niedziela, 29 lipca 2012

Prédiction

Oliver Balack:
Już dwa lata temu przestałem się łudzić, że będę miał kuzyna dla siebie przez te dwa miesiące wakacji, które oddzielały go od Camusa niczym mur niemożliwy do przebycia. Wtedy też umarła większość moich naiwnych marzeń o świetlanej przyszłości i niemożliwym związku, o którym fantazjowałem od dawna. Żadnych pocałunków, wyznań, niepewności towarzyszącej świadomości uczucia – i tak nigdy nie było na to najmniejszej szansy. Nie byłem już dzieckiem, a dorosłość wcale mi się nie podobała. Tęskniłem za czystymi myślami, szczerą miłością braterską, jaką darzyłem kuzyna. Wtedy świat był pełen barw, śmiechu i zabawy, zaś teraz nie nadawał się już do niczego poza bolesną egzystencją, której nie sposób zakończyć.
Czułem jak spadam coraz głębiej w chłodny mrok, który mnie otaczał, którego nic nie mogło rozświetlić. Nawet, jeśli uśmiech Fillipa, ciepły niczym słońce, zdołałby się przebić przez czarną zasłonę mojego bólu tworzyłby tylko długie cienie szydzące ze mnie i moich grzesznych uczuć. Dla mnie nie było już żadnego ratunku. Mogłem wyłącznie tonąc w swojej melancholii.
Od kiedy wiedziałem o uczuciu, jakim Fillip darzy nauczyciela latania? Nie miałem pojęcia. Wydaje mi się, że po prostu otworzyłem któregoś dnia oczy i zwyczajnie wiedziałem, iż każdy uśmiech chłopaka był wynikiem myśli o nauczycielu, a każda zabłąkana myśl przeznaczona była właśnie dla profesora.
Nienawidziłem uczucia, jakim kuzyn darzył tego mężczyznę! Świadomość, że ciemne oczy Fillipa zawsze szukają Camusa, że jego drobne dłonie pragną dotykać wyłącznie nauczyciela, że marzy o pocałunkach i bliskości innego, wywoływała u mnie mdłości.
Nie potrafiłem usiedzieć na miejscu. Potrzebowałem ruchu, zapomnienia, odpoczynku od swoich demonów. Potrzebowałem Fillipa.
Bez pukania wszedłem do pokoju kuzyna patrząc jak wystraszony ukrył między kartkami pamiętnika zdjęcie Camusa. Jeśli w dalszym ciągu sądził, że jest to jego małą tajemnicą, to wcale nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Nie chciałem się z nim kłócić. Nie dziś.
- Ej, to mój pokój! – warknął na mnie chowając swój jakże cenny ozdobny zeszyt w szufladzie nocnej szafki.
- No, patrz. Tyle lat się znamy, a ja dopiero teraz dowiaduję się czegoś tak istotnego. – zakpiłem rozsiadając się w fotelu, który stał pod ścianą. – Zbieraj się, wychodzimy.
- Nigdzie nie idę! Przerwałeś mi marzenie!
- I nie chcę wiedzieć, o czym marzyłeś, chociaż mogę się tego domyślić i jeśli każesz mi myśleć o tym chociażby piętnaście sekund dłużej to zwrócę pierogi z serem, które jadłem przed chwilą. Mamy wakacje, więc chyba nie sądzisz, że pozwolę ci siedzieć samemu w tej noże, króliczku? Znam cię dłużej niż ten zły wilk, o którym marzysz, więc zostaw te swoje chore fantazje na chłodne noce, a teraz zajmij się mną! – wskazałem na siebie kciukiem i patrzyłem, jak na policzki kuzyna wpełzają rumieńce.
„Czas oswoić się z myślą, że wiem, co czujesz” pomyślałem. „I, że nie pozwolę ci się tym rozkoszować.”
Fillip podniósł się z miejsca i zniknął w drzwiach szafy, do środka, której niemal wszedł. Nie było wątpliwości, że cokolwiek teraz robił chciał zmusić mnie do zapomnienia o jego miłości do nauczyciela latania, chciał oddalić ode mnie świadomość tego uczucia. Może nawet obawiał się, że mógłbym powiedzieć o wszystkim jego rodzicom? Przecież to wydawało się najrozsądniejsze.
Ale nie, tego bym nie zrobił. Nie byłem ideałem, jednak nawet ja nie zdradziłbym jego małej tajemnicy komuś, kto mógłby zagrozić jego szczęściu. Sam miałem czasami ochotę by zniszczyć to śliczne, niewinne uczucie, które kwitło w czystym sercu Fillipa, ale w przeciwieństwie do dorosłych, ja byłem tylko niegroźną przeszkodą. Uciążliwą, ale całkowicie pozbawioną mocy.
- Jestem gotowy, możemy iść. – mruknął nie patrząc na mnie, ale wlepiając spojrzenie w podłogę, jakby miał do ukrycia coś więcej niż tylko swoją głupią miłość. Nie nawykł do mojej wiedzy i wstydził się tego. Czuł, że patrząc na niego widzę go przez pryzmat uczucia, które odkryłem. I nie mylił się. Spoglądając na niego czułem uścisk w sercu, który przypominał mi bezustannie o tym, że moja pierwsza miłość nigdy nie będzie odwzajemniona, że została uśmiercona zanim w ogóle zdołała się tak naprawdę narodzić. O tym nie dało się zapomnieć.
- Yyy... – przyjrzałem mu się krytycznie. – To tylko krótki spacer, a na zewnątrz jest bardzo ciepło, więc na co ci płaszcz przeciwdeszczowy? Z żabką... – nawet ja nie byłem na tyle odważny, by wyjść gdziekolwiek z piętnastolatkiem w zielonym płaszczu z wielką żabą trzymającą różowy parasol. Skąd on to w ogóle wyjął?
- Ale jeśli zacznie padać...
- Wtedy będziemy się martwić. Jak cię proszę, zdejmij to i nie pokazuj się w tym ludziom. Ta żaba będzie mi się śniła nocami!
- Ja tam nie miałbym nic przeciwko snom o żabach z parasolami. – Fillip wzruszył ramionami zdejmując swój płaszcz przeciwdeszczowy i złożył go starannie w kostkę odkładając na miejsce. Nie wiem czy było to wynikiem roztargnienia, czy nie, ale naprawdę nie pojmowałem jego sposobu myślenia, jakkolwiek było w tym coś rozkosznego.
Tylko gdzie się podział ten zaczepny chłopak, który potrafił ze mną gonić młodszych od siebie i dokuczać innym dla własnej przyjemności? Przecież kiedyś mu się to podobało, byłem pewny, że odczuwał niejaką rozkosz płynącą z dominacji i władzy. Fillip, taki, jakim był teraz, stanowił dowód na to, że miłość zmienia człowieka na gorsze, zmiękcza i czyni go niewolnikiem ideałów.
Czy ja stałbym się takim samym mięczakiem, gdyby moje uczucie zostało odwzajemnione? Tylko, dlaczego odrzucenie tak bolało skoro sama miłość była zgubna? Ten, który stworzył człowieka musiał być nie lada sadystą, skoro uczynił ludzi tak podatnymi na zranienia i tak uzależnionymi od tego, co zadawało im cierpienie.
Pokonując schody, co drugi stopień zszedłem na sam dół i otworzyłem przed kuzynem drzwi wejściowe. Skrzywił się, kiedy słońce przyświeciło mu w twarz, ale wydawał się ożywiony lekkim wiatrem, który rozwiał jego kasztanowe włosy. Marzenia nie pachniały, nie mogły go w żaden sposób pieścić i dlatego musiałem go od nich uwolnić, przypomnieć mu świat realny, którego unikał od czasu powrotu do domu ze szkoły.
- Gdzie mnie zabierasz? – w końcu spojrzał na mnie otwarcie.
- Na spacer. W żadne konkretne miejsce. Może pokręcimy się trochę w koło biblioteki, przejdziemy parkiem, a później wrócimy do domu. Zostaję u was na jakiś czas, więc nigdzie nie musi nam się spieszyć.
„Więc nie myśl, że pozwolę ci o nim myśleć.”
- To dobrze. – jego reakcja zaskoczyła mnie. – Mama weźmie się za Skrzaty i w końcu postarają się z posiłkami. Ostatnio nie zachwycały, a kiedy będziemy mieli gościa na pewno dadzą z siebie więcej. Nawet ja muszę czasami dobrze zjeść. – podciągnął trochę koszulkę pokazując swój płaski, może nawet lekko wklęsły, brzuch. – Kiedy przybiorę na wadze będę też szybciej rósł w górę.
- Nie widzę związku...
- Kiedy będę doroślejszy będę mógł powiedzieć Marcelowi, że się w nim kocham, a on może rozpatrzy moją propozycję zamiast od razu ją odrzucić. – jego szczerość i otwartość, z jaką podjął temat zszokowały mnie, ale i zabolały bardziej niż ukrywanie tej bezwartościowej miłości. – Taki jest mój plan. Jeszcze nie wiem, kiedy mu o tym powiem, ale na pewno tak zrobię. – on naprawdę w to wierzył. – O, patrz! Coś się dzieje! – kuzyn złapał mnie za rękę i pociągnął zdecydowanie za sobą.
W alejce naprzeciwko jednego z mugolskich kościołów zebrała się spora grupka ludzi. Nie wiem, co takiego ciekawego dostrzegł w tym Fillip, ale jego ręka trzymała moją, jak imadło i chociażbym chciał nie zdołałbym się uwolnić z tego uścisku. Poddałem się temu czując ciepło palców chłopaka na swojej dłoni.
Fillip przepchnął się możliwie najbliżej źródła zainteresowania ogółu i wciągnął mnie w tłum, aż do miejsca, w którym mogliśmy wyraźnie zobaczyć starszego, chudego mężczyznę w ciemnym ubraniu, z wielkim drewnianym krzyżu na piersi. Na jego głowie siwizna walczyła z ciemnym kolorem włosów, a jego oczy płonęły szaleństwem. Co takiego ciekawego ludzie widzieli w wariacie? Powinni mu współczuć, zamiast robić z niego atrakcję turystyczną okolicy.
- Piekło istnieje i jest nim życie tutaj na tej Ziemi! Dalej jest już tylko Nicość i Raj dla wybranych! Odrodzenie odziane jest w płaszcz Końca! By kwiat zakwitł na nowo musi najpierw umrzeć! – krzyczał podniesionym, donośnym głosem szaleniec przyciskając do piersi Biblię. Jego rozbiegane spojrzenie wodziło po twarzach zebranych, jakby potrafił ocenić, którzy z nich mogą się jeszcze nawrócić.
Zadrżałem mimowolnie, kiedy jego błyszczące oczy spoczęły na mnie na niespełna sekundę, a później przesunęły się dalej. Niestety mężczyzna zawahał się i moje spojrzenie spotkało się z jego na dłużej. Miałem, co do tego złe przeczucia.
- Gdy jesteś już na samym dnie, droga może prowadzić tylko w górę. – zaczął nie spuszczając ze mnie oczu. – A nawet Diabeł ma skrzydła, które mogą podźwignąć cię z klęczek i unieść w stronę nieba. Szczęście rodzi się w bólach, jak dziecko przychodzące na świat.
- Chodźmy stąd. – rzuciłem do kuzyna i próbowałem wyciągnąć go z tłumu, ale opierał się chcąc słuchać dalej.
- Ale to jest ciekawe! – uparł się obserwując szalonego mężczyznę, który powoli odwrócił wzrok ponownie zaczynając nim wodzić na boki po każdym.
- To są bzdury! Ten człowiek jest chory i powinno mu się pomóc, a nie podsycać jego szaleństwo! – znalazł się prorok nowego tysiąclecia...
Fillip utkwił we mnie spojrzenie swoich ciemnych oczu pełnych bólu, jakbym powiedział mu coś wyjątkowo przykrego. Zastanowiłem się szybko nad tym, o co mogłoby chodzić i powoli przesuwałem się w tył robiąc miejsce innym gapiom. I w końcu zrozumiałem. Kuzyn czuł się winny, gdyż zupełnie nieświadomie oskarżyłem go o szkodzenie temu szaleńcowi.
Wzdychając przeczesałem dłonią włosy. Czasami nie wiedziałem jak powinienem postępować z Fillipem. Nie chciałem go ranić, ale coraz częściej robiłem to nieświadomy swoich poczynań. Może, dlatego chłopak zakochał się po uszy w Camusie? Nauczyciel był moim przeciwieństwem. Zawsze wywoływał uśmiech na twarzy mojego kuzyna, pocieszał go i jedno, nawet najkrótsze, spotkanie potrafiło uszczęśliwić Fillipa, jak nic innego na tym świecie.
- Nie chciałem sprawić ci przykrości. – powiedziałem powoli ważąc słowa. – Po prostu nie powinno nas tu być. Zostawmy tego człowieka w spokoju. I tak ma już liczną widownię.
- Chodzi o to, co powiedział do ciebie?
Zadrżałem. Naprawdę miałem nadzieję, że chłopak tego nie zauważy, ale przecież nie był nierozumnym dzieckiem.
- Wiesz, że nie wierzę w żadne bajki o aniołach, diabłach, czy Insygniach Śmierci.
- A ja tak. – Fillip uniósł dumnie głowę. – Wierzę we wszystko. No... Może nie we wszystko, ale jednak... – posłałem mu pełne ironii spojrzenie. – Dobrze już! To, co mówił ten człowiek było dziwne, ale ciekawe! Nie koniecznie prawdziwe. Zmieńmy temat! – poirytowany chłopak rozejrzał się za czymś, co pozwoliłoby nam podjąć rozmowę na nowo nie zahaczając przy tym o ostre krawędzie kłótni.
Lubiłem w nim tę niechęć do sprzeczek z osobami, które były mu bliskie. Dzięki temu miałem pewność, że nadal się dla niego liczę. Może nie, jako mężczyzna, tak jakbym sobie tego życzył, ale jako ktoś na wzór brata. Obaj byliśmy jedynakami i nasza przyjaźń zastępowała nam brak rodzeństwa, którego i tak nie chcieliśmy mieć.
- Chodzenie jest nudne. Powinniśmy w coś pograć! – chłopak w końcu się rozruszał i nie było już możliwości by usiedział w domu na tyłku. Odzyskałem kuzyna, którego wszędzie było pełno, a z którym chciałem spędzić wakacje.
- Niech będzie. Będę tak wspaniałomyślny i użyczę ci swojego towarzystwa. – uśmiechnąłem się do niego wyniośle, zaś Fillip pokazał mi język, gdy kąciki jego warg unosiły się ku górze.
Obaj musieliśmy zapomnieć o Camusie i uczuciach. Ja by ratować duszę, zaś on by się dobrze bawić. Miłość musiała przestać istnieć przynajmniej na te dwa krótkie miesiące wakacji i odpoczynku od rzeczywistości, od prawdy, od życia.

piątek, 29 czerwca 2012

La Belle et la Bête

Przerzuciłem stronę książki obdarzając ostatnim spojrzeniem barwną ilustrację przedstawiającą tańczącą ze sobą parę. Uśmiechnąłem się do siebie błądząc wzrokiem po tekście opisującym ten magiczny wieczór, jaki przeżywali bohaterowie. Rozmarzony podciągnąłem nogi bliżej piersi siedząc na swoim kufrze na peronie, gdzie czekałem już na pociąg do Londynu. Inni byli zbyt zajęci sobą, by zwracać uwagę na kogoś, kto w cieniu drzew zajął się czytaniem. I całe szczęście!
Na kilka chwil oderwałem się od lektury chcąc nacieszyć się fragmentem, który właśnie pochłonąłem, a który podobał mi się chyba najbardziej ze wszystkich. Już trzeci raz czytałem tę właśnie książkę. Dostałem ją od Olivera, który chciał mi dokuczyć oferując „Piękną i Bestię” w wydaniu z obrazkami. Nie mógł przewidzieć tego, co nastąpi później. Otóż zakochałem się w tej książce. Tak wiele razy miałem ochotę rozpłakać się czytając tak krótką opowieść, że zaskakiwałem samego siebie. Jak określił to później Oliver, mam „kobiece serce” i dlatego spodobała mi się baśń dla brzydul marzących o księciu z bajki.
„Kobiece serce”, też coś! Nie zgadzałem się z nim. To moje uczucia względem nauczyciela latania sprawiły, że zagustowałem w tej książce. Zastanawiałem się, a może nawet to sobie wyobrażałem, że Marcel mógłby być Bestią, a ja nieszczęśliwcem, który trafia na jego zamek. Ale, co jeśli nie miałby zamku, ale nędzną chatę lub w ogóle nie miałby gdzie mieszkać? Gdyby był rzeczywiście przeklęty, chociażby likantropią? Czy nadal uważałbym to za piękną baśń i chciałbym ją przeżyć, jako jedna z głównych postaci? Czy kochałbym Marcela, gdyby ten był wilkołakiem? Znajdowałby się na marginesie społecznym... Głupie! Oczywiście, że w dalszym ciągu kochałbym go tak jak teraz! Może trochę bym się go obawiał na początku, ale z czasem na pewno bym przestał!
Wziąłem głęboki oddech i powróciłem do czytania na nowo rozpoczynając fragment dotyczący ich kolacji i tańca w świetle świec.

~ * ~ * ~

Stałem się odważniejszy lub zwyczajnie nieostrożny, czy nawet głupi? Jaki zwyczajny nauczyciel pojawiłby się na peronie tylko po to by pożegnać jednego ucznia? Nie miałem żadnej wymówki, by w razie nakrycia wyjaśnić przyczyny swojego zachowania. Nie mogłem też obserwować chłopca z daleka, jak zakochany uczniak wstydzący się podejść do obiektu westchnień. Byłem dziecinny i niedojrzały, jak na swój wiek. Zupełnie nieprzygotowany na to by stawić czoła uczuciom. Ale byłem też zakochany bez pamięci i z każdą chwilą z coraz większym trudem wmawiałem sobie, że nie mogę się zdradzić, że muszę utrzymać w tajemnicy, to, co kryje się w moim sercu.
- Szczęściu trzeba pomagać. – powiedziałem cicho do siebie i zbliżyłem się do zajętego czytaniem chłopaka, który nie widział świata poza kartkami książki. – Głupia maksyma. – dodałem stając za chłopcem tak wchłoniętym przez lekturę, że równie dobrze mogłem nie istnieć, bądź zaistnieć na kartach książki, którą z taką pieczołowitością ułożył na kolanach.
Pochyliłem się łowiąc wybiórczo wydrukowane starannie słowa.
- „Nie idź, krzyczała jego dusza”. – przeczytałem w ucho chłopaka, który zamknął gwałtownie swoją lekturę i odwrócił się do mnie wystraszony.
Powinienem przestać tak go straszyć. Obiecałem, więc sobie, że był to ostatni raz, gdy zachodzę go od tyłu i odzywam się nagle sprawiając, że jego serduszko z trudem nadąża z pompowaniem krwi.
- Wybacz, Fillipie. – spojrzałem w jego ciemne oczy zatracając się w nich.

~ * ~  * ~

- Zamyśliłem się i nie zauważyłem pana! – położyłem dłoń na piersi i odetchnąłem kilka razy głęboko, by uspokoić ciało. – Czytałem i tak, jakoś odleciałem myślami. Przyszedł się pan pożegnać?
- Tak. Prawdę mówiąc to tak. – był chyba zakłopotany swoimi słowami, co bardzo mi się spodobało. Nawet profesor potrafił wstydzić się prawdy, której nie taił.
- Bardzo się cieszę. – przyznałem chcąc by poczuł się pewniej, o ile to możliwe. Sam chyba zaczynałem się rumienić z powodu myśli, jakie pojawiły się w mojej głowie, a które spotęgowała przed chwilą zamknięta książka.
Zauważyłem lekkie zainteresowanie mężczyzny moją baśnią, kiedy jego szare spojrzenie sięgnęło ku trzymanemu przeze mnie woluminowi.
- Piękna i Bestia. – powiedziałem nie czekając na pytanie, które nauczyciel mógł zadać, a które mogło nigdy nie opuścić jego ust. – Czytam ją na okrągło, ale ciągle podoba mi się bardziej i bardziej. Proszę. – wręczyłem mu moją książkę z uczuciem mrowienia w żołądku, z radością, która zamgliła mój umysł. – Teraz pana kolej. Niech pan ją przeczyta w czasie wakacji. – nie wiem, czy prosiłem, czy rozkazywałem mu, ale chciałem by znał tę samą wersję, co ja, chciałem by zakochał się w tym, tak jak ja. Tak, jak wcześniej to on rozkochał mnie w Hrabim Monte Christo.

~ * ~ * ~

Nie kryłem zaskoczenia, kiedy chłopiec złożył na moich dłoniach lekki wolumin pełen kolorowych ilustracji, ale i nie planowałem mu odmówić. Nie Fillipowi. Nigdy nie jemu.
- Jeśli tak bardzo ci się podoba muszę ją przeczytać. – uśmiechnąłem się w możliwie najbardziej odpowiedni dla nauczyciela sposób i rzuciłem okiem na brązową oprawkę książki, na której złotymi literami wypisano tytuł.
Wydało mi się to zabawne. Czy bohaterowie pokroju „Pięknej” i „Bestii” nie pasowali do świata, w jakim żyłem. Czy Fillip nie był, jak bohaterka tej historii, której nigdy nie czytałem, choć wiele o niej słyszałem? Czy ja nie byłem potworem, którego należałoby zabić za przynależność do Upadłego Rodu? Kiedyś przecież musiał się o tym dowiedzieć, bez względu na to, czy zdołałbym jakimś cudem zdobyć jego serce. Był mi tak drogi, że bez względu na wszystko chciałem by wiedział, kim jestem. Może jeszcze nie teraz, może nie w następnym roku, ale bezsprzecznie przed zakończeniem siódmej klasy.
- Teraz to pan się zamyślił! – na pięknej twarzy Fillipa pojawił się uśmiech świadczący o jego coraz większej pewności siebie. Z rozkosznego dziecka wyrastał mi coraz wspanialszy mężczyzna. – To ta książka! Jest magiczna!
- Na pewno masz rację. – przyznałem wsuwając dłoń w jego włosy. Podrapałem lekko skórę głowy chłopca, pogłaskałem go subtelnie i potarłem jego policzek. – Nie widziałeś się w lustrze po śniadaniu, prawda? Miałeś tam dżem. Borówkowy, zgadłem?
Fillip zawstydził się, zarumienił i szybko otarł dłońmi oba policzki by uniknąć kolejnej wstydliwej sytuacji.
- Udajmy, że niczego tam nie było! – chłopiec wydął usteczka, a jego oczęta patrzyły na mnie błagalnie. – Zapomnimy, że się taki niedomyty panu pokazałem.
Roześmiałem się głośno. Jak mógłbym zapomnieć coś tak rozkosznego?
- To nie takie łatwe, jak ci się wydaje, Fillipie.

~ * ~ * ~

Tak! Śmiej się częściej, uśmiechaj do mnie, patrz na mnie tymi cudownymi oczyma, tak jak zawsze patrzysz! Nie! Patrz na mnie z większą czułością, z miłością, patrz na mnie jak na coś drogocennego, coś, czego pragniesz i możesz otrzymać, jeśli tylko sięgniesz przed siebie śmiało! Tak, właśnie tak! Patrz na mnie, jak na coś ulotnego, co jako jedyny zdołałeś pochwycić i uczynić swoim! Proszę...
Szalałem wewnątrz, jakby właśnie odbywał się we mnie bal, na który zaproszono pszczeli rój. To właśnie uczucie nazywano szczęściem, radością, miłością, a ja nazwałem je „Marcel”.
- Proszę mi powiedzieć, czy jest pan Bestią? – zapytałem kierowany uniesieniem, które mnie wypełniało, które nie pozwalało swobodnie oddychać. Byłem zaklęty w tej krótkiej chwili, jaką mieliśmy przed moim odjazdem, w tej rozmowie, jaką prowadziliśmy, a którą zacząłem tym pytaniem. To, co było wcześniej nie miało znaczenia. Liczyła się chwila obecna, liczyło się to pytanie i odpowiedź, jakiej mężczyzna udzieli. Miałem wrażenie, że ktoś, lub coś, szeptem podpowiada mi, co powinienem mówić. Czułem unoszącą się dookoła magię, która otaczała mnie, przenikała przeze mnie, była wszędzie.
Mężczyzna wydawał się zaskoczony moją śmiałością, bądź zwyczajnie moim pytaniem, ale ja nie potrafiłem oderwać od niego wzroku, nie potrafiłem się chociażby zawstydzić bezpośredniością pytania. Chciałem znać odpowiedź, chciałem wiedzieć więcej, chciałem go poznać lepiej niż znali go inni.
- Tak, Fillipie. – na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień, co znaczyło, że mówi zupełnie poważnie. – Sądzę, że jestem bestią. – zwiesił głos, jakby chciał mówić dalej, ale nie znajdował w sobie wystarczająco odwagi na wyznania.
- To dobrze. – nie myślałem, mówiłem to, co czułem, a słowa nie rodziły się w głowie, ale w sercu. – Ja nie jestem bestią, więc dobrze, że pan nią jest. To znaczy, że ma pan tajemnice, których nikomu nie chce zdradzić, a ja chcę je poznać. Kiedy będzie pan gotowy. Wtedy ja wyjawię panu swoje. To będzie sprawiedliwy układ. Ale... Czy dlatego jest pan nadal sam? Dlatego, że jest pan Bestią?
„Ponieważ ta Bestia czeka na ciebie, Fillipie.” Usłyszałem głos swojej duszy, odpowiedź, jaka chciałbym by padła z ust nauczyciela.

~ * ~  * ~

Nie pojmowałem znaczenia tych pytań, ale zapatrzony w chłopaka nie mogłem odmówić odpowiedzi. Tak wiele znaczeń mogły mieć wszystkie jego słowa, tak wiele mogły mieć moje, ale mimo to pozwalałem by interpretował je po swojemu, tak jak pozwalałbym sobie na tłumaczenie jego myśli.
- Może, Fillipie. – coś się między nami działo. Coś wyjątkowego, czego nie mogłem zidentyfikować, a co przemawiało do mojej duszy, jakbyśmy obaj byli opętani. A może rzeczywiście byliśmy? Ja miłością do niego, a on... – Może właśnie, dlatego, że jestem bestią, nie mam nikogo. A może to nie ma żadnego znaczenia. – „Ponieważ ta bestia czeka na ciebie, Fillipie” pomyślałem. – Ty nie jesteś Bestią, Fillipie, więc dlaczego jesteś sam? – uwielbiałem wypowiadać jego imię. Było dla mnie modlitwą, którą mój Bóg akceptował, mimo że nie była skierowana do Niego.
Chłopiec na chwilę odwrócił wzrok, by po jej upływie powrócić nim do mnie. Coś czaiło się w jego ciemnych tęczówkach, które porywały mnie w głąb swojej mrocznej fascynacji, z jaką obserwowały świat.
- Nie mam nikogo, bo pan też nie ma. – na jego policzkach pojawiły się lekkie rumieńce, ale nie wydawał się wstydzić swoich słów. – I chciałbym by pan nadal nikogo nie miał i mnie rozpieszczał jak do tej pory. Gdyby nagle pan sobie kogoś znalazł przestałby się pan mną interesować, a ja miałbym mniej czasu na poddawanie się tym pieszczotom, gdybym nie był sam.

- To samolubne, Fillipie. – wyciągnąłem dłoń przed siebie i przesunąłem palcem po drobnym nosie chłopca.
- Ale nie ma pan nic przeciwko. – uśmiechnął się kącikiem ust pewny siebie.
Mój umysł przestał w tamtym momencie pracować i jedynie serce żywiło się tymi pełnymi słodyczy słowami. Wszystko to wydawało mi się tak naturalne i tak oczywiste jak istnienie Boga, w którego wierzyłem niezaprzeczalnie.

~ * ~ * ~

- Chociaż jest sposób. – oszalałem, oszalałem, oszalałem! – Musi się pan we mnie zakochać. Wtedy moje żądania nie będą samolubne.
Marcel patrzył na mnie tak, jakbym przed chwilą wyjął z kieszeni feniksa i oświadczył, że chcę go skrzyżować ze smokiem.
Pociąg wjechał na stację i wydał z siebie przeciągły gwizd, który zniszczył cały czar chwili, którą tak niewiele dzieliło od prawdziwych miłosnych wyznań.
- Proszę nie zapomnieć o książce! – w mgnieniu oka rozeznałem się w sytuacji i stając na palcach przycisnąłem usta do policzka mężczyzny. – Do widzenia. – porwałem kufer i cały czerwony na twarzy ciągnąłem go za sobą do pociągu.
Odwróciłem się tylko na chwilę by spojrzeć na nauczyciela. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i ukłonił lekko, co miało być odpowiedzią na moje pożegnanie. Zachowałem się nieładnie nie czekając na jego „do widzenia”, ale nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy po tamtych słowach i buziaku.
Co mi w ogóle przyszło do głowy?! Powinien się we mnie zakochać? Co za absurd! Pragnąłem tego, to fakt, ale...
Napiszę do niego! Zaraz usiądę w odpowiednim przedziale i napiszę kilka słów wyjaśnienia, by uspokoić swoje nerwy. Tak, to był świetny pomysł. Wyjaśnię to w liście! O ile dało się to wyjaśnić nie uciekając się do kłamstw.

~ * ~ * ~

„Musi się pan we mnie zakochać.”, „Musi się pan we mnie zakochać.” Słyszałem te słowa, jakby powtarzało je echo w mojej głowie. „Musi się pan we mnie zakochać.”
- Już się zakochałem, Fillipie. – odpowiedziałem do samego siebie. Nawet nie wiem, kiedy moje serce zatrzymało się i ruszyło na nowo.
Chciałem doszukiwać się w tym wyznania, ale nie mogłem. Czy słowa chłopca nie były tylko zwyczajną oczywistością? Jeśli nie chciał być samolubny, ale pragnął bym nadal się o niego troszczył tylko uczucie mogło być odpowiednim rozwiązaniem. A może potraktowałem to nazbyt poważnie? Może był to tylko żart ze strony chłopca?
Widać te wakacje miały być dla mnie najtrudniejszymi, przepełnionymi oczekiwaniem na nowy rok szkolny, który pokaże mi, co Ślizgon miał na myśli.
Musiałem się położyć, musiałem odpocząć przed drogą, jaka mnie czekała.
- Co ty ze mną robisz, Fillipie. – nie mogłem uspokoić myśli pędzących z zawrotną prędkością, ale nieukładających się w żadną konkretną myśl. – Co ty robisz, Aniele...

środa, 30 maja 2012

Dépression

Ani słoneczny dzień, ani wysokie temperatury, ani też piękna zieleń świata nie mogły zmienić tego, co działo się wewnątrz mnie. Smutek wydawał się wypełniać każdą komórkę ciała, melancholia okupowała umysł, zaś mięśnie, jak zaspane nie pozwalały na żadne gwałtowne ruchy. Czułem się po prostu okropnie. Gdyby świat był czarno biały nie żałowałbym przynajmniej tego braku entuzjazmu i zachwytu nad jego urokami. Co gorsza, nawet to gromadziło łzy pod moimi powiekami, a serce puchło, jakby miało zaraz pęknąć, jeśli nie pozwolę sobie na płacz, nie dam mu odetchnąć, pozbyć się napięcia. Po prostu wiedziałem, że tego dnia muszę się rozpłakać z jakiegoś powodu.
Wszystkiemu winny był Oliver! Chodził nadąsany, nie odzywał się zbyt często, a zapytany o powód takiego zachowania po prostu wzruszał ramionami. Jego depresja udzieliła się mi i teraz miałem dziwne wrażenie, że to ja jestem powodem wszystkich jego nieszczęść. Jego uśmiech był zazwyczaj ironiczny, słowa przesiąknięte jadem, a jedyną rozrywkę stanowiło męczenie młodszych uczniów. Oczywiście, nigdy od tego nie stronił, ale wtedy było to tylko rozrywką, zaś teraz stało się niemal pasją.
Czy powinno mnie dziwić jego zachowanie? Przecież był nieswój już od dnia, kiedy pokłóciliśmy się o Marcela, a jednak teraz wszystko wydawało się maksymalnie napięte. Nie wątpiłem, iż ma problem, z którym nie potrafi sobie poradzić, ale i nie chce mi o nim powiedzieć zachowując dla siebie, jako tajemnicę. Nie mogłem mieć mu tego za złe, gdyż sam nie przyznałem się przed nim do mojej miłości do nauczyciela latania, a więc zapewne nie ufałem na tyle naszej przyjaźni bym mógł wyznać głośno to, co we mnie siedziało. Teraz Oli robił to samo, chociaż na pewno nie w ramach zemsty. Jak na przyjaciół byliśmy obaj strasznie nieporadni.
Do problemu z Oliverem dochodził jeszcze jeden, należący wyłącznie do mnie, a chodziło o Camusa. Powoli zaczynałem gubić się w swoich uczuciach pozwalając by pragnienie zdominowało wszystkie wewnętrzne głosy. Kochałem go niezmiennie całym sobą, ale moje krocze wydawało się przewodzić moim uczuciom o wiele lepiej. Coraz częściej śniłem o nauczycielu, by budzić się podniecony, przeżywałem katusze obserwując go podczas zajęć lub posiłków, potrafiłem odpływać myślami do lepszego świata by na jawie snuć fantazje dotyczące naszych ciał. Usiłowałem przypomnieć sobie, jak wyglądał nauczyciel nago, kiedy się z nim kąpałem, jako dzieciak. Moje dłonie były wtedy naprawdę małe, a jego pierś wydawała mi się wielka. A jego sutki? Jaki w ogóle miały kolor? Czy jego brzuch pod pępkiem pokrywały ciemne włoski? Płonąłem w środku chcąc przypomnieć sobie to wszystko, upewnić się, czy nadal tak jest, sprawdzić czy porazi mnie piorun, gdy dotknę jego nagiej skóry, palcami obrysuję mięśnie, zaś wargami obejmę drobną brodawkę rozkoszując się jej smakiem.
Ponownie miałem ochotę płakać, kiedy dotarło do mnie, iż może nigdy nie zdołam zrealizować tych marzeń, że ktoś inny może dostać w swoje ręce mojego profesora. Umarłbym gdybym się dowiedział, że mężczyzna ma dziewczynę, a ona dotykałaby go, pieściła i całowała. Naprawdę bym wtedy umarł!
- Idę do niego! – powiedziałem samemu sobie i otarłem rękawem łzy, które zdołały, jakoś spłynąć mi na policzki.
Ból, jaki czułem mógł załagodzić wyłącznie Camus. Tylko on miał moc uzdrawiania mojego serca, odganiania chmur gromadzących mi się nad głową i wyłącznie on mógł mnie pocieszyć. Nie ważne jak wiele odwagi musiałem w sobie znaleźć by spojrzeć mu w oczy i poprosić o kilka słów, które mogłyby podnieść mnie na duchu. On był kimś, kto nigdy mi nie odmówi, kto zawsze znajdzie dla mnie czas. Był mój! I był idealny.

~ * ~ * ~

Spłukałem pianę z włosów, czując, jak spływa po mojej skórze łaskoczącym śladem. Położyłem dłoń na swoim ramieniu i zamknąłem oczy masując mięśnie, starając się je rozluźnić. Woda była idealna – nie za ciepła, nie zbyt zimna. Mogłem zapomnieć się bez reszty otoczony szumem kropel płynących z prysznica. Uwielbiałem wodę w tej postaci. Nic tak nie odświeżało i nie przywracało spokoju ducha, jak prysznic. Drobne strumyczki znaczyły na mojej skórze wilgotne ślady, które niemal magicznie nasuwały mi pewne wizje, których wstydziłbym się w każdej innej okoliczności. Gdybym tylko miał przy sobie Fillipa...
Wyłączyłem wodę i otuliłem się ręcznikiem wycierając w pierwszej kolejności twarz i pierś, a później resztę ciała. Odrobinę osuszyłem włosy i owinąłem sobie ręcznik wokół bioder. Miałem zamiar się ubrać, kiedy do drzwi mojego pokoju ktoś zapukał. Otworzyłem tak, jak stałem mając nadzieję, że nikogo nie zgorszę. Było przecież niedzielne popołudnie i nie spodziewałem się żadnych szczególnie istotnych odwiedzin. Właśnie, dlatego zamieniłem swoje biuro na sypialnię, ale jak widać nigdy nie powinienem zbyt wcześnie kończyć dnia.
- Fillipie, twoje odwiedziny chyba nie powinny mnie już dziwić. – a jednak dziwiły, jak zawsze. Dziwne, iż najczęściej wcale nie przychodziło mi do głowy, że to on będzie moim gościem, a przecież zawsze tego właśnie pragnąłem. Otworzyłem chłopcu szeroko drzwi by wszedł do środka. – Wybacz, że tak cię witam, ale nie myślałem, że do mnie wpadniesz. Jako jedyny przychodzisz najczęściej właśnie wtedy, gdy dysponuję wyłącznie sypialnią. – o tak. Kto, jak kto, ale Fillip naprawdę najczęściej oglądał mój pokój w chwili, kiedy tracił całą grację nauczycielskiego gabinetu. – Usiądź gdzieś, proszę. Zaraz się ubiorę.

~ * ~ * ~

Przełknąłem głośno ślinę zaskoczony tym, że nauczyciel otworzył mi w takim stanie. Jego skóra miejscami była wilgotna, po idealnej piersi spływały krople wody, które skapywały z mokrych włosów, a biodra zasłaniał zaledwie ręcznik. Czułem ogromne podniecenie, kiedy nie mogąc oderwać wzroku od jego skóry wodziłem rozmarzonym wzrokiem za tym nagim ciałem.
A co, gdybym to nie był ja?! Co, gdyby to ktoś inny stał za drzwiami? Nawet nie chciałem myśleć o tym, jak wielkie szczęście spotkałoby tę osobę. Nie każdy ma zaszczyt podziwiać niemal zupełnie nagie ciało Camusa. Wściekłbym się, gdyby to ktoś inny miał takie szczęście. Byłem zachłanny, to prawda, ale miałem, czego tak zazdrośnie bronić!
Oblizałem wargi siadając w jednym z foteli i wbijając sobie paznokcie w dłoń patrzyłem tęsknie, jak nauczyciel wyciąga coś z szafki, jak zdejmuje ręcznik odwrócony do mnie tyłem i zakłada bieliznę. Jego pośladki miały idealny kształt, aż chciało się ich dotknąć. Z rozmarzeniem obserwowałem jak się ubiera, jak mięśnie jego ciała pracują przy każdym ruchu.
Robiłem, co w mojej mocy, by uspokoić swoje krocze, ale nie do końca byłem w stanie nad nim panować. Byłem, więc zmuszony spleść ręce na kolanach w sposób, który zasłoni pobudzone ciało, aż do chwili, gdy zechce opaść spokojnie w dół nie zwracając na siebie niczyjej uwagi.
„Niech mi pan pozwoli wycałować każdy skrawek pańskiej skóry” miałem ochotę poprosić, gdy zakładał spodnie oraz koszulę. Zębami atakowałem swoją wargę nie potrafiąc się przed tym powstrzymać, a moje spojrzenie było nieprzerwanie utkwione w plecach mężczyzny.
Pospiesznie opuściłem skromnie wzrok starając się wyglądać na zupełnie niewinnego, kiedy Marcel odwrócił się do mnie przodem. Na pewno chciałby wiedzieć, dlaczego tak się w niego wpatruje, w chwili intymnej nagości, którą chciał ukryć. Ale ja, ot, przyszedłem tylko w nieodpowiedniej chwili. Choć dla mnie był to moment najbardziej odpowiedni ze wszystkich. Nigdy już nie zapomnę tego, co widziałem! Żałowałem tylko, że miałem zbyt mało czasu by zapamiętać każdy szczegół. Byłem pewny, że tej nocy nie zasnę od razu.
- O co więc chodzi, Fillipie? – na stoliku obok, którego niemal wcale nie zauważyłem, pojawiły się dwa kubki gorącej czekolady, zaś mężczyzna usiadł po drugiej stronie blatu uśmiechając się do mnie łagodnie. Czułem, że mógłbym rozpłynąć się w tym jego uśmiechu, jak wrzucona do gorącego mleka kostka czekolady. Nikt nie potrafił uśmiechać się tak, jak Marcel! Musiałem walczyć ze sobą by przez przypadek nie powiedzieć głośno tego, co czuję.
- Chodzi o Olivera. – przywołałem obraz kuzyna, który krzywił się niezadowolony przynajmniej piętnaście razy dziennie. Poczułem bolesne ukłucie żalu, spowodowane swoim niewłaściwym zachowaniem. On miał jakieś wielkie problemy, a ja zamiast mu pomóc podziwiałem nagie ciało nauczyciela, w którym się kochałem. – Dziwnie się zachowuje i podejrzewam, że ma wielkiego „doła”. Nie chce o tym rozmawiać, złości się na mnie, kiedy o tym wspominam. Chciałbym coś zrobić, jakoś mu pomóc, ale nie wiem jak. Przez to wszystko, ja także jestem smutny. – i mam ochotę płakać, wypadało mi dodać, ale tego nie zrobiłem.

~ * ~ * ~

- Chodź do mnie. – wyciągnąłem ramiona do chłopaka, a on zarumienił się zaskoczony taką propozycją. Musiałem oszaleć by starać się rozwiązać jego problemy w taki sposób.
- Da mi pan uzdrawiającego buziaka? – zapytał niewinnym głosem, a włosy, które opadły mu na twarz zasłoniły całkowicie jego buzię.
- Nie, Fillipie. Nie to miałem w planach, ale jeśli nic nie pomoże to wykorzystam twoją propozycję z buziakiem.
Odgarnąłem mu włosy za ucho, kiedy podszedł wystarczająco blisko. Był cały czerwony, jak dorodne jabłuszko gotowe do zjedzenia. Nie powstrzymałem uśmiechu, kiedy patrzyłem na chłopca. Cieszyłem się, że jego spojrzenie utkwione było w butach, gdyż nie kusiło mnie tak bardzo, by pocałować te jego delikatne wargi kradnąc przy tym tak cenny skarb. Wciągnąłem go na swoje kolana i objąłem. Jedna dłoń spoczęła na jego udzie, zaś druga na plecach, które gładziłem.
- Czasami ludzie nie potrzebują naszej pomocy i chcą poradzić sobie ze wszystkim sami. – zacząłem powoli i ostrożnie dobierałem słowa. Miałem nadzieję, że w jakiś sposób zdołam poprawić mu humor, pocieszyć go. Wiedziałem tylko, iż kuzyn był powodem jego złego samopoczucia, zaś Anioł szukał ratunku od ciążących mu uczuć u mnie. To naprawdę wiele dla mnie znaczyło i pozwalało łudzić się, co do bycia niezastąpionym. – Gdyby Oliver wiedział, że tak cię to wszystko martwi na pewno usiłowałby ukryć swoje uczucia, a to byłoby dla niego tym cięższe.
- Ale jest niemiły. – głowa chłopaka spoczęła na mojej piersi i nie wątpiłem, że w niedługim czasie będzie to już niemożliwe, gdy Fillip jeszcze bardziej urośnie.
- Może i jest, ale na pewno czuje się lepiej, kiedy ma cię blisko. Od zawsze trzymacie się razem, prawda? – skinienie potwierdziło moje przypuszczenia. – A więc bez ciebie czułby się „niepełny”. Ty czasami także masz złe dni, czy nie? – chłopiec skinął trochę speszony tym, że musiał przyznać mi rację.
- I wtedy czuję się lepiej, kiedy on jest blisko i kiedy mogę porozmawiać z panem.
Moje serce drgnęło bolesną radością wywołaną tym oświadczeniem. Gdybym tylko miał go całego dla siebie... Gdybym nie musiał się nim dzielić ze światem...
- Jest coś, co na pewno poprawi ci humor i przywoła uśmiech na tę śliczną buzię. – zignorowałem fakt, że Fillip miał już piętnaście lat i po prostu traktowałem tak, jak zwykłem, gdy był o te kilka lat młodszy.

~ * ~ * ~

Miałem nadzieję, że mężczyzna nie czuje jak szybko i mocno bije serce w mojej piersi, gdy siedziałem na jego kolanach, tak blisko ciała, którego pragnąłem. Podobało mi się to, jak mnie traktował, to jak mnie głaskał i jak do mnie przemawiał. Gdyby miał traktować mnie, jak każdego innego w moim wieku nie mógłbym liczyć na pieszczotliwe gładzenie po plecach, na rozkosz, jaką odczuwałem teraz będąc zaraz przy nim.
Marcel sięgnął po kubek z gorącą czekoladą i podmuchał w jej powierzchnię, by mieć pewność, że nie parzy. Pomógł mi wypić kilka łyków słodkiego napoju i wtedy odsunął mnie odrobinę od siebie.
Włożył palec do kubeczka i zamieszał powoli unosząc dłoń. Gorąca czekolada utworzyła spiralkę, która wyfrunęła z kubka i zastygła w powietrzu. Pamiętałem tę sztuczkę! Mężczyzna robił ją, kiedy mył mnie z farby gdzieś na samym początku mojej drogi szkolnej. Wtedy jednak mieliśmy do czynienia z wodą pełną piany, zaś teraz była to najzwyklejsza gorąca czekolada!
Patrzyłem niczym zafascynowany, jak coraz więcej słodkich serpentyn zastyga w powietrzu. Sięgnąłem pospiesznie po kubek, który został po mojej stronie stolika.
Nauczyciel uśmiechnął się i złapał delikatnie moją dłoń. Zanurzył mój palec do połowy i zamieszał nim powoli wyjmując go z czekolady wraz z ciągnąca się za nim sprężynką cieczy. Nie wiem, czy było w tym jakieś magiczne zaklęcie, czy po prostu moja dziecięca natura odezwała się jeszcze gdzieś wewnątrz mnie, ale naprawdę przestałem myśleć o tym, co mnie bolało i męczyło. Oblizałem palec ze słodyczy, jaka na nim osiadła i tym razem samodzielnie sięgnąłem do kubka z napojem. Byłem naprawdę uradowany stwierdzając, iż jestem w stanie samodzielnie tworzyć czekoladowe spiralki.
Roześmiałem się naprawdę uradowany i oblizałem się odgryzając połowę jednej z tych magicznych serpentyn. Nie wiem jak to możliwe, ale naprawdę mi się udało! Po prostu wgryzłem się w płyn i połknąłem go, kiedy w moich ustach przybrał swoją pierwotną postać. Kręcąc się strasznie na kolanach nauczyciela pochłonąłem wszystkie czekoladowe śrubki.

~ * ~ * ~

Śmiałem się w duchu patrząc na zafascynowanie, z jakim Fillip bawił się gorącą czekoladą. Gdybym miał okazję pokazałbym mu o wiele więcej sztuczek, niestety nie mogłem zdradzić mu wszystkiego od razu. Straciłbym wtedy wszystkie swoje atuty, które do tej pory pomagały mi w zaimponowaniu chłopcu.
- Jest pan niesamowity! – spojrzał na mnie błyszczącymi, ciemnymi oczyma. Jego twarz była brudna od czekolady, którą wypił w taki, czy inny sposób, ale najwidoczniej Anioł nie zdawał sobie z tego sprawy.
Zaskoczył mnie wyciskając na moim policzku wielki pocałunek, który musiał zostawić brązowy ślad, gdyż Fillip zawstydził się i szybko otarł swoim rękawem miejsce, które całował. Był to już drugi tak zaskakujący i rozkoszny buziak, jakiego otrzymałem do niego w przeciągu ostatniego miesiąca. Obudziło to w moim sercu absurdalną nadzieję, nad którą zupełnie nie panowałem, jakobym mógł spodziewać się cudu i oczekiwać odwzajemnienia uczuć, z którymi kryłem się od tylu lat.
- Fillipie... – westchnąłem łagodnie ocierając kciukiem jego czekoladowe usteczka zahipnotyzowany ich kształtem, rozkosznym uchyleniem. Tak bardzo mnie kusiły...
Pukanie do drzwi sprawiło, że obudziłem się z tego pięknego odrętwienia, w jakim znalazłem się na chwilę. Mój Anioł uciekł szybko z moich kolan rozsiadając się, jak przystało na grzecznego ucznia, w fotelu, który zajmował na samym początku. Niechętnie podniosłem się z miejsca i otworzyłem drzwi, za którymi stał główny powód zmartwień mojego Cudu.
- Przepraszam, że zakłócam pański spokój, ale zakładam, że to tutaj ukrył się mój kuzyn. – odezwał się pewnie, jakby w ogóle nie interesowało go to, kim jestem. Nie potrafiłem odgadnąć, co kryje się w jego głowie, skąd jego niechęć do mnie. Czy wynikała z wiedzy na mój temat, jaką mógł posiadać, czy też była czymś, nad czym nie potrafił zapanować?
- Idę, idę! – ciemnowłosy Anioł dopił pospiesznie resztki czekolady znajdujące się zarówno w jednym, jak i w drugim kubku i uśmiechnięty podszedł do drzwi. – Dziękuję panu za wszystko! – uśmiechnął się do mnie. – Jeszcze kiedyś pana odwiedzę, może pan być tego pewny. – sądzę, że chciał by zabrzmiało to jak groźba, ale tylko mnie to rozbawiło.
- Ależ oczywiście. – skinąłem głową.

~ * ~ * ~

Przybrałem dobrą minę do złej gry, jako że miałem ochotę rozerwać Olivera na drobne kawałeczki za to, że przeszkodził mi akurat wtedy, gdy wargi nauczyciela dzieliły od moich centymetry, a on nie zdawał sobie z tego sprawy. Ugh! Tak niewiele brakowało, a byłbym zdolny do zapomnienia się w nich!
- Jesteś wstręciuchem! – mruknąłem do kuzyna, kiedy drzwi gabinetu Camusa zamknęły się, a my odeszliśmy od nich na kilka kroków. Oliver nie miał pojęcia, o co chodzi.