sobota, 30 września 2017

Douceur quotidienne

Marcel i Fillip

Moje usta leniwie i delikatnie muskały miękką, słodko pachnącą szyję Fillipa, który z rozmysłem przekrzywił głowę w bok, ułatwiając mi dostęp do siebie. Upojony jego zapachem, miałem przymknięte oczy i próbowałem nie mruczeć z przyjemności, aby nie obudzić przypadkiem śpiącego na kolanach Anioła Nathaniela.
Z założenia powinniśmy teraz oglądać wspólnie kreskówkę, jednak ostatecznie stała się ona tylko tłem dla naszej pełnej słodyczy codzienności, jako że żadne z nas nie śledziło już tego, co działo się na ekranie telewizora.
Chwil takich jak ta, było ostatnio w naszym życiu niewiele, ponieważ Nath towarzyszył nam przez większość czasu, a przy nim nie pozwalaliśmy sobie na zbyt wiele intymności. Chłopiec był nazbyt zafascynowany tym, w jaki sposób okazywaliśmy sobie z Fillipem uczucia, a to było krępujące nawet dla nas. W przypadku niewinnym, pozbawionych przejawów seksualności gestów i słów, jego wpatrujące się w nas oczęta nie były problemem, ale kiedy w grę wchodziły pieszczoty, płoszyliśmy się mając świadomość, że Nathaniel patrzy na wszystko z niegasnącym zainteresowaniem i dziką radością.
Zachichotałem cicho, kiedy wyobraźnia podsunęła mi pytanie, jakie chłopiec zadałby na pewno, gdyby widział teraz mnie i Fillipa. „Tato, a dlaczego to robisz?”, „A co to oznacza?”, „Tatusiu, a dlaczego się uśmiechasz?” Tysiące pytań, na które dziecko w jego wieku nie powinno znać jeszcze odpowiedzi.
Doskonale pamiętałem ostatnie ze szczerych pytań zadanych przez naszego synka. Padły rano podczas śniadania, po intensywnej, męczącej i cudownej nocy wypełnionej niczym niekrępowaną bliskością.
„Tatusiu, a dlaczego wydajesz się promieniować jakbyś połknął słonko i tak dziwnie kręcisz pupą?” zapytał wtedy malec. Najpierw byliśmy zaskoczeni, następnie zawstydzeni, a ostatecznie rozbawieni.
„Ponieważ tata w sekretny sposób zrobił mi zastrzyk z promieni słońca, które ma w sobie.” brzmiała odpowiedź Fillipa. Zawstydziłem się wtedy tak bardzo, że odbiło się to na mojej twarzy rumieńcem.
„Tato, a jaki to sekretny sposób?” dociekał malec, kiedy nie potrafiłem wydusić słowa, a Fillip chichotał zadowolony z tego, że napuścił na mnie ciekawskiego Nathaniela.
„Dowiesz się, kiedy dorośniesz i spotkasz kogoś, kto wypełni cię od środka milionami małych motylków, które będą cię bezustannie łaskotać, a ty nie będziesz mógł się nawet podrapać.” raczej nie tak zawiłej odpowiedzi spodziewał się wtedy chłopiec. Zamyślił się najwyraźniej chcąc przeanalizować moje słowa, po czym podrapał się po policzku i otrzepał z dreszczy.
„Ale to będzie boleć, jeśli się nie podrapię!” jęknął.
„Wtedy nie będzie boleć, ale skoro teraz tak myślisz to znak, że nadal jesteś zbyt maleńki żeby wiedzieć wszystko. Musisz mi wierzyć na słowo, pluszowy misiu.”
- Wiem, o czym teraz myślisz, kochanie. - głos Fillipa pobrzmiewał słodyczą, kiedy zwrócił się do mnie szeptem.
- Tak łatwo mnie rozgryźć? - szepnąłem w jego ucho i pocałowałem go w skroń. Starałem się przy tym przesadnie nie kręcić, aby nie obudzić malca.
- O tak. Twój umysł niemal zawsze stoi dla mnie otworem. - mój mąż przekręcił głowę i spojrzał na mnie roześmianym wzrokiem swoich pięknych czekoladowych oczu. - Podpowiada mi to każdy dźwięk, jaki wydajesz, brzmienie twojego głosu, sposób w jaki mnie dotykasz i całujesz, rytm bicia twojego serca, sposób w jaki na mnie patrzysz. - wymieniał powoli. - Wiesz jakie trzy słowa najczęściej pojawiają się w twoich myślach?
Pokręciłem głową zainteresowany tym, co może mi zdradzić i wręcz nie potrafiłem oderwać od niego spojrzenia. Był tak piękny, tak pełen miłości i radości życia.
Kochałem go całym sobą, każdym oddechem, słowem, spojrzeniem, każdym uderzeniem serca, ruchem mojego ciała.
- Fillip, Nathaniel, kocham. - wymienił wyliczając kolejno na palcach.
Roześmiałem się zupełnie innym śmiechem niż jeszcze przed chwilą. O tak, kochałem go i nie miałem przed nim żadnych tajemnic.

~ * ~ * ~

Zadrżałem na całym ciele na dźwięk jego śmiechu, a ruch moich mięśni obudził śpiącego Nathaniela.
- Marcelu… - wyszeptałem wkładając w jego imię ogrom wypełniających mnie uczuć. Tak bardzo go kochałem, że czułem już wzbierające łzy radości.
Objąłem dłońmi jego twarz i pocałowałem go mocno, mało elegancko i niewprawnie, jakbym dopiero uczył się to robić.
Marcel odpowiedział mi równą pasją i uczuciem, a jego dłonie także spoczęły na moich policzkach, które gładził kciukami.
Czułem, że Nathaniel ostrożnie schodzi z sofy, ale nie zważałem na to, że chłopiec najpewniej znalazł sobie dogodniejsze miejsce do obserwowania nas. Musiałem w jakiś sposób dać upust swojej miłości do tego wspaniałego, wyjątkowego mężczyzny, który zamienił moje życie w Raj.
- Kocham cię. - wyszeptałem odsuwając się odrobinę i opierając swoje czoło o jego. - Kocham cię, Marcelu. - z moich oczu w końcu spłynęły łzy.
- A ja kocham ciebie, mój Fillipie. - odpowiedział z uczuciem i zabrał się na scałowywanie z mojej skóry każdej słonej kropli.
Małe, drobne łapki objęły mnie w pasie, a kudłata główka wtuliła się w moją pierś.
- Dlaczego płaczesz, tatusiu? - padło pierwsze pytanie i sprawiło, że roześmiałem się nie potrafiąc się powstrzymać.
- Ponieważ jestem szczęśliwy i kocham ciebie i twojego tatę tak bardzo, że ta miłość już się we mnie nie mieści. Kiedy wypływają łzy, robi się w środku więcej miejsca na uczucia.
- To dlaczego tata je zjada? Co będzie jeśli w tobie też nie będzie się wszystko mieścić? - nasz synek uniósł główkę i spojrzał pytająco na mojego męża, który pogłaskał go pieszczotliwie po buzi.
- Każda łza tatusia jest dla mnie bezcenna, mój mały. - Marcel przeniósł spojrzenie cudownych oczu z malca na mnie i posłał mi zapierający dech w piersi uśmiech. - Kiedy jesz czekoladę, która rozpuści ci się w paluszkach to je oblizujesz, prawda? - malec skinął potakująco. - Dlaczego?
- Bo jest pycha! - odpowiedział pewnym przekonania głosem Nath.
- Ze mną jest podobnie, ale dla mnie tą czekoladą są teraz łzy.
- I one są pycha jak czekolada?
- Dla mnie, kochanie, są o niebo lepsze od czekolady.
Nathaniel zmarszczył czoło i wydął usteczka w dzióbek. Zamyślił się. W końcu wystawił języczek i polizał mój policzek w miejscu, gdzie wciąż czułem wilgoć łez.
- Słone! - ocenił niejako zdziwiony maluch. Prawdopodobnie sądził, że będzie miał do czynienia ze słodyczą ulubionych łakoci.
- Dla ciebie są słone, misiu, ale dla mnie smakują tak dobrze, że czuję mrowienie na języku, kiedy ich próbuję.
Zarumieniłem się słuchając słów mężczyzny mojego życia. Czyżby moje łzy naprawdę tak mu smakowały, że chciał znowu doprowadzić mnie do łez?
- Och, twoja bajka właśnie się skończyła! - jęknąłem aby odwrócić uwagę synka od pytań o to, do czego doszło przed chwilą między mną i Marcelem. Czasami do pytań „dlaczego”, dochodziły także pytania o to, co w danym momencie czuliśmy, a wtedy zawsze musieliśmy odpowiadać skrępowani, ponieważ nie mogliśmy okłamać chłopca, a nie wszystkie wyjaśnienia przeznaczone były dla jego uszu.
- O nie! - malec spojrzał na telewizor, gdzie właśnie w górę przesuwały się napisy końcowe.
- Obejrzymy bajkę jutro, a teraz pójdziemy się umyć i spać. - Marcel wstał łapiąc chłopca w pasie i przerzucił go sobie przez ramię.
Nath zaśmiał się ucieszony wysokością i pozycją, jak przystało na dziecko.
- A bajka i buzi? - zapytał z nadzieją, chociaż doskonale wiedział, że bez bajki i buziaka na pewno nie pozwolimy mu spać. To była nasza wieczorna tradycja, którą uwielbialiśmy wszyscy troje.
- Naturalnie, pluszowy misiu.
Wymieniliśmy z Marcelem uśmiechy i wspólnie ruszyliśmy w stronę schodów wiodących na górę gdzie mieściła się łazienka, nasza sypialnia oraz pokój Natha.
Kolejny pełen miłości i radości dzień właśnie dobiegał końca, aby ustąpić miejsca równie przepełnionej pozytywnymi uczuciami nocy.

Oliver i Reijel

Ponieważ jeszcze minutę temu Xavier wypłakiwał sobie płuca, a teraz już milczał jak zaklęty, wcale nie zdziwił mnie fakt, iż wchodząc do pokoju dzieci zastałem w nim ekscentrycznego i pozbawionego dobrego wychowania ojca mojego kochanka. Mężczyzna trzymał na rękach łaszącego się do niego chłopca, co najwyraźniej przypadło do gustu im obu. Anastasie z kolei leżała przerażona najciszej jak potrafiła i przełykała ciche łzy. Nadal bała się dziadka i nie wiem, czy to miało się zmienić w najbliższym czasie.
- Przepraszam. - rzuciłem przepychając się między starszą wersją Reijela i łóżeczkiem, chcąc dotrzeć do córki.
- Ależ nie ma za co. - rzucił rozbawiony mężczyzna robiąc krok w tył, co ułatwiło mi dostęp do dziecka.
Wziąłem Anastasie na ręce i pozwoliłem jej przytulić się do mnie mocno i wypłakać głośno, ponieważ dopiero przy mnie poczuła się na tyle bezpieczna żeby wydać z siebie jakiś dźwięk. Nic więc dziwnego, że teraz chlipała rzewnie, jakby nie robiła tego od wieków i musiała nadrobić zaległości. Gładziłem jej plecy i delikatnie całowałem policzek, aby te drobne, powtarzane zawsze w podobnych okolicznościach czułości uspokoiły ją.
- Błagam, niech pan jej nie straszy pojawiając się nagle… - westchnąłem, ale nie skończyłem, ponieważ mi przerwano.
- Tato. Mów mi tato. - mężczyzna rzucił mi przymilny uśmiech, który sprawił, że po moim ciele przeszły nieprzyjemne dreszcze. Jeśli drapieżnik uśmiecha się do swojej ofiary na niedługo przed jej zabiciem to właśnie taki byłby to uśmiech.
- Nie powinienem…
- Nalegam.
Skinąłem głową nie mając innego wyjścia. Sprzeczanie się z nim nie miało sensu, a mogło tylko narazić mnie na jego gniew. Nie wiem na ile był szalony, a na ile normalny, w każdym razie był ojcem Reijela, a to mówiło samo za siebie. Komuś takiemu nie chciałem się narazić. Przynajmniej jeśli mogłem tego uniknąć.
- Reijel wyszedł na chwilę, więc jeśli chciał pan… tata – poprawiłem się – spotkać się z nim to…
- Och, ależ nie, nie! Przyszedłem do ciebie i do moich wnucząt. Nawet jeśli jedno nadal nie cieszy się jakoś szczególnie na moje odwiedziny.
Ja również nie byłem zachwycony jego odwiedzinami, ale wolałem tego nie zdradzać dla własnego bezpieczeństwa. W końcu jeśli wszystko, co słyszałem o Reijelu było prawdą to właśnie rozmawiałem ze samym Lucyferem, nienawidzącym rodzaju ludzkiego Aniołem strąconym z Nieba. Przyznaję, że ciężko było mi w to uwierzyć, kiedy tak kołysał w ramionach mojego syna i zachowywał się jak ekscentryczny bogacz, a nie wielki Pan Piekieł.
- W takim razie może przejdziemy do salonu? - zaproponowałem z nadzieją. Pokój dzieci był niewielki, a ja nie czułem się zbyt dobrze przebywając z tym mężczyzną na tak ograniczonej przestrzeni.
- Za tobą. - rzucił kurtuazyjnie mężczyzna i wolną ręką wskazał na drzwi.
Mówi się, żeby nie odwracać się tyłem do wroga, ale to nie zawsze jest możliwe, tak jak chociażby w tym przypadku, toteż wyszedłem z pokoju jako pierwszy i miałem nadzieję, że to nie będą ostatnie chwile mojego życia.
I nie były. Bezpiecznie opuściłem pokój dziecięcy i udałem się do salonu, gdzie usiadłem z córką w ramionach w jednym z foteli. Anastasie zmęczona płaczem zasnęła, co pozwoliło mi odetchnąć z ulgą. Martwiłem się, że jeśli nadal będzie tak płakać, w końcu pochoruje się i zamieni w malutki kłębek nerwów.
Ojciec mojego kochanka zajął drugi z foteli, sadzając Xaviera na swoich kolanach i trzymając malca pod pachami, unosił i opuszczał kolana podrzucał ucieszone dziecko lekko do góry. Nadal nie mogłem uwierzyć, że mój strachliwy syn tak uwielbiał swojego dziwacznego i bez wątpienia cholernie niebezpiecznego dziadka.
- Jak wiele wiesz o moim synu? - zapytał nagle mężczyzna, przenosząc spojrzenie z roześmianego chłopczyka na mnie.
Przełknąłem głośno ślinę, jakbym właśnie miał udzielić odpowiedzi na najważniejsze w moim życiu pytanie.
- Niewiele i jednocześnie wystarczająco. - rzuciłem po chwili zastanowienia. - Nie jest tym, kim był na samym początku naszej znajomości.
Wlepione we mnie spojrzenie krwawych oczu sprawiło, że ślina utknęła mi w gardle wielką gulą, kiedy próbowałem ją przełknąć.
- Pojawił się tutaj, ponieważ tam gdzie żył wcześniej, nie mógł zaspokoić wszystkich swoich potrzeb. - nie byłem pewny, czy mężczyzna zwrócił uwagę na moją odpowiedź i ją zaakceptował, czy też miał w nosie to, jaka była i po prostu chciał się wygadać. - Zrodził się z nienawiści i miłości, więc znając już jedno, musiał nauczyć się drugiego. Kiedy go spotkałeś, był nieokrzesany i niezgrabny, jako że dopiero zaczynał naukę życia i poznawał ludzi oraz ich emocje. Osoba, jaką jest teraz to jego ostateczna forma, której ty nadałeś kształt. Jeśli zdradzisz go tak, jak Pan zdradził mnie, zabiję cię i będę pławił się w nienawiści Reijela. Rozumiemy się? - na jego ustach znowu pojawił się niemal słodki, niewinny uśmiech.
Cholera! Bałem się go chyba równie mocno, co moja córka.
- Tak, myślę, że doskonale rozumiem, co chcesz mi powiedzieć. - wychrypiałem, a ślina w końcu spłynęła z trudem w dół przełyku.
- Doskonale! - mężczyzna wstał gwałtownie i obejmując Xaviera potarł nosem o jego mały nosek. Chłopiec małą łapką dotknął jego warg, a kiedy dziadek otworzył usta prezentując ostre zęby, maluch dotykał ich drobnymi paluszkami jakby miał do czynienia z zabawką. - Naucz mnie jak przygotować mleko dla dzieci. - rzucił rozkazującym tonem ojciec Reijela. Kiedy mówił, jego usta muskały palce Xaviera, ale zęby w żadnym razie nie czyniły malcowi krzywdy.
- Yyy, dobrze… - mruknąłem zbity z tropu.

~ * ~ * ~

Wchodząc do domu na odległość wyczułem moc ojca. Warknąłem niezadowolony i nie zdejmując nawet butów, przeszedłem z głąb domu chcąc upewnić się, że moja rodzina jest bezpieczna, chociaż nie wyczułem zapachu krwi, co pozwalało mi mieć nadzieję, że mu nie odbiło.
Usłyszałem dochodzące od strony połączonej z salonem kuchni ciche głosy, więc tam właśnie skierowałem kroki.
Niemal zakrztusiłem się nabieranym w płuca powietrzem, kiedy zobaczyłem mojego ojca w kuchennym fartuszku karmiącego Xaviera oraz stojącego obok Olivera ze śpiącą mu w ramionach Anastasie.
Zaniemówiłem, co nie zdarza mi się często, ale w tamtej chwili naprawdę nie potrafiłem znaleźć słów, które powinienem wypowiedzieć.
- Niech zgadnę, nie zdążyłeś się jeszcze za mną stęsknić od naszego ostatniego spotkania. - odezwał się do mnie ojciec, odrywając wzrok od mojego syna.
- Jesteś stanowczo za bardzo zainteresowany moimi dziećmi. - wydusiłem z trudem unikając zająknięcia. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć, ponieważ ojciec jakiego widziałem teraz, nie był tym, którego znałem.
- Ależ oczywiście. Mają w sobie odrobinę mojej krwi, więc mam zamiar aktywnie uczestniczyć w ich życiu.
- Każdy w Upadłym Rodzie ją ma, więc dlaczego uczepiłeś się właśnie ich? - prychnąłem, ale znałem odpowiedź i wiedziałem doskonale, że nie chodzi tylko o ich przyszłość w Rodzie.
- A dlaczego postanowiłeś przygarnąć właśnie tę dwójkę? Dlaczego Anastasie boi się mnie śmiertelnie, podczas gdy Xavier mnie uwielbia?
Było to retoryczne pytanie, na które nie musiałem odpowiadać. Przygarnąłem dzieci z tego samego powodu, dla którego byłem z Oliverem, z tego samego powodu, dla którego go prześladowałem i raniłem na początku naszej znajomości i w końcu z tego samego powodu, dla którego mój ojciec nienawidził ludzi tak bardzo.
- Miłość. - powiedziałem głośno tylko dlatego, że Oliver patrzył to na mnie, to na mojego ojca bez zrozumienia. On nie znał odpowiedzi, więc postanowiłem mu podpowiedzieć.

środa, 30 sierpnia 2017

La plage

Fillip & Marcel

Podobnie jak ja, Nathaniel uwielbiał plażę i morze. Nie potrafił nacieszyć się miękkim, delikatnym piaskiem pod stopami oraz intensywnie pachnącą wodą, w której mógł siedzieć całymi godzinami. Właśnie dlatego w tym roku, podobnie jak w roku poprzednim i jeszcze wcześniej, postanowiliśmy spędzić kilka dni nad morzem, zabierając ze sobą Olivera, Reijela i ich bliźnięta.
Były to nasze pierwsze wielkie rodzinne wakacje.
Ponieważ było jeszcze stosunkowo wcześnie, bez trudu znaleźliśmy idealnie miejsce, w którym mogliśmy rozłożyć nasze ręczniki i wbić chroniące nas przed słońcem parasole. Dzięki temu, że byliśmy stosunkowo blisko morza, mogłem mieć oko na mojego synka, kiedy będzie bawił się w wodzie, zaś odrobina magii pozwoliła nam na stworzenie niewielkiej „kałuży” dla bliźniąt. Fale bezustannie popychały wodę morską wąskim kanalikiem do dołka głębokiego na około 15 centymetrów, w którym mogliśmy posadzić dwie małe pszczółki w ich pasiastych strojach kąpielowych z malutkimi skrzydełkami na plecach. Anastasie i Xavier wyglądali po prostu cudownie!
Nathaniel bardzo żałował, że nie mógł jeszcze poszaleć w wodzie z kuzynostwem, ale rozumiał, że dzieci są jeszcze na to za małe i obiecał bawić się z nimi w ich „kałuży” oraz bawić się z Marcelem w głębszej wodzie. Był tak grzeczny i tak niesamowicie ucieszony tymi wakacjami, że najprawdopodobniej właśnie tworzyliśmy jakąś wakacyjną tradycję dla naszej wesołej rodzinki – coroczny wspólny wyjazd nad morze.
Pół godziny zajęło nam przygotowanie naszego miejsca na plaży, zaś po tym czasie Nathaniel nie mógł znieść czekania i z błagalną miną zaczął wyciągać mnie i Marcela do wody. Zostawiliśmy więc Olivera, Reijela i ich dzieci na plaży i w trójkę poszliśmy odrobinę popływać. Nie byłem wprawdzie mistrzem pływackim i nie wyrywałem się na głęboką wodę, ale mając przy sobie Marcela mogłem wykorzystać okazję i razem z Nathanielam uczyć się pływać.
Na początku po prostu chlapaliśmy się w wodzie przyzwyczajając ciała do temperatury, a następnie spróbowałem swoich sił w pływaniu, o ile można było to tak nazwać. Szło mi nieszczególnie, ale wystarczająco dobrze, żeby moje umiejętności zostały wykorzystane do nauki syna. Nath trzymał grzecznie Marcela za ręce i machał nóżkami wypychając pupę do góry. Korygowałem jego posturę, kiedy było trzeba, trzymałem dłonie pod jego brzuchem, żeby mógł się wyprostować i byłem pewny, że chłopiec będzie w stanie pływać jeszcze zanim wrócimy do domu.
Po kilkudziesięciu minutach z trudem wysłaliśmy Natha do wujków. Chłopiec kręcił noskiem, narzekał i pojękiwał, ale w końcu dał za wygraną. Rozumiał, że nie może siedzieć w wodzie zbyt długo, ale i tak niechętnie to akceptował. Zostaliśmy więc z Marcelem sami i mogliśmy to wykorzystać.
Mąż objął mnie w pasie i przysunął do siebie bardzo blisko. Uśmiechał się łagodnie spoglądając na mnie.
- Co powiesz na indywidualną lekcję pływania tu i teraz? - zapytał pogodnym, pełnym uczucia głosem.
- To zawstydzające. - przyznałem. W końcu nie byłem już dzieckiem, ale mężczyzną i powinienem potrafić pływać na zadowalającym poziomie.
- Tylko ja będę o tym wiedział, kochanie, a mnie nie musisz się wstydzić.
Wahałem się przez chwilę, po czym skinąłem głową.
Marcel uśmiechnął się do mnie szeroko i odsunął na dwa kroki. Trzymał mnie za dłonie tak, jak wcześniej trzymał Nathaniela i zanurzył się w wodzie po szyję. Skinieniem dał mi znak, więc zamykając oczy i wstrzymując oddech położyłem się na wodzie próbując przybrać na tyle wyprostowaną posturę, żeby moje ciało unosiło się na wodzie. Jakoś mi się to udało i wtedy dopiero mogłem odetchnąć z ulgą. Nie poszedłem jeszcze pod wodę jak kamień.
Powoli zacząłem poruszać nogami, ćwicząc ich ruchy w stylu żabki. Marcel instruował mnie, co i jak powinienem robić. Następnie nie puszczając mnie, ale przesuwając dłońmi po moim ciele, zmienił pozycję. Teraz stał obok mnie i czułem jego palce na piersi. Asekurował mnie, kiedy starałem się zsynchronizować ruchy nóg i rąk.
Był cudownym, cierpliwym nauczycielem, takim jakiego zapamiętałem z czasów szkolnych. Dzięki niemu nie tylko Nathaniel miał okazję nauczyć się pływać w czasie tych wakacji, ale także dla mnie istniał cień szansy, że jednak w końcu opanuję tę umiejętność w zadowalającym stopniu.

~ * ~ * ~

Po naszej krótkiej lekcji pływania z Fillipem, podczas której bawiłem się zapewne o wiele lepiej niż można by się tego spodziewać, wróciłem z moim słodkim mężem na plażę, gdzie Nathaniel już czekał na nas z ręcznikami w łapkach. Najwyraźniej Oliver dobrze się o niego zatroszczył, kiedy chłopiec do niego wrócił i teraz maluch wykorzystywał zdobytą wiedzę, aby zatroszczyć się o nas.
Był tak niemożliwie słodki.
Pozwoliliśmy aby chłopiec zarzucił ręczniki na nasze plecy. Maluch wykorzystując okazję przytulił się najpierw do Fillipa, otrzymując przy okazji kilka gorących buziaków, a następnie do mnie.
- Jesteś zimny! - oświadczył z nadąsaniem, kiedy jego ciałko dotknęło mojej skóry, ale na jego buzi widniał przekorny uśmiech.
- Oczywiście, że jestem. Gdybyś nie wyszedł z wody i nie ogrzał się na słońcu też byłbyś taki wychłodzony. - lekko puknąłem go palcem wskazującym w nosek.
- I właśnie dlatego tata nie dostanie loda, a ty tak. - wtrącił się do naszej małej rozmowy Oliver, który wyciągnął w stronę Nathaniela czekoladowego rożka.
- To niesprawiedliwe! - udałem oburzonego, aby sprawić tym przyjemność mojemu synkowi.
- Więc musisz poprosić Nathaniela żeby się z tobą podzielił. - blondyn wzruszył ramionami pakując do ust swój smakołyk, który Reijel już mierzył uważnym spojrzeniem. Najwyraźniej z jakiegoś powodu on również nie załapał się na loda i teraz planował dobrać się do tego należącego do Olivera.
- Poczęstujesz tatę, pluszowy misiu? - zapytałem Natha, ponieważ wiedziałem, że chciał się ze mną trochę podrażnić.
Chłopiec skinął główką i wyciągnął rożek w moją stronę, ale kiedy zbliżyłem do niego usta, uciekł rączką. Roześmiał się, kiedy specjalnie zrobiłem zdziwioną minę. To samo powtórzyło się jeszcze kilka razy i w końcu chłopczyk dumny z siebie pozwolił mi spróbować swojego smakołyku. Do tego czasu miał lód już na całej buzi i stróżka spływała mu po rączce, więc zlizałem roztopiony lód z jego skóry.
- Jedz, kochanie. - zachęciłem go. - Później umyjesz się w wodzie.
- Tak jest! - maluch zasalutował ręką z lodem, przez co słodki deser wylądował w jego włoskach. Teraz było pewne, że Nathaniel będzie musiał trochę ponurkować w morskiej wodzie żeby pozbyć się lepkiej słodyczy z włosków.
- Skarbie, - usłyszałem słodki, cichy szept przy uchu i poczułem wywołane tym przyjemne łaskotanie w lędźwiach. - Dokończysz? - Anioł podał mi resztę swojego waniliowego rożka.
No tak, Oliver nie zapomniał o swoim najlepszym przyjacielu.
- Oczywiście. Dziękuję. - odebrałem od Fillipa lód i dojadłem resztę słodkiego, chłodnego deseru.
- Tato, - przed moją twarzą zatańczyła resztka rożka trzymana przez małą, brudną łapkę. Mój synek również nie dał sobie rady z całym lodem i teraz resztę oddał mi.
- Dziękuję, misiu. - otworzyłem usta, a malec wsunął w nie wafelek z resztką czekoladowej masy.
Spojrzałem na Reijela, który właśnie kończył łakocia, który wcześniej należał do Olivera. Chłopak siedział nadąsany ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, co pozwoliło mi wierzyć, że mężczyzna bezczelnie ukradł mu smakołyk nie mając zamiaru zadowolić się dzieleniem się.
- Kupię ci nowego, nie bocz się tak na mnie. - Reijel wepchnął w usta ostatni kęs. Widziałem po Oliverze, że miał ochotę zachować się jak dziecko i uparcie się dąsać, ale najwyraźniej miał świadomość, że z Reijelem i tak nie wygra. Poddał się więc z ciężkim westchnieniem.
- Więc idź po niego, a ja zostanę z dziećmi.
- Tak, tak, już się robi. - jasnowłosy przewrócił oczyma. - Skoro i tak idę, zapytam. Chcecie coś? - zwrócił się do mnie i Fillipa, ale my tylko pokręciliśmy głowami. - Doskonale. - mężczyzna uśmiechnął się zadowolony, a ja nie mogłem powstrzymać rozbawienia.
- Zabiorę Nathaniela do wody i trochę go wymyję zanim zleci się nam tutaj cały rój pszczół.
Złapałem synka za rączkę i pomogłem mu wstać z ręcznika tak, żeby nie musiał pomagać sobie brudnymi, lepkimi łapkami.
- Tylko nie siedźcie w wodzie za długo. - upomniał mnie mój słodki Anioł, który właśnie zaoferował swoją pomoc kuzynowi przy karmieniu wygłodniałych bliźniąt.
- Naturalnie. - odpowiedziałem mrugając porozumiewawczo do wpatrzonego we mnie synka, na którego buzi pojawił się ogromny uśmiech.

Oliver & Reijel

Byłem wdzięczny kuzynowi, że postanowił zostać ze mną i pomóc mi przy pochlipujących dzieciach. Był już najwyższy czas żeby je nakarmić i dlatego moje dwa małe problemy zrobiły się bardzo marudne.
Posadziłem Xaviera na ręczniku pozwalając mu oprzeć się o moje udo i wsunąłem butelkę z mlekiem w jego usteczka. Od razu się do niej przyssał. Anastasie w ramionach Fillipa również zajęła się łapczywie jedzeniem.
- Nagle wydają się grzeczne. - zauważyłem zagajając rozmowę.
- Tak, jedzenie ma właściwości uciszające w przypadku wszystkich maluchów. Nasz Nathaniel był taki sam. Bywały dni, kiedy był bardzo grzeczny i spokojny, ale czasami miał gorsze chwile i wtedy płakał przez cały czas, póki nie dostał butelki. Kiedy twoje maluchy będą już mały rok, zauważysz, że życie stanie się o wiele łatwiejsze. Kiedy będą miały dwa lata zrobi się zabawnie, a w wieku lat trzech zaczną nawet powoli pomagać w domu w ramach zwykłej zabawy.
- Chciałbym żeby to nastąpiło jak najszybciej. Czasami zastanawiam się, jak ludziom może podobać się rodzicielstwo. To trudniejsze niż nauka i praca razem wzięte.
Fillip roześmiał się ciepło, jak miał to w zwyczaju od kiedy był z Marcelem i jego życie układało się niczym bajka.
- Poczekaj, a sam zrozumiesz.
- Co zrozumie? - Reijel zaszedł nas od tyłu. Spojrzałem na niego i zmarszczyłem brwi.
- Ile lodów zdążyłeś zjeść zanim przyniosłeś mi tego jednego? - wskazałem na samotnego loda w reklamówce, którą trzymał.
- Hm?
- Ubrudziłeś się tutaj czekoladą. - pokazałem palcem na swój kącik ust. Reijel szybko oblizał się pozbywając się śladów swojego małego oszustwa.
Czekałem spoglądając na niego ostro.
- Dobra już, dobra! Zjadłem dwa! - obrzucił mnie uważnym spojrzeniem i usiadł obok rozpakowując mój orzeźwiający smakołyk. - Masz zajęte ręce, a lód się roztopi, więc zjem go żeby się nie zmarnował.
- Ty wredny... - wciągnąłem głośno powietrze.
- Żartuję! - roześmiał się, co zrobiło wrażenie nawet na Fillipie.
Nie pamiętałem, czy mój kuzyn widział kiedykolwiek wcześniej szczerze śmiejącego się Reijela.
Mój kochanek rozpakował loda i podsunął mi go pod usta. Dzięki temu mogłem lizać go nie przestając karmić syna.
- Smakuje ci? - jasne oczy Reijela błyszczały niczym powierzchnia wody, od której odbijają się promienie słońca.
- Bardzo. Dziękuję.
Na twarzy mężczyzny pojawiła się duma. Niesamowite, że ktoś taki jak on, czasami zachowywał się jak naprawdę słodkie dziecko.
Zadziwiające, ale zdołałem zjeść swój smakołyk szybciej, niż moja córka w ramionach Fillipa uporała się ze swoim mlekiem. Reijel otarł moje usta wilgotną chusteczką i wziął ode mnie Xaviera.
- Idź popływać z Fillipem, a ja zostanę z dziećmi. - zaoferował, co wydawał mi się podejrzane, ale prawdę mówiąc nie mogłem doszukać się w tej propozycji żadnego podstępu. Miałem tylko nadzieję, że nie będę później żałował, że na to przystałem.
Fillip wyraźnie zadowolony z takiego obrotu sprawy, wręczył Reijelowi także Anastasie. Maluchy musiały teraz chwilę odpocząć po posiłku zanim zaczną się bawić, toteż nie musiałem pomagać kochankowi w ich pilnowaniu. Wahałem się przez chwilę, ale w końcu skinąłem głową.
- Będę niedaleko, gdybyś mnie potrzebował. - rzuciłem wstając i odchodząc w stronę wody. Obejrzałem się na swojego mężczyznę jakieś dwa razy, ale nadal nie zauważyłem w jego zachowaniu niczego dziwnego, poza samym faktem, że zaproponował opiekę nad maluchami, kiedy ja będę się bawił w najlepsze z kuzynem.
- Nie martw się, Oli. - roześmiany Fillip poklepał mnie przyjaźnie po ramieniu. - Zrobił to po to żebyś później ty siedział z maluchami, kiedy on będzie szalał w morzu.
- Fakt. - zgodziłem się z nim czując wyraźną ulgę, ponieważ byłem w pełni przekonany, że chłopak ma całkowitą rację.

~ * ~ * ~

- Czego tutaj szukasz, ojcze? - zapytałem, kiedy tylko Oliver zniknął mi z oczu.
- Kto ubrał moje wnuki w te paskudne stroje kąpielowe? Wyglądają jak przerośnięte, tłuste owady. - za moimi plecami zmaterializował się mój ojciec. Odwróciłem się w jego stronę i szybko zmierzyłem go wzrokiem. Wyglądał przyzwoicie, jak normalny człowiek. Okulary przeciwsłoneczne zasłaniały jego oczy o nienaturalnym dla ludzi kolorze, a biały lniany garnitur sprawił, że wyglądał jak biznesmen, który po spotkaniu biznesowym postanowił przejść się brzegiem morza. Rzucał się w oczy, ale jako człowiek, a nie istota nieludzka.
- Taki strój na dzieciach uważa się za słodki. - wytłumaczyłem mu zwięźle.
Ojciec usiadł na ręczniku obok mnie i wziął na ręce Xaviera, który wyciągał do niego pulchne ramionka. Anastasie wtuliła się we mnie i zaczęła pochlipywać obawiając się dziadka.
- Wyglądają komicznie. Nie widzę w tym nic słodkiego.
- Od kiedy jesteś znawcą dziecięcej mody? - prychnąłem.
- To nie istotne. Powinny wyglądać dumnie.
- Nie mają nawet roku. Nie ważne, co im ubierzemy i tak nie będą wyglądać dumnie tylko słodko. A teraz przyznaj się, po co tu jesteś.
- Jestem tutaj dla następnego przywódcy Upadłego Rodu. - ojciec przeszedł w końcu do konkretów. - Muszę go ocenić i przedstawić jego osobę moim generałom.
- Nie uważasz, że trochę na to za wcześnie? Mam go na oku, z czasem będę mógł go szkolić tak, jak tylko będę chciał. To nie wystarczy twoim generałom? - czułem rosnące poirytowanie. Może i Nathaniel grał mi czasami na nerwach, kiedy zanadto przymilał się do Olivera, ale był za mały żeby interesować się nim jako przyszłym przywódcą.
- Chcą wiedzieć, czy będzie jak jego adopcyjny ojciec, wierny jednej stronie, ale pełen szacunku dla drugiej.
- Może okazać się kimś lepszym nawet od Marcela. - powiedziałem z przekonaniem. - Niech twoje legiony nie mieszają się do jego życia aż do osiągnięcia przez niego siedmiu lat. Wtedy twoi generałowie będą mogli go spotkać i przekonać się na kogo wyrośnie. Kiedy skończy sześć lat będzie mógł spotkać się z tobą.
Ojciec zamyślił się spoglądając w miejsce, w którym Nathaniel bawił się radośnie z rodzicami i Oliverem.
- Niech będzie. - podjął decyzję. - Ufam, że dołożysz starań, żeby chłopak naprawdę był godnym przywódcą Upadłego Rodu.
- Mam na wychowaniu dwójkę twoich adopcyjnych wnucząt, które będą kiedyś służyć pod Nathanielem. To oczywiste, że dam z siebie wszystko podczas wychowywania całej trójki.
- Do zobaczenia, diabełku. - mój ojciec uśmiechnął się drapieżnie do Xaviera i oddał go w moje ręce. - Miej na oku młodego Camusa, a ja będę miał oko na was wszystkich. - rzucił poważnie i podniósł się powoli. Otrzepał spodnie z drobinek piasku, jakie się do nich przyczepiły, wsunął dłonie w kieszenie spodni i dostojnym, powolnym krokiem oddalił się zmierzając w stronę jednego z wyjść z plaży.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Notre jour

Fillip & Marcel

Niemal leżąc rozłożony leniwie w fotelu w salonie, spoglądałem na Marcela, który karmił naszego zajętego zabawą syna jogurtem i owocami, które przygotowaliśmy dla niego na drugie śniadanie. Uśmiechałem się przy tym do siebie, a mój umysł pracował w zwolnionym tempie, równie leniwym, co ja sam.
Jestem szczęściarzem, myślałem.
Miałem cudownego męża, którego kochałem całym sobą i który równie mocno kochał mnie. Miałem wspaniałe dziecko, które było moim oczkiem w głowie.
Czułem się spełniony, ale moja radość życia nie osiadała na laurach. Każdego dnia wydawało mi się, że jestem szczęśliwszy niż wczoraj, a przecież już poprzedniego dnia byłem pewny, że większa radość jest niemożliwa. To uczucie towarzyszyło mi od lat i nigdy mi się nie nudziło. Było ze mną, kiedy zamykałem oczy zasypiając i kiedy je otwierałem budząc się rano. Z utęsknieniem wyczekiwałem każdego nowego dnia, nowych wzlotów i upadków codzienności.
Marcel dał mi wszystko czego kiedykolwiek mogłem w życiu chcieć.
- Popatrz jak tatuś ślicznie się uśmiecha. - mój umysł zarejestrował cichy głos Marcela, który szeptał do Nathaniela, próbując zwrócić na mnie jego uwagę.
Skupiłem spojrzenie na dwóch parach cudownych oczu wlepionych we mnie i mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej niż wcześniej.
- Ładnie to tak mnie obserwować, kiedy nie jestem tego świadomy? - roześmiałem się pokazując moim dwóm mężczyznom język.
- Jesteś dziełem sztuki, Fillipie. Nie sposób na długo oderwać od ciebie spojrzenia. - słowa mojego męża sprawiły, że się zawstydziłem.
Marcel nabił na widelczyk kawałek mango i wsunął go w usta Natha, który jakby obudzony z transu znowu skupił się na swojej miotle, którą starannie czyścił i upiększał po swojemu. Był tym tak zajęty od samego rana, że nie miał cierpliwości do samodzielnego jedzenia. Wraz z Marcelem uznaliśmy, że pozwolimy chłopcu na ten jeden dzień pełnego poświęcenia swojej pasji, ale nie pozwolimy aby trwało to dłużej. Malec musiał się nauczyć, że nawet zainteresowania i praca mają pewne ograniczenia, które dyktują indywidualne możliwości człowieka.
Podniosłem się ociężale ze swojego miejsca w fotelu i na chwilę wyszedłem do kuchni. Nalałem soku pomarańczowego do trzech szklanek, z czego do jednej włożyłem rurkę i wróciłem do salonu. Mój mężczyzna właśnie objadał skórkę zjedzonego przez naszego synka mango. Następnie zaczął zapełniać brzuszek malca kawałkami arbuza, które ten posłusznie łykał.
- Dziękuję. - powiedział, kiedy przysunąłem szklankę do jego ust i pozwoliłem aby wypił duży łyk soku.
- Dla ciebie wszystko. - odpowiedziałem zaczepnym tonem i przytuliłem się do niego siadając obok na podłodze. - Nathanielu, sok. - wsunąłem rurkę w usta chłopca, który zaczął posłusznie ssać, jak na komendę. Nie odrywał się przy tym od pracy, polerując rączkę miotły jak mały robocik.
Chłopiec machinalnie wypił cały sok i zjadł wszystko, co podał mu Marcel, toteż postanowiliśmy dać mu spokój do obiadu.
Nasz skarb bawił się sam, więc my mieliśmy dzięki temu trochę czasu dla siebie. Tylko w jaki sposób mieliśmy go spożytkować?
Ostatecznie po prostu usiedliśmy na sofie i trzymając się za ręce przyglądaliśmy się naszemu synkowi. Niczego więcej w tamtej chwili nie było nam trzeba.

~ * ~ * ~

Kciukiem gładziłem dłoń Fillipa uśmiechając się do siebie i do całego otaczającego mnie świata. Byłem tak po prostu, najzwyczajniej w świecie szczęśliwy. Nie odczuwałem ani przejmującego spokoju, ani też nie otaczało mnie wrażenie normalności. Wszystko we mnie wydawało się drżeć niecierpliwie, ponieważ radość wypełniała każdą komórkę mojego ciała niczym wyładowanie elektryczne. To było wspaniałe uczucie. Wręcz niezastąpione i trudne do porównania z jakimkolwiek innym. Wiązało się z pełnią satysfakcji i jednocześnie z niezaspokojonym pragnieniem. To jak jeść jakiś niesamowicie pyszny smakołyk, być tak pełnym, że niemal pęka się w szwach, ale w tym samym czasie myśleć już o kolejnej pyszności, która zaraz wjedzie na stół.
- Ta miotła zaczyna mi przypominać jakiegoś tęczowego kucyka. - rzuciłem nagle nie mogąc się powstrzymać i musząc skomentować skrupulatne zabiegi syna, który pastwił się nad swoją ukochaną miotłą.
- Nie martw się, fascynacja kolorami w końcu mu przejdzie i wtedy będzie korzystał tylko z czarnych i srebrnych klipsów do witek.
- Tak myślisz? - spojrzałem na Fillipa, który uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Ja na to liczę, Marcelu. - przyznał się chichocząc. - Mam szczerą nadzieję, że tak będzie. Oczy mnie bolą, kiedy widzę jak najlepszy model miotły dziecięcej zamienia się w tęczę. Przypomnij mi proszę, kto dał mu ten niezwykle barwny zestaw akcesoriów?
- Twoja mama, Fillipie. - nie mogłem powstrzymać śmiechu. - Dała mu go tydzień temu podczas tego małego przyjęcia urodzinowego, podczas którego Nathaniel wleciał na miotle w tort.
- Ach, tak! Rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałem. Byłem zbyt zajęty sprzątaniem po tej katastrofie.
Obaj roześmialiśmy się na wspomnienie tamtego szalonego dnia.
To bezsprzecznie były urodziny, których nigdy się nie zapomina. Nath cały w swoim śmietankowo-czekoladowym torcie, zaproszeni goście pochlapani łakociem od stóp do głów, walka z bliźniętami żeby przypadkiem nie zaczęły jeść tortu, który miały na sobie, ponieważ były jeszcze zbyt młode żeby zajadać się słodyczami. O tak, nasz mały solenizant zadbał wtedy o to, żeby jego urodziny były dalekie od innych.
- Następnym razem zrobię listę dozwolonych kolorów dla prezentów Nathaniela. - mój młody mąż odetchnął głośno i głęboko dla uspokojenia oddechu po serdecznym śmiechu.
- Tak, zdecydowanie trzeba będzie to zrobić. Już czuję nadchodzącą migrenę, a przecież on jeszcze nie zaczął nawet latać po domu na tym swoim jednorożcu o tęczowym ogonie. Dobrze, że nie zainteresował się aranżacjami kwietnymi lub dekorowaniem wnętrz.
Spojrzeliśmy na siebie z udawanym przerażeniem w oczach i roześmialiśmy się kolejny raz.
Dobrze, że nasze biedne dziecko nie słuchało tego, o czym rozmawialiśmy. Malec mógłby poczuć się urażony, a tego nie chcieliśmy. Wprawdzie jego aktualne pojęcie piękna rozmijało się z naszym, ale nie był to powód, dla którego chłopiec miałby dostosować się do nas. Nawet jeśli było to bolesne dla naszych oczu i zmysłu estetyki.
- Tatusiu, popatrz! - Nathaniel uniósł nad główkę swoją upiększoną miotłę, a jego oczka błyszczały radośnie.
- Och, jest wspaniała! - Fillip zaklaskał w dłonie entuzjastycznie. - Przepiękna! Naprawdę robi piorunujące wrażenie!
Należało przyznać, że ta ostatnia pochwała była w stu procentach prawdziwa. Kolorowa miotełka Nathaniela robiła wrażenie, które można było porównać do pioruna.
- Słyszałeś, tato? - chłopiec spojrzał na mnie rozanielony.
- Tak, kochanie. - przytaknąłem. - Tatuś ma rację. Świetnie się spisałeś. Tylko jak ty będziesz na niej latał żeby wszystkie te ozdoby z niej nie spadły, kiedy zaczniesz szaleć?
Chłopiec zrobił wielkie oczka, najwyraźniej wcześniej nie pomyślał o tym, że duża liczba klipsów do witek może utrudnić mu manewrowanie, jeśli nie chciał ich wszystkich stracić podczas gwałtownych zakrętów, które uwielbiał oraz innych szaleństw, bez których nie mógł się obejść.
- Zostaw po jednym klipsie z każdego koloru, skarbie. - podpowiedział mu Fillip łagodnie i podszedł do naszego synka klękając obok niego. - Pomogę ci i zrobimy to tak, żebyś nic nie zgubił, kiedy będziesz latał, dobrze?
- Tak! - malec pokiwał energicznie główką. Minę miał zaciętą i był zdecydowany dołożyć wszelkich starań żeby jego projekt ucierpiał możliwie najmniej, a jednocześnie żeby nie został zniszczony przez niego samego, kiedy tylko wsiądzie na swoją bezcenną miotłę.

~ * ~ * ~

Byłem wzruszony faktem, że mój synek tak bezgranicznie mi ufał, że postanowił oddać w moje ręce dzieło całego poranka. Wprawdzie nazbyt kolorowe i jakieś takie pstrokate, ale jednak z trudem stworzone i będące dla niego powodem do dumy.
- No dobrze, kochanie. Wybierz jeden niebieski klips, który chcesz żeby został na miotle. Inne delikatnie zdejmiemy. - instruowałem, a maluch z ciężkim sercem pomagał mi w modyfikacji swojego dzieła.
Byłem z niego naprawdę dumny!
- Na rączce zostawcie tylko cztery gumki. - mój Marcel podszedł do nas i pokazał naszemu malcowi, co ma na myśli. - Musisz mieć się czego dobrze złapać, a gumki będą się poruszać, kiedy zaciśniesz na nich łapki. Wybierz sobie cztery kolory. Później możesz zawsze je zmieniać. - mężczyzna pogłaskał czule chłopca po główce.
Nath zastanawiał się nad tym wszystkim bardzo intensywnie. W końcu uznał, że nie ma wyjścia i musi posłuchać rady taty. Wybrał więc cztery gumki i z bólem przyglądał się swojej miotle. Najwyraźniej nie podobała mu się tak jak wcześniej. Problem w tym, że malec musiał wybrać między ozdobami a brawurowym lataniem i sam podjął decyzję, że nie może obejść się bez tego drugiego.
- Dobrze, moi panowie, a teraz chwila przerwy na szklankę wody. Jest zbyt upalnie żebyśmy mieli tak usychać. - Marcel pocałował w czoło Nathaniela, a następnie mnie i zostawił nas na chwilę samych.
Przyglądałem się miotle Natha i nie rozumiałem dlaczego chłopcu nie pasuje mała ilość ozdóbek. Teraz przynajmniej dało się na to patrzeć bez mrużenia oczu, ale sądząc po minie naszej pociechy, on widział to zupełnie inaczej. Biedak krzywił się za każdym razem, kiedy tylko jego wzrok spoczął na miotle.
- Wolisz zdjąć wszystko, pluszowy misiu? - zapytałem syna nie chcąc by dalej tak się męczył.
Tak jak myślałem, skinął głową i przy mojej pomocy pozbyliśmy się wszystkich ozdób. Kiedy Marcel wrócił z naszą wodą, miotła wyglądała już tak, jak na samym początku, zanim Nathaniel zaczął ją „upiększać”.

~ * ~ * ~

Nasz synek był teraz nie w humorze. Wziął ode mnie swój kubeczek i pił z żalem w oczkach wpatrując się w swój sprzęt do quidditcha. Uznałem, że nie mogę tego tak zostawić. Zaklęciem zmieniłem więc kolory witek w ogonie jego miotły na barwy flagi mojego kraju.
- Co ty na to, kochanie? - zapytałem chłopca, który zrobił wielkie oczka i wpatrywał się z niedowierzaniem w swoją miotłę. - Może tak być? Jest lepiej?
- Tak! - maluch zaczął entuzjastycznie kiwać główką.
- Fillipie? - spojrzałem na mojego cudownego Anioła, który odpowiedział mi uśmiechem.
- Jest o wiele lepiej, Marcelu. Bez porównania.
Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Musiałem uklęknąć przy nim na ziemi żeby nie stracić równowagi. Usta chłopaka musnęły delikatnie moje. Zamruczałem uśmiechając się bardzo szeroko.
- Jeśli to nagroda za pomysł to jestem zawsze do usług.
- Och, to tylko podziękowanie za wodę. - chłopak pokazał mi figlarnie język i przyssał się do swojej szklanki z mineralną z lodem. Nasza pociecha poszła w jego ślady, a ja nie planowałem zostać w tyle.
Życie było nadzwyczajnie piękne, kiedy człowiek potrafił cieszyć się z drobnych, codziennych rzeczy i powtarzanych bezustannie czynności, a nam naprawdę to wychodziło, ponieważ kochaliśmy się bezwarunkowo.