Pogoda przestała dopisywać już kilka tygodni temu, kiedy słońce zaszło chmurami, a okropny wiatr sprawiał, że temperatury wydawały się niższe niż w rzeczywistości. Do tego dochodził paskudny kapuśniaczek, który czasami tylko ustępował miejsca normalnym deszczom, a one wcale nie były od niego lepsze. Zima zbliżała się wielkimi krokami i najwyraźniej nie niosła ze sobą niczego szczególnego, jeśli nie liczyć faktu, że mój kapryśny Marcel narzekał na „angielską pogodę” niemal bezustannie i przepraszał mnie za to, nie chcąc być uciążliwym, ale nie potrafił się powstrzymać.
Czasami naprawdę go rozumiałem, ponieważ w tym roku pogoda naprawdę była paskudna, a przecież jeszcze w Hogwarcie tak bardzo uwielbialiśmy wszystkie pory roku, w tym także jesień i zimę.
Kiedy myślałem o tym teraz, wydawało mi się, że szkoła przyciągała piękne pory roku, których w mieście nie dało się odczuć w taki sam sposób. Tęskniłem za tamtymi czasami, chociaż jednocześnie nie miałem na to zbyt wiele czasu. Sklep i Nathaniel doskonale radzili sobie ze zbędnymi, niepotrzebnymi myślami zajmując mnie co do minuty.
- Znowu pada... - jęk Marcela, który wyglądał przez okno sklepu niemal mnie rozbawił. To samo powiedział dwie godziny wcześniej, w takich samych okolicznościach, nawet opierał się podobnie o parapet. Chociaż siedział w sklepie, wyglądał na zagubionego pośród tej pluchy za oknem. Mój otoczony aurą melancholii książę z bajki. Nie potrafiłem nawet oderwać od niego wzroku. Był piękny. Naprawdę piękny.
- Oczywiście, że pada. To przecież angielska jesień, mój drogi. - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Chciałem was zabrać wieczorem na spacer po parku! - rzucił żałośnie i odwrócił się do mnie z miną skarconego szczeniaka, jakby był dzieckiem, a nie dorosłym, dojrzałym mężczyzną. - Nie zamierzam was narażać na żadne choróbska tylko dlatego, że angielska pogoda jest taka płaczliwa! - znowu zaczynał, a ja nigdy nie miałem tego dosyć.
Kochałem jego głos i chciałem by nigdy nie milczał, ale bezustannie mówił do mnie tym pełnym oddania i miłości głosem, w którym odbijały się wszystkie jego emocje.
- Bardzo tęsknisz za Francją? - zapytałem zdając sobie sprawę z tego, jak ciężko musi odczuwać rozstanie ze swoim krajem. Podejrzewałem, że w szkole pogoda naprawdę była piękniejsza i świat tak cudowny, że Marcel nie myślał o domu tak intensywnie, jak teraz.
- Tak, nie będę tego ukrywał. Francja jest bardziej przystępna dla przeciętnego człowieka, a przynajmniej dla przeciętnego mnie. Nie chcę narzekać, ale jednak piękno jesieni gdzieś mi umknęło w pewnym momencie i nie mogę go odnaleźć. Chciałem sprawdzić czy nie ma go w parku, ale jak widzisz muszę sobie to podarować. - spojrzał przez okno z wyrzutem, jakby chciał żeby deszcz wiedział, że go rozczarował. - Nie chcę urazić twojego kraju, ale jest taki szary i brzydki, podczas gdy Francja jest naprawdę piękna. I zdecydowanie bardziej wyrazista. - dodał z przekąsem.
- Muszę się z tobą zgodzić. - po chwilowym zastanowieniu skinąłem głową. - Co do Anglii, bo nie wiem dokładnie jak to wygląda we Francji, ale podejrzewam, że niedługo się przekonam, skoro mój mężczyzna tak bardzo kręci nosem na wszystko tutaj. - uśmiechnąłem się podchodząc do niego. Nathaniel spał przytulony do swojej nowej miotełki, więc mogliśmy z Marcelem pozwolić sobie na chwilę spokojnej rozmowy i pieszczot.
- Przyznaję, że coraz częściej o tym myślę. - jego ramiona objęły mnie ciasno. - Chciałbym otaczać was pięknem, a tutaj nie jest to możliwe. Chcę żeby Nathaniel mógł bawić się w barwnych liściach, żeby cieszył się urodą świata tak, jak my cieszyliśmy się nią, kiedy jeszcze uczyłeś się w Hogwarcie. Naprawdę chciałbym żeby te czasy wróciły, chociaż jednocześnie nie oddałbym za nie tego, co mam teraz. Gdyby tylko dało się to połączyć...
Uśmiechnąłem się subtelnie słuchając jego słów.
- Przeniesiemy się do Francji przynajmniej na jakiś czas, co ty na to? Może jeszcze nie teraz, bo Nathaniel jest zbyt malutki żeby można było go codziennie męczyć podróżą kominkiem lub świstoklikiem, ale już niedługo. - pocałowałem Marcela delikatnie w usta składając tę propozycję.
Chciałem żeby był szczęśliwy, żeby odnalazł to, co utracił podczas swojej nieustającej podróży przez życie. Nie byłem pewny, czy potrafiłbym pokazać mu piękno Anglii skoro mieszkałem tutaj od urodzenia i wszystko wydawało mi się tak normalne i oczywiste, chciałem jednak żeby dostrzegł w dniu codziennym dokładnie to, co dostrzegał na co dzień w Hogwarcie. Pamiętałem przecież jak pięknie błyszczały jego oczy, kiedy rozkoszowaliśmy się wspólnie urokami świata. Pamiętałem jego cudowny uśmiech i malującą się na twarzy fascynację życiem, kiedy piękno otaczało nas swoim ciepłym kokonem.
Powoli zaczynałem rozumieć za czym tak tęskni mój Książę.
- Marcelu... - zacząłem z ustami przy jego ustach, ale wtedy też Nathaniel postanowił zrezygnować z dłuższej drzemki i zakwilił obwieszczając światu swoje przebudzenie. - Nasz Pluszowy Miś wzywa. - roześmiałem się i z trudem odsunąłem od Marcela.
Wziąłem Nathaniela na ręce i obsypałem buziakami, co w pełni go uspokoiło i sprawiło, że ułożył się na moim ramieniu najwyraźniej planując jednak jeszcze chwilę pospać. Mój syn był po prostu słodki i najwyraźniej słodycz ta płynęła w żyłach całego Upadłego Rodu, ponieważ dostrzegałem ją także w moim Marcelu.
~ * ~ * ~
Patrzyłem na mojego pięknego Fillipa i drobnego, rozkosznego Nathaniela, na moje dwa największe i najdoskonalsze Skarby. Chciałem położyć cały świat u ich stóp, podarować im na własność cząsteczkę czystego nieba, najjaśniejszą z gwiazd, cudowne ciepło słońca i kojący blask księżyca. Chciałem także dać im piękno świata, którego teraz poszukiwałem bezskutecznie.
Nie byłem dumny z faktu, że stałem się ponurym, narzekającym Kłapouchem. Chciałem bezustannie otaczać moją rodzinę radością i szczęściem, a tymczasem nie wychodziło mi to tak, jakbym sobie tego życzył. A przecież tak bardzo się starałem! Jak to możliwe, że nawet nie zauważyłem chwili, kiedy umknęło mi coś tak istotnego, jak piękno codzienności, którym przecież od zawsze chciałem otulać moich bliskich?
- Nie pozwolę żebyście musieli tkwić pośród szarości i brzydoty! - postanowiłem ostro i podchodząc do moich dwóch Cudów, objąłem je mocno całując jednego, a później drugiego w czoło. Tak bardzo ich kochałem, a tak mało wydawałem się od siebie dawać. Naprawdę chciałem dać im więcej, uczynić ich najszczęśliwszymi na świecie.
- Jesteś niepoprawny. - Fillip roześmiał się kręcąc głową.
Był taki piękny, kiedy jego twarz rozjaśniał uśmiech, a poskręcane od wilgoci włosy otulały jego twarz. Jego miodowa skóra przypominała mi o wyczekiwanym z takim utęsknieniem słońcu, a czekoladowe oczy obiecywały cudowne, barwne Święta już niebawem.
Nagle uświadomiłem sobie, że całe piękno tego świata jest zaklęte w nim i tak naprawdę zawsze tak będzie. Może właśnie dlatego nie mogłem odnaleźć go w świecie zewnętrznym? Ponieważ całe wniknęło w mojego Anioła, niczym słodki alkohol wsiąkający w delikatny biszkopt. Fillip miał w sobie wszystkie uroki pór roku i widziałem, jak to piękno przekazywał każdego dnia Nathanielowi. Obaj rozkwitali na moich oczach.
- Kocham was. - westchnąłem z uwielbieniem przytulony do tej dwuosobowej radości mojego życia. - Kocham was tak mocno, że z trudem to w sobie mieszczę.
- Hmm, nie mieścisz w sobie miłości, ale zawsze znajdziesz tam miejsce na obiad, nawet kiedy nie specjalnie mi wyjdzie. - Fillip znowu się śmiał, a to sprawiło, że i ja roześmiałem się zapominając o paskudnej pogodzie za oknem.
- To dlatego, że twoje obiady zawsze wychodzą. Nawet jeśli jest inaczej.
- To się wyklucza! - prychnął rozbawiony.
- Nie dla mnie. - przyznałem całując jego szyję delikatnie. Raz, drugi, w końcu obsypałem ją setkami małych, delikatnych buziaków. - Mmm, i nagle nie mam ochoty ruszać się stąd nawet na krok. - było mi przy nim tak dobrze, że najchętniej zamknąłbym sklep aby nikt nie mógł nam przerwać tej słodkiej chwili zwyczajnej, ale jakże pięknej bliskości.
Niestety wiedziałem, że taka radość nie może trwać wiecznie. W szczególności, kiedy zaczynałem czuć się o wiele lepiej, niż wcześniej myśląc o tej koszmarnej pogodzie. Nie zdziwił mnie więc fakt, że właśnie w takiej chwili odwiedził nas klient otulony szczelnie płaszczem, składający w drzwiach ociekający wodą parasol.
Westchnąłem odsuwając się od mojej małej, ale cudownej rodziny i z uśmiechem na twarzy podszedłem do klienta. Przyjemności musiały poczekać, nawet jeśli tylko o nich potrafiłem teraz myśleć. W końcu wypełnianie obowiązków również zaliczało się do dowodów miłości. Chciałem dawać z siebie wszystko, bez względu na to co robię, a wszystko to z myślą o nich, o Fillipie i Nathanielu.
~ * ~ * ~
Uśmiechnąłem się patrząc na mojego męża, który właśnie rozmawiał ze starszym mężczyzną wyraźnie zainteresowanym najnowszym modelem miotły, którą dostarczono nam zaledwie dwa dni temu. Sądząc po ożywieniu, z jakim o niej rozmawiał, podejrzewałem, że jest zapalonym kolekcjonerem, który sam nie gra w quidditcha ani nawet nie lata, ale uwielbia czuć tę moc posiadania swojego własnego cudeńka. W swojej pracy spotkałem już kilka takich osób, toteż nauczyłem się je rozpoznawać. Nie było to wcale takie trudne.
Marcel wrócił do nas po sfinalizowaniu bardzo udanej dla obu stron transakcji, której przedmiotem była podziwiana przez wszystkich miotła. Osobiście żałowałem, że nie mogę jej zatrzymać, ale nie była mi zupełnie potrzebna, więc nie widziałem sensu w jej posiadaniu. Nathaniel był zbyt mały na takie cuda, zaś Marcel nie miał szczególnie czasu na latanie. Swoją pasję do quidditcha rozwijał w inny sposób, więc podejrzewałem, że nie żałował szczególnie tego cudeńka, którego właśnie się pozbył.
- Brrr! - mój cudowny mężczyzna wtulił się we mnie jak dziecko w rodzica i pocierał nosem o moją szyję w rozkosznej, delikatnej pieszczocie. - Na zewnątrz jest strasznie zimno! Wystarczyło, że otworzył drzwi, a poczułem na całym ciele tę koszmarną pogodę. Ależ ja tęsknię za ciepłem!
- Kochanie, teraz przesadzasz. - pogładziłem go po głowie starając się nie kręcić za bardzo, aby nie zbudzić Nathaniela.
- Wiem o tym. - w głosie Marcela słychać było nutę słodkiej przekory. - Ale to wszystko dlatego, że brakuje mi tej pięknej, złotej jesieni.
- Więc proponuję zacząć od gorącej czekolady, a wieczorem mimo pogody wybrać się na spacer. Może nie znajdziesz tego, czego szukasz, ale przynajmniej wyrwiemy się na chwilę z domu. Nathanielowi również dobrze zrobi świeże powietrze.
- Mmm, taaaak. Zgadzam się. Pójdę przygotować czekoladę. - ożywił się i pozostawił po sobie uczucie chłodu, kiedy jego ciało odsunęło się od mojego.
Podejrzewałem, że Nath również to odczuł, ponieważ zaczął się kręcić i tym razem obudził się na dobre. Uderzając w płaczliwy ton, domagał się posiłku, jak to ostatnio miał w zwyczaju, więc Marcel wyraźnie zadowolony z faktu, że może zająć się czymś lepszym niż kontemplowanie deszczu, pospieszył schodami na piętro, gdzie mieściła się kuchnia.
Czasami, ale tylko czasami, miałem wrażenie, że to ja jestem tym starszym i dojrzalszym mężczyzną.
~ * ~ * ~
Rozpuściłem w mleku dwie tabliczki czekolady i rozlałem do kubków nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu i zadowolonego mruczenia jednej z moich ulubionych piosenek. Kilka kropel whisky dla nadania aromatu i zaostrzenia smaku, duża łyżka przygotowanej na szybkiego bitej śmietany i oto ambrozja na dzisiejszy deszczowy dzień była gotowa.
W czasie Świąt miałem zamiar serwować ją mojemu Aniołowi o wiele częściej, jako że wiedziałem, że uwielbia ten smak w mroźne, nieprzystępne dni. Zapalę w kominku, włączę światełka na choince, usiądę z nim na kanapie i będę rozkoszował się obrazem jaki będzie przedstawiał mój słodki Fillip z kubkiem gorącej, parującej czekolady w dłoniach. Nie mogłem doczekać się chwili, kiedy to nastąpi, co świadczyło o tym, że mój humor znacznie musiał się poprawić od samej myśli o tym niezawodnym sposobie na zaczarowanie każdego chłodnego, dołującego dnia.
Zabierając ze sobą podgrzaną butelkę kaszy dla naszego kwilącego malca, wróciłem do dwójki najważniejszych w moim życiu osób. Czekali na mnie siedząc za ladą i bawiąc się malutkimi, latającymi miotełkami, które zajęły Nathaniela na tyle, że nie myślał przez chwilę o jedzeniu. Wystarczyło jednak by zobaczył butelkę, a znowu płakał domagając się swojego przysmaku. Tym razem uspokoiliśmy go wsuwając między jego drobne usteczka smoczek butelki, którą od razu zaczął ssać. Naprawdę był nienasycony, ale to bardzo cieszyło Fillipa, który nie martwił się o ewentualne problemy z jedzeniem malucha w przyszłości.
Wykorzystaliśmy okazję, że nasza kruszyna była pochłonięta kaszą, aby móc rozkoszować się gorącą czekoladą i sobą nawzajem. Tym razem los nie zesłał nam żadnych klientów, którzy przeszkodziliby nam w kontemplacji tej pełnej spokoju i słodyczy chwili, co uznałem za dobry znak. W mgnieniu oka nie przeszkadzała mi już nawet koszmarna pogoda za oknem. Byłem szczęśliwy, ponieważ zagubione piękno nie miało tak wielkiego znaczenia, kiedy obok miałem prawdziwie piękne Cuda, w które mój Pan tchnął życie.
poniedziałek, 30 listopada 2015
sobota, 31 października 2015
Halloween en famille
Z szerokim, niemożliwym do powstrzymania uśmiechem patrzyłem na Nathaniela przebranego z okazji Halloween za małą, słodką dynię. Biedny malec nie czuł się z początku specjalnie komfortowo, ale szybko przyzwyczaił się do ciepłego, miękkiego ubrania, które „zajmowało” na nim więcej miejsca niż wszystkie, które nosił do tej pory. Narzekał wprawdzie i płakał, kiedy nie mógł poradzić sobie z miotłą, ale przekupiony łakociami i kilkoma zabawkami uspokoił się szybko. Najwyraźniej zrozumiał, że może na tym zyskać więcej niż stracić. W chwili, kiedy Marcel posadził naszego malucha na dozwolonej w jego wieku miotełce i pozwolił by ten szalał w bezpiecznym, amortyzującym upadki i kolizje stroju dyni, niewygoda przestała się liczyć. Nath piszczał z zachwytu przemierzając sklep tam i z powrotem, to między wiszącymi halloweenowymi ozdobami, to znowu zderzając się z nimi dla własnej przyjemności. Niezwykle entuzjastycznie reagował też na muzykę, którą postanowiliśmy urozmaicić naszym klientom zakupy. Dobraliśmy ją do okazji, toteż otaczające nas dźwięki pełne były hipnotyzującego rytmu kojarzącego się z błądzeniem po ciemnym lesie oraz kuszącą dzieci wiedźmą.
- Ymm!Tata! - mogłem spodziewać się tego wołania. Nath właśnie wpadł na sztuczną pajęczynę i zaplątał się w nią wraz ze swoją miotłą dla najmłodszych w taki sposób, że przypominał cukierek.
- Tak jest, jeśli się nie uważa. - upomniałem go zanim zabrałem się za pomoc przy rozplątywaniu. - To miotła, kochanie, a nie konik. No już, nie kręć się tak, bo nie mogę sobie poradzić. - roześmiałem się próbując walczyć z pajęczyną oraz wiercącym się chłopcem, który nie potrafił poczekać w spokoju na uwolnienie. Widać miał w sobie stanowczo zbyt dużo energii do wykorzystania, więc należało ją spożytkować przed godziną drzemki.
- O, widzę, że jakaś rybka wpadła w moje sieci. - Marcel właśnie pożegnał klienta i dołączył do nas korzystając z chwili spokoju. - Pomogę wam. - zaproponował i od razu zabrał się sprawnie do pracy. Musiałem przyznać, że wiedział doskonale co robi, ponieważ Nathaniel był wolny po zaledwie kilkunastu sekundach. - O, nie, nie, nie, mój drogi. - złapał naszą małą dynię, kiedy ta próbowała znowu dosiąść miotły. - Idziemy jeść, a dopiero później możesz poszaleć.
Nath już zaczynał marudzić, ale wystarczyło jedno karcące spojrzenie Marcela, by chłopiec uspokoił się i poddał bez szemrania. Wydął tylko usteczka i pozwolił się zanieść do niewielkiej kuchni.
Spoglądałem na mojego mężczyznę z niegasnącym podziwem, kiedy tak świetnie radził sobie z Nathanielem. Potrafił jednym spojrzeniem powiedzieć małemu więcej niż ja całymi zdaniami, był opiekuńczy i czuły, ale jednocześnie potrafił odmówić chłopcu wszystkiego, jeśli tylko uznał to za niezbędne dla jego dobra. Był wtedy tak niesamowicie przystojny. Tylko Nath potrafił wydobyć ze swojego taty to, co nie udałoby się nikomu innemu.
- Ciebie też mam zanieść na drugie śniadanie? - szare, roześmiane spojrzenie Marcela spoczęło na mnie, kiedy odwrócił się bokiem przed wejściem na schody. - Mogę spróbować wziąć cię na ręce, jeśli chcesz, ale ty weźmiesz Nathaniela.
- Hmm, to czarujące, ale jednak podziękuję. Nie chciałbym żebyś się przemęczał. Jesteś mi przecież potrzebny w pracy. - pokazałem mu język i roześmiałem się, kiedy zrobił na niby urażoną minę.
Rozsiedliśmy się więc w kuchni przy malutkim stole i wspólnie zjedliśmy nasze drugie śniadanie. Zawsze staraliśmy się jeść posiłki wspólnie, aby Nath pamiętał od małego właśnie tę rodzinną atmosferę. Kiedyś przecież dorośnie, a wtedy chciałbym aby wyniósł z domu jak najwięcej miłości i radości, jaką daje wspólne, szczęśliwe życie.
Ostatnimi czasy Marcel naprawdę dawał z siebie wszystko, zarówno w kuchni, jak i w sklepie, co bardzo mnie cieszyło, ale jednocześnie wzbudzało mój niepokój. Nie chciałem przecież żeby się przemęczał, ale nie mogłem odmówić mu tego, czego tak bardzo chciał. Podejrzewałem, że obudziło się w nim pragnienie odtworzenia przynajmniej w drobnym stopniu tego, czego doświadczył we własnym domu rodzinnym. Miał szczęśliwe dzieciństwo, więc bogaty o barwne, dobre wspomnienia, budował podobne specjalnie dla Nathaniela. Wiedział, że z czasem dzieci zapominają to, co wydarzyło się przed ich czwartymi urodzinami, ale i tak nie ustawał w staraniach aby wszystko było perfekcyjne.
Tak bardzo go kochałem, że nie byłem w stanie kochać go już bardziej, a jednak to uczucie we mnie nadal się poruszało i wołało o bezustanne pielęgnowanie łączącej nas miłości. Nie dlatego, że potrzebowaliśmy przypomnienia, jak bardzo jesteśmy w siebie zapatrzeni, ale po to by rozkoszować się wspólnymi chwilami i sobą nawzajem w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Niewinny, niezobowiązujący spacer we dwoje, kiedy Nath zostawał pod opieką Olivera, kolacja przy świecach, wyjścia na wyjątkowe eventy organizowane w mieście. Coś zawsze się znalazło i służyło temu, abyśmy mogli w pełni korzystać z uroków życia. Bo czy mogło być coś przyjemniejszego niż trzymanie się za rękę w czasie spaceru po parku, kiedy gdzieś niedaleko słychać głośne dźwięki koncertu zorganizowanego przez miasto?
- Myślisz o czymś przyjemnym. - aż podskoczyłem, kiedy Marcel szepnął zaraz przy moim uchu. Zamyślony nie zauważyłem, że do mnie podchodzi, a teraz karciłem go wzrokiem za to, że tak mnie wystraszył. - Wybacz, Aniele.
- Kto to widział tak ludzi zachodzić od tyłu! - prychnąłem wydymając usta.
- Więc, myślałeś o czymś przyjemnym?
- Eh, doskonale wiesz, że tak! - pstryknąłem go lekko w nos. - O naszych randkach we dwoje. Nie mogę doczekać się obiecanego wyjścia na łyżwy zaraz po Świętach Bożonarodzeniowych. Nathaniel jest zbyt malutki, ale Oliver doskonale się nim zaopiekuje.
- To będzie wyjątkowy dzień i dla nas, i dla niego. - Marcel musnął mój policzek i przytulił mnie mocno. - Zadbam o to.
I jak tu go nie kochać?
~*~*~
Ciepłe ciało Fillipa tak idealnie leżało w moich ramionach, że nie miałem najmniejszego zamiaru wypuszczać go z objęć. Był spełnieniem wszystkich moich marzeń, celem mojego życia i jego radością. Musiał więc idealnie do mnie pasować i rzeczywiście tak było. Całym sobą czułem, że obaj znajdujemy się w miejscu, w którym powinniśmy się zawsze znajdować – u swojego boku.
Zamruczałem z rozkoszy tej słodkiej, pełnej przyjemności chwili i na pewno tkwiłbym w tej samej pozycji przez całe godziny, gdyby nie fakt, że nasz mały rozrabiaka uporał się już ze swoim posiłkiem i teraz kręcił się na wszystkie strony próbując uciec ze swojego wysokiego krzesełka. To dziecko potrafiło zająć się na dłuższy czas tylko jednym – quidditchem. Byłem z niego dumny, ale obawiałem się, że może stracić zainteresowanie światem, jeśli ograniczy się tylko do tego sportu. To było główny powodem, dla którego raz w tygodniu uczęszczaliśmy z Nathem na zajęcia „Klubu Maluszka” oraz „Niedzielne Czytania” w pobliskiej bibliotece, która troszczyła się nade wszystko o najmłodszych. Starałem się więc jak to tylko możliwe, by malec miał więcej zainteresowań niż tylko to jedno, ale widać ono dominowało w tej chwili nad wszystkimi innymi. W końcu Nathaniel potrzebował codziennego latania częściej niż bajki na dobranoc i nie było na to innego sposobu, jak tylko pozwalać mu chociaż na odrobinę zabawy miotłą każdego dnia. Rówieśnicy także nie wydawali się go szczególnie interesować. Na mugolskie maluchy patrzył nieufnie, zaś na czarodziejów bez większego zainteresowania. Podejrzewałem, że dzieci w jego wieku właśnie takie były, więc nie przejmowałem się tym szczególnie. Tymczasem rozwijanie jego pasji było moim priorytetem. Chciałem by wyrósł na mądrego, zdolnego młodzieńca, który będzie mógł spełniać swoje marzenia jakiekolwiek by one nie były.
- Wypij soczek. - upomniałem Nathaniela, który patrzył bez przekonania na marchewkowo-dyniowy sok. - Nie wypijesz, nie będzie zabawy. - ostrzegłem, a on doskonale znał ten ton. Zły jak mała osa sączył z plastikowego kubeczka z dzióbkiem napój, który dla niego przygotowałem.
- Nie patrz tak na mnie, kochanie. Wiesz, że musisz go wypić. - Fillip westchnął ciężko, kiedy malec próbował znaleźć w nim sojusznika. Jak na taką małą kruszynę, która zaledwie nauczyła się trzymać cokolwiek w miarę pewnie w łapkach, był bardzo sprytny i pojętny. - Chcesz być duży i silny jak tata, to musisz jeść i pić wszystko, co dostajesz. Nie wolno kręcić noskiem, bo będziesz zawsze taki malutki. No chodź, pomogę ci trochę. - Fillip wziął od małego kubeczek i udał, że pociąga duży łyk soku. - Mmm, pychota! Takie dobre, a ty nie chcesz. - pokręcił głową oddając chłopcu kubeczek. Ten jednak zmarszczył płaczliwie nosek, więc mój Anioł wziął go na ręce i zaczął poić sokiem.
- I tak oto wyszedłem na „tego złego”. - stwierdziłem z trudem kryjąc rozbawienie. Fillip naprawdę rozpieszczał naszego syna.
- Zawsze jesteś „tym złym”, Marcelu. Duży, zły wilk. - mrugnął do mnie zalotnie. - No, dzielny chłopiec. - skomplementował Nathaniela i poświęcił mu teraz całą swoją uwagę. - Zajmiemy się sklepem, prawda? A tata będzie w tym czasie męczył się z obiadem dla nas. - mówił do malca specjalnie nie zwracając na mnie uwagi. To były jego miłosne flirty, które uwielbiałem właśnie za to, że świadczyły o zainteresowaniu chłopaka moją osobą.
Zabrałem się więc za wspomniany przez Fillipa obiad, którego przygotowanie miało sprawić mi wielką przyjemność. W końcu robiłem go dla dwójki bardzo wdzięcznych osób, które potrafiły cieszyć się tym, co dla nich miałem w pełni.
*
Nasza Mała Dynia nie mogła wprawdzie jeszcze chodzić po domach zbierając cukierki, ale specjalnie dla niej przygotowaliśmy niewielkie rodzinne spotkanie halloweenowe, dzięki któremu wystarczyło, że przemieszczała się od jednego członka rodziny do drugiego i zbierała najlepsze czekoladowe łakocie jakie było można dostać na Pokątnej. Rodzice Fillipa postarali się nawet o drogie prezenty, podobnie jak Oliver, który potrafił zrobić dla Nathaniela wszystko ku wielkiemu niezadowoleniu Reijela.
„Demoniczne dziecko miłości i nienawiści”, jak zwykliśmy go nazywać w Upadłym Rodzie, było właśnie najbardziej naburmuszonym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem, kiedy tak patrzył wilkiem na zadowolonego, ubrudzonego czekoladą Natha.
Ciasta i ciasteczka, kanapeczki, soczki, łakocie. Każdy chciał coś wcisnąć w tą małą istotkę. W pewnym momencie obawiałem się, że mój syn pęknie z przejedzenia lub nabawi się jakiejś choroby, ale najwyraźniej jego żołądek nie miał dna, ponieważ Nath ciągle chciał więcej i więcej. Dopiero przysypiając nad wiśniowym ciachem dał sobie spokój i pozwolił położyć się do spania. Pora jego drzemki przesunęła się wprawdzie odrobinę, ale i tak nadeszła w samą porę, ponieważ obawiałem się, jak Reijel zniesie kolejne minuty w towarzystwie dziecka, które zajmowało jego kochanka bardziej niż on sam.
- Więc jest pan kuzynem Marcela, dobrze kojarzę? - zapytał ojciec Fillipa, co zapewne sprawiło, że serce podskoczyło Oliverowi do gardła. Jego rodzice nie wiedzieli o tym, że związał się z mężczyzną i na pewno nie chciał aby dowiedziało się o tym jego wujostwo. Reijel miał jednak na tyle zdrowego rozsądku i taktu, że nie próbował wpakować swojego partnera w kłopoty dla własnej satysfakcji. Było to niejakim osiągnięciem jeśli wziąć pod uwagę to, jaki był zaledwie przed kilkoma miesiącami. Podejrzewałem, że Oli i tak nie miał z nim łatwego życia, ale pasowali do siebie w ten dziwny sposób, w jaki pasują do siebie przeciwieństwa i podobieństwa jednocześnie.
- Tak, nie da się ukryć, chociaż to trochę bardziej skomplikowane. Mamy jednego ojca, chociaż nie łączą nas więzy krwi. - uśmiechnął się chytrze do ciekawskiego mężczyzny. - Ależ proszę tak na mnie nie patrzyć. Mówię prawdę. Marcel potwierdzi, a jemu z pewnością pan wierzy. Ten człowiek nie potrafi kłamać.
Zmierzyłem Reijela wściekłym spojrzeniem i westchnąłem ciężko, kiedy ojciec mojego Anioła spojrzał na mnie pytająco i nagląco. Mogłem próbować wymigać się od odpowiedzi, ale to na pewno by mi się nie udało. W takiej sytuacji nie podjąłem nawet takiej próby.
- Rzeczywiście tak jest. To skomplikowane, ale mamy jednego ojca, choć różną krew. - nie chciałem tłumaczyć państwu Ballack jak to możliwe, ponieważ wchodzenie na temat wiary i Boga nie było rozsądnym posunięciem, kiedy w grę wchodzi kolacja w przed dzień Święta Zmarłych. - Proszę nawet nie dopytywać o szczegóły. To naprawdę bardzo zagmatwane i trudne do pojęcia.
- Tato, daj spokój. - Fillip skarcił ojca nakładając mu na talerz jedno ze swoich popisowych dań, którego nauczył się od jednej z naszych stałych klientek. - Przeprowadzałeś już dochodzenie w sprawie Marcela, ale po co mieszać w to innych?
- Przepraszam, nie chciałem być niemiły. - mężczyzna wysilił się i skinął głową Reijelowi w ramach dodatku do przeprosin, chociaż widziałem, że wcale nie jest mu przykro. Zżerała go ciekawość, a może wciąż chciał znaleźć na mnie haka, który pozwoliłby na to, aby jego jedyny syn przejrzał na oczy i wrócił do rodzinnego domu.
Oli siedział wtedy wyjątkowo cicho i wypełniał usta coraz to innymi potrawami, które znajdowały się na stole. Chciał mieć wymówkę, która pozwalała mu na niemieszanie się do konwersacji dotyczącej Reijela. Nie dziwiłem mu się, chociaż szczerze mu współczułem. Podejrzewałem, że jego rodzice nie byliby tak wyrozumiali jak rodzice Fillipa, gdyby tylko dowiedzieli się, że ich spadkobierca również interesuje się mężczyznami. Jedna czarna owca w rodzinie to niewygodna okoliczność, ale dwie byłyby katastrofą biologiczną Ballacków.
Zapanowała niezręczna, krępująca cisza, którą przerwał poirytowany Fillip. Zaczął opowiadać o Nathanielu i tym, jak bardzo malec lubi quidditcha, jak jest zdolny i szybko się rozwija. Ten temat przynajmniej żywo zainteresował większą część siedzących przy stole osób.
Takie rodzinne spotkanie bez wątpienia było idealnym sposobem na spędzenie Halloween. Mroczna atmosfera, strach, terror, ostrożność, a do tego dekoracje, słodycze i przekąski. Krótko mówiąc, idealny sposób na uczczenie tego dnia.
- Ymm!Tata! - mogłem spodziewać się tego wołania. Nath właśnie wpadł na sztuczną pajęczynę i zaplątał się w nią wraz ze swoją miotłą dla najmłodszych w taki sposób, że przypominał cukierek.
- Tak jest, jeśli się nie uważa. - upomniałem go zanim zabrałem się za pomoc przy rozplątywaniu. - To miotła, kochanie, a nie konik. No już, nie kręć się tak, bo nie mogę sobie poradzić. - roześmiałem się próbując walczyć z pajęczyną oraz wiercącym się chłopcem, który nie potrafił poczekać w spokoju na uwolnienie. Widać miał w sobie stanowczo zbyt dużo energii do wykorzystania, więc należało ją spożytkować przed godziną drzemki.
- O, widzę, że jakaś rybka wpadła w moje sieci. - Marcel właśnie pożegnał klienta i dołączył do nas korzystając z chwili spokoju. - Pomogę wam. - zaproponował i od razu zabrał się sprawnie do pracy. Musiałem przyznać, że wiedział doskonale co robi, ponieważ Nathaniel był wolny po zaledwie kilkunastu sekundach. - O, nie, nie, nie, mój drogi. - złapał naszą małą dynię, kiedy ta próbowała znowu dosiąść miotły. - Idziemy jeść, a dopiero później możesz poszaleć.
Nath już zaczynał marudzić, ale wystarczyło jedno karcące spojrzenie Marcela, by chłopiec uspokoił się i poddał bez szemrania. Wydął tylko usteczka i pozwolił się zanieść do niewielkiej kuchni.
Spoglądałem na mojego mężczyznę z niegasnącym podziwem, kiedy tak świetnie radził sobie z Nathanielem. Potrafił jednym spojrzeniem powiedzieć małemu więcej niż ja całymi zdaniami, był opiekuńczy i czuły, ale jednocześnie potrafił odmówić chłopcu wszystkiego, jeśli tylko uznał to za niezbędne dla jego dobra. Był wtedy tak niesamowicie przystojny. Tylko Nath potrafił wydobyć ze swojego taty to, co nie udałoby się nikomu innemu.
- Ciebie też mam zanieść na drugie śniadanie? - szare, roześmiane spojrzenie Marcela spoczęło na mnie, kiedy odwrócił się bokiem przed wejściem na schody. - Mogę spróbować wziąć cię na ręce, jeśli chcesz, ale ty weźmiesz Nathaniela.
- Hmm, to czarujące, ale jednak podziękuję. Nie chciałbym żebyś się przemęczał. Jesteś mi przecież potrzebny w pracy. - pokazałem mu język i roześmiałem się, kiedy zrobił na niby urażoną minę.
Rozsiedliśmy się więc w kuchni przy malutkim stole i wspólnie zjedliśmy nasze drugie śniadanie. Zawsze staraliśmy się jeść posiłki wspólnie, aby Nath pamiętał od małego właśnie tę rodzinną atmosferę. Kiedyś przecież dorośnie, a wtedy chciałbym aby wyniósł z domu jak najwięcej miłości i radości, jaką daje wspólne, szczęśliwe życie.
Ostatnimi czasy Marcel naprawdę dawał z siebie wszystko, zarówno w kuchni, jak i w sklepie, co bardzo mnie cieszyło, ale jednocześnie wzbudzało mój niepokój. Nie chciałem przecież żeby się przemęczał, ale nie mogłem odmówić mu tego, czego tak bardzo chciał. Podejrzewałem, że obudziło się w nim pragnienie odtworzenia przynajmniej w drobnym stopniu tego, czego doświadczył we własnym domu rodzinnym. Miał szczęśliwe dzieciństwo, więc bogaty o barwne, dobre wspomnienia, budował podobne specjalnie dla Nathaniela. Wiedział, że z czasem dzieci zapominają to, co wydarzyło się przed ich czwartymi urodzinami, ale i tak nie ustawał w staraniach aby wszystko było perfekcyjne.
Tak bardzo go kochałem, że nie byłem w stanie kochać go już bardziej, a jednak to uczucie we mnie nadal się poruszało i wołało o bezustanne pielęgnowanie łączącej nas miłości. Nie dlatego, że potrzebowaliśmy przypomnienia, jak bardzo jesteśmy w siebie zapatrzeni, ale po to by rozkoszować się wspólnymi chwilami i sobą nawzajem w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Niewinny, niezobowiązujący spacer we dwoje, kiedy Nath zostawał pod opieką Olivera, kolacja przy świecach, wyjścia na wyjątkowe eventy organizowane w mieście. Coś zawsze się znalazło i służyło temu, abyśmy mogli w pełni korzystać z uroków życia. Bo czy mogło być coś przyjemniejszego niż trzymanie się za rękę w czasie spaceru po parku, kiedy gdzieś niedaleko słychać głośne dźwięki koncertu zorganizowanego przez miasto?
- Myślisz o czymś przyjemnym. - aż podskoczyłem, kiedy Marcel szepnął zaraz przy moim uchu. Zamyślony nie zauważyłem, że do mnie podchodzi, a teraz karciłem go wzrokiem za to, że tak mnie wystraszył. - Wybacz, Aniele.
- Kto to widział tak ludzi zachodzić od tyłu! - prychnąłem wydymając usta.
- Więc, myślałeś o czymś przyjemnym?
- Eh, doskonale wiesz, że tak! - pstryknąłem go lekko w nos. - O naszych randkach we dwoje. Nie mogę doczekać się obiecanego wyjścia na łyżwy zaraz po Świętach Bożonarodzeniowych. Nathaniel jest zbyt malutki, ale Oliver doskonale się nim zaopiekuje.
- To będzie wyjątkowy dzień i dla nas, i dla niego. - Marcel musnął mój policzek i przytulił mnie mocno. - Zadbam o to.
I jak tu go nie kochać?
~*~*~
Ciepłe ciało Fillipa tak idealnie leżało w moich ramionach, że nie miałem najmniejszego zamiaru wypuszczać go z objęć. Był spełnieniem wszystkich moich marzeń, celem mojego życia i jego radością. Musiał więc idealnie do mnie pasować i rzeczywiście tak było. Całym sobą czułem, że obaj znajdujemy się w miejscu, w którym powinniśmy się zawsze znajdować – u swojego boku.
Zamruczałem z rozkoszy tej słodkiej, pełnej przyjemności chwili i na pewno tkwiłbym w tej samej pozycji przez całe godziny, gdyby nie fakt, że nasz mały rozrabiaka uporał się już ze swoim posiłkiem i teraz kręcił się na wszystkie strony próbując uciec ze swojego wysokiego krzesełka. To dziecko potrafiło zająć się na dłuższy czas tylko jednym – quidditchem. Byłem z niego dumny, ale obawiałem się, że może stracić zainteresowanie światem, jeśli ograniczy się tylko do tego sportu. To było główny powodem, dla którego raz w tygodniu uczęszczaliśmy z Nathem na zajęcia „Klubu Maluszka” oraz „Niedzielne Czytania” w pobliskiej bibliotece, która troszczyła się nade wszystko o najmłodszych. Starałem się więc jak to tylko możliwe, by malec miał więcej zainteresowań niż tylko to jedno, ale widać ono dominowało w tej chwili nad wszystkimi innymi. W końcu Nathaniel potrzebował codziennego latania częściej niż bajki na dobranoc i nie było na to innego sposobu, jak tylko pozwalać mu chociaż na odrobinę zabawy miotłą każdego dnia. Rówieśnicy także nie wydawali się go szczególnie interesować. Na mugolskie maluchy patrzył nieufnie, zaś na czarodziejów bez większego zainteresowania. Podejrzewałem, że dzieci w jego wieku właśnie takie były, więc nie przejmowałem się tym szczególnie. Tymczasem rozwijanie jego pasji było moim priorytetem. Chciałem by wyrósł na mądrego, zdolnego młodzieńca, który będzie mógł spełniać swoje marzenia jakiekolwiek by one nie były.
- Wypij soczek. - upomniałem Nathaniela, który patrzył bez przekonania na marchewkowo-dyniowy sok. - Nie wypijesz, nie będzie zabawy. - ostrzegłem, a on doskonale znał ten ton. Zły jak mała osa sączył z plastikowego kubeczka z dzióbkiem napój, który dla niego przygotowałem.
- Nie patrz tak na mnie, kochanie. Wiesz, że musisz go wypić. - Fillip westchnął ciężko, kiedy malec próbował znaleźć w nim sojusznika. Jak na taką małą kruszynę, która zaledwie nauczyła się trzymać cokolwiek w miarę pewnie w łapkach, był bardzo sprytny i pojętny. - Chcesz być duży i silny jak tata, to musisz jeść i pić wszystko, co dostajesz. Nie wolno kręcić noskiem, bo będziesz zawsze taki malutki. No chodź, pomogę ci trochę. - Fillip wziął od małego kubeczek i udał, że pociąga duży łyk soku. - Mmm, pychota! Takie dobre, a ty nie chcesz. - pokręcił głową oddając chłopcu kubeczek. Ten jednak zmarszczył płaczliwie nosek, więc mój Anioł wziął go na ręce i zaczął poić sokiem.
- I tak oto wyszedłem na „tego złego”. - stwierdziłem z trudem kryjąc rozbawienie. Fillip naprawdę rozpieszczał naszego syna.
- Zawsze jesteś „tym złym”, Marcelu. Duży, zły wilk. - mrugnął do mnie zalotnie. - No, dzielny chłopiec. - skomplementował Nathaniela i poświęcił mu teraz całą swoją uwagę. - Zajmiemy się sklepem, prawda? A tata będzie w tym czasie męczył się z obiadem dla nas. - mówił do malca specjalnie nie zwracając na mnie uwagi. To były jego miłosne flirty, które uwielbiałem właśnie za to, że świadczyły o zainteresowaniu chłopaka moją osobą.
Zabrałem się więc za wspomniany przez Fillipa obiad, którego przygotowanie miało sprawić mi wielką przyjemność. W końcu robiłem go dla dwójki bardzo wdzięcznych osób, które potrafiły cieszyć się tym, co dla nich miałem w pełni.
*
Nasza Mała Dynia nie mogła wprawdzie jeszcze chodzić po domach zbierając cukierki, ale specjalnie dla niej przygotowaliśmy niewielkie rodzinne spotkanie halloweenowe, dzięki któremu wystarczyło, że przemieszczała się od jednego członka rodziny do drugiego i zbierała najlepsze czekoladowe łakocie jakie było można dostać na Pokątnej. Rodzice Fillipa postarali się nawet o drogie prezenty, podobnie jak Oliver, który potrafił zrobić dla Nathaniela wszystko ku wielkiemu niezadowoleniu Reijela.
„Demoniczne dziecko miłości i nienawiści”, jak zwykliśmy go nazywać w Upadłym Rodzie, było właśnie najbardziej naburmuszonym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem, kiedy tak patrzył wilkiem na zadowolonego, ubrudzonego czekoladą Natha.
Ciasta i ciasteczka, kanapeczki, soczki, łakocie. Każdy chciał coś wcisnąć w tą małą istotkę. W pewnym momencie obawiałem się, że mój syn pęknie z przejedzenia lub nabawi się jakiejś choroby, ale najwyraźniej jego żołądek nie miał dna, ponieważ Nath ciągle chciał więcej i więcej. Dopiero przysypiając nad wiśniowym ciachem dał sobie spokój i pozwolił położyć się do spania. Pora jego drzemki przesunęła się wprawdzie odrobinę, ale i tak nadeszła w samą porę, ponieważ obawiałem się, jak Reijel zniesie kolejne minuty w towarzystwie dziecka, które zajmowało jego kochanka bardziej niż on sam.
- Więc jest pan kuzynem Marcela, dobrze kojarzę? - zapytał ojciec Fillipa, co zapewne sprawiło, że serce podskoczyło Oliverowi do gardła. Jego rodzice nie wiedzieli o tym, że związał się z mężczyzną i na pewno nie chciał aby dowiedziało się o tym jego wujostwo. Reijel miał jednak na tyle zdrowego rozsądku i taktu, że nie próbował wpakować swojego partnera w kłopoty dla własnej satysfakcji. Było to niejakim osiągnięciem jeśli wziąć pod uwagę to, jaki był zaledwie przed kilkoma miesiącami. Podejrzewałem, że Oli i tak nie miał z nim łatwego życia, ale pasowali do siebie w ten dziwny sposób, w jaki pasują do siebie przeciwieństwa i podobieństwa jednocześnie.
- Tak, nie da się ukryć, chociaż to trochę bardziej skomplikowane. Mamy jednego ojca, chociaż nie łączą nas więzy krwi. - uśmiechnął się chytrze do ciekawskiego mężczyzny. - Ależ proszę tak na mnie nie patrzyć. Mówię prawdę. Marcel potwierdzi, a jemu z pewnością pan wierzy. Ten człowiek nie potrafi kłamać.
Zmierzyłem Reijela wściekłym spojrzeniem i westchnąłem ciężko, kiedy ojciec mojego Anioła spojrzał na mnie pytająco i nagląco. Mogłem próbować wymigać się od odpowiedzi, ale to na pewno by mi się nie udało. W takiej sytuacji nie podjąłem nawet takiej próby.
- Rzeczywiście tak jest. To skomplikowane, ale mamy jednego ojca, choć różną krew. - nie chciałem tłumaczyć państwu Ballack jak to możliwe, ponieważ wchodzenie na temat wiary i Boga nie było rozsądnym posunięciem, kiedy w grę wchodzi kolacja w przed dzień Święta Zmarłych. - Proszę nawet nie dopytywać o szczegóły. To naprawdę bardzo zagmatwane i trudne do pojęcia.
- Tato, daj spokój. - Fillip skarcił ojca nakładając mu na talerz jedno ze swoich popisowych dań, którego nauczył się od jednej z naszych stałych klientek. - Przeprowadzałeś już dochodzenie w sprawie Marcela, ale po co mieszać w to innych?
- Przepraszam, nie chciałem być niemiły. - mężczyzna wysilił się i skinął głową Reijelowi w ramach dodatku do przeprosin, chociaż widziałem, że wcale nie jest mu przykro. Zżerała go ciekawość, a może wciąż chciał znaleźć na mnie haka, który pozwoliłby na to, aby jego jedyny syn przejrzał na oczy i wrócił do rodzinnego domu.
Oli siedział wtedy wyjątkowo cicho i wypełniał usta coraz to innymi potrawami, które znajdowały się na stole. Chciał mieć wymówkę, która pozwalała mu na niemieszanie się do konwersacji dotyczącej Reijela. Nie dziwiłem mu się, chociaż szczerze mu współczułem. Podejrzewałem, że jego rodzice nie byliby tak wyrozumiali jak rodzice Fillipa, gdyby tylko dowiedzieli się, że ich spadkobierca również interesuje się mężczyznami. Jedna czarna owca w rodzinie to niewygodna okoliczność, ale dwie byłyby katastrofą biologiczną Ballacków.
Zapanowała niezręczna, krępująca cisza, którą przerwał poirytowany Fillip. Zaczął opowiadać o Nathanielu i tym, jak bardzo malec lubi quidditcha, jak jest zdolny i szybko się rozwija. Ten temat przynajmniej żywo zainteresował większą część siedzących przy stole osób.
Takie rodzinne spotkanie bez wątpienia było idealnym sposobem na spędzenie Halloween. Mroczna atmosfera, strach, terror, ostrożność, a do tego dekoracje, słodycze i przekąski. Krótko mówiąc, idealny sposób na uczczenie tego dnia.
czwartek, 1 października 2015
Matin
Obudziłem się w doskonałym nastroju, jak zawsze kiedy miałem obok siebie mojego młodego mężczyznę. Rozleniwiony uśmiechałem się do siebie patrząc na wciąż śpiącego chłopaka wtulonego w moją pierś i nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. Był tak uroczy, tak niewinny i jednocześnie drapieżny z tą swoją bródką muszkietera i subtelnym wąsikiem. Prezentował się doskonale i mógłby rozkochać w sobie każdego, co dobrze przysłużyło się naszemu sklepowi, ponieważ wiele matek chętnie do nas wracało, aby kupić swoim dzieciom kolejne prezenty urodzinowe, imieninowe, świąteczne lub bez okazji. Mój idealny mężczyzna był jedną z naszych najlepszych reklam, co naturalnie było dla mnie powodem do zazdrości oraz do dumy jednocześnie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że Nathaniel również ma w tym wszystkim swój udział, jako że nic tak nie przyciąga kobiet jak młody ojciec troskliwie zajmujący się uroczym dzieckiem. Ponadto nasz malutki rozrabiaka z każdym dniem przejawiał coraz większe zainteresowanie ekstremalnym quidditchem, jako że już kilka razy dosiadał mioteł przeznaczonych dla dorosłych i doświadczonych osób, co z kolei podobało się odwiedzającym sklep mężczyznom. Oni gustowali w odważnych dzieciach, które nie boją się zrobić sobie ziaziu. Problem polegał na tym, że podobne zamiłowania nie podobały się ani mi, ani Fillipowi, a nie łatwo było upilnować dziecka, którego wszędzie jest pełno.
Moja niewielka rodzina bez wątpienia odnalazła się więc w interesie i czerpała z niego całymi garściami. Żałowałem tylko tego, że nie mogę spędzać z nimi całych dni, ponieważ równie mocno jak prowadzić sklep na Pokątnej, chciałem nadal pracować w Hogwarcie. Cieszyłem się każdą lekcją, która pozwalała moim uczniom pokochać sport, który uczynił mnie tym kim byłem i postawił na mojej drodze Anioła, więc jakże mógłbym zrezygnować z posady nauczyciela? Oczywiście pozwoliłem sobie na rok przerwy by móc wspomóc Fillipa oraz zatroszczyć się o Nathaniela, ale teraz wróciłem do pracy, co nie było dla mnie tak łatwe, jak początkowo sądziłem. Zbyt mocno tęskniłem za rodziną, toteż porozmawiałem z dyrektorem o wprowadzeniu pewnych zmian w rządzących szkołą zasadach. Dzięki temu mogłem codziennie widywać Fillipa i Nathaniela w kominku, zaś na weekendy wracałem do domu. Planowałem jednak wyprosić zdecydowanie więcej, ponieważ chciałem wracać codziennie do domu, jadać posiłki z moimi dwoma mężczyznami, tulić ich i całować bez ograniczeń. Na pewno nie mogłem liczyć na łatwą batalię, ale wierzyłem, że Dumbledore przychyli się do kolejnych moich próśb. W końcu w grę nie wchodził tylko mój mąż, ale także dziecko, a ono powinno spędzać czas z ojcem.
Pochylając się ostrożnie, pocałowałem śpiącego Fillipa w głowę. Nie obudził się wprawdzie, ale mocniej wczepił się w moje ciało i potarł nosem o moją pierś. Był jak pluszowy miś, kiedy tak łaskotał mnie zarostem i dzielił się swoim ciepłem. Zasadniczą różnicę stanowił tylko fakt, że pluszaki były tylko słodkie, zaś mój Anioł odznaczał się niewątpliwą urodą.
Chociaż niechętnie, powoli zacząłem wyswobadzać się z jego uścisków. Musiałem przygotować śniadanie dla niego i Nathaniela, a było to niemożliwe, kiedy tak tkwiłem w tym ciasnym, słodkim uścisku.
- Mmm! - niezadowolone mruczenie Fillipa świadczyło o tym, że nie udało mi się niezauważenie wymknąć. Mój Anioł rozbudził się, co wykorzystałem w bardzo nieuczciwy sposób. Niemal bezczelnie odsunąłem od siebie jego gorące ciało i wymknąłem się z łóżka podsuwając mu poduszkę do obejmowania.
- Śpij, kochanie. - szepnąłem mu do uszka i pocałował w skroń.
Musiał być nadal zmęczony, ponieważ zasnął niemal natychmiastowo, co pozwoliło mi na spokojnie wymknąć się do kuchni i zabrać za przygotowania do wspólnego posiłku.
Zacząłem od kaszki dla Nathaniela, jako że malec uwielbiał ją i nie potrafił zacząć dnia inaczej, jak tylko zajadając się swoim lepkim smakołykiem. Bawiło mnie to i stanowiło powód do zachwytu, ponieważ Nath był niewątpliwie słodki, kiedy sam magicznie utrzymywał sobie butelkę w odpowiedniej do jedzenia pozycji. Był zdolny, pomysłowy i nie miał najmniejszych problemów z jedzeniem, co naprawdę ułatwiało życie mi i Fillipowi. Co więcej, z prawdziwym zapałem pochłaniał słodzoną odrobinką miodu kaszkę, a później leżał grzecznie przez kilka chwil, jakby czekał aż żołądek zaakceptuje posiłek. Czasami żałowałem, że nie wiem, co dzieje się w tej małej, pucołowatej główce, którą zawsze z chęcią obdarzałem drobnymi buziakami.
W następnej kolejności szybko zająłem się przygotowaniami do śniadania mojego większego mężczyzny i musiałem przyznać przed samym sobą, że sprawiało mi to przyjemność. Już wczoraj wieczorem przygotowałem ciasto, z którego teraz uformowałem kulki do rozwałkowania. Ostatecznie przygotowałem w ten sposób niewielkie różyczki z dżemowym nadzieniem, które wstawiłem na chwilę do piekarnika. Nie byłem pewny, czy naprawdę mi wyjdą, ale okazało się, że były wręcz idealne, co napawało mnie pewną dumą. Rozdzieliłem więc kwiatuszki między mnie i Fillipa, zaparzyłem kawę zbożową, ugotowałem jajko na miękko, a następnie opiekłem tosty, dorzuciłem na talerzyk kawałek masła i zadowolony uznałem, że takie śniadanie powinno wystarczyć by uczynić ten dzień naprawdę udanym dla mojego cudownego mężczyzny. Chciałem sprawić mu przyjemność, pokazać jak bardzo mi na nim zależy i jak dalece pragnę stać się dla niego ideałem.
Nathaniel okazał się mieć idealne wyczucie czasu, ponieważ zapłakał dopiero, kiedy byłem na to gotowy i przygotowany do natychmiastowego działania. Od razu uwolniłem go z zabezpieczonego zaklęciami łóżeczka i zaniosłem do sypialni, gdzie Fillip już siedział na łóżku postawiony w stan gotowości. Widać Nath był najlepszym budzikiem świata, choć na pewno mało przewidywalnym.
- Zgłodniał. - uspokoiłem kochanka i podałem mu chlipiącego, domagającego się posiłku głodomora. Zaraz za mną do pokoju wleciała taca z naszym śniadaniem, na którego widok mój Anioł westchnął głośno. Uznałem więc, że udało mi się zrobić mu miłą niespodziankę, co naprawdę mnie cieszyło.
Bardzo szybko Nath zajął się swoją kaszką nieczuły na otaczający go świat, co obaj z Fillipem skwitowaliśmy uśmiechem. W tamtej chwili poza butelką nie liczyło się dla naszego malca nic innego, więc zostawiliśmy go w spokoju siedzącego na pościeli i zajadającego się swoim rarytasem.
Ten dzień naprawdę zaczął się cudownie i cudownym z pewnością miał pozostać.
~ * ~ * ~
Powiodłem spojrzeniem po cudownej, niebywale przystojnej twarzy mojego mężczyzny, a następnie po tacy z przygotowanym przez niego śniadaniem. Zachwycony oblizałem się jakbym od wieków nie miał nic w ustach. Marcel naprawdę się postarał i nie mogłem ukryć wywołanego tym wzruszenia. Dotknąłem rumianego kwiatuszka, który ozdabiał jeden z talerzyków i pisnąłem zaskoczony. Był ciepły i mięciutki, co świadczyło o tym, że został świeżo upieczony. Nie wiedziałem, że Marcel potrafi robić takie słodkie rarytasy. Skosztowałem i westchnąłem z jeszcze większym niż przed chwilą zachwytem.
- Pyszne! - skomentowałem od razu sięgając po kolejną maleńką bułeczkę z dżemem.
- Moja mama piekła takie, kiedy byłem dzieckiem. - wyjaśnił, jakby to miało umniejszyć jego zasługi.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko i pocałowałem go szybko.
- Są wyśmienite. Teraz będziesz musiał przygotowywać je dla mnie częściej. - roześmiałem się pochłaniając swoją porcję i wykradając kilka z talerza Marcela. Następnie zabrałem się za resztę posiłku, który dla mnie przygotował.
Przyznam, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. Domowe śniadanko do łóżka, syn ułożony na poduszkach obok mnie, patrzący na mnie z miłością kochanek z drugiej strony. Czegoś takiego pragnął chyba każdy, choć nie każdy mógł tego doświadczyć. Byłem szczęściarzem i nawet nie chciałem temu zaprzeczać. Trafiłem do małego, prywatnego raju, na który składało się życie z dwójką najbardziej ukochanych przeze mnie osób.
Korzystając z okazji, że jako pierwszy pochłonąłem swoje śniadanie, zacząłem karmić mojego mężczyznę jego porcją. Sprawiało mi to niewątpliwą przyjemność, ponieważ mogłem dać także coś od siebie, a dziś nie miałem jeszcze okazji żeby uczynić dzień mojego mężczyzny wspanialszym.
Musiałem jednak przyznać przed samym sobą, że codziennie mógłbym rozpoczynać dzień w taki właśnie sposób – od dużej dawki romantycznej, słodkiej miłości. Niestety tak się składało, że nie potrafiłbym zmuszać Marcela do codziennego wymykania się z łóżka przede mną. Nie byłem wprawdzie tak utalentowany jak on, ale może sam również mógłbym czasami uraczyć go podobną niespodzianką lub jakąś niewykraczającą poza moje siły drobnostką. Tylko czy poradziłbym sobie z tym tak jak mój kochanek? Marcel był przecież niedoścignionym ideałem, a ja tylko wychowanym pod kloszem jedynakiem z zamożnej rodziny, który wybrał miłość zamiast rodziców i dziedzictwa.
- Dziękuję za to. - szepnąłem w ubrudzone żółtkiem usta Marcela i pocałowałem je lekko. - To było cudowne śniadanie. - początkowo mu przeszkadzałem, ale w końcu pozwoliłem mu otrzeć usta, które przecież sam przypadkiem umalowałem na żółto karmiąc go. Lewitując tacę na bok, przeciągnąłem się zadowolony.
Nathaniel również był już gotowy do codziennych szaleństw, więc należało opuścić schronienie wygodnego łóżka. Niechętnie wygrzebałem się z pościeli i ubrałem szybko. Miałem w tym swój cel, jako że zaraz potem pomagałem w tym Marcelowi, choć podejrzewałem, że adekwatniejszym określeniem byłoby „przeszkadzałem”. Całowałem go, dotykałem, leniwie zapinałem guziki jego koszuli. Gdybym miał ku temu okazję, spędziłbym wiele godzin na podobnych zabawach, ale musiałem się pospieszyć, kiedy Nath zaczął marudzić. Ten malec nie był stworzony do bezczynnego leżenia zbyt długo, toteż pieszczoty z Marcelem musiały poczekać na czas, kiedy maluch będzie spał, zaś my znajdziemy czas dla siebie.
Zostawiając ukochanego w pokoju, zabrałem dzieciątko do jego małego pokoiku i ubrałem go ciepło, jako że zaplanowaliśmy na dziś wizytę w ZOO, a więc nie chciałem by nasze maleństwo zmarzło podczas tej plenerowej wyprawy. Pogoda była przecież nieprzewidywalna, więc słońce mogło stać wysoko na niebie, ale równie dobrze w przeciągu godziny mogła rozpętać się istna ulewa. Cóż, w tym kraju należało być przygotowanym na wszystko.
Pozwoliliśmy Nathanielowi bawić się trochę w naszym pobliżu, kiedy wspólnie z Marcelem zajęliśmy się przygotowaniami do zaplanowanego na pobyt w ZOO pikniku. Sam nie wiem dlaczego przyszło mi to do głowy, kiedy proponowałem tę formę spędzenia dnia, ale uznałem ją za całkiem przyjemną, nawet jeśli nasza pociecha była jeszcze zbyt malutka by docenić to, co dla niego przygotowaliśmy. Chciałem by było to naszą małą rodzinną tradycją, którą Nath zapamięta i będzie chciał pielęgnować. Czy byłem przez to zbyt sentymentalny? Nie wiem, ale na pewno nie chciałem tego zmieniać. W końcu nie było nic złego w pełnym spokoju i słodyczy życiu kochającej się rodziny.
Nawet nie wiem, kiedy zacząłem podśpiewywać pod nosem, ponieważ nie byłem tego świadomy, póki nie spojrzałem na przyglądającego mi się, uśmiechniętego Marcela. Moja twarz musiała oblać się rumieńcem, kiedy dotarło do mnie, co właściwie robię. Odwróciłem się, by nie widział mnie takim czerwonym, ale najwyraźniej mój kochanek miał na ten temat zupełnie inne zdanie. Odnalazł dłońmi moje policzki i obrócił twarz w swoją stronę.
- Jesteś cudowny, więc nie próbuj tego ukrywać. - skarcił mnie z pełnym miłości spojrzeniem swoich cudownie szarych oczu, które patrzyły na mnie w sposób tak trudny do opisania, że może nawet niemożliwy do odwzorowania. Tylko Marcel potrafił tak na mnie spoglądać.
- Tak, masz rację, wybacz. - wtuliłem się w niego na chwilę i rozkoszowałem cudownym ciepłem jego ciała. Poczułem poruszenie przy nogach i zobaczyłem mojego małego synka, który obejmował swoimi łapkami moją nogę oraz nogę Marcela.
W tamtej chwili czułem, że mógłbym się rozpłakać ze szczęścia.
~ * ~ * ~
Wzruszony wziąłem Nathaniela na ręce i pocałowałem jego mięciuteńki policzek. Wraz z Fillpem przytuliliśmy nasze zazdrosne o uściski dziecko, które zostało w następnej chwili pokryte pocałunkami. To cudowne, jak bardzo cieszył się z takich pieszczot. Był naszym małym pluszowym misiem w tym swoim pluszowym, mięciutkim i ciepłym sweterku z kapturem i misiowymi uszkami.
- Moi dwaj idealni mężczyźni. - westchnąłem patrząc to na Nathaniela, to na uśmiechniętego Fillipa.
- Sam jesteś idealny, głuptasie. - usłyszałem słodką reprymendę mojego młodego męża i uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Więc trzy ideały zaszczycą dzisiaj ZOO swoją obecnością. - zauważyłem żartobliwie i pocałowałem najpierw Fillipa, a następnie nadstawiającego się po buziaka Natha.
Czy można być tak szczęśliwym i nie grzeszyć? Nie wiem, ale i niewiele mnie to obchodziło, ponieważ mój wielki i kochający Bóg na pewno rozumiał, co kryje się w moim sercu. On był przecież Miłością, a więc moje uczucia były integralną częścią jego samego.
„Dziękuję.” - pomyślałem kierując te słowa do Boga, w którego tak gorąco wierzyłem. „Dziękuję za raj, jaki mi dałeś.”
W odpowiedzi otrzymałem kolejny uścisk mojej dwójki Cudów, co uznałem za znak od Niebios, że moja miłość spotkała się ze zrozumieniem i pełną akceptacją.
Moja niewielka rodzina bez wątpienia odnalazła się więc w interesie i czerpała z niego całymi garściami. Żałowałem tylko tego, że nie mogę spędzać z nimi całych dni, ponieważ równie mocno jak prowadzić sklep na Pokątnej, chciałem nadal pracować w Hogwarcie. Cieszyłem się każdą lekcją, która pozwalała moim uczniom pokochać sport, który uczynił mnie tym kim byłem i postawił na mojej drodze Anioła, więc jakże mógłbym zrezygnować z posady nauczyciela? Oczywiście pozwoliłem sobie na rok przerwy by móc wspomóc Fillipa oraz zatroszczyć się o Nathaniela, ale teraz wróciłem do pracy, co nie było dla mnie tak łatwe, jak początkowo sądziłem. Zbyt mocno tęskniłem za rodziną, toteż porozmawiałem z dyrektorem o wprowadzeniu pewnych zmian w rządzących szkołą zasadach. Dzięki temu mogłem codziennie widywać Fillipa i Nathaniela w kominku, zaś na weekendy wracałem do domu. Planowałem jednak wyprosić zdecydowanie więcej, ponieważ chciałem wracać codziennie do domu, jadać posiłki z moimi dwoma mężczyznami, tulić ich i całować bez ograniczeń. Na pewno nie mogłem liczyć na łatwą batalię, ale wierzyłem, że Dumbledore przychyli się do kolejnych moich próśb. W końcu w grę nie wchodził tylko mój mąż, ale także dziecko, a ono powinno spędzać czas z ojcem.
Pochylając się ostrożnie, pocałowałem śpiącego Fillipa w głowę. Nie obudził się wprawdzie, ale mocniej wczepił się w moje ciało i potarł nosem o moją pierś. Był jak pluszowy miś, kiedy tak łaskotał mnie zarostem i dzielił się swoim ciepłem. Zasadniczą różnicę stanowił tylko fakt, że pluszaki były tylko słodkie, zaś mój Anioł odznaczał się niewątpliwą urodą.
Chociaż niechętnie, powoli zacząłem wyswobadzać się z jego uścisków. Musiałem przygotować śniadanie dla niego i Nathaniela, a było to niemożliwe, kiedy tak tkwiłem w tym ciasnym, słodkim uścisku.
- Mmm! - niezadowolone mruczenie Fillipa świadczyło o tym, że nie udało mi się niezauważenie wymknąć. Mój Anioł rozbudził się, co wykorzystałem w bardzo nieuczciwy sposób. Niemal bezczelnie odsunąłem od siebie jego gorące ciało i wymknąłem się z łóżka podsuwając mu poduszkę do obejmowania.
- Śpij, kochanie. - szepnąłem mu do uszka i pocałował w skroń.
Musiał być nadal zmęczony, ponieważ zasnął niemal natychmiastowo, co pozwoliło mi na spokojnie wymknąć się do kuchni i zabrać za przygotowania do wspólnego posiłku.
Zacząłem od kaszki dla Nathaniela, jako że malec uwielbiał ją i nie potrafił zacząć dnia inaczej, jak tylko zajadając się swoim lepkim smakołykiem. Bawiło mnie to i stanowiło powód do zachwytu, ponieważ Nath był niewątpliwie słodki, kiedy sam magicznie utrzymywał sobie butelkę w odpowiedniej do jedzenia pozycji. Był zdolny, pomysłowy i nie miał najmniejszych problemów z jedzeniem, co naprawdę ułatwiało życie mi i Fillipowi. Co więcej, z prawdziwym zapałem pochłaniał słodzoną odrobinką miodu kaszkę, a później leżał grzecznie przez kilka chwil, jakby czekał aż żołądek zaakceptuje posiłek. Czasami żałowałem, że nie wiem, co dzieje się w tej małej, pucołowatej główce, którą zawsze z chęcią obdarzałem drobnymi buziakami.
W następnej kolejności szybko zająłem się przygotowaniami do śniadania mojego większego mężczyzny i musiałem przyznać przed samym sobą, że sprawiało mi to przyjemność. Już wczoraj wieczorem przygotowałem ciasto, z którego teraz uformowałem kulki do rozwałkowania. Ostatecznie przygotowałem w ten sposób niewielkie różyczki z dżemowym nadzieniem, które wstawiłem na chwilę do piekarnika. Nie byłem pewny, czy naprawdę mi wyjdą, ale okazało się, że były wręcz idealne, co napawało mnie pewną dumą. Rozdzieliłem więc kwiatuszki między mnie i Fillipa, zaparzyłem kawę zbożową, ugotowałem jajko na miękko, a następnie opiekłem tosty, dorzuciłem na talerzyk kawałek masła i zadowolony uznałem, że takie śniadanie powinno wystarczyć by uczynić ten dzień naprawdę udanym dla mojego cudownego mężczyzny. Chciałem sprawić mu przyjemność, pokazać jak bardzo mi na nim zależy i jak dalece pragnę stać się dla niego ideałem.
Nathaniel okazał się mieć idealne wyczucie czasu, ponieważ zapłakał dopiero, kiedy byłem na to gotowy i przygotowany do natychmiastowego działania. Od razu uwolniłem go z zabezpieczonego zaklęciami łóżeczka i zaniosłem do sypialni, gdzie Fillip już siedział na łóżku postawiony w stan gotowości. Widać Nath był najlepszym budzikiem świata, choć na pewno mało przewidywalnym.
- Zgłodniał. - uspokoiłem kochanka i podałem mu chlipiącego, domagającego się posiłku głodomora. Zaraz za mną do pokoju wleciała taca z naszym śniadaniem, na którego widok mój Anioł westchnął głośno. Uznałem więc, że udało mi się zrobić mu miłą niespodziankę, co naprawdę mnie cieszyło.
Bardzo szybko Nath zajął się swoją kaszką nieczuły na otaczający go świat, co obaj z Fillipem skwitowaliśmy uśmiechem. W tamtej chwili poza butelką nie liczyło się dla naszego malca nic innego, więc zostawiliśmy go w spokoju siedzącego na pościeli i zajadającego się swoim rarytasem.
Ten dzień naprawdę zaczął się cudownie i cudownym z pewnością miał pozostać.
~ * ~ * ~
Powiodłem spojrzeniem po cudownej, niebywale przystojnej twarzy mojego mężczyzny, a następnie po tacy z przygotowanym przez niego śniadaniem. Zachwycony oblizałem się jakbym od wieków nie miał nic w ustach. Marcel naprawdę się postarał i nie mogłem ukryć wywołanego tym wzruszenia. Dotknąłem rumianego kwiatuszka, który ozdabiał jeden z talerzyków i pisnąłem zaskoczony. Był ciepły i mięciutki, co świadczyło o tym, że został świeżo upieczony. Nie wiedziałem, że Marcel potrafi robić takie słodkie rarytasy. Skosztowałem i westchnąłem z jeszcze większym niż przed chwilą zachwytem.
- Pyszne! - skomentowałem od razu sięgając po kolejną maleńką bułeczkę z dżemem.
- Moja mama piekła takie, kiedy byłem dzieckiem. - wyjaśnił, jakby to miało umniejszyć jego zasługi.
Uśmiechnąłem się do niego szeroko i pocałowałem go szybko.
- Są wyśmienite. Teraz będziesz musiał przygotowywać je dla mnie częściej. - roześmiałem się pochłaniając swoją porcję i wykradając kilka z talerza Marcela. Następnie zabrałem się za resztę posiłku, który dla mnie przygotował.
Przyznam, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. Domowe śniadanko do łóżka, syn ułożony na poduszkach obok mnie, patrzący na mnie z miłością kochanek z drugiej strony. Czegoś takiego pragnął chyba każdy, choć nie każdy mógł tego doświadczyć. Byłem szczęściarzem i nawet nie chciałem temu zaprzeczać. Trafiłem do małego, prywatnego raju, na który składało się życie z dwójką najbardziej ukochanych przeze mnie osób.
Korzystając z okazji, że jako pierwszy pochłonąłem swoje śniadanie, zacząłem karmić mojego mężczyznę jego porcją. Sprawiało mi to niewątpliwą przyjemność, ponieważ mogłem dać także coś od siebie, a dziś nie miałem jeszcze okazji żeby uczynić dzień mojego mężczyzny wspanialszym.
Musiałem jednak przyznać przed samym sobą, że codziennie mógłbym rozpoczynać dzień w taki właśnie sposób – od dużej dawki romantycznej, słodkiej miłości. Niestety tak się składało, że nie potrafiłbym zmuszać Marcela do codziennego wymykania się z łóżka przede mną. Nie byłem wprawdzie tak utalentowany jak on, ale może sam również mógłbym czasami uraczyć go podobną niespodzianką lub jakąś niewykraczającą poza moje siły drobnostką. Tylko czy poradziłbym sobie z tym tak jak mój kochanek? Marcel był przecież niedoścignionym ideałem, a ja tylko wychowanym pod kloszem jedynakiem z zamożnej rodziny, który wybrał miłość zamiast rodziców i dziedzictwa.
- Dziękuję za to. - szepnąłem w ubrudzone żółtkiem usta Marcela i pocałowałem je lekko. - To było cudowne śniadanie. - początkowo mu przeszkadzałem, ale w końcu pozwoliłem mu otrzeć usta, które przecież sam przypadkiem umalowałem na żółto karmiąc go. Lewitując tacę na bok, przeciągnąłem się zadowolony.
Nathaniel również był już gotowy do codziennych szaleństw, więc należało opuścić schronienie wygodnego łóżka. Niechętnie wygrzebałem się z pościeli i ubrałem szybko. Miałem w tym swój cel, jako że zaraz potem pomagałem w tym Marcelowi, choć podejrzewałem, że adekwatniejszym określeniem byłoby „przeszkadzałem”. Całowałem go, dotykałem, leniwie zapinałem guziki jego koszuli. Gdybym miał ku temu okazję, spędziłbym wiele godzin na podobnych zabawach, ale musiałem się pospieszyć, kiedy Nath zaczął marudzić. Ten malec nie był stworzony do bezczynnego leżenia zbyt długo, toteż pieszczoty z Marcelem musiały poczekać na czas, kiedy maluch będzie spał, zaś my znajdziemy czas dla siebie.
Zostawiając ukochanego w pokoju, zabrałem dzieciątko do jego małego pokoiku i ubrałem go ciepło, jako że zaplanowaliśmy na dziś wizytę w ZOO, a więc nie chciałem by nasze maleństwo zmarzło podczas tej plenerowej wyprawy. Pogoda była przecież nieprzewidywalna, więc słońce mogło stać wysoko na niebie, ale równie dobrze w przeciągu godziny mogła rozpętać się istna ulewa. Cóż, w tym kraju należało być przygotowanym na wszystko.
Pozwoliliśmy Nathanielowi bawić się trochę w naszym pobliżu, kiedy wspólnie z Marcelem zajęliśmy się przygotowaniami do zaplanowanego na pobyt w ZOO pikniku. Sam nie wiem dlaczego przyszło mi to do głowy, kiedy proponowałem tę formę spędzenia dnia, ale uznałem ją za całkiem przyjemną, nawet jeśli nasza pociecha była jeszcze zbyt malutka by docenić to, co dla niego przygotowaliśmy. Chciałem by było to naszą małą rodzinną tradycją, którą Nath zapamięta i będzie chciał pielęgnować. Czy byłem przez to zbyt sentymentalny? Nie wiem, ale na pewno nie chciałem tego zmieniać. W końcu nie było nic złego w pełnym spokoju i słodyczy życiu kochającej się rodziny.
Nawet nie wiem, kiedy zacząłem podśpiewywać pod nosem, ponieważ nie byłem tego świadomy, póki nie spojrzałem na przyglądającego mi się, uśmiechniętego Marcela. Moja twarz musiała oblać się rumieńcem, kiedy dotarło do mnie, co właściwie robię. Odwróciłem się, by nie widział mnie takim czerwonym, ale najwyraźniej mój kochanek miał na ten temat zupełnie inne zdanie. Odnalazł dłońmi moje policzki i obrócił twarz w swoją stronę.
- Jesteś cudowny, więc nie próbuj tego ukrywać. - skarcił mnie z pełnym miłości spojrzeniem swoich cudownie szarych oczu, które patrzyły na mnie w sposób tak trudny do opisania, że może nawet niemożliwy do odwzorowania. Tylko Marcel potrafił tak na mnie spoglądać.
- Tak, masz rację, wybacz. - wtuliłem się w niego na chwilę i rozkoszowałem cudownym ciepłem jego ciała. Poczułem poruszenie przy nogach i zobaczyłem mojego małego synka, który obejmował swoimi łapkami moją nogę oraz nogę Marcela.
W tamtej chwili czułem, że mógłbym się rozpłakać ze szczęścia.
~ * ~ * ~
Wzruszony wziąłem Nathaniela na ręce i pocałowałem jego mięciuteńki policzek. Wraz z Fillpem przytuliliśmy nasze zazdrosne o uściski dziecko, które zostało w następnej chwili pokryte pocałunkami. To cudowne, jak bardzo cieszył się z takich pieszczot. Był naszym małym pluszowym misiem w tym swoim pluszowym, mięciutkim i ciepłym sweterku z kapturem i misiowymi uszkami.
- Moi dwaj idealni mężczyźni. - westchnąłem patrząc to na Nathaniela, to na uśmiechniętego Fillipa.
- Sam jesteś idealny, głuptasie. - usłyszałem słodką reprymendę mojego młodego męża i uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Więc trzy ideały zaszczycą dzisiaj ZOO swoją obecnością. - zauważyłem żartobliwie i pocałowałem najpierw Fillipa, a następnie nadstawiającego się po buziaka Natha.
Czy można być tak szczęśliwym i nie grzeszyć? Nie wiem, ale i niewiele mnie to obchodziło, ponieważ mój wielki i kochający Bóg na pewno rozumiał, co kryje się w moim sercu. On był przecież Miłością, a więc moje uczucia były integralną częścią jego samego.
„Dziękuję.” - pomyślałem kierując te słowa do Boga, w którego tak gorąco wierzyłem. „Dziękuję za raj, jaki mi dałeś.”
W odpowiedzi otrzymałem kolejny uścisk mojej dwójki Cudów, co uznałem za znak od Niebios, że moja miłość spotkała się ze zrozumieniem i pełną akceptacją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)