niedziela, 29 kwietnia 2012

Le Comte

Zabierając ze sobą wszystkie moje problemy zaszyłem się w niewielkim ogrodzie za zamkiem, gdzie rzadko widywało się uczniów. Liczyłem na to, że nie znajdzie mnie tutaj ani Oliver, ani żaden z naszych znajomych. Chciałem być sam, pomyśleć na spokojnie o swoich kłopotach i znaleźć jakieś rozwiązanie, które odpowiadałoby mi w pełni. Niestety, sam siebie potrafiłem irytować niezdecydowaniem, brakiem konsekwencji w podejmowaniu decyzji i ciągłymi wątpliwościami, które nie pozwalały mi kroczyć przed siebie. Zawsze chciałem wiedzieć, co się wydarzy, co spotkam za zakrętem, jak poradzę sobie z wyimaginowanym problemem, który przecież może kiedyś być rzeczywisty. Zupełnie jakbym miał na głowie za mało tych aktualnych!
Rozsiadłem się na trawniku pod drzewem owocowym, które rozkwitało powoli mrowiem pięknych jasnych kwiatuszków i starałem się oddychać głęboko by poczuć już ich słodki zapach. Niestety albo było na to za wcześnie albo w tym roku pogoda jakimś sposobem nie służyła kwitnieniu. To sprawiało, że nad moją głową gromadziły się burzowe chmury, które zasłoniły nie tylko słońce, ale i całe niebo dobrego humoru.
Zawiedziony wyjąłem z kieszeni spodni zawiniątko mieszczące w sobie kilka barwnych kopert i położyłem je przed sobą. Podciągając nogi pod pierś objąłem je ramionami i wpatrzony w źródło swojego problemu, jakie stanowiły listy, wzdychałem ciężko niczym starzec. Jak miałem postąpić? Czy katować czułe, bijące serce, czy ukryć je w zbroi z twardego górskiego kryształu?
Na chwilę w mojej podświadomości pojawił się obraz wywołany wspomnieniami. Dlaczego nie mogłem być bezwzględny i zdecydowany, jak hrabia Monte Christo? Dążyć do celu po trupach i szukać szczęścia pośród zgliszczy obalonych arystokratycznych rodów? O ileż łatwiejsze byłoby wtedy moje życie! Tylko czy równie wartościowe?
Na moją twarz zabłąkał się krótki, ale szczery uśmiech. Hrabia Monte Christo – przeczytałem tę książkę tylko, dlatego, że na półce w gabinecie Marcela znalazłem jej francuską wersję. Domyśliłem się, że musi być dla nauczyciela bardzo ważna skoro miał ją w tym właśnie języku. Teraz rozumiałem, co musiało mu się w niej spodobać i miałem zamiar podjąć ten temat przy najbliższym z nim spotkaniu.
Jeśli wcześniej uporam się ze swoim problemem, który wydawał się zaśmiecać mój umysł pesymizmem.
To ponownie mnie zdołowało i kolejne seria ciężkich westchnień opuściła moje usta.

~ * ~ * ~

- Te usteczka powinny się uśmiechać, a nie smucić. – szepnąłem chłopcu na ucho rozbawiony tym, jak zareagował. Biedny podskoczył wystraszony, kiedy bez ostrzeżenia znalazłem się przy nim. – Wybacz. – położyłem dłoń na jego głowie mierzwiąc ciemne włoski. Usiadłem obok Fillipa rzucając szybkie spojrzenie na obwiązaną wstążką paczuszkę przed nim, a następnie na jego zakłopotaną buzię.
Chłopca dostrzegłem w chwili, kiedy wychodziłem z zamku, a on podążał niespiesznie ścieżką, z której sam niejednokrotnie korzystałem. Nasze relacje zmieniły się znacznie w przeciągu ostatnich miesięcy toteż nawet się nie wahałem podążając za nim, by móc spędzić z nim trochę czasu. Dawniej starałem się go traktować jak syna, by w zamian być mu ojcem, teraz byliśmy dobrymi przyjaciółmi.
- Co cię trapi? – pogładziłem wierzchem dłoni ciepły, miękki policzek, na którym nie było jeszcze ani śladu zarostu.
Chłopiec spojrzał na mnie tymi słodkimi kasztanowymi oczkami i głośno wypuścił z płuc powietrze.
- To. – powiedział dźgając palcem plik listów, które miał przed sobą. Nie rozumiałem, o co chodzi, co najwyraźniej dostrzegł, gdyż pospieszył z wyjaśnieniem. – To listy miłosne.
Poczułem ukłucie zazdrości w sercu, kiedy to powiedział. Oczywiście, że musiał je otrzymywać, ale jak długo żądnego nie widziałem, tak długo mogłem wierzyć, że to nigdy nie nastąpiło. Teraz miałem przed sobą dowód na to, iż Fillip był obiektem westchnień i w każdej chwili mógł mi się wymknąć. Na to nie byłem gotowy.

~ * ~ * ~

Wymusiłem uśmiech patrząc w cudowne, szare i pełne ciepła oczy mężczyzny. Był zaskoczony, to nie ulegało wątpliwości. Zapewnie nie rozumiał, co takiego problematycznego było w tych głupich listach i nie mogłem mu się dziwić.
- Ja ich nie chcę. – skrzywiłem się nie panując nad tym odruchem, ale chciałem być z mężczyzną całkowicie szczery. Żaden z tych listów nie był od Camusa, a więc nie miałem zamiaru nawet na nie spoglądać, ale czy wypadało mi je wyrzucić bez czytania? W końcu ktoś zadał sobie wiele trudu by coś napisać. – Tylko nie wiem, czy mam prawo je wyrzucić. To znaczy... To skomplikowane.
Profesor sięgnął po mój pakuneczek i wysunął jeden oglądając.
- Jest zamknięty. – stwierdził zdziwiony.
- Ponieważ żadnego nie czytałem i nie chcę czytać. Nie interesuje mnie to! – podniosłem głos. – Nie chcę tych listów, nie chcę żeby jakieś dziewczyny za mną ganiały! Chcę żeby wszystko było takie, jak do tej pory! Spokojne i bezproblemowe.
Nawet nie wiem, kiedy złapałem profesora za rękę ściskając ją mocno. Chciałem by mi pomógł, by to on obronił mnie przed złem i zepsuciem, jakie nosiły ze sobą wszystkie te niechciane uczucia. Czułem się przez nie zbrukany, a przecież dla Marcela musiałem być ideałem! W tej chwili nie miałem sił stać przy nim, jako dzielny rycerz.
Nagle coś przyszło mi do głowy. Dręcząca, bolesna myśl, która wypełniła całe moje ciało niespokojnym drżeniem, którego nie dało się pozbyć inaczej, jak tylko rozwiewając wszelkie wątpliwości.
- Ale pan na pewno także dostaje listy! Co pan z nimi robi? – gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję, że zaprzeczy niestety tak się nie stało. Zamiast tego mężczyzna odwrócił na chwilę wzrok, jakby to miało go uwolnić od odpowiedzi na moje pytanie. Wydawał się po części zakłopotany, ale ja musiałem wiedzieć. Musiałem!
- Tak, dostaję czasami, jakiś list. – zaczął w końcu, a przez moje ciało przeszły zimne dreszcze, jakby w moich żyłach krążyły lodowe krople. – Tak naprawdę wcale ich nie czytam. To mało eleganckie, ale jako nauczyciel mogę sobie na to pozwolić. Nie wypada mi ich wyrzucać i dlatego zbieram je przez cały rok szkolny, a kiedy na wakacje wracam do domu robię sobie z nich ognisko, na którym piekę kiełbaski. To mój sposób. – zakończył głośnym, ciężkim westchnieniem.
- E? – myślałem, że żartuje, jednak, kiedy spojrzał na mnie ze szczerością i widocznym poczuciem winy roześmiałem się nie mogąc nad tym zapanować. Ten chodzący gentleman, za którym szalały chyba wszystkie dziewczyny używał miłosnych listów od nich, jako podpałki pod letnie ognisko. Nigdy, ale to nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Byłem doprawdy szczęśliwy, czułem wyraźną ulgę i od dawna już nie było mi tak lekko na sercu.

~ * ~ * ~

- To nie ładnie tak się śmiać. – rzuciłem, chociaż moje usta również zaczęły się uśmiechać. Moje zachowanie wydawało mi się zawsze pewnego rodzaju zakłamaniem, kiedy to pozbywałem się dowodów cudzych uczuć, w tak bestialski sposób, jednak teraz, kiedy głośno wyznałem ten grzech było mi lżej i zaczynałem dostrzegać to, z czego tak bardzo śmiał się teraz chłopiec. – Jesteś bezczelny. – skarciłem go mając ogromną ochotę by zamknąć go w swoich ramionach i pocałować. On potrafił rozładować napięcie.
- Myśli pan, że i ja mógłbym robić sobie ognisko na tych listach? Tak jak pan? – zdołał w końcu spoważnieć na tyle by wydusić z siebie to pytanie.
Poczułem ulgę rozlewającą się po moim ciele, kiedy padły te słowa. Dowodziły, że chłopiec nie interesuje się miłostkami, a więc mogłem mieć go dla siebie, nawet, jeśli wyłącznie w swoich marzeniach i nocnych fantazjach.
Przed oczyma stanął mi obraz umorusanej tłuszczem buzi chłopaka, który pochłaniał z zapałem kiełbasę upieczoną nad tymi wonnymi listami stanowiącymi moje przekleństwo.
Mimowolnie uśmiechnąłem się kącikiem ust.
Wracając do rzeczywistości zastanowiłem się nad odpowiedzią. Fillip był wyjątkowo niewinny, toteż wątpiłem by ignorowanie miłosnych wyznań było w jego przypadku rozsądne. Nie wątpiłem, że dziewczęta potrafiły być niebezpieczne, a przecież nie mogłem ciągle stać na straży mojego Anioła. Nawet, jeśli bardzo tego chciałem.
- Mógłbyś poprosić Olivera by czytał je za ciebie. Tak dla pewności, że nic ci nie grozi.
- A więc pan też uważa, że kobiety są niebezpieczne?!
- Tak, Fillipie. Nie można ich nie doceniać. – pogładziłem go po głowie. Nie powinienem nastawiać go negatywnie do kobiet, ale czy mogłem walczyć ze swoim sercem? Ono było potwornie zazdrosne o ten Cud. – I dlatego gdyby twój kuzyn je czytał miałbyś pewność, że żadna cię nie napadnie w jakimś zaułku. – mrugnąłem do niego nie chcąc by odebrał moje słowa, jako zniewagę, chociaż z jego strony to raczej mi nie groziło. – Zaś w czasie wakacji możesz upiec na nich kiełbaskę. Nie powinienem tego mówić, ale taka jest najlepsza.
Tym razem obaj się roześmialiśmy i miałem całkowitą pewność, że chłopcu spodobał się mój pomysł, a tym samym cały smutek, jaki krył się wcześniej w jego ciemnych oczętach, wyparował.
Kochałem ten jego słodki śmiech.

~ * ~ * ~

Tak! Byłem pewny, że postąpię tak, jak doradzał mi mężczyzna, a Oliver nie zdoła mi odmówić. On sam czytał listy, które do niego przychodziły, a później bez mrugnięcia okiem wyrzucał je komentując głośno naiwność dziewczyn, ich głupotę i idealistyczne wyobrażenia o nim. Może powinienem zaproponować mu to samo rozwiązanie i wtedy razem moglibyśmy objadać się kiełbasą z chrupiącej skórce upieczoną na wszystkich tych niechcianych uczuciach?
- Od razu powinienem pana zapytać, zamiast tak się martwić tymi listami! – uśmiechnąłem się zbierając z trawy mój pakunek i schowałem go w kieszeni, by później wręczyć kuzynowi, a następnie upchnąć na dnie kufra.
Spojrzałem na rozbawionego mężczyznę nie mając go nigdy dosyć. Marzyłem o dniach, kiedy budziłbym się przy nim, zasypiał w niego wtulony, jadł wspólne śniadania i najzwyczajniej w świecie żył.
- Gdybym był młodszy dostałbym buziaka, o tutaj, prawda? – w jakimś nadludzkim przypływie odwagi wskazałem czoło nie spuszczając oczu z nauczyciela, który drgnął naprawdę zaskoczony. Nie powinienem pytać o coś takiego, a tym bardziej takim dopraszającym się tonem. Nie miałem żadnego wytłumaczenia dla swojego pytania, ani też dla tego wielkiego pragnienia, by poczuć wargi mężczyzny na swojej skórze nawet, jeśli byłoby to tylko czoło. Niestety nie potrafiłem się nawet zarumienić tak jak należało. Byłem zbyt spragniony tej bliskości, z której zrezygnowaliśmy na rzecz bardziej poufałego tonu rozmów.
- Tak, Fillipie. Gdybyś był młodszy. – mężczyzna skinął poważnie głową.
- A jeśli zamknę oczy i będę udawał młodszego? – chyba oszalałem.

~ * ~ * ~

Spoglądał na mnie z taką szczerością, że nie potrafiłem nawet racjonalnie myśleć. Wydawało mi się, że między nami nie ma nic poza czystą, białą pustką spokoju i ciszy, która była jednocześnie czymś materialnym i nierealnym. Nie potrafiłem tego wyjaśnić, chociaż rozumiałem to gdzieś wewnątrz siebie.
- Myślę, że wtedy zrobiłbym wyjątek. – chciałem tego bardziej niż śmiałbym się przyznać.
- Więc proszę. – zamknął oczy mocno i przysunął swoją twarz bliżej mnie. Odgarnął włosy z gładkiego czoła i czekał. Nie mogłem pozwolić by zaczął wątpić w moje intencje i szczere chęci toteż położyłem dłoń na jego drobnej łapce, którą podtrzymywał ciemne pasma. Przymknąłem oczy i musnąłem jego skórę tak jak zwykłem robić to dawniej.
Odsunąłem się zaledwie na kilka milimetrów, kiedy Fillip szarpnął się do tyłu uniósł powieki i przylgnął wargami do mojego policzka wyciskają na nim ogromnego buziaka. Uśmiechnął się przy tym figlarnie.
- Zasłużył pan! – jego twarz pokryła się teraz ogromnym, gorącym rumieńcem, który rozbawił mnie niesamowicie. A więc chłopiec nie zmienił się tak bardzo i nadal potrafił zawstydzać.
Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, ale moje usta uśmiechały się bezustannie, przez co czułem się jak skończony idiota.

~ * ~ * ~

Oszalałem, oszalałem, oszalałem! Ależ było mi wstyd!  Obiecałem sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię, a przynajmniej do czasu, gdy odważę się wyznać prawdę o swoich uczuciach. Przecież, jeśli spłoszę Camusa to już nigdy nie będę miał okazji powiedzieć mu, co czuję!
Nie, do tego nie mogłem dopuścić!
- Ja... – zacząłem chcąc szybko odsunąć myśli mężczyzny od tego, co miało miejsce. – Widziałem u pana książkę. Tę po francusku. I czytałem ją. To znaczy nie po francusku, ale... – mieszałem.
Jego ciepła, duża dłoń spoczęła na mojej głowie i zmierzwiła przyjaźnie moje włosy.
- Bardzo mnie to cieszy, Fillipie. I co o niej sądzisz?
- Bardzo mi się podobała! – czułem, że mi się udało i nauczyciel nie ucieknie ode mnie z powodu tamtego niespodziewanego napadu czułości. – Nie spodziewałem się, że może pan lubić takie książki, ale... Ta ma w sobie coś niesamowitego!
- Takie książki? – rozbawiony uniósł pytająco brwi.
- No... Takie o zemście, kłamstwach i zdradzie, i w ogóle. Ale to wciąga! – dodałem szczerze. – Naprawdę wciąga! I ma w sobie takie dziwne piękno... Sam nie wiem, jak to określić.
- Niektórych uczuć nie da się opisać, nawet, kiedy się próbuje, Fillipie. Wiem dobrze, o co chodzi. – palcem pogładził mój nos.
- Chyba ma pan rację. – przytaknąłem mu uśmiechnięty. Przecież to tak jakbym próbował ubrać w słowa wszystko, co czuję do Marcela, a to było niemożliwe! Każda minuta wiązała się z innymi doznaniami mojego ciała i ducha. Podniecenie, radość, strach, czy zdziwienie miały tak wiele różnych odsłon, że oszalałbym chcąc analizować każdą z nich. Podobnie było z tą książką, która wpadła mi w ręce.
- Kiedyś jeszcze pomyślimy nad tym, co drzemie w Hrabim. I jeśli będzie okazja przeczytam ci tę książkę w oryginale.
- Tak! – znowu ściskałem dłoń nauczyciela nie mając pojęcia, kiedy w ogóle ją porwałem. – Chyba trochę mnie ponosi...
Odpowiedział mi tylko ciepły śmiech mężczyzny, który akceptował moje dziwactwa nawet nie pytając o ich znaczenie. Pozwalał mi być sobą w każdej chwili, bez względu na targające mną uczucia.
Kiedyś z pewnością miałem zebrać się na odwagę i powiedzieć szczerze: Kocham pana!

piątek, 30 marca 2012

Bonheur

Leżałem w ogromnym, ciepłym i miękkim łóżku niczym prawdziwy książę. Okno pokoju było otwarte wpuszczając do środka świeże powietrze i przyjemnie chłodne podmuchy wiatru. Byłem szczęśliwy i to zmusiło mnie do otworzenia zamkniętych od dłuższego czasu oczu. Potarłem policzkiem o najbardziej wyjątkową poduszkę, jaka istniała – o pierś Marcela, na której leżałem. Spojrzałem na jego nagi brzuch i powiodłem po nim palcem zataczając kółeczko wokół dołeczka jego pępka. Przesunąłem głowę wyżej póki nie poczułem jego sutka na policzku. Dopiero wtedy uśmiechnąłem się szeroko i przekręciłem głowę spoglądając w górę na wpatrzonego we mnie mężczyznę. Uniosłem dłoń i palcem zaznaczyłem linię ciągnącą się od jego czoła przez nos i usta po brodę. Marcel uchylił usta i złapał mój palec między zęby. Polizał go, possał, a jego wargi rozciągnęły się odrobinę.
Poczułem jego gorącą dłoń na swoich plecach. Byłem nagi, podobnie z resztą, jak on. Aż zadrżałem, kiedy znaczył dotykiem moje kręgi, pieścił skórę i niespiesznie gładził niżej i niżej. Miałem ochotę piszczeć, kiedy zatrzymał się na moich pośladkach głaszcząc je pieszczotliwie. Wypiąłem się by tym lepiej czuć na sobie jego dłoń. To było tak niesamowite, tak cudowne i słodkie!
Na parapecie okna przysiadł mały, barwny ptaszek, a jego trele wydawały mi się stworzone właśnie po to by rozbrzmiewać w chwili takiej jak ta. Nie mogłem wymarzyć sobie piękniejszego poranka. Zaszyliśmy się wspólnie w starym, wiktoriańskim domu na odludziu i nikogo nie interesowało, kim jesteśmy, co robimy. Mogłem całymi dniami kręcić się nagi po pustych pomieszczeniach, zostawiać ślady bosych stóp na zakurzonej podłodze, tulić się do Marcela, całować go i uciekać przed nim między starymi fotelami w wielkiej bibliotece. Byłem niekwestionowanym panem tego świata!
Przymrużyłem oczy, kiedy Marcel położył dłoń na mojej głowie i mierzwił mi włosy. To był mój mały raj!
- Fillipie. – wymawiał moje imię łagodnie i czule. – Fillipie. Fillipie! Fillipie!

- Hę?! – piękny pokoik zniknął, ptak przestał świergotać, słońce nie rozgrzewało nagiej skóry. Zamiast tego czułem wilgoć na policzku, a kiedy uchyliłem powieki dostrzegłem wnętrze sali lekcyjnej. Tylko gładząca mnie dłoń nie zniknęła i nadal pieściła skórę mojej głowy.
Zasnąłem! Ta prawda dotarła do mnie w jednej chwili i była wręcz przerażająca. Całą noc marzyłem o nauczycielu latania i nie potrafiłem przez to zasnąć, a teraz odleciałem podczas lekcji!
Poderwałem się do siadu obserwując pustą już salę wielkimi oczyma. Moje serce waliło mocno i szybko z ogromnym wysiłkiem nadążając za oddechem. Przede mną stał Marcel i uśmiechał się łagodnie. Czyżbym nadal spał? Uszczypnąłem się w udo, by mieć pewność, że to jednak nie sen, a rzeczywistość i poczułem ból w miejscu, które ścisnąłem między palcami.
- Yyy... – miałem pustkę w głowie.
- Yyy? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – wydawało mi się, że mężczyzna próbował powstrzymać śmiech. – Przespałeś całe moje zajęcia.
- Hę?!

~ * ~ * ~

Roześmiałem się widząc rozkoszną minę zaskoczonego chłopca. Nic dziwnego, że nie wiedział, o czym mówię. Gdy wszedłem do sali on już spał w najlepsze. Ich nauczyciel obrony przed czarną magią zjadł coś nieświeżego i teraz cierpiał katusze w Skrzydle Szpitalnym, zaś mi przypadło w udziale zastąpienie go podczas tych zajęć z klasą Fillipa. Idąc korytarzem zastanawiałem się nad tym, jak Ślizgon na to zareaguje, czy zobaczę na jego buźce zadowolony uśmiech, a może zawiedzoną minę? Czy będzie aktywny, a może moje zajęcia będą go nudzić? Nie spodziewałem się, że kiedy dotrę na miejsce mój Anioł będzie spał i nic nie zdoła go rozbudzić. Nawet nie próbowałem tego robić wcześniej. Nigdy nie słyszałem żadnych skarg na niego, a więc uznałem to za jednorazowy przypadek i sądząc, iż miał ciężką noc pozwoliłem by oddał się sennym marzeniom.
Teraz patrzyłem w jego czekoladowe oczęta z rozkoszą. Jego grupa miała wolną godzinę toteż pozwoliłem im wyjść o czasie deklarując, że tym śpiochem sam się zajmę. Tak naprawdę najchętniej usiadłbym na krześle przed nim i wpatrywał się w tę uśpioną buzię, ale nie byłem do końca pewien, czy za chwilę kolejna klasa nie będzie miała zajęć w tej sali. Z tego właśnie powodu byłem zmuszony obudzić tego Anioła.
- Miałem u was zastępstwo. – wyjaśniłem by nie męczyć dłużej chłopca. – Nie martw się, nie przespałeś wiele. Powtarzaliśmy to, co robiliście do tej pory.
- Przespałem bardzo wiele. – zmarszczył nos, wysunął do przodu dolną wargę i wpatrywał się we mnie żałośnie. Wyglądał jakby cofnął się do czasów, kiedy to sięgał mi zaledwie powyżej pasa i ciągle potrzebował pomocy.
- Co cię tak martwi? – sięgnąłem i pogładziłem wydętą wargę opuszkiem palca. Chłopak schował ją szybko pod górną i uśmiechnął się figlarnie.
- Ma pan teraz kolejną wolną godzinę, prawda? – przytaknąłem zastanawiając się, co chłopak może kombinować. – Więc może pan zaszyć się ze mną w bibliotece i udzielić mi prywatnej lekcji za karę, prawda?
- Za karę?
- Tak, ponieważ przespałem całe pańskie zajęcia, a to wymaga kary. – tłumaczył wyrozumiale.

~ * ~ * ~

Dlaczego nikt mnie nie obudził?! Dlaczego sam się nie obudziłem?! Oczywiście śniłem piękny sen, ale przecież rzeczywistość była wtedy nie mniej cudowna! Marcel w sali lekcyjnej, Marcel za biurkiem, Marcel przechadzający się między ławkami! Jak mogłem to przegapić?! Nie mogłem uwierzyć, że inni wsłuchiwali się w jego cudowny głos, gdy ja bezczelnie śliniłem się na ławce! Kiedy wyobrażałem sobie lśniące oczy dziewczyn z mojej klasy, ich zalotne spojrzenia, rozmarzone twarze, kiedy Marcel był tutaj z nimi, czułem jak wypełnia mnie paląca zazdrość.
- Musi mnie pan ukarać! – musiałem postawić na swoim.
- Cóż, chyba masz rację. – mężczyzna przeczesał włosy dłonią trochę zagubiony. – Nie mogę traktować cię ulgowo, a więc zdecydowanie zasłużyłeś na karę.
- Więc chodźmy! – podniosłem się i zabrałem swoją torbę przewieszając ją przez ramię. – Jeśli będziemy zbyt długo zwlekać coś nam wypadnie i nici z kary, a to niedopuszczalne. – ależ trudno było mi ukryć radość, jaką odczuwałem. Wszystkie te dziewczyny musiały dzielić nauczyciela z innymi, a ja miałem mieć go teraz dla siebie. Już nie liczyło się to, czy Marcel domyśli się moich uczuć. Najważniejsze było to, bym mógł spędzić z nim więcej czasu, nadrobić ten stracony na sen.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i skinął głową.
Jego kary nigdy nie były straszne, gdyż zawsze wiązały się z jego czułymi gestami, słowami pełnymi uczuć i delikatności. Chociaż było to niemożliwe zakochiwałem się w nim coraz bardziej i bardziej, każdego dnia na nowo i szalenie.
O, tak. Na te dodatkowe zajęcia podążałem wyjątkowo chętnie. Pomogłem nawet znaleźć idealne miejsce w bibliotece, oddalone od innych, znajdujące się niedaleko otwartego szeroko okna. Nikt nie mógł nam przeszkadzać! Czułem przy tym, jak radość wypełnia mój żołądek drażniąc siedzące w nim motylki, chociaż po chwili zastanowienia musiałem stwierdzić, że w środku mieszkał rój pszczół.

~ * ~ * ~

- Kara musi być karą, więc wyciągnij książkę, Fillipie. – usiadłem naprzeciwko chłopca z uśmiechem obserwując, jak chętnie wyjmuje swój podręcznik i kładzie go przede mną. To wydawało mi się nagrodą nie tylko dla mnie, ale i dla chłopca, nie mniej jednak nie mógłbym odmówić sobie tej odrobiny przyjemności. Poza tym Fillip był tak rozkoszny, iż najchętniej złapałbym go za te drobne łapki i przyciągnął bliżej siebie całując jego gorące usteczka.
Skoro ja potrafiłem zakochać się w nim bez pamięci to nie mogłem dziwić się temu, że chłopak wzbudzał zainteresowanie dziewcząt w swojej klasie. Był przecież bardzo przystojny, inteligentny i zajmował wysoką pozycję społeczną. Takiego chłopca nikt by się nie powstydził. Gdybym tylko miał go dla siebie nigdy nie oddałbym go nikomu. Całowałbym go, obejmował, całym sobą pokazywałbym jak bardzo mi na nim zależy.
- Zacznijmy od początku, Aniele. – otworzyłem jego podręcznik na odpowiedniej stronie i wskazałem palcem ilustrację oraz podpis nad nią. – Co mi o nim powiesz? – najchętniej siedziałbym i wpatrywał się w tę Rozkosz, ale obowiązki wzywały.
- O nim? – chłopiec spojrzał na mnie, a później na podręcznik. Położył palec na kartce i przesunął po niej powoli.

~ * ~ * ~

Opuściłem głowę nisko zasłaniając twarz włosami by ukryć w ten sposób rumieńce. Sam nie wiem, dlaczego nagle tak zacząłem się wstydzić swoich czynów, jakbym w dalszym ciągu był tylko dzieciakiem. Nie mniej jednak zatrzymałem swój palec dopiero, kiedy złączył się z opuszkiem nauczyciela. Miałem nadzieję, że ten dziwny gest wydawał się przypadkowy i profesor mógł go odebrać, jako zwykłe śledzenie tematu, który sam narzucił. W rzeczywistości chciałem go po prostu dotknąć. Chociażby w tak niewinny sposób.
- Prawdę powiedziawszy to niewiele o nim pamiętam. Gdybym wiedział, że będę miał z panem zajęcia nauczyłbym się całego podręcznika.
Poczułem, jak palec mężczyzny zaczyna gładzić mój paznokieć.
- Jak więc mam cię ukarać?
- Więc może wypracowaniem o Upadłym Rodzie? – podszepnąłem. – Kiedyś pisałem za karę o ich historii, więc może teraz o... O tym, jacy są współcześnie? – nauczyciel miał w swoim pokoju całą masę książek nawiązujących do tego tematu toteż mógłbym mieć dobrą wymówkę by odwiedzać go codziennie aż do czasu ukończenia wypracowania.
- To świetny pomysł, Fillipie.
Na parapecie przysiadł ptaszek, zupełnie jak w moim śnie. Spoglądał uważnie na nauczyciela, a później jego drobna główka zwróciła się w moją stronę. Ptaszek zaczął świergotać, a ja powróciłem myślami do cudownego snu, w którym leżałem w łóżku z Marcelem, czułem jego dotyk, słyszałem głos. Tam byliśmy sami, a tutaj niestety w każdej chwili ktoś mógł nagle usłyszeć ten koncert i przybiec.
Niestety ptaszek nie został zbyt długo. Gdzieś w pobliżu zaćwierkało inne maleństwo i malutki śpiewak wzbił się w powietrze zostawiając mnie i nauczyciela samych.
- Kiedyś już spotkaliśmy się w bibliotece, pamięta pan? – przyszło mi to do głowy niespodziewanie, co pozwoliło mi na podtrzymanie przerwanej na chwilę rozmowy.
- Tak, Fillipie, pamiętam. Wtedy to moja przeszłość była tematem naszej rozmowy, a teraz będzie to twoja przyszłość. – jego usta uśmiechały się, ale oczy nie znały litości. Oj, Camus na pewno nie pozwoli mi na zmianę tematu na dogodny.
- Nie jestem pewny, czy wiem, o co chodzi. – uniosłem głowę i zacząłem rozglądać się po suficie, jakby to mogło wybawić mnie z opresji. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, co dokładnie chciał ode mnie Marcel, chociaż bezsprzecznie czegoś się domyślałem.

~ * ~ * ~

Pokręciłem głową łapiąc chłopca za rękę i położyłem ją na swojej wnętrzem do góry.
- Mógłbym ci powróżyć i powiedzieć, co wydarzy się w przyszłości, niestety zupełnie się na tym nie znam i nie wierzę by cokolwiek było zależne od naszej fizjonomii. Dlatego chciałbym dowiedzieć się od ciebie, co takiego planujesz. Nigdy nie pytałem, co chcesz robić po szkole, a teraz jest ku temu okazja. Na pewno nie planujesz wiązać swoich planów z obroną nad czarną magią.
Chłopiec wyszczerzył się, zaśmiał zacisnął pięść na moim palcu, którym do tej pory gładziłem wnętrze dłoni.
- Nie wiem, czego dokładnie chcę, ale na pewno nie zaszkodzi, jeśli to pan powie mi coś ciekawego o czarnej magii i przeanalizuje ze mną materiał, który juz zapomniałem. A w ramach podziękowania obiecam panu, że kiedyś zdradzę wszystkie swoje plany, jakie mam na przyszłość. Teraz jeszcze się wstydzę, ale kiedyś przestanę!
- Nie potrafię ci odmawiać, kochanie. – westchnąłem wyswobodziwszy palec z jego uścisku. – Niech, więc tak będzie. Ale teraz nie możesz już zasypiać i musisz uważnie słuchać wszystkiego, co mówię.

~ * ~ * ~

- Oczywiście! – zasalutowałem i wstając podsunąłem sobie krzesło bliżej nauczyciela. Specjalnie usiadłem na tyle blisko, by dotykać swoim ramieniem jego. Gdybym był młodszy pewnie usiadłbym mu na kolanach, ale teraz nie wypadało mi o to prosić.
- Możesz oprzeć głowę o moje ramię, jeśli tak będzie ci łatwiej. – usłyszałem zaraz przy uchu jego pełen ciepła i łagodności głos. Skorzystałem z okazji nie zastanawiając się nad tym wiele. Jeśli radość mogła spowodować, że człowiek unosił się nad ziemią to kotłującym się w moim żołądku pszczołom udało się to osiągnąć właśnie w tej chwili. Było mi błogo i lekko, drżałem cały w środku, moje serce było teraz soczystą, słodką truskawką, moje płuca przypominały połówki pomarańczy, a żołądek zamienił się w kiwi. A może jednak nie? Może moje serce było teraz biedronką, płuca motylem, a żołądek konikiem polnym?

~ * ~ * ~

Ukradkiem ucałowałem puszyste włosy chłopca i uśmiechnąłem się pod nosem. Jego zaufanie było dla mnie najcenniejsze, ale czułem, że całe moje jestestwo pragnie go bardziej i bardziej.
- Zacznijmy, Aniele. – musiałem zająć czymś myśli by nie męczyły mnie wizjami, w których Fillip należał do mnie caluteńki.

wtorek, 28 lutego 2012

Idéalement

Moje nozdrza wypełniał cudowny zapach kojarzony z wiosną, którego nie potrafiłem opisać inaczej, jak tylko poprzez cuda, jakie czynił we mnie. Wydawał się, bowiem wypełniać mnie całego energią, pobudzać do pracy ociężały po zimie umysł, naprowadzał moje myśli na odpowiednie ścieżki pełne prawdziwej magii, przyspieszał bicie serca, kiedy gdzieś w podświadomości, coś przekręcało się na drugi bok, jeszcze nie do końca odkryte. Zieleń trawy, która wydostała się już spod śnieżnej skorupy koiła wzrok i uspokajała, słońce łaskotało skórę pieszczotliwie. Potrzebowałem wiosny, by całe moje ciało obudziło się z zimowego letargu.
W takich okolicznościach nic nie mogło cieszyć mnie bardziej niż spacer po błoniach w towarzystwie kuzyna, który był dla mnie najcenniejszym i najbliższym członkiem rodziny. Pogodziliśmy się niedługo po naszej awanturze przed dwoma miesiącami i teraz unikaliśmy drażliwych tematów na wszelkie możliwe sposoby. A jednak miałem wrażenie, iż Oliver stał się trochę bardziej milczący, może nie uśmiechał się już tak często i tak szeroko, ale trzymał się dzielnie. Podejrzewałem, że po prostu martwi się o mnie i nie wierzy w moje zapewnienia, iż dam sobie radę ze wszystkim na swój własny sposób. Sam chyba nie do końca sobie wierzyłem, ale obiecałem być silnym i miałem zamiar trzymać się tego postanowienia by nie martwić Olivera bardziej niż dotychczas.
Drzewa w Zakazanym Lesie trzeszczały i uginały się nisko niemal łamiąc, kiedy wiatr napierał na nie z całą swoją mocą. Nieliczne suche liście szarpane bezlitośnie przez mroźne podmuchy żeglowały w powietrzu. Musiałem mrużyć oczy by uchronić je przed niemal bolesnymi ciosami wiatru. Cieszyłem się, że zabrałem ze sobą ciepły szalik, kiedy wychodziłem z zamku, chociaż kiedy tak o tym myślałem dochodziłem do wniosku, iż rozsądniej byłoby zostać w Pokoju Wspólnym zamiast kręcić się po błoniach. A jednak nie mogłem siedzieć ciągle w zamknięciu. Potrzebowałem tej odrobiny wolności, jaką zapewniało mi świeże powietrze.
Kolejny podmuch był na tyle silny, że zanim w ogóle zdążyłem się zorientować czapka została zerwana z mojej głowy. Podejrzewałem, że przyczynił się do tego niewielki daszek, który miała, a który działał jak żagiel. Niestety teraz było już za późno na narzekanie. Mogłem tylko odwrócić się pospiesznie i patrzeć, jak moja własność szybuje wysoko. Miałem nadzieję, iż upadając nie wyląduje w błocie. Niestety nie mogłem zbyt długo śledzić drogi pokonywanej przez moją czapkę, gdyż dostałem w twarz własnymi włosami. Musiałem przypominać Meduzę, kiedy wiatr rozwiewał ciemne pukle na mojej głowie, a te poruszały się niczym węże. Z trudem zdołałem jakoś zapanować nad włosami zgarniając je z twarzy i przytrzymując. Akurat by zobaczyć, jak moja czapka uderza prosto na twarzy nauczyciela latania.

~*~*~

Tego chyba nikt nie mógłby się spodziewać, a jednak ja powinienem być przygotowany na każdą ewentualność, jak pokazało doświadczenie. Miękki materiał zatrzymał się na mojej twarzy, a wiatr przycisnął go mocniej zaledwie jednym podmuchem. Musiałem poczekać aż zelżeje, by móc sprawdzić, co takiego mnie ugodziło – czapka?
Spojrzałem przed siebie mrużąc oczy i nie miałem wątpliwości, co do właściciela przedmiotu, który mnie zaatakował. Oliver poklepał stojącego obok Fillipa po ramieniu i powiedział mu coś na ucho zostawiając go w miejscu, w którym stał. Miałem wrażenie, że blondyn nie przepada za mną nawet bardziej niż wcześniej. Obawiałem się jednak poznać przyczynę jego niechęci, bądź zwyczajnie nie chciałem usłyszeć z jego ust całej prawdy o moich uczuciach względem Fillipa, które on mógł odkryć.
Jak przez mgłę pamiętałem moje ostatnie spotkanie sam na sam z kasztanowo-włosym Ślizgonem, a jednak gdybym tylko chciał mógłbym przypomnieć sobie każdy szczegół tamtej chwili. A jednak nie chciałem zawstydzać chłopca, nie chciałem karmić w sobie pożądania, jakie wtedy odczuwałem, nie chciałem zejść ze ścieżki, jaką obrałem. W zupełności wystarczało mi to, co miałem, a więc musiałem zdusić rodzącą się we mnie zachłanność w zalążku.
Postąpiłem kilka kroków na przód, zaś chłopiec wyszedł mi naprzeciw niezmiennie trzymając dłonie na głowie, co pozwalało mu poskromić targane wiatrem włosy. W takich warunkach zapewne nawet spinki nie dałyby wiele toteż pomogłem mu założyć na powrót czapkę. Miałem drobną nadzieję, iż tym razem zostanie ona na swoim miejscu zamiast atakować inną osobę, która przypadkowo znajdzie się za Ślizgonem.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, kiedy patrzyłem jak chłopak dzielnie radzi sobie z nadal niepokornymi kędziorami, które wystawały spod materiału czapki i poddawały się woli wiatru, nie zaś swojego właściciela.
- Jakoś dam sobie z tym radę. – Fillip uśmiechnął się do mnie pokazując rząd białych zębów i odgarnął pasemko, które właśnie się do nich przykleiło.
- Nie wątpię, Fillipie. Nie wątpię.

~ * ~ * ~

Byłem zupełnie wolny od jakiegokolwiek wstydu, który mogłyby wywołać wspomnienia mojej intymnej przygody z nauczycielem, co sprawiało, iż byłem tym bardziej pewny siebie i mogłem spojrzeć we wspaniałe, szare oczy mężczyzny bez obaw. Wcale nie interesowały mnie przyczyny takiego stanu rzeczy, a sądząc z zachowania Camusa on również nie chciał roztrząsać przeszłości. To dało mi do myślenia i upewniło mnie w przekonaniu, że między mną, a nim istnieje jakaś bardzo silna więź, która nie zostanie zbyt łatwo zerwana.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że dla Marcela jestem obrazem syna, którego nie miał, zaś teraz pojąłem, jak dalekie było to od prawdy. Może kiedyś naprawdę tak mnie traktował, ale teraz było inaczej. Nauczyciel nie był dla mnie rodzicem, ale opiekunem, kimś na wzór guwernera. To zaś nie wykluczało romantycznych uczuć.
- Mam wrażenie, że wszystko jest idealne, nawet ten wiatr, a jednak czegoś brakuje. – rzuciłem przekonany, iż mężczyzna bez trudu zdoła podążyć za moim tokiem myślenia. Może uważałem to za swego rodzaju próbę, która miała mi pokazać... No właśnie, co?
- To idealna pogoda na gorącą czekoladę w Herbaciarni pani Puddifoot. – usta mężczyzny wygięły się subtelnie w uśmiechu, który chciałem podziwiać przez całe życie.
- Prawda! – jak mogłem w ogóle o tym zapomnieć? – Przecież dziś możemy iść do Hogsmeade! Możemy napić się czekolady... – słońce przebiło się przez chmury, które chwilę wcześniej je zasłoniły.
- Tak, Fillipie. – Marcel bez wątpienia był rozbawiony moim zachowaniem, co przyjąłem z pewnym zadowoleniem.
- Więc pan mnie zaprasza?
- Tak, Fillipie. To zaproszenie i mam nadzieję, że będzie to tym brakującym elementem dzisiejszego dnia.
- Tak, tak, tak! – nie kryłem entuzjazmu. – Gorąca czekolada, tak! Chodźmy, chodźmy. – rozejrzałem się szybko w koło, by przypomnieć sobie gdzie w ogóle stoję i którędy powinienem iść. Traciłem głowę ze szczęścia.
- Gdybym wiedział, że sprawi ci to taką przyjemność zaproponowałbym to wcześniej.
- I tak jest idealnie. – i niewątpliwie tak było.

~ * ~ * ~

O tak, Fillip miał rację. Było idealnie, a jednak będzie jeszcze lepiej, gdy już będę mógł usiąść z chłopcem w przytulnej herbaciarni i skosztować słodkiej pyszności mając przed oczyma rozkoszny uśmiech Anioła, który obdarzył mnie swoim zaufaniem i przyjaźnią. Gdybym potrafił zbudowałbym mu zamek z czekolady, by Fillip mógł zasiadać w nim na marcepanowym tronie mając w dłoni waniliowe berło i jabłko z kandyzowanych wiśni. Byłby naprawdę cudownym władcą królestwa ze słodkości.
Kolejny silny podmuch wiatru niósł ze sobą słodki zapach budyniu, jak gdyby przyroda potrafiła mi czytać w myślach i teraz chciała pobudzić wyobraźnię. Wątpiłem by wonie z licznych sklepów w Hogsmeade docierały aż tak daleko, gdyż dopiero, co wyszliśmy na drogę prowadzącą w kierunku miasta, toteż tylko jedno źródło słodkich woni przychodziło mi do głowy.
Obrzuciłem szybkim spojrzeniem przestrzeń w pobliżu i uniosłem rękę stając na palcach. Poczułem lekkie uderzenie wewnątrz dłoni i zacisnąłem subtelnie palce.
Fillip obserwował mnie uważnie z wyraźnym zaciekawieniem. Nie miał pojęcia, co takiego robię, a jednak nie tracił mnie z oczu nawet na chwilę.
- Weź głęboki wdech i powiedz mi, co czujesz. – zwróciłem się do chłopca łagodnie chcąc go przy okazji czegoś nauczyć. Fillip głośno wciągnął w płuca powietrze posłuszny, jak zawsze.
- Wanilię. – stwierdził w końcu zdawkowym tonem i czekał cierpliwie na moje dalsze słowa.
Skinąłem głową i przed twarzą chłopca otworzyłem przymkniętą do tej pory dłoń. Usłyszałem cichy pisk zaskoczenia. Spodziewałem się tego toteż zwróciłem szczególną uwagę na minę Fillipa, który z uchylonymi ustami i wielkimi oczkami wpatrywał się w zawartość mojej dłoni. Nie mogłem ukryć, iż dla mnie również było to niejaką nowością, gdyż do tej pory nie miałem okazji na własne oczy przekonać się o istnieniu takich maleństw, jak to, które teraz siedziało na mojej ręce.
Tym czasem drobna istotka masowała swoje skrzydełka przypominające skrzydła ważki, a słodki zapach wydawał się tym intensywniejszy.
- Czy to jest...
- Nie ma wątpliwości, Fillipie. To jest... wróżka. – nie bez problemu przeszło mi to przez gardło. O wiele łatwiej było mi o tym pomyśleć, niż wypowiedzieć na głos.

~ * ~ * ~

Patrzyłem na małą dziewczynę, która właśnie przeczesywała swoje kremowe włosy i spinała je maleńkimi spineczkami. Poprawiała swoją sukieneczkę, przecierała twarz i najwidoczniej przygotowywała się do lotu. Zbliżyłem do niej nos i powąchałem. Naprawdę pachniała tak samo, jak powiew, który ją przygnał prosto w wyciągniętą dłoń Marcela.
Uniosłem wzrok patrząc na nauczyciela, który z nie mniejszym zainteresowaniem podziwiał maleńką istotę, którą trzymał. Wydawało mi się zabawne, że tak zaskoczyło go coś, o czym przecież wiedział.
- A! – pisnąłem, kiedy wiatr pociągnął za moje włosy wystające spod czapki.
- Już dobrze. – Camus sięgnął i nagle w jego drugiej dłoni znalazło się kolejne maleństwo. To pachniało czekoladą i jeśli miałem być szczery to przypominało mi właśnie taką małą czekoladową wróżkę.
- To one istnieją? – było to niemądre pytanie skoro miałem przed oczyma dwa dowody na poparcie tego twierdzenia.
- Do tej pory słyszałem o nich tylko w opowieściach starych czarownic. – mężczyzna przykucnął i położył dwie wróżki na trawie, gdzie były stosunkowo bezpieczne biorąc pod uwagę okropny wiatr, który mógłby zrobić im krzywdę, gdyby próbowały latać. – Nasłuchałem się o nich w dzieciństwie, więc przed chwilą improwizowałem, chociaż jak widać nieźle mi to wyszło.
- Nie rozumiem, dlaczego one pachniały. – mruknąłem patrząc pytająco na mężczyznę. Dla mnie jakiekolwiek wróżki były bajkami opowiadanymi małym dziewczynkom, bo przecież w podręcznikach nie było ani słowa o takich małych istotkach, które przypominałyby dwucentymetrowych ludzi. Oczywiście, spotkałem się już z różnymi dziwactwami, ale nigdy z wróżkami... Kto przy zdrowych zmysłach wierzyłby w coś takiego?

~ * ~ * ~

Nie łatwo było mi rozmawiać z Fillipem na ten temat, choć nie specjalnie miałem inne wyjście. Teraz, kiedy obaj na własne oczy widzieliśmy wróżki... Sam nie byłem przekonany, co do prawdziwości tego, co widziałem.
- Jest ich pełno w domowych kuchniach, a najczęściej kręcą się w koło słodkich produktów. Wiem, jak to brzmi, wierz mi, ale dla mugoli my jesteśmy bajkami, prawda?
- Czuję się, jakbym nagle stał się dziewczyną.
Musiałem przyznać mu rację i pewnie właśnie, dlatego to kobiety częściej widywały wróżki, zaś dla mężczyzn zawsze były to wymysły dziewczęcej wyobraźni.
- Zmieńmy temat. – zaproponowałem. Mój początkowy entuzjazm rozpłynął się w chwili, kiedy udowodniłem samemu sobie prawdziwość wszystkich tych dziwnych historyjek, jakimi karmiły mnie stare ciotki. Fabien na pewno nabijałby się ze mnie, gdybym powiedział mu, że wszystkie te kobiety miały rację. To był zbyt wielki szok dla dorosłego mężczyzny.
- Tak. – Fillip złapał moją dłoń w swoje chłodne paluszki i uśmiechnął się, jakby w odpowiedzi na moje zdziwienie. – Moja kurtka nie ma kieszeni. – wyjaśnił niewinnie i wpakował moją ręką wraz ze swoimi łapkami do kieszeni mojego płaszcza. Jego dłonie trzymały mnie mocno, palce wydawały się splatać z moimi, a nagłe ciepło, które mnie wypełniło sprawiło, że całkowicie zapomniałem o tym, co działo się jeszcze przed chwilą.

~ * ~ * ~

Uśmiechałem się nie mając wątpliwości, że to, co robię jest słuszne. Skoro nie byłem już dzieckiem mogłem powoli pokazywać nauczycielowi swoje uczucia, mogłem czerpać pełnymi garściami z jego delikatności i czułości mając nadzieję, że kiedyś on sam domyśli się moich uczuć i odwzajemni je. Postanowiłem nie marnować okazji, jakie się nadarzały, nie pozwolić by ktoś inny zabrał mi nauczyciela. Musiałem naznaczyć go swoją miłością, by zawsze mu jej brakowało. Marcel był mój, a więc mogłem robić z nim, co tylko chciałem! W granicach rozsądku, jaki jeszcze miałem.
- Tak jest idealniej. – stwierdziłem spuszczając głowę w dół by ukryć uśmiech satysfakcji za niewielkim daszkiem czapki.

~ * ~ * ~

I kolejny już raz miał rację. To było idealne, nawet, jeśli nie do końca zrozumiałe.