli. Tak łagodny, tak cudowny i ciepły mężczyzna trzymający sztucer w dłoniach, celujący bezbłędnie, nieoceniony łowca. Tak bardzo kontrastują ze sobą jego umiejętności, a to, jaki jest w stosunku do mnie.
Nie potrafiąc tego wytrzymać powoli ocieram się o jego ciało, całuję go bez przerwy muskając delikatnie. Chociaż to ja jestem drobniejszy to boję się, iż rozkruszę go jak porcelanową figurkę starego bóstwa.
- Marcel... – szepczę jego imię. – Marcel... – powtarzam w jego ucho, obejmuję go, przytulam.
- Mój kochany Fillipie. – jego dłoń gładzi moją twarz, delikatnie pieści policzek. – Kocham cię, mój słodki. – Jego głos przestaje być słyszalny, jego usta poruszają się nadal w cudownych słowach, jednak już ich nie słyszę. Jestem zachwycony, pobudzony, wypełnia mnie radość, wydaje mi się, że krzyczę, chociaż tego nie słyszę...
*
Byłem szczęśliwy, chciało mi się piszczeć, mocno zaciskałem oczy i czułem swoją dłoń na ciele. Obudziłem się, a moje palce pieściły powoli moje krocze. We śnie sprawiałem sobie przyjemność śniąc o Camusie i wcale się tego nie wstydziłem. Pragnąłem więcej i nie bałem się rozpieszczać swojego ciała. Marcel mówił, że mnie kocha, powiedział to, chociaż ja nie zdążyłem już odpowiedzieć mu tymi samymi słowami. Był łowcą dzikich zwierząt, wyglądał niesamowicie podniecająco!
Odwróciłem się na brzuch, podciągnąłem lekko kolana na wpół leżąc, na wpół klęcząc. Jedną dłonią zagarnąłem pod siebie poduszkę tuląc ją z całych sił. Zamknąłem oczy, wyobrażałem sobie Camusa, który jeszcze przed chwilą całował mnie i dotykał. Pragnąłem powrócić do tamtego snu, znać jego ciąg dalszy. Myślałem intensywnie o tym, co teraz powinno się dziać.
Marcel wsuwa dłoń w moje spodnie, zaczyna pieścić mój członek, całuje mnie, szepcze do ucha słodkie słówka i bezustannie pociera moje krocze, a ja jęczę i piszczę głośno. Czuję gorąco jego ciała, jego cudowny zapach, mam wrażenie, że i on pragnie bym go zaspokajał, więc właśnie to robię. Powoli rozpinam rozporek spodni i wsuwam w niego dłoń.
W tej właśnie chwili moje ciało uwolniło całe napięcie, jakie się w nim zebrało. Wilgoć wsiąkała teraz w materiał bielizny i piżamy. Zacząłem się wstydzić tego, co zrobiłem, a jednak było to takie realne. Pragnąłem by tak właśnie było, chociaż nie mogłem liczyć na coś podobnego. To był tylko przyjemny sen, w dodatku przesycony erotyzmem, który wypełniał mnie z powodu niezaspokojenia. Mój ukochany nauczyciel był daleko, nie widziałem go od dawna, ale myślałem o nim codziennie, cóż mogłem na to poradzić? Moje ciało chciało odnaleźć gdzieś tę pełnię przyjemności, jakiej mogło zaznać jedynie poprzez spotkanie z Camusem.
Był to mój pierwszy tak erotyczny sen, byłem ciekaw czy Marcel także takie miewa, jednak szybko postanowiłem o tym zapomnieć. Nie chciałem nawet myśleć, kto mógłby pojawiać się w takich snach. Byłem zazdrosny nawet o skryte fantazje mężczyzny. Gdybym miał możliwość wniknąłbym między jego śnienie i wyeliminował każdego pozostawiając tylko siebie. Uzależniłbym go od siebie, sprawiłbym, że nauczyciel szukałby mnie na jawie i we śnie każdego dnia i każdej nocy.
- Niech mi pan powie, że mnie kocha. – westchnąłem kładąc się na plecach. – Niech pan mi to powie, a później mnie przytuli. – objąłem sam siebie bardzo mocno. – Ja pana kocham jak nikogo innego i w tym roku postaram się to wyznać. – porwałem poduszkę, objąłem ją, ściskałem mocno i zwinąłem się w kłębek. Tak zasnąłem po raz kolejny czując w sobie dziwną moc.
~ * ~ * ~
Nie wiem, co mnie zbudziło, ale otworzyłem nagle oczy i nie czułem się w ogóle śpiący. Moje myśli powędrowały w kierunku Fillipa, jakby śnił mi się przed chwilą i pozostawił po sobie wspomnienie, które nie chciało opuścić moich myśli. Chciałem wiedzieć, co teraz robił chłopiec, czy spał spokojnie, czy przypadkiem nie miał koszmarów.
Czułem potrzebę opieki nad nim i miałem nadzieję, że ostatni miesiąc wakacji minie szybko, a tym samym będę mógł już niedługo spotkać się z chłopcem i porozmawiać z nim.
Wiele wysiłku będzie mnie kosztować zachowywanie się jak przystało na zwyczajnego nauczyciela, ale po pierwszych trudach, później będzie już z górki.
- O czym śnisz, Fillipie? – mruknąłem do siebie uśmiechając się subtelnie.
sobota, 31 lipca 2010
Gâteau
Wakacje były tym okresem w ciągu roku, który najbardziej dawał mi się we znaki. Zawsze wtedy narzekałem więcej niż zwykle i byłem lekko drażliwy, oczywiście w chwilach, kiedy nie chodziłem z głową w chmurach wyobrażając sobie, co mogłoby się wydarzyć w następnym roku szkolnym. Zdołałem już wymyślić całą masę historii, w których główne role odgrywaliśmy ja i Marcel. Zacząłem od tych bardziej prawdopodobnych, a kończyłem na całkowicie nierealnych, a jednak pozwalało mi to spokojniej czekać na wrzesień, który jak na złość nie chciał nadejść. Szczerze powiedziawszy wyobrażałem sobie nawet, iż budzę się nagle i okazuje się, że wszystko tylko mi się przyśniło, nadal jestem w Hogwarcie i lada chwila spotkam się z ukochanym nauczycielem. Każdorazowe potknięcie na schodach uświadamiało mi jednak smutną prawdę. Wcale nie spałem i nie byłem w szkole. Zamiast tego spędzałem spokojne, nudne wakacje w domu z dala od mojej największej i jedynej obsesji – Camusa.
Wracałem do swojego pokoju po obiedzie, który chociaż był całkiem smaczny nie smakował mi tak jak powinien. Czułem, że oszaleję, jeśli nadal będę tak bardzo zadręczał się brakiem nauczyciela latania. W końcu on na pewno prowadził normalne życie, może spotykał się z przyjaciółmi. Poczułem ukłucie zazdrości na myśl o tym, iż mężczyzna mógł spotykać się z kimś, śmiać, dobrze bawić, a ja nie mogłem tego widzieć. Miałem ochotę złapać go i zamknąć w złotek klatce, by był tylko i wyłącznie mój. Trzymałbym go w jednym z licznych pokoi w domu i spędzałbym codziennie całe godziny obserwując go, podziwiając. Camus był jak wspaniały ptak, którego jedno pióro było bezcenne, a on sam wydawał się mitycznym stworzeniem, którego nikt nie widział. A ja bym go miał i chował przed światem zazdrosny o każde ciekawskie spojrzenie, które spoczęłoby na nim.
Tak jak niejednokrotnie już sobie powtarzałem, moje pragnienia stawały się coraz bardziej samolubne, a mi nie wystarczała już sama świadomość, iż gdzieś tam jest mój profesor, ja chciałem go mieć tylko i wyłącznie dla siebie.
Wchodząc do pokoju opadłem na łóżko i zamknąłem oczy na zaledwie kilka sekund. Coś na moim biurku wydawało dziwne odgłosy, a przecież nie mogła to być moja sowa, która wczorajszego wieczora została wypuszczona i miała dostarczyć list do Olivera.
A jednak, kiedy spojrzałem na biurko dostrzegłem na nim białego puchacza, który dumnie wpatrywał się we mnie i dziobem przesunął w moją stronę jakiś pakunek. Zaledwie sięgnąłem po pudełeczko i doręczony do niego list a zwierzę wyfrunęło z mojego pokoju przez otwarte okno.
Pudełeczko, które teraz trzymałem na kolanach, było, co prawda niewielkie, jednak bardzo interesowała mnie jego zawartość. Otworzyłem je jeszcze zanim spojrzałem na list. W środku w plastikowym opakowaniu znajdowały się ciasteczka wielkości większych monet w kształcie ślicznych kwiatuszków o środku z jakiejś pomarańczowej galaretki. Nagle poczułem, że mam ochotę na słodycze i sięgnąłem po jedno ciastko. Ścisnąłem je trochę za mocno, gdyż rozsypało się w moich palcach. Byłem zaskoczony, nigdy nie miałem do czynienia z tak kruchymi ciastkami. Podniosłem, więc kolejne, o wiele delikatniej i wsunąłem do ust. Rozpłynęło się w nich smakiem wanilii i brzoskwiń. Nie było wcale suche, jak mogło się wydawać, ale sprawiało wrażenie nasączonego czymś i przez to jeszcze smaczniejsze. Doprawdy nigdy nie miałem w ustach tak lekkich i delikatnych słodyczy.
Jakby zaczarowany przez ten jeden wypiekany kwiatek szybko porwałem list z pościeli i otworzyłem. Pod razu rozpoznałem pismo Marcela, które znałem przecież z karteczek dołączanych do prezentów. Ciastka były od niego!
Liścik był krótki, ale mogłem czytać go raz po raz.
Smacznego.
Mam nadzieję, iż ciastka będą Ci smakować.
Wypocznij dobrze podczas wakacji.
Marcel
Opadłem na łóżko tuląc list do piersi i uśmiechałem się szeroko. Dobrze wiedziałem, iż te kilka zdań, niepozornych i krótkich, w rzeczywistości znaczyło więcej niż mogło się wydawać. Przecież zdawałem sobie sprawę z tego, iż Camus wkłada niezliczone ilości uczuć w każde wypowiadane słowo, więc te pisane musiały zawierać jeszcze więcej emocji.
Nadal z listem w dłoni usiadłem i sięgnąłem po ciastka. Jadłem je powoli, jedno za drugim, rozkoszowałem się nimi. Mogłem pokusić się o stwierdzenie, iż zostały zrobione właśnie przez nauczyciela i kiedy ta myśl przyszła mi do głowy przygryzłem wargę spinając całe ciało by odreagować tym ogromną radość.
Przecież te ciasteczka były delikatne, kruche i idealnie słodkie, zupełnie jak Marcel. Każdy zjadany przeze mnie kwiatuszek był, więc obrazem mojego ukochanego profesora i przeznaczony był wyłącznie dla mnie.
Musiałem odpisać na ten liścik! Powinienem coś wysłać mężczyźnie w zamian, ale co? Nie mogłem bawić się w kuchni, nie mogłem używać magii. Nie miałem zupełnie nic, co mógłbym dać nauczycielowi w zamian za te pyszności, które mi wysłał.
Z niejakim niezadowoleniem stwierdziłem, iż musze poprzestać tylko na liście.
Poderwałem się z miejsca i siadając przy biurku wkładałem do ust drobny kwiatek, a czując jego niesamowity smak starałem się odnaleźć natchnienie by pisać.
Już planowałem, że list od profesora zostanie ukryty w moim pamiętniku, kiedy tylko skończę wszystkie ciastka, by był kolejnym najcenniejszym przedmiotem, który posiadałem.
*
Spodziewałem się odpowiedzi Fillipa na mój niewielki i niesłychanie dziecinny prezent. Znałem chłopca na tyle, by wiedzieć, iż nie pozwoli sobie na ciche przyjęcie czegokolwiek bez wyrażenia swojej wdzięczności. A jednak nie tylko z niecierpliwością czekałem na jego list, ale i cieszyłem się niesamowicie na myśl o tym, że dostanę od niego tak wiele. Z pozoru zwyczajny zapisany kawałek pergaminu miał dla mnie wartość większą niż wszystko inne.
W końcu otrzymałem ładną kopertę ze starannie wypisanym na niej moim nazwiskiem. Przesunąłem palcami po zapisanych ręką Fillipa słowach. Litery były zgrabne, pełne niewidzialnej wyniosłości. Typowy styl pisma młodego panicza, którego nauczono dbać nawet o takie szczegóły.
Nie potrafiłem bez niego wytrzymać, to, dlatego zdecydowałem się w jakikolwiek sposób przerwać cisze panującą między nami w czasie wakacji. Byłem nauczycielem, a on moim uczniem i doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie wolno było mi faworyzować nikogo, właśnie, dlatego musiałem znaleźć inny sposób na pokazanie chłopcu, że o nim myślę.
Wyszukałem najlepszy przepis mojej babci, smak, który pamiętałem z dzieciństwa, który uwielbiałem. Uznałem go za najlepszy dla Fillipa, a bardzo chciałem by skosztował tych ciasteczek. Tym samym miałem wymówkę, by nie pisać wiele, ale jednak cokolwiek nakreślić na kartce. Nikt nie mógł posądzić mnie o zbytnie zainteresowanie uczniem, a wymówka odnośnie wypieków mogła znaleźć się zawsze.
Nie byłem tylko pewny, czy zdołam osiągnąć zamierzony cel, a jednak udało się. Ciastka wyszły idealnie, a tym samym mogłem dać je mojemu Skarbowi. Nie musiał wiedzieć skąd się wzięły, chciałem jedynie by pamiętał o mnie nawet w czasie letnich wakacji. Lub może przede wszystkim wtedy, kiedy nie mogłem nad nim czuwać, nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, co robi.
Z namaszczeniem otworzyłem list i wyjąłem białą kartkę o złoconych krawędziach. Pasowała do Fillipa, nawet, jeśli był to tylko jeden niewielki szczegół, na który nie musiałem zwracać uwagi. Już u samej góry widniały drobne, piękne literki, którymi zwracał się bezpośrednio do mnie. Jego pismo zmieniało się minimalnie na bardziej dojrzałe, jednak pewne akcenty pozostawały niezmienne. Uwielbiałem styl jego pisma, jak i wszystko, co z Fillipem się wiązało.
Drogi panie profesorze,
Nawet pan nie wie jak bardzo ucieszyły mnie ciasteczka i pańska wiadomość! Nie często dostaję takie prezenty, a szczerze mówiąc zdarzyło się to po raz pierwszy. Tym większą radość sprawiła mi pańska paczuszka, ale także jej niesamowita zawartość. Nigdy nie jadłem niczego lepszego! Żałuję bardzo, że nie mógł pan jeść tych ciasteczek ze mną. Mam jednak nadzieję, że będziemy mogli to nadrobić, kiedy wrócę do szkoły.
Życzę panu bardzo relaksującej drugiej połowy wakacji i wielu motylków za oknem!
Fillip
Tak, ja również bardzo żałowałem, że nie mogłem patrzeć jak Fillip wsuwa do ust drobne ciastka, jak jego wargi poruszają się, policzki lekko pęcznieją, a drobna dłoń sięga po kolejne. Takie gesty, chociaż całkowicie naturalne wydawały mi się wyjątkowymi. Jeśli tylko będzie możliwym, bym mógł rozkoszować się tym widokiem w Hogwarcie, skorzystam z tej sposobności lub nawet wymuszę na losie, by pozwolił mi na tę odrobinę radości.
Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w treść listu, a później schowałem go do koperty i ukryłem w szufladce nocnej szafki, gdzie znajdowały się także inne, drobniejsze formy korespondencji, jakie otrzymałem od chłopca.
Kolejne spojrzenie na białą kopertę i uśmiechnąłem się do siebie.
- Miłych wakacji, Fillipie. – westchnąłem do siebie, marząc o tym by chłopiec mógł usłyszeć moje słowa. - Kiedyś będziesz spędzał je ze mną. – wyraziłem na głos swoje fantazje.
Położyłem się na łóżku patrząc w sufit. Wydawało mi się, że to właśnie na nim pojawiają się obrazy, które powoli formował mój umysł, a które później stawały mi przed oczyma.
Roześmiana twarz Fillipa, jego ciepły głos, słodkie słowa, łagodność, ale także zdecydowanie, niewinność, która otaczała go, chroniła.
Zupełnie nie wiedziałem, kiedy pojawiły się marzenia, w których chłopiec jest tutaj ze mną, zgania mnie z łóżka karcąc za lenistwo, całuje, a ja przyciągam go do siebie, obejmuję i całuję jeszcze raz, mocno. Chociaż było to niemożliwe to równocześnie stanowiło cudownie piękną baśń.
Czy miałem prawo wykraść chłopca światu? Zabrać go wszystkim, uczynić tylko swoim, by móc opiekować się nim wiecznie, rozpieszczać i dawać szczęście?
To było niemożliwe, a jednak cudownie ogrzewało moje serce. Czułem jak przyjemne wizje wypełniają mnie, podsuwają nowe, wprowadzają mnie w coraz głębsze obszary moich uczuć.
Jakkolwiek było to niewłaściwe wakacje pozwalały mi fantazjować bez obaw, że nie zdołam nad sobą zapanować. Mogłem do woli karmić swoje pragnienia, a później poskramiać je i uspokajać.
Nie było w tym szaleństwa, ale uczucia. Czyste, głębokie, bezgraniczne. Wyłącznie uczucia, wśród których liczył się wyłącznie mój Fillip.
Byłem dziwnie szczęśliwy, chociaż chłopiec był daleko ode mnie.
Kochałem go całym sobą i chciałem być zawsze z nim, zawsze blisko.