sobota, 31 października 2009

Citrouille

Dynia! Wielka, pulchna dynia! Tak właśnie wyglądałem! Cała szkoła miała ubaw! Fillip Ballack, jako Halloween’owa dynia! Oczywiście z winy rodziców, bo to przez nich byłem najniższym trzecioklasistą w szkole! Co za upokorzenie! Dlaczego akurat dynia?!
Zapowiadało się niewinnie. Któryś z nauczycieli zaproponował by w tym roku życzenia i prezenty na Halloween roznosił jeden z uczniów. Naturalnie miał otrzymać przebranie i zwolnienie z zajęć. Musieli tylko kogoś wybrać. Chyba każdy był ciekaw, na kogo padnie i tym samym obawiał się, że może to być on sam. Nikomu nie uśmiechała się rola Halloween’owego listonosza. I tu zaczął się mój horror. Uzasadniając swój wybór moim niskim wzrostem, odpowiednią budową ciała, rozeznaniem w szkole i sumiennością wcisnęli mi w ręce przebranie dyni i zaznaczyli, że od ich decyzji nie ma żadnego odwołania.
I tak oto w ten jeden wyjątkowy dzień byłem zmuszony ośmieszać się przed całą szkołą. Wyglądałem okropnie! Wielki, pomarańczowy balon!
Prezenty i kartki z życzeniami zbierano już dwa dni wcześniej, a teraz leżały posegregowane i złożone na kupki w pokoju nauczycielskim. Miałem do niego nieograniczony niczym wstęp, co było jedynym plusem tej sytuacji. Była to idealna możliwość by chociażby przez chwilę, przypadkiem zobaczyć nauczyciela latania, ale i unikać bezpośredniego spotkania z nim. Nie chciałem by widział mnie takim. To byłoby straszne! Kolejny dowód na to, że nigdy nie weźmie mnie na poważnie i zawsze będę dla niego tylko zabawnym dzieckiem. Bo niby, kto potraktuje chodzącą dynię, jako poważnego mężczyznę, lub chociażby kandydata na mężczyznę?
W takim właśnie przeświadczeniu, bez najmniejszego entuzjazmu zabrałem się za roznoszenie zaczynając od najmniejszych kupek. Wkładałem je do koszyczka w kształcie nietoperza i chodziłem po klasach roznosząc adresatom. Na początku nie było większych problemów. Kilka kartek, jakieś małe prezenty. Niestety przy osobach, które miały największe powodzenie w szkole mój koszyczek nie wystarczał. Musiałem nosić to w rękach, lub wielkich czarnych siatkach z duszkiem. Całe szczęście nie było to najcięższe i dawałem radę. Niestety nie jednokrotnie denerwowałem się i mruczałem pod nosem, kiedy ktoś śmiał się na mój widok, lub komentował. Nie zgłosiłem się sam do tego, miałem po prostu pecha, więc tym bardziej czułem się wtedy upokorzony. Wcale mi się to nie podobało, a nogi szybko zaczęły boleć mnie od chodzenia. Szkoła była wielka, uczniów sporo, a ja tylko jeden. To tłumaczyło, dlaczego dostałem na to cały dzień. Ktoś musiał przewidzieć, że nie będzie to łatwe zadanie, a mimo wszystko zrobili ze mnie ofiarę swojego spisku przeciwko moim uczuciom do nauczyciela. Zdecydowanie wolałem już siedzieć na zajęciach niż paradować po szkole w dziwnym stroju! Mogłem zapomnieć o wyznaniu swojej miłości nauczycielowi w tym roku. Nie po czymś takim.
Niestety ani razu nie natknąłem się na Camusa, co miało swoje osobliwe plusy. Nie widział mnie takim, jakim właśnie byłem. Pomarańczową, okrągłą dynią, która wywoływała śmiech nawet u najpoważniejszych. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że o tym słyszał, jednak między tym, co mówiono, a tym, co mógł zobaczyć była wielka różnica wpływająca na moją korzyść.
Ten jeden raz byłem rozradowany i cały w skowronkach, kiedy przyszło mi zanieść ostatnią już, największą kupkę prezentów i życzeń. Tylko to i będę mógł zdjąć ten paskudny strój! Chciałem skakać z radości. Tylko to i będę mógł szukać Camusa, dla samej przyjemności oglądania go! Czułem, że mógłbym unieść się pod sufit! Myśl o tym była aż nazbyt cudowna! Aż trudna do zniesienia dla mojego niewielkiego serca, które musiało wysilać się niebanalnie by pompować jak najwięcej krwi.
I nagle mina mi zrzedła. Ostatnia kupka była podpisana imieniem i nazwiskiem nauczyciela latania! Wielka zbieranina życzeń i upominków miała trafić właśnie do niego, a ja miałem ją zanieść! Nagle uświadomiłem sobie, że ja nie mam dla niego nic od siebie. Nie przyszło mi do głowy by dać mu coś z okazji Halloween. Było mi niesamowicie wstyd. Zajęty sobą, zaabsorbowany swoim nieszczęściem zapomniałem o czymś tak ważnym. Dziewczyny o tym pamiętały, a ja całkowicie zapomniałem. Przekonany o swoim wielkim uczuciu uważałem się za lepszego niż inni, a jednak to właśnie ja nie pomyślałem o tak drobnym geście. Teraz nie liczyło się już nawet to głupie przebranie. Niech mnie zobaczy takiego. Mały, żałosny uczniak, który nie zasłużył by darzyć miłością kogoś takiego, jak Camus.
Na tym skończyło się całe moje szczęście. Po prostu pozbierałem kartki i paczuszki dla nauczyciela, włożyłem wszystkie do reklamówek, zapakowałem w koszyczek swoje rzeczy i ruszyłem ze spuszczona głową pod drzwi jego gabinetu.

~ * ~ * ~

Zauważyłem, iż coraz częściej mam kłopoty ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego miejsca i zajęcia. Książki stały na półkach, czekając aż poczuję chęć na dalsze ich czytanie, rozpoczęty list leżał w szafce biurka wyczekując przypływu natchnienia do zwierzania się kuzynowi. Jedynym, co bynajmniej nie musiało prosić się moje zainteresowanie był pluszowy miś od Fillipa, który towarzyszył mi bez przerwy. Nosiłem go po całej sypiali, przenosiłem do gabinetu. W zależności od moich upodobań, co do wystroju kącika, jaki miałem w szkole.
Siedziałem na fotelu przed biurkiem, trzymając w objęciach misia i na głos rozmawiałem z nim opowiadając mu o tym, że Fillip jest dziś w stroju dyni, ale wcale go dziś nie widziałem, że bardzo bym tego chciał, gdyż z pewnością wyglądał olśniewająco. Biedny pluszak musiał znosić moje liczne jęki dotyczące braku szczęścia w spotkaniach ze Ślizgonem, a także te rozliczne fantazje dotyczące chłopca. Kochana maskotka nigdy się nie skarżyła.
Zostawiłem misia na krześle, kiedy usłyszałem pukanie. Pogłaskałem go, powiedział by grzecznie na mnie czekał i dopiero wtedy podszedłem do drzwi. Brakowało mi go trochę w ramionach. Tego miękkiego, pluszowego kształtu, który przyjemnie grzał moją pierś.
- Tak? – zapytałem uchylając drzwi i w następnej chwili poczułem coś na wzór uderzenia w twarz.
Śliczna opalona buźka, duże, ciemne oczy, falowane włoski układające się cudownie na ramionach. Pomarańczowy dyniowy berecik z zielonym wykończeniem w kształcie łodyżki, małego listka i licznych sprężynek układał się idealnie na głowie chłopca. Niewielki obcas zielonych butów stukał nerwowo o podłogę, gdy ubrana w zielone rajstopy nóżka poruszała się rytmicznie. Chłopcu nie było widać nawet szyi. Spora, wypchana, pomarańczowa dynia zaczynała się już od samej brody, a kończyła w połowie ud. Dynia zmieniała trochę kształt, gdy chłopiec ruszał rękoma. Rękawy zielonego sweterka, który Ślizgon musiał mieć na sobie kończyły się rękawiczkami bez palców. Strój był wykonany idealnie i starannie. Pasował do Fillipa i sprawiał, że chłopiec wyglądał niemożliwie słodko. Najwspanialsza dynia, jaką widziałem w życiu. W ręku trzymał śliczny koszyczek ze skrzydełkami nietoperza. Widziałem w niej ubrania i buty.
- Może się pan śmiać! – Fillip mruknął głośno nadąsany i odwrócił się. Zaczął wciągać do środka reklamówki. Nie wydawał się zadowolony.
- Dlaczego miałbym się śmiać? – zapytałem łagodnie pomagając mu z pakunkami. Oczywiście uśmiechałem się na początku, jednak z zachwytu nad jego aktualnym wyglądem. Naprawdę mi się podobał!
- Nie ważne. – westchnął ciężko. – Listy i prezenty z okazji Halloween. – powiedział z wyraźną niechęcią. – Jest pan ostatni na liście, więc czy mogę się przebrać? – podniósł koszyczek. – Mam już dosyć tego stroju, czuję się jak gigantyczny pączek!
- Co najwyżej dyniowy pasztecik. – nie mogłem się powstrzymać i zachichotałem. Fillip wydął policzki i tupnął. Popatrzył na mnie zły i może trochę speszony. – Idź do łazienki i przebierz się. – pokazałem mu odpowiednie drzwi.  
Chłopiec od razu pomaszerował w tamtą stronę. Drzwi trzasnęły cicho, kiedy zamknął się za nimi, a ja patrzyłem na niego zawiedzony. Wolałem by został w tamtym stroju i uśmiechał się szeroko, tak jak wielokrotnie to robił wcześniej. Serce mi się krajało, kiedy widziałem jego udręczoną minę. Chciałem by zawsze był wesoły, uśmiechnięty i naprawdę szczęśliwy.
Po chwili drzwi otworzyły się, a lekko rumiana buźka wychyliła się z niej.
- Czy może mi pan pomóc? – zapytał nieśmiało i wyszedł z łazienki. Nadal miał na sobie dyniowy strój. 
 Zmarszczyłem brwi nie wiedząc, co się stało, jednak, kiedy tylko Fillip odwrócił się tyłem zrozumiałem. Nie mógł poradzić sobie z zamkiem na plecach. Tym razem powstrzymałem śmiech by go nie urazić. Podszedłem i powoli rozsunąłem przebranie do samego dołu, by mógł je zdjąć.
- Już, Fillipie. – pogłaskałem go po głowie.
- Dziękuję. – powiedział wyraźnie i znowu skierował się w stronę drzwi. Popatrzył w bok na fotel z misiem. Całkiem o nim zapomniałem! – Miś! – stwierdził przenosząc zdziwione spojrzenie z zabawki na mnie. Musiałem przyznać, że trochę mnie to speszyło.
- Tak, miś. – mruknąłem – Jestem do niego bardzo przywiązany. – uśmiechnąłem się. Twarz chłopca zrobiła się intensywnie czerwona, a ten szybko zatrzasnął za sobą drzwi łazienki.
Był taki słodki, ale co tym razem zrobiłem źle?

~ * ~ * ~

Oparłem się o zatrzaśnięte drzwi. Czułem jak niesamowicie mi gorąco!
Miś... Mój miś... Miś, którego dałem nauczycielowi w prezencie! Nadal go miał... Woził ze sobą do szkoły! I mówił, że jest do niego przywiązany! A teraz miś siedział na jego fotelu, przy którym zazwyczaj pracował Marcel! To znaczyło, że profesor miał go ze sobą, zanim otworzył mi drzwi!
Piszczałem cicho zasłaniając usta dłońmi, by nie było mnie słychać. Na to nie mogłem już nic poradzić. Byłem zbyt zszokowany, szczęśliwy i podniecony. Mój głupi prezent był ciągle z nauczycielem! Nie mogłem tego wytrzymać!
Wstałem i zacząłem skakać by jakoś odreagować rozpierającą mnie radość. Teraz mogłem być nawet i dynią!
Byłem taki rozradowany! Niemal umierałem ze szczęścia. Raj! Kochany miś! Był z Marcelem zamiast mnie i w dodatku pewnie nie raz był przez niego tulony! Jak ja chciałem być teraz misiem! Takim pluszowym, wypchanym misiem na kolanach nauczyciela latania! I żeby mnie całował w pluszowy nos i żebym mógł czuć jego ciepło przy każdym przytulaniu! Chciałem być pluszowym misiem jak niczym innym na świecie!
- Fillipie? – profesor zastukał w drzwi łazienki.
- J... Już, już! – zerwałem się na szybkiego zdejmując strój dyni.

~ * ~ * ~

Już zaczynałem się martwić, kiedy tak wpadł do łazienki i nie wychodził. Na szczęście nieśmiało wyjrzał zza drzwi i wyszedł do gabinetu. Popatrzył na fotel. Wcześniej zabrałem z niego misia i posadziłem go na półce przy książkach. Chłopiec chyba i tak go spostrzegł.
- Usiądź, Fillipie. – wskazałem zwolnione już miejsce. Chłopiec klapnął na nim machając nogami w powietrzu.
- Mógłby pan przygasić światło? – zapytał niewinnie. – Będzie widać gwiazdy!
Zrobiłem to w mgnieniu oka nawet nie myśląc o tym, o co prosił. Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko bez mrugnięcia okiem, więc dlaczego nie miałbym wykonać tak prostego polecenia? Stanąłem przy biurku opierając się o nie, gdy chłopiec przekręcił się na fotelu patrząc przez okno. Obaj wpatrywaliśmy się w ciemność wieczora i liczne gwiazdy, które już teraz pojawiły się na niebie. To była naprawdę ładna i w miarę ciepła jesienna noc. Byłem szczęśliwy będąc tu z Fillipem, wspominając to jak wyglądał w stroju dyni. Moja mała Kraina Cudów.
- Fillipie. – zacząłem starając się mówić w miarę cicho. Już sam półmrok w pokoju zmuszał niemal do szeptu. – Uważam, że byłeś cudowną dynią. Nigdy nie widziałem ładniejszej! – zapewniłem żarliwie patrząc na zaskoczonego chłopca, którego oczy błyszczały odbijającymi się w nich gwiazdami. – Naprawdę, Fillipie. Nie wiem, kto wybrał akurat ciebie, ale musiał wiedzieć, że będziesz przewspaniałą dynią!
Chłopiec prychnął i skrzyżował dłonie na piersiach patrząc ponownie w okno.
- Wyglądałem okropnie. – uparł się – Jak dyniowy pasztet! Sam pan tak powiedział.
- Bo... Bo to prawda, ale ten pasztecik był niesamowicie słodki! Jak żaden inny! Najwspanialszy dyniowy pasztecik, jaki widziałem! – nie chciałem by chłopiec się na mnie obraził. Był dla mnie tak ważny, a ja chyba właśnie się pogrążałem.

~ * ~ * ~

Nie przypuszczałem, że profesor może uważać mnie za słodki dyniowy pasztecik. W ogóle nie przypuszczałem, że mogę mu się podobać w tamtym stroju. Tak zabawnie starał się wybrnąć z tej sytuacji i przekonać mnie, że jednak wyglądałem dobrze, a on to docenia.
Nagle żałowałem, że zdjąłem tamto przebranie. Nauczyciel uważał, że jestem słodki!
Po moich ustach błąkał się zadowolony uśmiech, ale nie chciałem by go widział. To zdradziłoby na pewno to jak zależy mi na jego miłych słowach i pochwałach.
Zacząłem kręcić się na fotelu odrobinę na boki, by zająć się czymś, nie myśleć o tych rozkosznych słowach, jakie słyszałem, a z resztą nie byliśmy sami w pokoju! Miś na to patrzył! I ciekawe czy był o mnie zazdrosny? O to, że teraz to ja siedziałem na miejscu nauczyciela, rozmawiałem z nim, a on starał się jak mógł by jakoś załagodzić sytuację.
Patrz misiu! Marcel jest mój, a ty masz mu tylko o mnie przypominać, pamiętaj! Nie oddam ci go, nawet gdybym miał najeść się pluszu!
Dostrzegłem spadającą gwiazdę za oknem. To była taka piękna chwila. Camus na pewno także ją widział! Ja musiałem coś z tym zrobić! Po prostu musiałem!
- Wie pan, co się mówi? – zacząłem z trudem nie mówiąc szybko i nerwowo, ale wolno i z udawaną obojętnością, co chyba mi nie wychodziło jak należy.
- Co takiego, Fillipie? – jak ja uwielbiałem, kiedy wymawiał moje imię!
- Bo podobno... W Halloween... Kiedy widzi się spadającą gwiazdę to powinno się pocałować osobę, która jest najbliżej, bo to przynosi szczęście na cały tydzień! – zmyślałem na poczekaniu! Nie chciałem kłamać i poniekąd bynajmniej nie było to kłamstwem. Przecież taki pocałunek teraz sprawiłby mi niewysłowioną radość i byłby zapowiedzą cudownego tygodnia! Więc chociaż wymyśliłem coś tak głupiego i banalnego, to jednak było prawdą!
Zdawałem sobie sprawę, że to zbyt dziecinne i nauczyciel może się tylko roześmiać i powiedzieć, że to brednie, jednak ja musiałem spróbować. Pragnąłem tego jednego buziaka, jak pluszowy miś! Bardzo, bardzo, bardzo!

~ * ~ * ~

To zabawne. Nigdy o tym nie słyszałem. Widać każde pokolenie wymyślało nowe przesądy, a ten był taki zabawnie naiwny, ale chyba jednak prawdziwy, bo przecież dla mnie już sam ten pocałunek byłby małym Rajem, a to znaczyło, że może i Fillipowi przyniósłby tydzień szczęścia, po tym niezbyt udanym dniu. Nie pragnąłem niczego bardziej, jak właśnie takiej chwili radości dla Ślizgona.
- Nie wiedziałem o tym. – powiedziałem szczerze. Już nie mogłem się powstrzymać. Byłem pewny, że to zrobię. Jeden buziak, który zapewni chłopcu cały tydzień radości! Jeden buziak, który przerodzi się w całą Wieczność dla mojego serca. – Bardzo chcę żebyś miał dobry tydzień. – zapewniłem.
Odwróciłem chłopca w swoją stronę i pochyliłem się nad nim.

~ * ~ * ~

Przymknąłem oczy.
Jeśli teraz Marcel usłyszy jak szybko bije mi serce będzie po wszystkim! Ciszej! Bij ciszej! Przecież jest tak blisko! Zaraz cię usłyszy i ucieknie! Wolniej, ciszej!
Był tak blisko! Jego zapach, ciepło. Czy jego serce także tak szaleje? Naprawdę chciałbym to wiedzieć. Czy tak samo jak moje wyrywa się z piersi? Czy podchodzi mu z nerwów do gardła?
Tak blisko... I wtedy słodki, mały, niewinny buziak... Prosto w policzek! Jak zawsze!
Nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem się głośno śmiać niemal tarzając po fotelu. Wiedziałem, że profesor patrzy na to zdziwiony, jednak ja mogłem tylko machnąć ręką, by się nie przejmował i nadal chichotałem bez opamiętania.
Jaki on był słodki! Nie ja, nie ten dziwny strój dyni! To Marcel był słodki! On, on, on!
Z trudem mogłem się powstrzymać. Buziak w policzek! Mam najszczęśliwsze policzki na świecie!

~ * ~ * ~

Nie miałem pojęcia, co tak rozbawiło Fillipa, ale cokolwiek to było naprawdę się z tego cieszyłem. W końcu się uśmiechał. Był radosny, a to najważniejsze. Widać ten przesąd działał. I to od razu, gdy tylko dało się innej osobie buziaka. Zaskakujące.
Pogłaskałem chłopca po głowie i odgarnąłem mu z twarzy włosy. Mój Anioł otarł oczka rękawem swetra i wspiął się na fotel.
- Ja też chcę by pan miał dobry tydzień! – zapewnił i ułożył usteczka w dzióbek dotykając nimi mojego nosa.
I nagle to ja byłem bezgranicznie szczęśliwy! To ja miałem ochotę śmiać się, płakać ze szczęścia i krzyczeć z radości!
Małe, słodkie usteczka na mojej skórze. Mój rozkoszny Fillip. Mój Anioł.
I nagle dostałem kolejnego takiego buziaka, a Ślizgon uśmiechnął się cudownie.
- A to, jako podziękowanie. – na chwilę przygryzł wargę, ale szybko zabrał z niej ząbki. – Za to, że poprawił mi pan humor i powiedział tyle miłych słów! I w ogóle...

~ * ~ * ~

Zacząłem się zacinać i plątać. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, a jednak chciałem mówić dalej!

~ * ~ * ~

I co ja miałem odpowiedzieć komuś tak rozkosznemu? Nie wiedziałem. Odebrało mi mowę.
Pogłaskałem go po głowie i naraz obaj zaczęliśmy się śmiać. Ciepło, głośno i z prawdziwą radością.
To był niesamowicie dziwny wieczór. Może wpłynęło na to Halloween, a może po prostu taki miał być, gdyż takim zaplanował go Pan?
Nieważne, nieistotne.
Byłem szczęśliwy.

poniedziałek, 28 września 2009

Parapluie

Kiedy wsiadałem do pociągu słońce świeciło mocno, pieszczotliwie, a powietrze było ciepłe i niesamowicie przyjemne. Niestety całe to piękno psuło wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czułem ten dziwny balonik, który napełniał się powietrzem wewnątrz brzucha za każdym razem, gdy coś podobnego mi się przytrafiało. Wymieniałem w myślach wszystko, co powinienem ze sobą zabrać, jednak każda z tych rzeczy była w moim kufrze, zapewne, dlatego o nich pamiętałem, a ucisk w żołądku wcale się nie zmniejszał. Starałem się nawet układać krótkie historyjki i dzięki temu znaleźć w końcu gdzieś w pamięci rzecz, o której zapomniałem. Także i to nie przyniosło spodziewanego efektu. Nie byłem nawet pewien, czy to ważne, czy też nie.
Całą drogę do Hogwartu zaprzątało to moje myśli i sprawiało, że nie mogłem w pełni cieszyć się powrotem do szkoły. Chociaż czasami usilnie próbowałem skupić się na wyobrażeniu sobie spotkania z profesorem Camusem, lub zajęć z nim, balonik wewnątrz mnie nie dawał mi spokoju ani na chwilę. Było to denerwujące, jednak nieuniknione. Musiałem sobie przypomnieć, jeśli chciałem zaznać spokoju, a tym bardziej, jeśli chciałem by nauczyciel latania był jedynym w moich myślach.
Pamięć jak na złość stawiała opory, ale zaskoczyła niespodziewanie w najmniej pożądanym momencie. Jechaliśmy już powozem, kiedy zaczął padać deszcz. Nie było żadnego lekkiego, małego deszczyku. Od razu zaskoczyło nas prawdziwe oberwanie chmury. Wielkie i ciężkie krople rozbijały się o szybę, dach i każdą inną powierzchnię, na jaką trafiło. Ochłodziło się, a na ziemi w przeciągu kilku minut wytworzyły się wielkie kałuże.
Tak, nie było wątpliwości. Tym, czego zapomniałem był parasol. Na domiar złego nie mogłem liczyć na kolegów, ani Olivera. Każdy z nich miał niewielką parasoleczkę, pod którą mieściła się jedynie jedna osoba, w dodatku dziecko, jako że dorosłemu takie maleństwo nie dałoby wiele. Chociaż siedziałem bezpiecznie w powozie, to już czułem przemoczone trampki i przenikliwe zimno, które czeka mnie, gdy tylko wyjdę na deszcz i spróbuję jakoś przedostać się do zamku.
- Zapomniałeś? – Oliver szturchnął mnie wybudzając z tego sennego zamyślenia. Z początku nie wiedziałem, o co mu chodzi, jednak domyśliłem się, kiedy patrzył na mnie przenikliwie. – Z twojej twarzy można wszystko wyczytać i tylko ślepy by tego nie zauważył. – mruknął.
- Tak... Tak... – zaniepokoiło mnie jego spostrzeżenie. Jeśli byłoby to prawdą Camus wiedziałby, że się w nim kocham, a przecież nie miał pojęcia! Nie mógł o tym wiedzieć, gdyż nasze stosunki były wręcz idealne, a gdyby znał mój sekret na pewno więcej nie pokazałby mi się na oczy. Oliver musiał się mylić, bo Marcel wcale nie był ślepy, a przecież moja tajemnica nadal pozostawała tajemnicą.
- A tym razem, co się dzieje? – mruknął niezadowolony przykładając mi dłoń do czoła i sprawdzając czy nie mam gorączki, patrząc w oczy jakby czegoś w nich szukał. – Nie jesteś chory.
- Oczywiście, że nie jestem! – sycząc odsunąłem się od niego. Ten to miał pomysły. – Zapomniałem parasola, z wami nie pójdę, więc będziesz musiał zdobyć dla mnie jakiś, kiedy dotrzesz do zamku. Z resztą chłopcy ci pożyczą. – wskazałem przytakujących kolegów, z którymi jechaliśmy. Na moim miejscu też nie wyglądałbyś na szczególnie szczęśliwego. – skarciłem kuzyna.
- Dobrze już, bez zbędnych wykładów, Fillipie. – machnął na mnie ręką. Miałem ochotę mu ją odgryźć by nauczył się, że mnie nie wolno ignorować, kiedy się denerwuję, jednak nie miałem na to zbyt wiele czasu. 
Powóz zajechał już przed bramę zamku i zatrzymał się. Jako pierwsi wysiedli starsi uczniowie tłumacząc głośno, że ze względu na pogodę ten kawałek od bramy głównej do zamku mamy przejść pieszo. To już całkowicie wykluczyło możliwość pobiegnięcia do zamku. Musiałem zostać w powozie i poczekać na kuzyna.
- Wrócę, kiedy tylko dadzą mi parasol. – obiecał Oliver i wyszedł na deszcz za kolegami kuląc się by nie zmoknąć mimo parasola w ręce.
Westchnąłem i usiadłem ciężko, czekając. Miałem nadzieję, że powóz nie odjedzie skoro byłem w środku. Wtedy miałbym jeszcze większy problem i już z całą pewnością nie uniknąłbym przemoczenia butów i ubrań, a zapewne nawet choroby.
Podparłem głowę ręką i czekałem wytrwale. Najgorsze było to, że nie wiedziałem ile czasu minęło odkąd chłopcy wyszli i ile jeszcze musiałem czekać na Olivera. Wydawało mi się, że to trwa i trwa, i nie chce się skończyć. Dziewczyny z pewnością siedziały już w Wielkiej Sali i piszczały na widok Camusa, a ja byłem uziemiony i to tylko, dlatego, że zapomniałem parasola, który wydawał się zupełnie niepotrzebny, kiedy wsiadałem do pociągu. Gdyby nie to siedziałbym z kolegami i kuzynem nieprzytomny z radości, że znowu jestem w szkole i mogę codziennie spotykać się z nauczycielem latania. Nie potrafiłbym usiedzieć spokojnie czując łaskotanie motylich skrzydełek w brzuchu, nie mógłbym oderwać wzroku od wspaniałej postaci profesora i co najważniejsze, może nawet zdołałbym zamienić z nim kilka słów, lub chociaż przywitać się. Może dziewczyny już to zrobiły i ubiegły mnie? Może nawet otoczyły Camusa nie pozwalając mu usiąść na miejscu i niby przypadkiem dotykały go, lub ocierały się o jego ubrania?
Wzbierała we mnie wściekłość na myśl o takiej ewentualności. Nie ważne czy brudny i mokry, czy też nie. Musiałem natychmiast zjawić się w Wielkiej Sali i udaremnić jakoś atak uczennic na nauczyciela! Musiałem go obronić i mieć dla siebie nawet, jeśli miałem przypłacić to poważną chorobą!
Otworzyłem drzwi powozu marszcząc nos. To była najprawdziwsza ulewa! Zebrałem siły i całą odwagę, jaką miałem i wyszedłem na zewnątrz z zamkniętymi oczyma. Nic się nie działo, nie czułem chłodu, nie padało, chociaż słyszałem deszcz. Podniosłem przed siebie ręce. Były suche, a przecież kawałek przede mną wielka kałuża stawała się jeszcze większa przez wpadające do niej kolejne krople. Spojrzałem w górę.
Krwiście czerwone róże nie przepuszczały wody zwarte ze sobą niesamowicie ciasno. Ich łodyżki przeciskały się między rozwiniętymi, wspaniałymi kwiatami zmierzając w jego miejsce.
- Parasol? – zapytałem głośno samego siebie spoglądając w bok.

~ * ~ * ~

Nie wiem czy było to przerażenie czy zaskoczenie, jednak twarz Fillipa przybrała prawdziwie osobliwy wyraz. Wpatrywał się w guziki mojego płaszcza sunąc wzrokiem coraz wyżej. Serce niemal zamarło mi w piersi, kiedy to robił. Jego głowa unosiła się powoli, a usteczka otwierały. Spotkanie naszych oczu było jak nagły i oślepiający błysk. Oślepiało na tę niepozorną sekundę, zatrzymywało bicie serca, oddech, czas i chociaż było to tylko chwileczką, to jednak wydawało się trwać i zapisywało w pamięci.
- Tak, Fillipie, to parasol. – potwierdziłem łagodnie. Mógłbym dodać, że stworzony specjalnie dla niego, gdy zobaczyłem, że nie ma go ze znajomymi i kuzynem, jednak to zdradzałoby moje uczucia, które i tak były już nazbyt oczywiste. 
Z całą pewnością nie trzeba było wiele by zauważyć, że niecierpliwie na kogoś czekałem, że starałem się wypatrzeć kogoś w tłumie uczniów, że mój płaszcz drgał od szybkich i mocnych uderzeń serca, oddech był głośny i nierówny, a usta drżały podobnie jak dłonie. Właśnie, dlatego, iż nie potrafiłem tego ukryć starałem się stać z boku niezauważony przez nikogo. Zbyt wiele ryzykowałem poddając się ciepłu i słodyczy uczuć, ale gdybym usiłował wyprzeć je z siebie tylko raniłbym serce i duszę.
Chciałem zobaczyć Fillipa. Tylko spojrzeć na niego i w ten sposób zadowolić swoje pragnienie jego bliskości. Jedno spojrzenie, chociażby najkrótsze, a byłbym zbawiony, a mógłbym uspokoić swoje serce, oswoić gromadzące się w nim uczucia i dalej udawać, że jestem tylko zwyczajnym nauczycielem miłym dla jednego z wielu uczniów.
Gdy nie zobaczyłem mojego Anioła wśród tej gromady uczniów zaniepokoiłem się, desperacko poszukując go wzrokiem po błoniach, wśród ostatnich wchodzących uczniów. Moja dusza była wtedy rozrywana na strzępy, jednak szybko odrodziła się, gdy jeden powóz zamiast odjechać stał pod bramą. Nie byłem pewny czy jest to możliwe, jednak wierzyłem głęboko, że stał się mały cud. Jeden z wielu, jakie darował mi Pan od dnia spotkania z Fillipem.
I ziściło się kolejne z moich małych marzeń, a Ślizgon stał przy mnie równie słodki jak zawsze.
- Możesz dotknąć, Fillipie. – uśmiechnąłem się. Moje serce biło już spokojnie, byłem opanowany i rozważny. Moje ogromne pragnienie zostało zaspokojone. Anioł znowu był ze mną, moje myśli wróciły na normalny tor i nie musiałem obawiać się samotności płynącej z braku chłopca.

~ * ~ * ~

Był taki jak zawsze. Idealny, uśmiechnięty, miły, niewinny na tyle na ile niewinnym mógł być mężczyzna. Jego oczy nieprzerwanie miały w sobie ten cudowny blask, kształt warg kusił i studził zapał tych, którzy mieliby nadzieję ich skosztować. Znowu czułem w ustach smak miodu ze śniadania. Z największym trudem zdołałem oderwać spojrzenie od nauczyciela. Chciałem widzieć go zawsze, do końca świata móc widzieć tylko jego i nikogo innego.
Przypomniały mi się słowa Olivera, który mówił, że moja twarz zdradza wszytko. Speszyłem się, zaniepokoiłem i szybko wbiłem spojrzenie w parasol nade mną. Wyciągając rękę dotknąłem materiału.
- Prawdziwe! – krzyknąłem zaskoczony, a wspaniały śmiech profesora wypełnił powietrze zachwycając nawet wiatr, który złagodniał wsłuchując się w ten cudowny dźwięk.
- Tak, są prawdziwe. – Camus przyglądał mi się, wiedziałem o tym, chociaż sam nie miałem już odwagi popatrzeć na niego. Zamiast tego starałem się podziwiać parasol z najprawdziwszych róż. Kwiaty chroniły nas przed deszczem, łodyżki splatały się na środku, zaś kolce znikały w miejscu, za które nauczyciel trzymał ten niesamowity parasol.

~ * ~ * ~

Gdybym mógł w ogóle nie ruszałbym się z miejsca. Stałbym tam wpatrując się w słodki Cud przede mną, a uśmiech nie schodziłby mi z twarzy. Te wspaniałe, rozradowane oczka, rozkosznie czerwone usteczka i nagle rumiane policzki.
Nie liczyła się różdżka w kieszeni, testrale, których Fillip nie mógł zobaczyć, zaczarowana brama zamku, która wpuszczała na teren szkoły wyłącznie pożądane osoby. Magię, której zawsze szukałem miałem przed sobą i w sobie, Ślizgona i uczucia do niego. Kolejna zaklęta w kuleczce chwila spędzana razem, która trafi do mojej bezcennej szkatułki, którą dostałem od chłopca.
- Musimy iść, Fillipie. Niedługo zacznie się uczta. – nie chciałem tego mówić, jednak musiałem. Z pewnością nie wypadało nam spóźnić się na Ceremonię, a tym bardziej całkowicie ją opuścić. Chociaż bardzo bym chciał miałem swoje obowiązki, a doprowadzenie mojego Anioła na czas było właśnie jednym z nich.
Chłopiec westchnął głośno i przytaknął.
- Dobrze. – stanął blisko mnie, a kiedy ruszyłem powoli on podreptał ze mną. Starałem się iść tak by mógł omijać kałuże, a tym samym nie musiał wychodzić spod parasola. Nie chciałem by przemoczył buty, lub zmoknął. Właśnie, dlatego stworzyłem ten parasol. By mój największy skarb dotarł suchy do zamku.

~ * ~ * ~

Serce pędziło jak oszalałe, jego głośne uderzenia mieszały się z szumem deszczu i cieszyłem się niesamowicie, że na dworze było tak głośno, gdyż profesor mógłby usłyszeć to szaleńcze bicie, a wtedy spaliłbym się ze wstydu. Specjalnie usiłowałem iść jak najbliżej niego i przypadkiem ocierać się o niego ramieniem. Sprawiało mi to tak niesamowitą radość i teraz, kiedy wiedziałem, że dziewczyny nie mogą tego robić nie potrafiłem się powstrzymać. To było niemal jak bezpośredni dotyk, a przecież materiał ubrań nie był wcale tak gruby, a pod nim obaj mieliśmy nagą skórę.
Spłonąłem, kiedy to sobie uświadomiłem. Nie potrafiłem pozbyć się sprzed oczu obrazu nagiej skóry profesora, której mógłbym dotykać. Nie wiedziałem, jakie uczucie może towarzyszyć dotykaniu jej, tak jak nie znałem smaku jego warg.
- Przepraszam, że musi się pan przeze mnie fatygować. – powiedziałem z zamkniętymi oczyma by pozbyć się drżenia głosu. Zaraz potem mogłem unieść powieki uspokajając się odrobinę. Jeśli będę z nim rozmawiał nie będę myślał o dziwnych rzeczach. A jeśli on czyta w myślach? Znowu byłem cały czerwony!
- To nie fatyga, to przyjemność, że mogę ci jakoś pomóc, Fillipie.
Chciałem się na niego rzucić. Przystanąć, podskoczyć, by móc zarzucić mu ramiona na szyję i przytulić się z całych sił. Gdyby to było możliwe podpisałbym go, by każdy wiedział, że jest mój i nikt inny nie ma do niego prawa! Nie ważne, że byłem samolubny. Marcel był mój i tylko mój nawet, jeśli o tym nie wiedział!

~ * ~ * ~

Ramionko Fillipa ocierało się subtelnie o moje ramię. Usilnie starałem się opanować uśmiechając lekko, tak jak zawsze, podczas gdy w środku cały wrzałem, byłem nieprzytomny z radości i czułem, że mógłbym unieść się w powietrze gdybym tylko pozwolił sobie na uwolnienie całej tej bomby uczuć, jaką w sobie kryłem.
Gdybym tylko mógł go złapać i zamknąć w ciasnym uścisku swoich ramion, jak złotego, cudownego ptaszka w klatce. Zamknąłbym go na kłódkę, a kluczyk włożył w serce by zawsze mieć go właśnie tam, a później sprawiłbym, że klatka zniknie by był wolny, gdyż nie miałbym serca narzucać mu czegokolwiek.
- Oj... – to krótkie słówko zabrzmiało niesamowicie słodko, gdy stanęliśmy przed większą i niemożliwa do przejścia kałużą, jako że nikła dopiero gdzieś w trawie. Buty chłopca z całą pewnością nie przetrwałyby tego suche.
Byłem wdzięczny za deszcz, za błoto i to minimalne jeziorko na środku naszej ścieżki.
- Potrzymaj proszę parasol. – podałem go chłopcu, który gryząc wargę wziął go i patrzył na mnie niepewny. Nie bał się, tego byłem pewien, ale nie potrafiłem odgadnąć czy wie, co zamierzam, czy też nie.
Wziąłem go na ręce tak, by się nie ubrudzić od jego butów, ale także przede wszystkim by parasol zakrywał go całego.

~ * ~ * ~

Chciałem piszczeć! Ze szczęścia, dla samego piszczenia, by odreagować. Chciałem krzyczeć głośno i uwolnić całe to szczęście, które pęczniało w moim brzuchu, pozbyć się łaskotania w piersi. Chciałem płakać z radości!
*
Nie powiedziałem Oliverowi, że to Camus pomógł mi dotrzeć do zamku. Skłamałem, ze pomógł mi jakiś starszy Krukon przygarniając mnie pod swój parasol, gdy sprawdzał, czy nikt nie został z tyłu. Spotkałem się z kuzynem akurat, gdy ten wybiegał z Wielkiej Sali. Zaraz po przyjściu do zamku ich parasole zniknęły i z tego, co zdołał się dowiedzieć miały zostać wysuszone przez Skrzaty Domowe i pojawić się w naszych pokojach. Na szczęście chłopak nie musiał już się o mnie martwić, a ja mogłem uczestniczyć w Ceremonii Przydziału i uczcie rzucając ukradkowe spojrzenia na stół nauczycielski i nauczyciela latania. Musiałem mu podziękować za to, co dla mnie zrobił.
Zwyczajne ‘dziękuję’, jakie powiedziałem, kiedy doniósł mnie do zamku było niewystarczające. Powinienem mu coś dać, chciałem tego, ale zupełnie nie wiedziałem, co. Do głowy przyszedł mi tylko buziak, a przecież to nie byłoby podziękowaniem. Poniekąd skradłbym coś bardzo cennego nawet, jeśli musnąłbym tylko jego policzek. On pomógł mi, a ja samolubnie zrobiłbym coś by tym bardziej zadowolić siebie. Postanowiłem improwizować, a okazja nadarzyła się zaraz po posiłku. Uczniowie i nauczyciele rozeszli się szybko, a ja odesłałem kuzyna do pokoju. Zostałem w Wielkiej Sali pod pretekstem podziękowania wybawicielowi, co tym razem nie mijało się z prawdą. Poczekałem aż Oli opuści pomieszczenie i sam wyszedłem by poczekać na korytarzu na Camusa.
Miałem ogromne szczęście, ponieważ wychodził, jako ostatni i nikt nie mógł nas zaskoczyć. Kiedy mnie dostrzegł uśmiechnął się i skinął mi głową. Odwzajemniłem uśmiech zachwycony na nowo profesorem.
- O co chodzi, Fillipie? – uwielbiałem sposób, w jaki wypowiadał moje imię. Pieszczotliwie i delikatnie, czule, właśnie tak chciałem to słyszeć.
- Chciałbym panu podziękować za pomoc... Co roku mi pan pomaga w tym pierwszym dniu. – zauważyłem nie potrafiąc nawet ukryć wypieków na twarzy. To była prawda. Potrafiłem się w coś wpakować każdego pierwszego dnia szkoły, a Marcel zawsze był blisko i ratował mnie z opresji.

~ * ~ * ~
- Przecież już podziękowałeś. – byłem zaskoczony. Chłopiec nie musiał przecież dziękować w żaden specjalny sposób za pomoc, ale te rumiane policzki były dla mnie wystarczającym podziękowaniem. Piękniejsze niż nie jeden kwiat, słodkie i tak pełne wdzięku! Zachwycające.
- Ale to za mało. – mruknął wpatrując się w podłogę.
Kochałem go za to, jaki był. Niewinny, rozkoszny, po prostu był sobą, a ja nie potrafiłem opanować czułości.
Pochyliłem się i pocałowałem go w skroń.
- Naprawdę nie musisz dziękować więcej. – szepnąłem mu na ucho i chciałem się odsunąć, kiedy nagle on złapał mnie za krawat uniemożliwiając wyprostowanie się.
Popatrzyłem na niego o wiele bardziej zdziwiony niż na początku, a on spłonął rumieńcem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Wyglądał jak małe ognisko i wydawał się przerażony tym, co zrobił.
Patrzyłem na niego, a on na mnie. Chociaż panowała cisza wydawało mi się, że wszystko wiruje i szeleści, a my stoimy nieruchomo pośrodku tej karuzeli.
Fillip przełknął z trudem ślinę.
- D... Dziękuję! – krzyknął i pocałował mnie w policzek szybko. Puścił krawat i odbiegł speszony zostawiając mnie zszokowanego na środku korytarza.
Jakiż on był słodki!

piątek, 21 sierpnia 2009

Petite chaussure

Potrafiłem zrozumieć godziny spędzane w księgarni, cukierni, lub sklepach z zabawkami, całe dnie zachwycania się quidditchem, czy chociaż zabaw z przyjaciółmi, ale nigdy nie potrafiłbym pojąć jak można przez trzy godziny rozmawiać z kimś o niczym i dopasowywać nową szatę. W ogóle nie pojmowałem zachwycania się nowymi trendami mody, czy krojami tiar, lub sukni. Jeśli miałem dalej podążać tym tropem to zupełnie nie rozumiałem kobiet, a w tym także mojej matki. 
Oczywiście pobyt na Pokątnej był o wiele bardziej interesujący niż samotne siedzenie w domu, jednak wytrzymanie drugiej godziny w sklepie z szatami było niemożliwe. Z całą powagą wolałem już chodzić tam i z powrotem po ulicy mijając te same witryny niż patrzeć jak mama przymierza po raz kolejny tę samą szatę zachwycając się nią zupełnie jakby widziała ją pierwszy raz. To było nie do wytrzymania.
Znalazłem jednak lekarstwo na nudę związaną z oczekiwaniem na mamę. Kopanie kamyczków w jedną i drugą stronę było całkiem interesujące, ponieważ kamyk nigdy nie toczył się w to samo miejsce. Sam dobrze wiedziałem, że jestem aż nadto znudzony. Nigdy nie posądziłbym siebie o taką desperację, jednak jak sam się przekonałem nawet ja byłem zdolny do skrajnych zachowań.
Wakacje trwały, a dzień był, jak sądziłem, jednym ze spokojniejszych na Pokątnej. Stare czarownice zajęte były zakupami głównie w sklepie z ziołami i kociołkami, zaś mężczyźni czekali na nie w cukierni. Nieliczni towarzyszyli małżonkom, ale i po nich widać było znużenie.
Zastanawiające, że dawniej wcale tego nie zauważałem, a teraz, kiedy się mi nudziło potrafiłem dostrzegać więcej niż zazwyczaj.
Kamyk potoczył się dalej niż przypuszczałem i zatrzymał oparty o inny, o wiele mniejszy. Zupełnie jakby czekał aż podejdę i znowu go kopnę tym razem w innym kierunku z tego jak gdyby wcześniej zaznaczonego miejsca.
Nie czekając ruszyłem w tamtym kierunku.
- Aww! – nadepnąłem na coś, a przynajmniej tak mi się zdawało. Kiedy podniosłem nogę nie było pod nią nic, a jednak coś nadal mnie uciskało i sprawiało ból. Jakiś kamyczek musiał wpaść mi do buta, gdyż wbijał się w stopę i kiedy tylko poruszyłem nogą przemieszczał się, jednak nadal był boleśnie uciążliwy.
Postawiłem nogę na pięcie i pochyliłem się by zająć się kamykiem w tej samej jednak chwili dostrzegłem parę kolan, które spoczęły na ziemi, a czyjeś dłonie objęły moją stopę troskliwie.

~ * ~ * ~

Nie podniosłem głowy, nie spojrzałem nawet na niego z bliska. Moje kolana same ugięły się przed nim. Czułem dziwną rozkosz mogąc klęczeć u jego stóp. Nie było w tym poniżenia, ani żadnych nieczystych pragnień, jedynie przyjemność wypływająca z każdej sekundy, kiedy to klęczałem przed nim jak przed swoim panem, królem, władcą.
Jak niesamowitym byłoby to uczucie gdybyśmy obaj urodzili się te kilka wieków wcześniej, ja, jako rycerz i on, jako mój suweren? Jak wielką czułbym wtedy rozkosz padając na twarz za każdym razem, gdy stawałbym przed nim? Jakie wtedy stałyby się moje pragnienia? Czy moje ciało pożądałoby go równie mocno, a może i mocniej? Czy chciałem by miał nade mną władzę absolutną?
Kiedy tylko myślałem nad tym odrobinę dłużej rozwiązanie samo się nasuwało. Pragnąłem tego wszystkiego właśnie, dlatego iż moja miłość do niego byłaby wtedy połączona z prawdziwym uczuciem do władcy, a ja nawet teraz właśnie tak go traktowałem. Jako mojego pana, który ma prawo zażądać mojego życia w każdej chwili. Było jeszcze coś, co wcale by się nie zmieniło gdyby moje fantazje stały się rzeczywistością. On nadal byłby dla mnie nieosiągalny i tak jak teraz mógłbym go kochać jedynie w swojej służbie i na pozór niewinnych gestach, słowach, czy uśmiechach.
Mimo wszystko, na swój sposób, moja miłość do Fillipa zawsze była niewinna. W zupełności wystarczały mi rozmowy z nim, możliwość patrzenia na niego i słyszenia jego słodkiego głosu. Kiedy mogłem się nim opiekować byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Fillip nie musiał należeć do mnie, nie musiałem mieć go na wyłączność, chociaż właśnie tego pragnąłem. Najistotniejszym było to by Ślizgon był szczęśliwy i bezpieczny, a teraz przeszkadzał mu w tym właśnie ten niepozorny kamyczek.
Kiedy patrzyłem jak chłopiec chodzi w kółko szukając sobie jakiegoś zajęcia i kopiąc kamyki nie potrafiłem tak po prostu podejść i przerwać mu tego jakże pasjonującego zajęcia. Obserwowanie jego znudzonej, a tym samym sfrustrowanej twarzyczki wystarczająco mocno cieszyło moje serce. Był rozkoszny w tym, co robił i niewyobrażalnie piękny.
Po prostu był sobą, a to dla mnie było najważniejsze.

~ * ~ * ~

Czy to mógł być przypadek? Czy to możliwe, że za każdym razem potrafiliśmy wpaść na siebie tak nagle zupełnie przypadkowo? Innego wytłumaczenia nie było, a jednak nie potrafiłem uznać tego za zwyczajny zbieg okoliczności. To było zupełnie tak, jakby jakaś nadludzka siła chciała tego spotkania, podobnie jak i ja tego pragnąłem. Jak gdyby Bóg uśmiechał się za każdym razem, gdy widziałem Marcela i sam rozpalał we mnie całe to gorąco, jakie wtedy czułem.
A teraz, kiedy tak klęczał przede mną nie mogłem powstrzymać pojawiających się na twarzy wypieków. Chciałem zabrać nogę, którą trzymał, jednak nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu.
Mężczyzna zupełnie nie wydawał się zainteresowany mną a jedynie moją nogą. Powoli zdjął mój but i położył stopę na swoim udzie.
Czułem się dziwnie, kiedy to zrobił. Ludzie mijali nas, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Ot rodzeństwo, gdyż na ojca Marcel był zbyt młody, a ja zbyt dorosły by móc uchodzić za jego syna.
Nagle wszystko wokół jakby się rozpłynęło. Byłem tylko ja i on. Nauczyciel, który nie przejmując się niczym pomaga mi nawet w tak drobnej rzeczy.
Widziałem jak wytrzepuje kamyczek, który wypadł niemal od razu i kładzie mój trampek na ziemi obok siebie. Ponownie złapał mnie za kostkę, niesamowicie delikatnie, i otrzepał mi skarpetkę. Zaraz potem powoli zaczął zakładać mi but.
Wydawał się bez reszty pochłonięty tym zajęciem, jakby było to równie ważne, co jego obowiązki szkolne.
Zasłoniłem na chwilę twarz chcąc jakoś ochłonąć. Niestety, chociaż bardzo chciałem by moje dłonie były zimne i ugasiły płomień na policzkach, one jak na złość grzały dodatkowo. Nie było dla mnie ratunku i z pewnością musiałem spojrzeć w twarz mojego ukochanego czerwony i dodatkowo bardziej tym zawstydzony. Czułem się naprawdę głupio i byłem ciekaw czy kiedykolwiek zdołam wyrosnąć z takich dziecinnych odruchów. Poniekąd miałem teraz nowy cel do spełnienia, którego musiałem dążyć. Pozbycie się dziecięcych odruchów tak łatwego peszenia się i rumienienia było priorytetem.
- Gotowe. – nauczyciel dopiero teraz podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie niesamowicie ciepło, wręcz magicznie. – Coś jeszcze cię uwiera, czy już nie? – jego wzrok ponownie skupił się na moim trampku.
- N... Nie, już nic. – mruknąłem zdecydowanie zbyt nieśmiało. Nie chciałem by uważał mnie za dziecko, lub niezdarę, chociaż mogło już być za późno.
Jego jasne oczy uraczyły mnie zadowolonym spojrzeniem, a usta wygięły w tym samym wspaniałym uśmiechu, którym zawsze mnie obdarzały.
Chyba właśnie to tak bardzo mi imponowało. Zawsze był pełen ciepła, miły, wesoły i miał dla mnie czas. Uczniowie go uwielbiali, dziewczyny podkochiwały się w nim, a on traktował to z przymrużeniem oka, jak gdyby był tylko naszym starszym kolegą.
- Dziękuję! – przypomniałem sobie, że nawet tego nie powiedziałem i załamany uderzyłem się lekko w czoło.
Nauczyciel roześmiał się cicho. Złapał mnie za rękę i odciągnął ją od mojej głowy.
- To nic takiego – pocałował swoje palce i przyłożył do miejsca, które uderzyłem. Był niesamowicie cudowny!

~ * ~ * ~

Pogłaskałem go po głowie i nie potrafiłem ukryć czułości, jaką czułem względem niego.
- Nie wiem czy dobrze interpretuję to, co widziałem, ale chyba jesteś znudzony...
- Trochę... – pochylił głowę patrząc na swoje buty. Wyglądał tym bardziej niewinnie i dziecięco.
- Zaraz koło cukierni postawiono budkę z chichoczącymi lodami – podjąłem – Zapraszam cię na coś chłodnego, jeśli masz czas i ochotę oczywiście. – zaznaczyłem z powagą – Nie miałem jeszcze okazji spróbować tych lodów, ale słyszałem, że są naprawdę dobre i poprawiają humor... – patrzyłem na niego wyczekująco. Chciałem go jakoś zachęcić, jednak sam nie wiedziałem jak mógłbym to zrobić. Niesamowicie zależało mi na tym by przyjął zaproszenie.
Jego kasztanowe oczka rozbłysły a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wyglądał cudownie i nie spodziewałem się, że moja propozycja tak mu się spodoba.
- Ja też ich nie jadłem – powiedział nagle poważnie, jakby chciał by brzmiało to bardziej przemyślanie i może doroślej.
Z trudem powstrzymywałem śmiech, kiedy mój śliczny Anioł starał się zachowywać poważniej niż zawsze.
- W takim razie czuję się zobowiązany zaprosić cię.

~ * ~ * ~

I czy mógłbym mu odmówić? To nie wchodziło w grę. Wydawało mi się, że mogłem to potraktować, jako swoistą randkę z Camusem.
Spojrzałem na drzwi sklepu, w którym utknęła mama. Bałem się, że zaraz wyjdzie i wszystko się skończy, jednak przez te kilka sekund nic się nie stało.
- Przyjmuję zaproszenie – uśmiechnąłem się chyba pierwszy raz pewnie i bez skrępowania.
Zrównałem się z nauczycielem i pozwoliłem by poprowadził mnie do budki. Już z odległości dwustu metrów słychać było odchodzące od niej chichoty.
- To ona? – zapytałem zdziwiony. Nie spodziewałem się, że te lody chichoczą aż tak głośno.
- Tak, to ona – Marcel roześmiał się widząc moją minę.
Lody pełne były chichoczących czekoladowych drażetek, które podskakiwały, ale nigdy nie wychodziły poza obręb swojego smaku.
Nie wiem czy miały jakiekolwiek właściwości, ale już samo patrzenie na nie potrafiło poprawić humor. Z jakiegoś powodu nie mogłem wyobrazić sobie lepszej randki z nauczycielem jak właśnie ta. Ja, taki, jakim byłem i on, ideał nad ideałami, a wszystko to połączone chichoczącym, zimnym łakociem w piękny słoneczny wakacyjny dzień.
Na usta cisnęły mi się słowa „kocham, pana”, ale pozostały tam gdzie się zrodziły – w moim sercu – a na twarzy zakwitł tylko jeszcze szerszy uśmiech.

~ * ~ * ~

Pragnąłem spędzać z nim jeszcze więcej czasu. Całe życie byłoby niewystarczające bym mógł ostudzić swój zachwyt względem chłopca. Kochałem go!
W kącikach jego warg zebrały się resztki lodów i czekolady. Wyglądał naprawdę niesamowicie. Dziecinnie, jednak pięknie, jak dojrzały kwiat, który wyłonił się z niepozornego pączka, lub motyl, który z początku zaklęty w ciele nieporadnej gąsienicy rodzi się na nowo by ozdobić świat swoim istnieniem.
Uśmiechnąłem się patrząc na niego w tamtej chwili.
Moje umorusane maleństwo.
- Uchyl usteczka – poprosiłem cicho, a on może i nieświadomie wykonał moją prośbę.
Na świecie nie było niczego piękniejszego, słodszego i bardziej niewinnego niż on.
Przyłożyłem dłoń do jego policzka i kciukiem starłem resztkę loda z jednego, a następnie drugiego kącika. Fillip zarumienił się po raz kolejny, a ja pełen zachwytu nie potrafiłem ukryć uśmiechu.
Mój Anioł, mój skarb, całe moje życie.
„Kocham cię” pomyślałem.