piątek, 21 sierpnia 2009

Petite chaussure

Potrafiłem zrozumieć godziny spędzane w księgarni, cukierni, lub sklepach z zabawkami, całe dnie zachwycania się quidditchem, czy chociaż zabaw z przyjaciółmi, ale nigdy nie potrafiłbym pojąć jak można przez trzy godziny rozmawiać z kimś o niczym i dopasowywać nową szatę. W ogóle nie pojmowałem zachwycania się nowymi trendami mody, czy krojami tiar, lub sukni. Jeśli miałem dalej podążać tym tropem to zupełnie nie rozumiałem kobiet, a w tym także mojej matki. 
Oczywiście pobyt na Pokątnej był o wiele bardziej interesujący niż samotne siedzenie w domu, jednak wytrzymanie drugiej godziny w sklepie z szatami było niemożliwe. Z całą powagą wolałem już chodzić tam i z powrotem po ulicy mijając te same witryny niż patrzeć jak mama przymierza po raz kolejny tę samą szatę zachwycając się nią zupełnie jakby widziała ją pierwszy raz. To było nie do wytrzymania.
Znalazłem jednak lekarstwo na nudę związaną z oczekiwaniem na mamę. Kopanie kamyczków w jedną i drugą stronę było całkiem interesujące, ponieważ kamyk nigdy nie toczył się w to samo miejsce. Sam dobrze wiedziałem, że jestem aż nadto znudzony. Nigdy nie posądziłbym siebie o taką desperację, jednak jak sam się przekonałem nawet ja byłem zdolny do skrajnych zachowań.
Wakacje trwały, a dzień był, jak sądziłem, jednym ze spokojniejszych na Pokątnej. Stare czarownice zajęte były zakupami głównie w sklepie z ziołami i kociołkami, zaś mężczyźni czekali na nie w cukierni. Nieliczni towarzyszyli małżonkom, ale i po nich widać było znużenie.
Zastanawiające, że dawniej wcale tego nie zauważałem, a teraz, kiedy się mi nudziło potrafiłem dostrzegać więcej niż zazwyczaj.
Kamyk potoczył się dalej niż przypuszczałem i zatrzymał oparty o inny, o wiele mniejszy. Zupełnie jakby czekał aż podejdę i znowu go kopnę tym razem w innym kierunku z tego jak gdyby wcześniej zaznaczonego miejsca.
Nie czekając ruszyłem w tamtym kierunku.
- Aww! – nadepnąłem na coś, a przynajmniej tak mi się zdawało. Kiedy podniosłem nogę nie było pod nią nic, a jednak coś nadal mnie uciskało i sprawiało ból. Jakiś kamyczek musiał wpaść mi do buta, gdyż wbijał się w stopę i kiedy tylko poruszyłem nogą przemieszczał się, jednak nadal był boleśnie uciążliwy.
Postawiłem nogę na pięcie i pochyliłem się by zająć się kamykiem w tej samej jednak chwili dostrzegłem parę kolan, które spoczęły na ziemi, a czyjeś dłonie objęły moją stopę troskliwie.

~ * ~ * ~

Nie podniosłem głowy, nie spojrzałem nawet na niego z bliska. Moje kolana same ugięły się przed nim. Czułem dziwną rozkosz mogąc klęczeć u jego stóp. Nie było w tym poniżenia, ani żadnych nieczystych pragnień, jedynie przyjemność wypływająca z każdej sekundy, kiedy to klęczałem przed nim jak przed swoim panem, królem, władcą.
Jak niesamowitym byłoby to uczucie gdybyśmy obaj urodzili się te kilka wieków wcześniej, ja, jako rycerz i on, jako mój suweren? Jak wielką czułbym wtedy rozkosz padając na twarz za każdym razem, gdy stawałbym przed nim? Jakie wtedy stałyby się moje pragnienia? Czy moje ciało pożądałoby go równie mocno, a może i mocniej? Czy chciałem by miał nade mną władzę absolutną?
Kiedy tylko myślałem nad tym odrobinę dłużej rozwiązanie samo się nasuwało. Pragnąłem tego wszystkiego właśnie, dlatego iż moja miłość do niego byłaby wtedy połączona z prawdziwym uczuciem do władcy, a ja nawet teraz właśnie tak go traktowałem. Jako mojego pana, który ma prawo zażądać mojego życia w każdej chwili. Było jeszcze coś, co wcale by się nie zmieniło gdyby moje fantazje stały się rzeczywistością. On nadal byłby dla mnie nieosiągalny i tak jak teraz mógłbym go kochać jedynie w swojej służbie i na pozór niewinnych gestach, słowach, czy uśmiechach.
Mimo wszystko, na swój sposób, moja miłość do Fillipa zawsze była niewinna. W zupełności wystarczały mi rozmowy z nim, możliwość patrzenia na niego i słyszenia jego słodkiego głosu. Kiedy mogłem się nim opiekować byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Fillip nie musiał należeć do mnie, nie musiałem mieć go na wyłączność, chociaż właśnie tego pragnąłem. Najistotniejszym było to by Ślizgon był szczęśliwy i bezpieczny, a teraz przeszkadzał mu w tym właśnie ten niepozorny kamyczek.
Kiedy patrzyłem jak chłopiec chodzi w kółko szukając sobie jakiegoś zajęcia i kopiąc kamyki nie potrafiłem tak po prostu podejść i przerwać mu tego jakże pasjonującego zajęcia. Obserwowanie jego znudzonej, a tym samym sfrustrowanej twarzyczki wystarczająco mocno cieszyło moje serce. Był rozkoszny w tym, co robił i niewyobrażalnie piękny.
Po prostu był sobą, a to dla mnie było najważniejsze.

~ * ~ * ~

Czy to mógł być przypadek? Czy to możliwe, że za każdym razem potrafiliśmy wpaść na siebie tak nagle zupełnie przypadkowo? Innego wytłumaczenia nie było, a jednak nie potrafiłem uznać tego za zwyczajny zbieg okoliczności. To było zupełnie tak, jakby jakaś nadludzka siła chciała tego spotkania, podobnie jak i ja tego pragnąłem. Jak gdyby Bóg uśmiechał się za każdym razem, gdy widziałem Marcela i sam rozpalał we mnie całe to gorąco, jakie wtedy czułem.
A teraz, kiedy tak klęczał przede mną nie mogłem powstrzymać pojawiających się na twarzy wypieków. Chciałem zabrać nogę, którą trzymał, jednak nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu.
Mężczyzna zupełnie nie wydawał się zainteresowany mną a jedynie moją nogą. Powoli zdjął mój but i położył stopę na swoim udzie.
Czułem się dziwnie, kiedy to zrobił. Ludzie mijali nas, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Ot rodzeństwo, gdyż na ojca Marcel był zbyt młody, a ja zbyt dorosły by móc uchodzić za jego syna.
Nagle wszystko wokół jakby się rozpłynęło. Byłem tylko ja i on. Nauczyciel, który nie przejmując się niczym pomaga mi nawet w tak drobnej rzeczy.
Widziałem jak wytrzepuje kamyczek, który wypadł niemal od razu i kładzie mój trampek na ziemi obok siebie. Ponownie złapał mnie za kostkę, niesamowicie delikatnie, i otrzepał mi skarpetkę. Zaraz potem powoli zaczął zakładać mi but.
Wydawał się bez reszty pochłonięty tym zajęciem, jakby było to równie ważne, co jego obowiązki szkolne.
Zasłoniłem na chwilę twarz chcąc jakoś ochłonąć. Niestety, chociaż bardzo chciałem by moje dłonie były zimne i ugasiły płomień na policzkach, one jak na złość grzały dodatkowo. Nie było dla mnie ratunku i z pewnością musiałem spojrzeć w twarz mojego ukochanego czerwony i dodatkowo bardziej tym zawstydzony. Czułem się naprawdę głupio i byłem ciekaw czy kiedykolwiek zdołam wyrosnąć z takich dziecinnych odruchów. Poniekąd miałem teraz nowy cel do spełnienia, którego musiałem dążyć. Pozbycie się dziecięcych odruchów tak łatwego peszenia się i rumienienia było priorytetem.
- Gotowe. – nauczyciel dopiero teraz podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie niesamowicie ciepło, wręcz magicznie. – Coś jeszcze cię uwiera, czy już nie? – jego wzrok ponownie skupił się na moim trampku.
- N... Nie, już nic. – mruknąłem zdecydowanie zbyt nieśmiało. Nie chciałem by uważał mnie za dziecko, lub niezdarę, chociaż mogło już być za późno.
Jego jasne oczy uraczyły mnie zadowolonym spojrzeniem, a usta wygięły w tym samym wspaniałym uśmiechu, którym zawsze mnie obdarzały.
Chyba właśnie to tak bardzo mi imponowało. Zawsze był pełen ciepła, miły, wesoły i miał dla mnie czas. Uczniowie go uwielbiali, dziewczyny podkochiwały się w nim, a on traktował to z przymrużeniem oka, jak gdyby był tylko naszym starszym kolegą.
- Dziękuję! – przypomniałem sobie, że nawet tego nie powiedziałem i załamany uderzyłem się lekko w czoło.
Nauczyciel roześmiał się cicho. Złapał mnie za rękę i odciągnął ją od mojej głowy.
- To nic takiego – pocałował swoje palce i przyłożył do miejsca, które uderzyłem. Był niesamowicie cudowny!

~ * ~ * ~

Pogłaskałem go po głowie i nie potrafiłem ukryć czułości, jaką czułem względem niego.
- Nie wiem czy dobrze interpretuję to, co widziałem, ale chyba jesteś znudzony...
- Trochę... – pochylił głowę patrząc na swoje buty. Wyglądał tym bardziej niewinnie i dziecięco.
- Zaraz koło cukierni postawiono budkę z chichoczącymi lodami – podjąłem – Zapraszam cię na coś chłodnego, jeśli masz czas i ochotę oczywiście. – zaznaczyłem z powagą – Nie miałem jeszcze okazji spróbować tych lodów, ale słyszałem, że są naprawdę dobre i poprawiają humor... – patrzyłem na niego wyczekująco. Chciałem go jakoś zachęcić, jednak sam nie wiedziałem jak mógłbym to zrobić. Niesamowicie zależało mi na tym by przyjął zaproszenie.
Jego kasztanowe oczka rozbłysły a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wyglądał cudownie i nie spodziewałem się, że moja propozycja tak mu się spodoba.
- Ja też ich nie jadłem – powiedział nagle poważnie, jakby chciał by brzmiało to bardziej przemyślanie i może doroślej.
Z trudem powstrzymywałem śmiech, kiedy mój śliczny Anioł starał się zachowywać poważniej niż zawsze.
- W takim razie czuję się zobowiązany zaprosić cię.

~ * ~ * ~

I czy mógłbym mu odmówić? To nie wchodziło w grę. Wydawało mi się, że mogłem to potraktować, jako swoistą randkę z Camusem.
Spojrzałem na drzwi sklepu, w którym utknęła mama. Bałem się, że zaraz wyjdzie i wszystko się skończy, jednak przez te kilka sekund nic się nie stało.
- Przyjmuję zaproszenie – uśmiechnąłem się chyba pierwszy raz pewnie i bez skrępowania.
Zrównałem się z nauczycielem i pozwoliłem by poprowadził mnie do budki. Już z odległości dwustu metrów słychać było odchodzące od niej chichoty.
- To ona? – zapytałem zdziwiony. Nie spodziewałem się, że te lody chichoczą aż tak głośno.
- Tak, to ona – Marcel roześmiał się widząc moją minę.
Lody pełne były chichoczących czekoladowych drażetek, które podskakiwały, ale nigdy nie wychodziły poza obręb swojego smaku.
Nie wiem czy miały jakiekolwiek właściwości, ale już samo patrzenie na nie potrafiło poprawić humor. Z jakiegoś powodu nie mogłem wyobrazić sobie lepszej randki z nauczycielem jak właśnie ta. Ja, taki, jakim byłem i on, ideał nad ideałami, a wszystko to połączone chichoczącym, zimnym łakociem w piękny słoneczny wakacyjny dzień.
Na usta cisnęły mi się słowa „kocham, pana”, ale pozostały tam gdzie się zrodziły – w moim sercu – a na twarzy zakwitł tylko jeszcze szerszy uśmiech.

~ * ~ * ~

Pragnąłem spędzać z nim jeszcze więcej czasu. Całe życie byłoby niewystarczające bym mógł ostudzić swój zachwyt względem chłopca. Kochałem go!
W kącikach jego warg zebrały się resztki lodów i czekolady. Wyglądał naprawdę niesamowicie. Dziecinnie, jednak pięknie, jak dojrzały kwiat, który wyłonił się z niepozornego pączka, lub motyl, który z początku zaklęty w ciele nieporadnej gąsienicy rodzi się na nowo by ozdobić świat swoim istnieniem.
Uśmiechnąłem się patrząc na niego w tamtej chwili.
Moje umorusane maleństwo.
- Uchyl usteczka – poprosiłem cicho, a on może i nieświadomie wykonał moją prośbę.
Na świecie nie było niczego piękniejszego, słodszego i bardziej niewinnego niż on.
Przyłożyłem dłoń do jego policzka i kciukiem starłem resztkę loda z jednego, a następnie drugiego kącika. Fillip zarumienił się po raz kolejny, a ja pełen zachwytu nie potrafiłem ukryć uśmiechu.
Mój Anioł, mój skarb, całe moje życie.
„Kocham cię” pomyślałem.

niedziela, 7 czerwca 2009

Lettre

Uczniowie od tygodni nie myśleli już o szkole i nauce, ale o wakacjach. Snuli plany na najbliższe miesiące i nie przejmowali się uspokajającymi ich nauczycielami. Wręcz przeciwnie. Tym bardziej pozwalali sobie na odpływanie w marzeniach daleko poza mury zamku. Znalazła się może grupka tych, którzy już tęsknili za Hogwartem, a jeszcze nawet nie wyjechali. Część z nich z pewnością tęskniła za kolegami, z którymi musiała się rozstać, nie zaś za nauką, czy nauczycielami, a i oni chcieli odpocząć. Wśród grona pedagogicznego nie znalazł się chyba nikt, poza mną, kto chciałby by wakacje nie istniały, a uczniowie cały czas przebywali w szkole.
Nie wypuściłbym wtedy Fillipa za mury zamku, chyba, że na zajęcia, lub spędzanie przerw w słońcu pod drzewami. Miałbym go wtedy zawsze pod ręką i na widoku. Nie martwiłbym się, ze coś mu się stanie, że rozbije kolano, lub przetnie palec na źdźble trawy, lub łodyżce jakiegoś opornego kwiatka, a nawet gdyby tak się stało mógłbym od razu zaoferować mu swoją pomoc.
Czułem się jak tyran pragnący władzy absolutnej nad tym niewinnym, słodkim winogronem o rozkosznym, pełnym ciepła miąższu, czasami twardej skórce ograniczeń płci i gorzkich, nieprzyjemnych pestkach wieku. Egzotyczny owoc, który łączy w sobie gorycz i słodycz, a jednym najlepszym sposobem spożycia go, było zmieszanie całości i zaakceptowanie wszystkiego, co ze sobą niósł.
Tak właśnie było w przypadku Fillipa. Akceptowałem ograniczenia i pozwalałem by wszelki żal koiła rozkoszna buźka, dziecinne zachowanie i miłość, jaką do niego czułem.

W tym roku przypadło mi sprawdzić pokoje uczniów Slytherinu, gdy oni wchodzili zapewne właśnie do pociągu. To uniemożliwiło mi pożegnanie się z Fillipem w jakikolwiek sposób. Żałowałem, jednak musiałem wykonywać swoje obowiązki, nie zaś marzyć o przyjemności oglądania go, rozmowy, czy przypadkowym dotyku. Naturalnie pragnąłem tego, jednak było poza moimi możliwościami. Musiałem jakoś przeżyć te wakacje pamiętając tę rozkoszną istotkę z ostatnich zajęć.
Moje usta same wygięły się w uśmiechu. Delikatnym, subtelnym, może nawet radosnym. Nie mogłem powiedzieć, czy oczy zalśniły mi osobliwym blaskiem, jednak z całą pewnością cieszy podobnie jak wargi wspaniałym widokiem pokoju Fillipa. Skąpany w blasku i jasności intensywnego słońca, które grzało nawet przez szyby, pełen zapachów, kojącej barwy zieleni i niestety pusty.
Kiedy czuwałem nad snem Fillipa wydawał się inny. Mniejszy i może nawet przerażający. Musiał taki być skoro chłopiec miewał w nim koszmary. Teraz różnił się od tamtego pokoju, który pamiętałem, a jednak ciągle i niezmiennie był taki sam.

Podszedłem do łóżka mojego Anioła, który spędził w nim tę ostatnią noc roku szkolnego. Wydawało mi się, że czuję jeszcze ciepło jego ciała na pościeli, chociaż ogrzewały ją wyłącznie promienie słońca. Powoli powiodłem po niej palcami przenosząc je na poduszkę. Zamknąłem oczy, a w moim brzuchu poderwały się do lotu motyle. Jak zawsze, gdy myślałem o tym słodkim chłopcu.
Tutaj trzymał główkę, na tej poduszce spał i uśmiechał się przez sen. Ileż bym dał by śnił wtedy o mnie...
Chyba byłem dziecinny.

- Mój kochany Fillip – westchnąłem cicho i uchyliłem powieki. – Będę za tobą tęsknił.

Spojrzałem na szafkę nocną z zaskoczeniem stwierdzając, że nie jest całkowicie pusta. Na blacie leżał wolumin w grubej, jednak miękkiej oprawie zamknięty na kłódeczkę.

 

~ * ~ * ~

 

- Pamiętnik! – nabrałem powietrza w płuca, a kamień, który podchodził mi do gardła nagle opadł, dobił się i znowu zatrzymał wysoko.
To męczące uczucie, że o czymś zapomniałem znikło jednak zamiast tego pojawiło się inne. Strach przed tym, że ktoś przeczyta, co napisałem w pamiętniku. Otworzy go ciekawy, co to jest, przerzuci kilka kartek i zacznie czytać. Nie ważne jak dalece by go przekartkował. Musiałby trafić na wzmiankę o nauczycieli latania. One były wszędzie!
Ręce mi zadrżały, a kolana zaczęły dygotać. Nie zdążyłbym wrócić się do zamku. Było za późno. Prawdopodobieństwo, że nikt nie znajdzie pamiętnika zerowe. Zostawiłem go przecież na wierzchu by schować go na samej górze w kufrze.
Czy musiałem być aż tak nieporadny? Jeśli ktoś znajdzie go, przeczyta i powie Camusowi roztopię się ze wstydu! A jeśli da mu przeczytać? Co jeśli tak właśnie będzie? Profesor już nigdy więcej nie będzie chciał ze mną rozmawiać. To jest pewne! A ja wtedy umrę! Umrę ze wstydu i żalu, że zaprzepaściłem wszystko, co mogłem osiągnąć.
Mogłem poprosić Olivera by po niego pobiegł, ale to także było wykluczone. Pociąg odjedzie i chłopak nie będzie mógł wrócić do domu.
Byłem wściekły na siebie za to, że zapominałem o pamiętniku. W nim było zdjęcie Marcela zrobione z ukrycia!
Wgryzłem się we własną pieść.
Wstałem gwałtownie. Nie mogłem go tam zostawić. Sam pamiętnik nie był ważny, ale zdjęcie?! Ono było dla mnie wszystkim skoro nie mogłem podziwiać nauczyciela, na co dzień.
Serce biło mi jak szalone. Nigdy jeszcze nie czułem go tak dokładnie. Cała moja koszulka podskakiwała w rytm jego mocnych, bolesnych uderzeń. Łzy zbierały się w krtani i sprawiały ból.
Zdjęcie!
Pukanie w okno wydawało mi się tylko uderzeniami mojego serca, które słyszałem tak wyraźnie, a które rozrywały niemal moją głowę. Zamierzałem pobiec po pamiętnik od razu, jednak nogi wydawały się jeszcze na coś czekać.
Kolejne uderzenia palców o szybę. Do mojej świadomości coraz dokładniej docierało to, co się dzieje. To nie moje serce... Nie, z pewnością nie...
W mgnieniu oka odwróciłem głowę w tamtym kierunku. Mój pamiętnik! Był przyciśnięty do szyby. Nie było wątpliwości. Wystające z niego wstążki, kłódka na szyfr składający się z dwóch liter. To był mój pamiętnik!
Szybko znalazłem się przy oknie i otworzyłem je. Wziąłem wolumin do rąk i przycisnąłem do siebie. Z uśmiechem, który miał być podziękowaniem popatrzyłem na osobę, która mi go przyniosła.
Marcel!
Spłonąłem rumieńcem, a serce znowu wariowało. Musiał widzieć moją płonącą twarz, jak i słyszeć bicie serca. Chyba każdy w pociągu je słyszał.
Mój Marcel!
- Tylko ty, mój słodki, mogłeś zapomnieć o czymś tak ważnym – powiedział z rozbawieniem.
Uśmiechał się! Tak cudownie się uśmiechał i to był tylko mój uśmiech! Tylko dla mnie!

- Przepraszam, że pan musiał... – oddychałem tak szybko, że z trudem mogłem powiedzieć chociażby tyle.
- To nic. Dobrze, że jeszcze tu byłeś – skinął głową w jakże książęcym geście. – Uważaj na to, Aniele.
Odłożyłem pamiętnik na siedzenie i wyciągnąłem ramiona przez okno. Mężczyzna wydawał się w tamtej chwili czytać mi w myślach. Wyciągnął dłoń, a ja ją pochwyciłem ściskając nie za mocno, ale i nie nazbyt lekko.
Mój ukochany Camus. Tylko mój. Wyłącznie i jedynie. Nie oddam go nigdy nikomu. Nawet, jeśli on sam mnie nigdy nie zechce.
Chciałem przytulić się do tej gorącej dłoni. Ściskać ją i całować bez przerwy. Chciałem by mnie skryła jak maleńkiego owada chroniąc, przywłaszczając, zamykając na zawsze w tym cudownym więzieniu. Dla mężczyzny może i pełnym ojcowskiego ciepła, jednak dla mnie przepełnionym wielką, gorącą, prawdziwą miłością.
Mężczyzna wysunął dłoń z uścisku moich rąk bez przeszkód. Jakbym nie potrafił ścisnąć jej na tyle mocno by nie był w stanie nigdy jej zabierać. Pocałował lekko dwa palce i przyłożył je do moich warg.
Przymrużyłem oczy z rozkoszy, ale pociąg zaraz potem ruszył, a gdy ja znowu byłem w stanie skupić wzrok na otaczającym mnie pomieszczeniu nie było ani stacji, ani nauczyciela, jakbym wyśnił to na jawie. I nie miałem pojęcia, czy naprawdę zrobił coś takiego. Czy jego pocałunek rzeczywiście sięgnął moich warg dzięki tym ciepłym, delikatnym palcom.
I czułem, że tęsknię. Że potwornie boli mnie to rozstanie, a ja pragnę je przerwać, zatrzymać pociąg, wysiąść i wrócić do niego. Do mężczyzny, który był moim nauczycielem, a którego kochałem z każdą chwilą bardziej dorosłą miłością.

 

~ * ~ * ~

 

Pociąg oddalał się. Fillip zupełnie niknął mi z oczu, ale delikatne wargi zostawiły ślad na moich palcach w postaci drobniutkich, pieszczotliwych dreszczy.
Ale czy ja naprawdę się na to zdobyłem? Czy odrażałem się to zrobić?
Nie pamiętałem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, czy było to fantazją, czy naprawdę mój pocałunek sięgnął jego warg, nawet i jeśli za pośrednictwem palców.
Nie miałem pojęcia. To było jak sen. Zbyt krótki by go zapamiętać, zbyt piękny by zapomnieć.
Po prostu nie wiedziałem, czy to działo się naprawdę.

~ * ~ * ~

 

Spojrzałem na pamiętnik. Tylko on udowadniał mi, że Marcel tam był, że się z nim widziałem. To było niewiele, jednak dawało mi tę maleńką pewność, iż jednak się z nim pożegnałem.
To mi wystarczało, nawet, jeśli nic innego nie mogło być pewne.
Zmarszczyłem nos. Z pamiętnika cos wystawało. Wziąłem go do rąk i pociągnąłem za kawałek papieru.
List.
Wysunął się bez problemu. Wąska, kremowa koperta opatrzona drobnym drukiem brązowych kwiatków z boku. Nie zaklejona. Na wierzchu czarnym atramentem wypisano moje imię i nazwisko. Każda litera była staranna i kształtna. Jakby stawiana z wielkim rozmysłem. Pismo Marcela... Nie ulegało wątpliwości. Tak samo perfekcyjne jak cały profesor.
Napisał do mnie! Mój pierwszy w życiu list od niego! Ale jak to możliwe? Znalazł czas by napisać i wsunął go do pamiętnika?
Szalałem we własnym wnętrzu z radości. Najcenniejsza pamiątka na papierze, jaką mogłem zdobyć. Papeteria, atrament i jego dłonie, które dotykały listu, pisały go...
Przycisnąłem usta do papieru i pocałowałem.
Moje!
Usiadłem i z namaszczeniem otworzyłem list. Wyjąłem powoli kartkę. Kilka niesamowicie drobnych płatków wysunęło się wraz z nim. Powoli opadło na podłogę przedziału, jakby chciały stać się dywanem pod moimi stopami. Uśmiechnąłem się i zacząłem czytać.

~ * ~ * ~

 

Mon Ange,

Niewiele zostało nam czasu na rozmowę, lub pożegnanie, a rozstać się z Tobą bez chociażby słowa to prawdziwa udręka. Nigdy dotąd nie miałem tak słodkiego i zabawnego ucznia. To niemal nienaturalne, a jednak realne. I to też sprawiło, iż postanowiłem pożegnać Cię chociażby kilkoma słowami na papierze.

Poniekąd sposobność nadarzyła się, gdy zobaczyłem Twój pamiętnik na szafce. Doprawdy, nikt poza Tobą nie byłby w stanie zrobić nic słodszego. Muszę przyznać, iż z początku mnie to zaskoczyło, a w chwilę później powstrzymywałem śmiech. To cały Twój niesamowity czar i dziecinność. Jakkolwiek mocno bym się nie wysilał nigdy nie byłbym w stanie przewidzieć, jaką rozkoszną słodycz zafundujesz mi tym razem. Tym bardziej cieszę się, że mogliśmy dzielić przez ten rok tak wiele chwil pełnych Magii, której nie możesz nauczyć się w tej szkole, a którą możesz jedynie odnaleźć.

 

„Tak jak ja odnalazłem ciebie” pomyślałem i powróciłem do pisania.

 

~ * ~ * ~

 

            Znaczenia tej Magii musisz dojść samemu. Każdy potrafi ją odnaleźć w czymś innym. Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, iż jest ona tym, co pozwala człowiekowi dostrzec Niewidzialną Siłę, Idealną Miłość, samego Boga. Wybacz, że powołuję się na coś tak patetycznego jak wiara, w liście, który przecież mógł skończyć się na kilku słowach:

Do zobaczenia po wakacjach, uważaj na siebie.

Wychowany w wierze nie potrafię odwołać się do czegokolwiek innego, jak tylko do Boga. Mam nadzieję, iż zrozumiesz i przebaczysz mi to drobne uchybienie, którego jednak nie żałuję.

 

Uśmiechnąłem się pod nosem. Jakiż on był słodki i niewinny w tej wierze. Wychowany w duchu religijnym. Teraz to wiedziałem i szanowałem. Dostrzegłem Boga właśnie poprzez tę miłość, jaką go obdarowałem. Poprzez czar, jaki mężczyzna wokół siebie roztoczył.

I nagle zrozumiałem, o co mu chodziło. O jakiej Magii mówił.
Dla mnie była nią miłość do Marcela, dla innych mogło być niż piękno, przyjaźń, natura. Każdy znajdował ją zależnie od tego, co liczyło się najbardziej, co znajdowało się najgłębiej w sercu danej osoby.

Był naprawdę niesamowity! Niemal mistyczny w tym jak potrafił postrzegać świat, a właśnie to przecież mi przekazywał.

            Nie potrafię pojąć, jak ludzie mogą w Niego nie wierzyć, gdy cały ten Świat krzyczy, iż On istnieje i jest Wielkim Stwórcą. Bo czy całe to piękno mogło powstać samo? To niemożliwe. Wystarczy przyjrzeć się różnorodności stworzeń, idealnej konstrukcji i najdrobniejszym dopracowanym do perfekcji szczegółom, jakie dostrzec można wszędzie, od najmniejszego nawet listka, lub płatka, po całą masę mikroskopijnych stworzonek. A co najważniejsze wystarczy, że spojrzę na Ciebie, Fillipie. Twoja słodycz, radość, jaką potrafisz wywołać i czułość, która mnie ogarnia, gdy się spotykamy. To najlepszy z dowodów na Jego istnienie.

            Płatki, które wsypałem do koperty nie mogą nawet w najmniejszej części oddać znaczenia żadnych słów, które chciałbym ci jeszcze napisać. Nie mogę nazwać ich symbolem, jednak uważam, że pasują do tego listu. Ich kolor nie przypomina niestety słodkiej barwy Twoich policzków, gdy się zarumienisz, ale na swój sposób jest piękny. Ty jesteś Ideałem, więc jakże mógłbym cokolwiek z Tobą porównywać? Słodycz, jaką obdarzasz ten świat nie ma sobie równych.

Tak naprawdę chciałem tylko życzyć Ci udanych wakacji i prosić byś na siebie uważał. W końcu spotkamy się za nieco ponad dwa miesiące. Więc skąd tyle słów, które się pojawiły? Nie mam pojęcia.

            Oddaję pamiętnik, bezpieczny i zamknięty, taki, jakim zostawiłeś go w pokoju. Pozwalam sobie wsunąć w niego ten krótki list, napisany pod wpływem chwili, przypływu różnorodnych uczuć i wielkiego rozbawienia.

            Tak, więc, Fillipie, proszę, wybacz mi moją słabość i pozwól, iż powierzę Cię opiece zarówno Ojca, jak i jego Aniołów, w których poczet zaliczono i Ciebie.

            Spędź te wakacje najlepiej jak się da i mam nadzieję, że spotkamy się niebawem ponownie w Hogwarcie.

            Mam ochotę prosić Cię byś nie dorastał, jednak to byłoby zbyt samolubne z mojej strony. Tak, więc pozostawię to wyłącznie moim wewnętrznym odczuciom.

            Do zobaczenia, mój książę i oby, chociaż przez krótką chwilę na Twoich ustkach pojawił się uśmiech, gdy to czytasz. To takie moje małe nietaktowne życzenie.

Marcel Camus

 

Naprawdę się uśmiechałem. Przez cały czas. Szeroko wypełniony szczęściem i skrzydełkami.
Nagle stałem się taki spokojny. Chciałem wyczytywać ze wszystkich tych słów miłość, jaką mężczyzna mnie darzył, chociaż była inna niż ta, która płynęła z mojej strony.
Żałowałem, że profesorem kierowała ojcowska troska o mnie, ale równocześnie byłem niesamowicie szczęśliwy.
Moje serce biło powoli i równomiernie. Ukojone każdym słowem tak pełnym wiary. Teraz mogłem stawić czoła wakacjom!

Powąchałem list. Pachniał Camusem. Tym cudownym zapachem, świeżym i kojącym. Trawa, deszcz, kwiaty. On. Po prostu on.

Uklęknąłem i zacząłem zbierać płatki, które wypadły z listu. Powoli jeden po drugim. Nie mogłem przegapić ani jednego! Nie pozwoliłbym sobie na to. Postanowiłem, że kiedy tylko Oliver zjawi się z przedziale zaciągnę go do pomocy!

 

~ * ~ * ~

 

Chciałem napisać o wiele więcej, przelać całą miłość, jaką czułem na papier ubierając ją w słowa, które chociaż nie mogły oddać wszystkiego, zawsze miały jakieś znaczenie. I tak napisałem zbyt wiele i musiałem dodawać dodatkowe zdania, by moje uwielbienie dla chłopaka nie było tak widoczne.
A ileż wysiłku mnie to kosztowało? Gdyby nie mój Pan, nie zdołałbym nakreślić nawet jednego nawet słowa.

Bo niby jak napisać, że się kocha tak, by nie było tego widać?

A ja kocham całym sobą.

niedziela, 22 lutego 2009

Flamme

Z trudem mogłem w to uwierzyć, ale i nie byłbym w stanie temu zaprzeczyć. Ostatni mecz quidditcha w tym roku był nasz. Slytherin pokonał Gryffindor bez najmniejszych problemów. Rozgromiliśmy Gryfonów i teraz puchar miał zdobić ścianę naszego dormitorium. Cieszyłem się jak dziecko mogąc być częścią zwycięskiej drużyny. Nawet, jeśli w tamtym roku wygrana należała do nas, to teraz było to równie niesamowitym przeżyciem. Moje serce biło szybko, a policzki bolały od uśmiechu. Ogólna radość rozpierała całe moje ciało, każdą drobną komórkę.

Na twarzy nauczyciela latania widziałem subtelny uśmiech zadowolenia, co tylko potęgowało moją radość. Kiedyś to on grał, zwyciężał i nauczył mnie kochać ten wspaniały sport, którego część stanowił. Teraz czułem, że jest ze mnie dumny, nawet nieśli tylko sobie to wymyśliłem. To jego ciepły głos, kojące słowa dodawały mi otuchy przez wszystkie długie dni ćwiczeń, a teraz pozwoliły sięgnąć po słodki i hipnotyzujący owoc wygranej.

Cały tłum ubranych na zielono-srebrno uczniów wybiegł na boisko i ściskał moich kolegów i naszą szukającą. Mnie udało się uniknąć tego rozentuzjazmowanego grona chyba tylko cudem. Gdyby Oliver nie przepchał mnie w bezpieczne miejsce obaj stalibyśmy się ofiarami. Teraz przynajmniej mogliśmy przeczekać pierwsze fale radości ukryci za kolumnami boiska.

- Dzisiaj świętujemy, Fillipie – rzucił szczerząc zęby – Jemy, co popadnie i pijemy sok z dyni do upadłego. – wiedziałem, że wolałby prawdziwą zabawę z tej okazji zamiast uczniowskiego świętowania, jednak musiał poczekać na to kilka lat. Slughorn zbyt dobrze pilnował naszych poczynań by którykolwiek ze Ślizgonów miał okazję złamać chociażby jeden punkt regulaminu.

- Ja przyjdę później- rzuciłem udając niezadowolonego – Muszę poprawić zaklęcia, a podobno Camus uczył kiedyś tego przedmiotu. Może mi wytłumaczy kilka rzeczy. Kiedy tylko skończę przyjdę do was, więc zostawcie mi wielki kawałek ciasta z dyni i kilka pasztecików. – nie chciałem go okłamywać, ale było to jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji. Chciałem świętować nasze zwycięstwo z Marcelem, nawet, jeśli oznaczało to narzucanie mu się w chwili, gdy chciałby odpocząć. Potrzebowałem tego, jak nigdy i wiedziałem, że mogę liczyć na jego ciepło i spokój. Poza tym musiałem upewnić się, co do jego umiejętności władania żywiołami, a do pełnej diagnozy potrzebowałem tylko dowodu, iż także ogień jest mu całkowicie posłuszny. Widziałem w nim kogoś naprawdę magicznego. Sam Merlin, czy dyrektor Hogwartu nie mogli się z nim równać.

- Niech będzie, tylko wracaj szybko – Oliver wypchnął mnie zza kolumny i razem z tłumem zmierzającym w stronę zamku wracałem krzycząc, ciesząc się oraz szalejąc.

Pożegnałem kuzyna klepnięciem w ramię przy Wielkiej Sali. Podwieczorek z całą pewnością czekał na nas w Pokoju Wspólnym, więc musiałem wierzyć, że przyjaciele coś dla mnie zostawią. Oli z całą pewnością coś musiał uratować, więc byłem spokojniejszy.

Biegiem rzuciłem się w stronę korytarza prowadzącego prosto do gabinetu profesora Camusa. Sam nie byłem pewny swoich uczuć w tamtej chwili. Obawa mieszała się ze szczęściem, podniecenie po wygranej z tym, jakie wywoływała świadomość kolejnego spotkania z nauczycielem. Szalałem na jego punkcie, a quidditch potęgował moje obłąkańcze pragnienia zbliżenia się do delikatnego i męskiego mężczyzny, który urzekał mnie czułym spojrzeniem, mocą i tysiącami drobnych iskierek, które wydawały mi się w koło niego unosić przykuwając moją uwagę, zawsze, gdy był blisko. Tylko miotła potrafiła na te krótkie chwile sprowadzić mnie na ziemię z obłoków, a przecież to właśnie on dał mi ten słodki lek na ogromne pragnienie jego miłości.

Zziajany zatrzymałem się na zakręcie korytarza w pobliżu drzwi do gabinetu. Camus stał właśnie przy nich i przekręcał zaczarowany klucz by dostać się do środka. Spojrzał na mnie z subtelnym zdziwieniem i wydawał się uśmiechem nagradzać mój pośpiech.

~ * ~ * ~

 

Cokolwiek przywiodło mojego Anioła w to miejsce musiało być zgodne z wolą mego Pana. Po prostu to wiedziałem i czułem całym sobą. Blask lampy za plecami chłopca i padający na jego twarz cień zachodzącego powoli słońca tworzyły refleksy na ścianie za nim i sprawiły, że wyglądał jakby właśnie rozkładał skrzydła i miał odlecieć.

Oczyma duszy widziałem jak podbiegam do niego i polatam ramionami by nie uniósł się ponad ziemię i nie zostawiał mnie samego. Potrzebowałem go bardziej niż powietrza i gdyby rzeczywiście niespodziewanie odfrunął moje serce utonęłoby w nieskończonej ciemności smutku.

Otworzyłem drzwi i stanąłem z boku pokazując Fillipowi, że może wejść do środka. Nieśmiało zbliżył się ważąc każdy krok, jakby w każdej chwili płyty pod jego stopami mogły zacząć się zapadać.

Możliwość patrzenia na niego była dla mnie prawdziwą rozkoszą w tamtej krótkiej chwili. Doceniałem dzięki temu czas i czułem jego magię. Niesamowitą moc, jaką stanowił, siłę, jaką dawał tym, którzy mieli nad nim władzą i uległość wobec tej przytłaczającej potęgi, od której zależało przecież moje życie, szczęście i możliwość spotykania się z młodziutkim Ślizgonem. Zegary posiadały przecież moc równie wielką, co magiczne różdżki, a drogie sercu chwile, warte były więcej niż nie jedno zaklęcie, czy eliksir. Nie dało się porównać radości wywołanej przez chociażby krótkie, ale za to jakże rozkoszne sekundy bliskości Fillipa, z pięknymi, ale nieprawdziwymi szklanymi motylami, które dzięki czarom unosiły się w powietrzu łapiąc w swoje kruche skrzydełka ciepłe promienie słońca, drobne krople deszczu, czy nawet kolory tęczy. Prawdziwe piękno kryło się wszakże w pełnych radości oczkach, słodkim uśmiechu i całym Anielskim obliczu Ślizgona.

- Slytherin świętuje zwycięstwo, a co robi u mnie najsłodsza z pociech tego Domu? – położyłem dłoń na jego głowie, gdy wchodził do mojego gabinetu.

- Świętuje... – chłopiec opuścił głowę, ale pewnie wszedł do środka. Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby zaskoczony tym, że pokój się zmienił. Nie robiłem tego często, jednak ostatnio podczas pełnych słońca, ciepłych dni tęskniłem za spokojem i pięknem Katedry mojego miasta. Właśnie, dlatego przemieniłem mój gabinet w taki sposób by przypominał wnętrze gotyckiego kościoła z wielkimi oknami, witrażami i przepychem pięknych zdobień.

- Mogę to zmienić – zastrzegłem na wypadek, gdyby Fillip nie czuł się tu swobodnie.

- Nie, nie! – odwrócił się gwałtownie – Tu jest pięknie... Naprawdę!

 

~ * ~ * ~

 

Nie spodziewałem się czegoś takiego i z trudem wypowiedziałem te kilka słów. Profesor zawsze miał wyjątkowy gust i styl, a to tylko odzwierciedlało piękno jego duszy i magię, jaka zawsze go wypełniała. Gdyby zgodził się pokazać mi, w jaki sposób włada ogniem, gabinet mógłby spotęgować wrażenia wywołane przez sam żywioł.

Miałem ochotę powiedzieć mężczyźnie, że kocham go ponad wszystko i, że uwielbiam to wnętrze tak samo jak wszystko, co stworzył. Z trudem się przed tym powstrzymywałem nie chcąc zniszczyć nie tylko własnych fantazji, jak i tego dziwnego związku, jaki był między nami.

- Chciałbym świętować z panem – przyznałem się podnosząc głowę na tyle wysoko by móc spojrzeć w jego przepiękne oczy i zatracić się w nich. Nie mogłem wyobrazić sobie piękniejszej chwili niż ta obecna. Jakieś nadzwyczajne kryształki, znowu unosiły się w koło profesora sprawiając, że wyglądał jak majestatyczny książę z jednej z bajek dla dziewczyn. Zupełnie jakby został namalowany sprawną ręką artysty, a kształt tak idealny nadał mu dokładny opis autora, który w realnym świecie, jaki stworzył wewnątrz swej powieści sam zatracił swoje życie.

- Czemu tak na mnie patrzysz, Aniele? – palec nauczyciela spoczął delikatnie na moim nosie. Wysilając się skupiłem na nim wzrok i dopiero po chwili zrozumiałem, co tak naprawdę robię. Zaczerwieniłem się spieszony tym, jak musiałem wpatrywać się w Marcela.

- To... To nic takiego! – wyrzuciłem z siebie szybko, ale nie potrafiłem oderwać wzroku od tego wspaniale kojącego spojrzenia, jakim obdarzył mnie profesor. Ginąłem i odradzałem się w blasku jego oczu, w lustrze, jakie stanowiły. Z trudem oddychałem widząc swoje własne odbicie na tle szarych tęczówek. – Chciałem być tu z panem – pozwoliłem sobie powiedzieć nie myśląc nawet o tym. Kiedy Camus roześmiał się cicho ja nie pamiętałem już nawet, co przed chwilą powiedziałem. Byłem w jego mocy, oddany i pełen pokory, byłem niewolnikiem władzy, jaką miał nade mną.

- Jesteś rozkoszny, Fillipie – objął moje policzki dłońmi i złożył ciepły pocałunek na moim czole. Rozpalony z trudem wytrzymałem palące pragnienie proszenia o więcej. Czułem się wyjątkowy i piękny, niemal unosiłem się w powietrzu mając świadomość, że nikt inny nie przeżył z nauczycielem tak wiele jak ja. Żadna z uczennic, żaden uczeń, a może nawet nikt poza rodziną profesora.

- Czy ja mogę? Wydawało mi się, że cieszył się pan, że zwyciężyliśmy... Że zostaliśmy mistrzami szkoły...

- Jestem nauczycielem, Fillipie. Nie mogę mieć faworytów – spuściłem głowę rozumiejąc, że miał rację, a ja się wygłupiłem. Było mi wstyd – Jednak masz rację. Wasza wygrana bardzo mnie uszczęśliwiła. Twoja wygrana, Fillipie.

 

~ * ~ * ~

 

Moje sprostowanie sprawiło, że jego delikatne policzki rozjarzyły się jeszcze bardziej. Moje dłonie przy nich były zapewne lodowate. Przyłożyłem je do dwóch słodkich ognisk na tej ślicznej buźce, by złagodzić jakoś katusze, jakie przeżywał chłopiec.

- Jak chciałbyś świętować, misiaku? – ogarnęła mnie niesamowita czułość względem Ślizgona. Miałem ochotę przytulić go mocno i zagrozić, że już więcej nigdy nie wypuszczę go z więzienia swoich ramion, katować pocałunkami i śmiać się głośno, kiedy próbowałby uwolnić się ode mnie.

- Niech pan zrobi coś z ogniem... – jego skupiony wzrok i poważna nagle mina mówiły mi, że chłopiec ma także inne plany, co do tego życzenia. Raczej nie chciał tylko widzieć jak bawię się jednym z żywiołów, ale z pewnością wykorzystywał okazję by dowiedzieć się, jak wiele potrafię. Musiał zauważyć, że rozpracowałem jego niezbyt skomplikowany plan, bo od razu stał się potulny i łagodny, jak wystraszony szczeniak. – Ja... Chciałbym to zobaczyć. Chcę wiedzieć, czy naprawdę ma pan władzę nad wszystkimi żywiołami, a widziałem każdy poza ogniem... – przyznał się przygryzając wargę – Pokaże mi pan? Proszę...

- Zrobię wszystko, co zechcesz, Fillipie. Nie musisz prosić – rzuciłem łagodnie siadając na środku gabinetu na ziemi. Chłopiec jakby na rozkaz usiadł przede mną wtulając plecy w moją pierś i czekał. Nie potrafiłem mu odmówić, musiałem pokazać wszystko, co byłem w stanie zrobić w tej jednej chwili. Nie chciałem mieć przed nim tajemnic, co do tego rodzaju mojej mocy. Władałem nią dla niego, więc z rozkoszą planowałem spełnić jego życzenie.

W końcu każdy jego rozkaz był dla mnie świętym i nigdy nie byłbym w stanie sprzeciwić się temu Aniołowi.

 

~ * ~ * ~

 

Marcel podał mi zapałki i poprosił bym zapalił jedną, kiedy poczuje na swoim ramieniu jego brodę. Objął mnie ramieniem w pasie i z uśmiechem zaznaczył, że wiele nie zrobi musząc wymyślać to na bieżąco, jednak obiecał, iż postara się najlepiej jak potrafi.

Nie mogłem się tego doczekać. Niemal drżałem z podniecenia.

Widziałem jak mężczyzna wyciąga przed siebie dłoń wnętrzem do góry, delikatnie rusza palcami i nagle wraz z jego cichym szeptem, przypominającym zaklęcie opuścił głowę na moje ramię. Zapaliłem zapałkę i przyłożyłem płomień do otwartej dłoni. Niewielkie drewienko, które jeszcze przed chwilą trzymałem zniknęło, zaś Marcel trzymał przede mną kulę ognia wielkości melona. Ciepło uderzyło mnie przyjemnie w twarz i rozgrzało całe ciało. Nauczyciel dmuchnął lekko, a jego oddech schłodził przyjemnie moją szyję, a zaraz potem ogień unosił się w powietrzu sam, podczas gdy dłoń mężczyzny spoczęła na moim brzuchu.

Płomienie rozdzieliły się na dwie mniejsze kulki i zmieniając kształt przybrały postać węża i lwa. Gad okręcił się w koło ssaka, który nagle rozpłynął się pozostawiając po sobie wyłącznie ciemny, przyjemnie pachnący dym. Wąż niespodziewanie przemienił się w miotłę i rozdzielił na wiele mniejszych. W koło nas fruwało kilkanaście drobnych Ścigaczy zostawiając za sobą refleksy jasnego blasku, kiedy tak wymieniały się miejscami niemal tańcząc wokół nas.

Mieniło mi się przed oczyma i rozpływałem się w cieple, jakie dawała ta kojąca żółć, czerwień, pomarańcz. Wszystko wydawało mi się snem, kiedy ogień przybierał tak wyraźną postać, rozmazywał się w ruchu i hipnotyzował.

- Wspaniałe... – szepnąłem bojąc się, że zgaszę płomyki, jeśli będę zbyt głośno.

- Dziękuję – łagodny głos Marcela uzmysłowił mi, że jego ciepła pierś styka się z moimi plecami, że czuję jak porusza się w oddechu, że niemal słyszę cudowne bicie serca mężczyzny. Tonąłem w tej rozkoszy, w tym pięknie i nie było już dla mnie ratunku.

Miotełki zatrzymały się i znowu zmieniły kształt. Tym razem piękne baletnice zamajaczyły na chwilę w bezruchu, a już w kilka sekund później zaczęły tańczyć z gracją i niebezpiecznym pięknem skrywanym pod z pozoru delikatną szatą płomieni. Uniosłem głowę i popatrzyłem na profesora. Z zamkniętymi oczyma skupiał się na tworzonym przez ogień obrazie. Wydawał mi się w tym płynącym w powietrzu blasku jeszcze doskonalszy i niedosięgalny. By mieć pewność, że jest ze mną mocniej wtuliłem się w jego pierś i znowu skupiłem uwagę na wspaniałym przedstawieniu, jakie dla mnie tworzył.

Drobne tancerki jednak po drugiej zamieniały się w płomienne kluki i skacząc na dłoń Camusa zlewały się w jeden większy płomień. Aż jęknąłem zawiedziony sądząc, że to koniec. Myliłem się jednak. Nauczyciel złapał mnie za rękę i przyłożył moją dłoń do swoich ust. Spokojnie polizał jej wnętrze, a ja znowu rumiany starałem się nie myśleć o ciepłym, miękkim języku, który właśnie zwilżył moją skórę. Szybko dowiedziałem się, czemu miało to służyć. Mężczyzna położył płomień w wilgotnym miejscu. Nie parzył, a stwarzał wrażenie chłodnego i przyjemnego.
- Wyobraź sobie jakiś kształt. Na przykład wróble, bądź inne ptaki i wyobraźnią wpraw je w ruch. – wyszeptał mi do ucha. Drżąc z powodu bliskości jego ust, które niemal dotykały mojego ucha i ze strachu, że mi się nie uda zamknąłem oczy. Ciepłe palce profesora ujęły moją rękę od spodu dodając tym otuchy. Skupiłem się i oczyma wyobraźni ujrzałem drobne ptaszki latające wokół mnie i Marcela, jakby były wiankiem z polnych kwiatów. Nieśmiało otworzyłem oczy i zauważyłem, że zdołałem to zrobić. Podobnie jak w mojej fantazji ptaki zaczęły latać nad moją głową od czasu do czasu tworząc wianuszek w kształcie serca. Zawstydziło mnie to, jednak nauczyciel, chyba tego nie zauważył.

Jeden z płomiennych ptaków usiadł mu na ramieniu i otarł się dzióbkiem o jego policzek. Czułem się jak w baśniowej krainie z najprzystojniejszym księciem, jakiego stworzono, a jednak nie miałem czasu na wstyd z powodu własnych myśli. Mężczyzna polizał kciuk i naniósł wilgoć na mój policzek. Położył dłoń na moim ramieniu, które wydało mi się zamarzać, a w chwilę potem ptak przemienił się w drobnego feniksa i usiadł na chłodnym miejscu, zaś jego główka ocierała się o mój policzek, na którym była jeszcze wilgoć śliny profesora. Ogień nie parzył podobnie jak wcześniej, a ja chciałem przyjrzeć się jeszcze dokładniej pięknemu ptakowi.
Z proszącym spojrzeniem podsunąłem pod usta profesora palec. Musiał zrozumieć, ponieważ przesunął po nim językiem, a kiedy zabrał wargi feniks usiadł tam i patrzył na mnie równie zaciekawiony jak ja.

- Śliczny... – znowu wyszeptałem, a ptak uniósł się w powietrze i dołączył do krążących po pokoju wróbelków.

Wszystkie rozmyły się pozostawiając tylko dym, podobnie jak lew na samym początku i teraz wiedziałem, że jest to koniec i chociaż z chęcią nadal zatracałbym się w tym hipnotyzującym tańcu ognia nie żałowałem, nawet tego, iż wszystko dobiegło końca. Byłem zbyt szczęśliwy.

~ * ~ * ~

 

Nie potrafiłem się powstrzymać. Ująłem dłoń Fillipa i powoli patrząc w jego słodkie oczka całowałem każdą kostkę jego palców, delikatną skórę wnętrza i nadgarstka. Każdy pocałunek przesuwałem, co milimetr nie mogąc oderwać się od tej słodyczy. Jego piękno urzekło mnie już dawno temu, jednak teraz w tym półmroku gabinetu zatraciłem się w tym, a nie powinienem.

Zbyt mocno chciałem chłopca blisko siebie, zbyt nachalnie pragnąłem by dano mi możliwość przebywania tylko z nim. Moja miłość przeradzała się w pożądanie i ponownie stawała czystym, niewinnym uczuciem.
Może kochałem go zbyt mocno? Lub nazbyt subtelnie? A może po prostu zbyt długo czekałem by w końcu, kiedyś powiedzieć mu jak bardzo jest mi drogi?
- Musisz iść, Fillipie – szepnąłem z trudem odrywając wargi od jego dłoni pragnąc całym ciałem całować każdy skrawek jego gładkiej, pachnącej skóry.

Chłopiec spojrzał na zegarek na ścianie i wciągnął głośno powietrze. Nie zabrał ręki, póki sam jej nie puściłem, a kosztowało mnie to wiele wysiłku. Jego zafascynowane wszystkim oczęta nie odrywały się jednak ode mnie, jakby z równą mojej siłą pragnął powstrzymać czas, zatrzymać chwilę i zatracić się w tym wszystkim na dłużej. To mogła być ostatnia okazja na spotkanie przed wakacjami, a jednak wszystko musiało skończyć się tak samo, jak zawsze.

- Idź już. – ponagliłem, nie wiedząc, do czego jestem zdolny.
Skinął głową zbierając najwyraźniej siły.

- Dziękuję – krzyknął jakby to miało przerwać tę hipnotyczną nić, jaka nas łączyła i wybiegł zostawiając mnie samego, szarpanego pragnieniami i niespełnieniem.
Mój Skarb....