niedziela, 31 lipca 2011

Village

Atmosfera angielskiej wsi zawsze wpływała na mnie uspokajająco, przywodziła na myśl dzieciństwo spędzone w okolicach Perpignan. W prawdzie miasto to otoczone było w głównej mierze przez zamki i winnice, nie zaś pola, na których pasłyby się krowy, a jednak wolne było od zgiełku panującego w stolicy. Podejrzewałem, iż z tego właśnie powodu moi rodzice postanowili przenieść się z zatłoczonego Paryża na angielską wieś. Było to zapewne ostatnie miejsce, które Ministerstwo Magii powiązałoby z Rodem, toteż rodzice mogli bez strachu ukrywać zbiegów, którzy po zamieszkach we Francji potrzebowali bezpiecznej kryjówki. Z tego właśnie powodu tata zawsze miał towarzysza rozmów, zaś mama opiekowała się delikwentem, jakby był jej własnym dzieckiem. Najczęściej był to Fabien, który nie potrafił zająć się zwyczajnym życiem i co chwilę przypominał światu o naszym istnieniu. Miałem, więc wielkie szczęście, iż odwiedzając w tym tygodniu rodziców nie natknąłem się na nikogo i tym samym pozwolono mi spędzać spokojne popołudnia na samotnej kontemplacji okolicy.
Wczorajszy dzień był bardzo deszczowy, zaś dziś słońce świeciło mocno, przez co powietrze pachniało wilgotną glebą i świeżą trawą. Nie mogłem wyobrazić sobie lepszego dnia na beztroski spacer ścieżką wiodącą przez pola. W oddali majaczyły owocowe sady, pola pełne pnącej się wysoko fasoli, zarośniętych ziemniaków, a krowy pasące się od rana ignorowały mnie nie przeszkadzając sobie w posiłku.
Zastanawiałem się, czy byłbym w stanie wytrzymać dłużej niż kilka miesięcy w takich warunkach. Doceniałem wieś, jednak na dłuższą metę mógłbym znudzić się panującą tutaj beztroską, brakiem dobrych sklepów i bliskim towarzystwem mugoli.

~ * ~ * ~

Trzymając w jednej ręce koszyk pełen słodkich owoców, zaś w drugiej objedzoną do połowy brzoskwinię zupełnie nie zwracałem uwagi na drogę, którą podążałem. Miałem wyjątkowo udany dzień, więc z uśmiechem na twarzy wpatrywałem się w sok zbierający się na kąsanym owocu. Z daleka od ciekawskich spojrzeń mogłem z powodzeniem zapomnieć o obowiązkach panicza i zachowywać się jak przeciętny nastolatek. Zaopatrzony przez babcię w soczyste pyszności nie musiałem wracać do domu przez najbliższe kilka godzin i z tego właśnie powodu planowałem zaszyć się gdzieś by marzyć o niemożliwym. W domu od razu zwróciłbym na siebie uwagę matki, która zaatakowałaby mnie pytaniami dotyczącymi mojego samopoczucia, zamyślenia, czy też przypadkowo strojonych min. Ojciec z fajką w kąciku ust zacząłby snuć plany na przyszłość związane z połączeniem naszej rodziny z inną za pomocą mojego małżeństwa. Kiedy wspomniał o tym po raz pierwszy zaledwie tydzień wcześniej czułem jak zimny dreszcz przechodzi po moim ciele, zupełnie jakby przeszła przeze mnie cała procesja duchów. Nie wiedziałem wtedy jak zareagować, zmieszałem się, zaniepokoiłem i ostatecznie odmówiłem podejmowania jakiejkolwiek rozmowy na ten temat. Przez dwa dni męczyły mnie koszmary wiążące się z nieszczęsnym pomysłem ojca i unikałem go, jak ognia. Tym razem postanowiłem wykorzystać wizytę u dziadków i uciec na całe popołudnie. Babcia okazała się doskonałą pomocnicą i to właśnie dzięki niej nie musiałem martwić się, iż głód lub pragnienie zmuszą mnie do powrotu ze spaceru.
Osa zaczęła krążyć natrętnie wokół mojej brzoskwini, więc machnąłem ręką by straciła orientację i nie dotarła do owocu. Musiałem go, czym prędzej zjeść bym nie musiał podejmować nierównej walki i uzbrojonym w żądło owadem. Ponownie zamachnąłem się wilgotną od soku dłonią i pospiesznie wgryzłem się w brzoskwinię potykając się przez nieuwagę. Głos ugrzązł mi w gardle, serce przyspieszyło bicia. Upuściłem koszyk, który na całe szczęście był zamknięty i upadłem boleśnie tłukąc kolana i dłonie. Owoc wyślizgnął mi się z ust upadając na ścieżkę, zaś obok niego wylądowała moja czapka. Miałem szczęście, że w ostatniej chwili zdołałem podeprzeć się rękoma, gdyż najpewniej moja twarz również ucierpiałaby od bliskiego spotkania z piaskiem drogi. Wstyd zarumienił moje policzki i miałem nadzieję, że nikt tego nie widział. Największy żal odczuwałem jednak po brzoskwini, która nie nadawała się już do jedzenia.
- Nic ci nie jest? – zobaczyłem przed sobą parę sandałów i zacisnąłem dłonie w pięści. A jednak ktoś był w pobliżu... To wydawało mi się skrajnie poniżające.
- Nie, nic mi nie jest. – mruknąłem mało wyraźnie wstydząc się swojej niezgrabności i chociaż niechętnie to spojrzałem na dobrego człowieka, który chciał mi pomóc.
Uchyliłem usta, zakręciło mi się w głowie, ciałem wstrząsnął dreszcz, serce zamiast zwolnić tylko bardziej przyspieszyło, a dłonie rozbolały mnie, gdy przypadkowo zacisnąłem je w pięści.

~ * ~ * ~


- Fillipie?!
- Profesor Camus?!
Oszołomiony wpatrywałem się w burzę ciemnych włosów, które rozsypały się po uroczej twarzyczce. Z początku wydawało mi się, iż wzrok płata mi figle i do spółki z umysłem dręczy marzeniami, a jednak im dłużej patrzyłem na znajome oblicze tym pewniejszy byłem, że wcale nie oszalałem. Naturalnie, wierzyłem w opatrzność, zdawałem sobie sprawę z tego, iż los jest dla mnie wyjątkowo szczodry, a jednak nawet szczęście miało swoje granice, które w moim przypadku już dawno zostały przekroczone.
Oprzytomniałem dopiero po chwili uzmysławiając sobie, że bezczynnie stojąc i wpatrując się w chłopca nic nie zdziałam, a tylko wydam się podejrzany.
- Na pewno jesteś w całości? – przykucnąłem przy siedzącym na piętach chłopcu, który starał się strzepnąć piach z dłoni i krył czerwoną twarz przed moim wzrokiem za kasztanową burzą fal. – Poczekaj. – złapałem go za dłonie, by nie pocierał ich tak brutalnie o siebie. – Zaraz będą czyste, spokojnie.
Zaklęciem zwilżyłem chusteczkę, którą miałem w kieszeni i starając się być delikatnym zacząłem ocierać lepkie i pokryte piaskiem palce Fillipa. Miał ogromne szczęście, że ziemia była miękka po obfitym deszczu i nie poranił się podczas upadku.
- Dziękuję... To przez pszczołę... – z ust chłopca wydobyły się ciche słowa, jakby mówiąc głośniej mógł sprowadzić na siebie kolejne nieszczęście.
- Na pszczoły trzeba uważać. – uśmiechnąłem się do niego ciepło. - I już po wszystkim. – jego łapki były czyste i z ulgą stwierdziłem, że nie widniał na nich ani jeden ślad zadrapania. Ten Anioł miał ogromne szczęście podczas swoich małych nieszczęść, które najczęściej okazywały się utratą równowagi bądź upadkiem.

~ * ~ * ~

- Ale... – walcząc ze wstydem, jaki czułem podniosłem spojrzenie na uśmiechniętą twarz mężczyzny. Nie do końca byłem w stanie uwierzyć, że naprawdę mam przed sobą ukochanego nauczyciela, który niczym za sprawą cudu pojawił się właśnie w tej małej wiosce. – Co pan tutaj robi? – to pytanie musiało mu się wydać bardzo trafne, gdyż przez chwilę wydawał mi się zakłopotany, jakby odpowiedź na nie mogła zdradzić jakąś wielką tajemnicę.
- Tutaj mieszkają moi rodzice. – wyznał, a to sprawiło, iż poczułem się skrępowany. Nie powinienem zadawać tak osobistego pytania, a jednak coraz bardziej zaczynałem interesować się życiem codziennym mojego nauczyciela, mojej miłości. Przy nim moje myśli zaczynały krążyć bezładnie.
- Więc nie mieszkają we Francji? – nie mogłem się powstrzymać, a naprawdę byłem przekonany, iż skoro nauczyciel ma niewielki dom w Paryżu...
Odrzuciłem wszystkie myśli dotyczące poprzedniego roku, o którym nie wolno mi było wspominać póki nie zostanę pełnoletnim czarodziejem. Miałem na głowie ważniejsze sprawy niż przeszłość. Musiałem zająć się teraźniejszością!
- Kiedyś rzeczywiście mieli tam dom, jednak tutaj jest spokojniej. Dla starszych, zmęczonych życiem w mieście osób to miejsce jest idealne. – ton głosu mężczyzny zdradzał, iż nie ma on nic do ukrycia, a nawet chce zdradzić mi te wszystkie drobne szczegóły. Może uważał mnie za przyjaciela? W końcu wiele ze sobą rozmawialiśmy, byliśmy bliżej niż inni uczniowie z innymi nauczycielami, a więc mogłem, z odrobiną żalu w sercu, stwierdzić, iż ojcowskie uczucia, jakimi profesor darzył mnie na samym początku, zamieniły się przyjaźń.
- I wybrał się pan na spacer, prawda? – postanowiłem nie tracić czasu i nie pozwolić by mężczyzna odszedł ledwie się spotkaliśmy. Skoro miałem tak ogromne szczęście i znajdowaliśmy się pośrodku pustych pól nie musiałem chyba przejmować się tym, że jestem jego uczniem, a on jest moim nauczycielem. Nikt poza krowami nie mógł nas widzieć. – Niedaleko stąd jest takie bardzo spokojne miejsce, gdzie można usiąść na chwilę... Gdyby pan mógł... – nie chciałem by moja propozycja brzmiała nachalnie, a tym bardziej w jakikolwiek sposób niemoralnie.
- Myślę, Fillipie, że nie zaszkodzi nam usiąść i porozmawiać przez kilka chwil.

~ * ~ * ~

Bardzo ucieszyła mnie propozycja chłopca, który najwidoczniej odczuwał wobec mnie pewną sympatię, mimo iż był w wieku raczej trudnym i mógłbym spodziewać się po nim buntu wobec nauczyciela zamiast przyjaźni.
Podniosłem jego koszyk, który stał na ziemi i podałem chłopcu rękę, by pomóc mu podnieść się na nogi. Nie wątpiłem, iż jest obolały po upadku i kilka niegroźnych siniaków pojawi się na jego ciele jeszcze przed wieczorem.
- Prowadź, Aniele. – zachęciłem go i starałem się, by moje słowa zabrzmiały naturalnie, jakbym wiele osób tytułował w ten właśnie sposób, nie zaś wyłącznie tego cudownego Ślizgona.
Chłopak rzucił szybkie spojrzenie w stronę koszyczka, a następnie na mnie, jakby chciał się upewnić, co do moich zamiarów.
- Poniosę go. – zapewniłem, co wywołało naprawdę śliczny i niewinny uśmiech na ustach Fillipa. Podszedł do mnie jednak, uchylił jedną połowę wieczka koszyka i wyjął dwie rumiane brzoskwinie. Wręczył mi jedną z taką szczerością widoczną na buzi, iż zapewne nie odmówiłbym mu przyjęcia nawet zatrutego jabłka.
- Są naprawdę słodkie!
- W takim razie nie mogę odmówić. – wgryzając się w podarowany mi owoc nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Fillip nie kłamał. Brzoskwinia była soczysta i naprawdę niebywale słodka. Skinąłem z aprobatą głową wpatrującemu się we mnie Ślizgonowi.
- Mówiłem! – rzucił pełen radosnych uniesień i raźnym krokiem ruszył ścieżką w stronę, w którą zmierzał przed upadkiem.
Pozwoliłem by mnie prowadził obdarzając go swoim pełnym zaufaniem. Od razu można było zauważyć, jak dobrze zna okolice i jak zdecydowanym krokiem zmierza do sobie znanego celu.
Rozkoszowałem się możliwością spędzenia z nim czasu, który należał wyłącznie do nas. Nie było zajęć, niestosownie długich rozmów, nikogo, kto mógłby nas obserwować i o cokolwiek posądzać. Jedyne granice tworzyliśmy my sami.
- To tutaj! – chłopiec odwrócił się do mnie i uśmiechnął wskazując palcem niewielkie wniesienie z piętrzącym się na nim sadem.

~ * ~ * ~

Nie zaprzeczę, że miałem nadzieję na to, iż mężczyźnie spodoba się to miejsce. Bardzo zależało mi na tym, by czuł się komfortowo i wspominał ten spędzony ze mną czas jak najlepiej. Za każdym razem, kiedy wyobraziłem sobie, że Marcel mógłby myśleć o mnie, gdy nie miałem o tym najmniejszego pojęcia, przez moje ciało przechodziły przyjemne ciarki podniecenia. To była niewątpliwie cudowna wizja.
Przez pewien czas mogłem wyłącznie czytać z twarzy nauczyciela, co nie było proste. Chciałem od razu wiedzieć wszystko i w głębi duszy pragnąłem jego pochwały.
- To naprawdę wspaniałe miejsce, Fillipie. – aż zadrżałem, gdyż wydawało mi się, że nauczyciel potrafi czytać w myślach i dlatego powiedział te ciepłe słowa, na które czekałem. A jednak nic więcej nie wskazywało na takie umiejętności u profesora i mogłem odetchnąć z ulgą. Naturalnie, gdyby jednak Camus potrafił czytać w myślach byłbym bardzo kontent. Nie musiałbym szukać sposobności by wyznać mu kiedyś swoje uczucia, ani nie martwiłbym się, że z jakiegoś powodu zostanę źle zrozumiany. Poza tym wiedziałby o planach mariażu, które spędzały mi sen z powiek i może pomógłby mi w rozwiązaniu tego problemu. Bardzo zależało mi na jego opinii, jednak zupełnie nie wiedziałem, jak miałby zacząć rozmowę na tak trudny i krępujący temat.
Usiadłem na trawie obserwując rozglądającego się w około mężczyznę, który chłonął świeży zapach drzew owocowych niesiony przez wiatr. Zachowywał się swobodnie zupełnie zapominając o różnicy wieku i pozycji, jaka była między nami. A jednak czułem, że nawet będąc kimś innym nie miałbym szans na związek z nim. To nie był człowiek, któremu można cokolwiek narzucić. On podążał swoją własną drogą i nie rzucał okruszków, bym idąc ich śladem mógł kiedyś go dogonić.
- Musisz myśleć o bardzo ważnych rzeczach. – głaszcząca mnie dłoń mężczyzny rozpędziła wszystkie smutki. Uśmiechnąłem się lekko zmieszany.
- Przepraszam.
- A masz, za co, Fillipie? – żartobliwy ton sprawił, że odrzuciłem od siebie wszystkie ponure myśli i zawstydzenie.
- Czy ja wiem... – starałem się pamiętać, że nie wolno mi gryźć warg. – Miałbym, za co, gdyby pan chciał. Coś się znajdzie. – chociaż próbowałem by moje słowa brzmiały niewinnie to w głębi duszy wydawały mi się przesiąknięte nietaktem. Przecież niemal codziennie robiłem w myślach rzeczy, za które powinienem go przepraszać. By odwrócić zarówno swoje, jak i jego myśli od tego tematu wyjąłem z koszyczka dwie gruszki, po czym jedną wręczyłem mężczyźnie.
Usiadł obok mnie i mogłem obserwować jak z aprobatą reaguje na smak owocu, który dostałem do babci. Ona wiedziała, jak mi dogodzić, zaś ja nauczyłem się od niej jak sprawiać przyjemność nauczycielowi latania.

~ * ~ * ~

Czułem się tak, jakby słodki sok owocu rozlewał się ciepłem po całym moim ciele i sięgał serca otulając je łagodnym bezpieczeństwem. Nie wątpiłem, iż było to wyłączną zasługą Fillipa.
- Czyżbym był aż tak interesującym okazem jedzącego czarodzieja? – zapytałem mimochodem z rozbawieniem, kiedy wzrok chłopca ciągle przesuwał się po mnie. Nie wiedziałem, czym było spowodowane zainteresowanie Ślizgona, jednak niebywale mnie ono bawiło.
Moje słowa wystarczyły by go zawstydzić, a spojrzenie rozpaliło jego policzki do czerwoności. Było w tym coś zabawnego i rozkosznego. Nie mogłem się powstrzymać i zmierzwiłem ciemne włosy chłopaka śmiejąc się, zaś on nadąsany krył buzię w dłoniach. Mamrotał coś pod nosem, ale nie protestował, kiedy delikatnie odsunąłem jego łapki od rozpalonych policzków. Spuścił wtedy głowę nie poddając się i zadbał by ciemne włosy przysłaniały twarz dokładniej.
- Teraz to ja wpatruję się w ciebie, Fillipie. – szepnąłem, by go uspokoić, a on uniósł nieznacznie główkę, spojrzał na mnie nieśmiało i potwierdziwszy moje słowa uśmiechnięty nadal starał się nie pokazywać swojego zawstydzenia.
Miałem ochotę spędzić z nim cały dzień i nie wątpiłem, że miało mi się to udać, jeśli tylko chłopiec miałby na to ochotę.
- Ja będę udawał, że nie zauważam, a pan niech się wpatruje. – rzucił cichutko i zaczepnie.
Tego dnia nie żałowałem niczego.

czwartek, 30 czerwca 2011

Détective

Dzisiaj nie byłem małym niezdarą, który potrzebował ciągłej opieki dorosłego, ale dzielnym i błyskotliwym detektywem, który niczym przyczajony drapieżca śledził swą ofiarę podążając za nią krok w krok, szukając odpowiedniej chwili do ataku! Moim zadaniem było odkrycie wszystkich sekretów Marcela i byłem pewny, że nie spocznę póki nie osiągnę celu! Ktoś tak idealny, jak nauczyciel latania musiał przecież coś ukrywać. Musiał mieć jakiś nawyk, o którym nikt nie wiedział i wiedzieć nie powinien, a ja chciałem odkryć to, jako jedyny i zachować by stało się moim własnym sekretem. Nawet pod groźbą śmierci nie wyjawiłbym tej tajemnicy nikomu i trzymałbym ją ukrytą głęboko w sercu. A może kiedyś wyszeptałbym ten drobny sekret nauczycielowi do ucha by zobaczyć, jak na jego policzki wpełza rumieniec zawstydzenia? Chciałem przecież wiedzieć o nim wszystko, tak, więc musiałem się starać i czasami uciekać się do nieczystych zagrań. Priorytetem było jednakże znalezienie czegoś istotnego! Musiałem mieć oczy i uszy szeroko otwarte, by nie przegapić żadnego jego ruchu.
Czekałem, więc ukryty niedaleko schodów, kiedy Camus skończył zajęcia. Na przekór moim przypuszczeniom mężczyzna nie skręcił w korytarz prowadzący bezpośrednio do jego gabinetu. Obrał zupełnie inną drogę, co pozwalało mi sądzić, iż szybko odkryję coś niebywale ciekawego. Już cieszyłem się na myśl o cudach, które staną się moim udziałem. W przypadku kogoś takiego jak Marcel nie było mowy o bezmyślnym błądzeniu po szkole, wszystko musiało mieć swój cel, a przynajmniej tak mi się wydawało i to napełniało mnie optymizmem.
Starałem się trzymać w bezpiecznej odległości od mężczyzny by mnie nie zauważył, ani nie słyszał jak się skradam, ale jednocześnie nie chciałem tracić go z oczu, co wcale nie było takie proste, jak mi się początkowo wydawało. Zaledwie zacząłem swoje podchody, a już miałem na swoim kącie trzy potknięcia i masę tworzących się na ciele siniaków. Nie tak to sobie wyobrażałem. Przecież śledzenie powinno być niebywale proste – ukrywanie się, obserwacja, podsłuchiwanie. Tym czasem ja zapatrzony w plecy nauczyciela wpadałem niemal na wszystkie mijane posągi. Gdyby potrafiły mówić na pewno nie omieszkałyby zbesztać mnie za moją nieuwagę i ignorancję.
Tym czasem profesor wydał z siebie jakiś dźwięk, który po chwili sformułował się w cichą melodię, ta zaś przerodziła się w śpiewane cicho słowa. Nasłuchiwałem uważnie, by wyłapać znaczenie krótkich zdań, przez co całkowicie przestałem zwracać uwagę na to, gdzie staję. W ostateczności wpadłem na jedną ze zbroi, która zaklekotała niebezpiecznie. Spanikowany ukryłem się za blaszanym zdrajcą i wstrzymałem oddech. Miałem nadzieję, że nie zostanę odkryty, że zamyślony profesor nie usłyszał tego głuchego, ostrego dźwięku, który rozniósł się echem po całym korytarzu.
Przecież cuda czasami się zdarzały.

~ * ~ * ~

Nieoczekiwany dźwięk sprawił, iż odwróciłem się gwałtownie, co pozwoliło mi dostrzec znikającą za zbroją znajomą kasztanową czuprynę. Chociaż moje serce przyspieszyło bicia z powodu tego nagłego odgłosu, teraz uspokajało się momentalnie, zaś na usta wpełzł uśmiech zadowolenia. Znałem tylko jedną osobę, która była zdolna do popełniania takiej gafy podczas szpiegowania i bez sprzecznie chodziło tu o Fillipa. Nie miałem pojęcia, co przyszło mu do głowy tym razem, jednakże musiało być przepełnione słodyczą i rozkoszą, jak cały chłopiec. Nie często widywałem uczniów, którzy tak nieudolnie próbują się ukrywać, a jednak dopiero, gdy Ślizgon wpadł na zbroję pojąłem, co się święci. Musiałem przyznać, że jakkolwiek niezgrabny potrafił być ten Anioł, to moje ciało podległe mu było bez reszty. Każdy zwyczajny profesor na pewno już dawno wiedziałby, iż ktoś depcze mu po piętach, a widocznie ja do zwyczajnych w tym wypadku nie należałem.
- Cudowny. – szepnąłem do siebie i udałem, iż wcale nie wiem o obecności chłopca za moimi plecami. Na nowo podjąłem się nucenia ukochanej przeze mnie Marsylianki. Może i Ślizgon nie rozumiał jej słów, jednak chciałem by wiedział, jak bardzo kocham swój kraj i jak dalece jestem do niego przywiązany. Miałem nadzieję, iż to zdoła obudzić w chłopcu te same, co u mnie uczucia względem Francji, a wtedy mógłbym częściej spotykać się z nim tylko po to by opowiadać mu bez końca o cudownych miejscach, które zajmowały szczególne miejsce w moim życiu. Było to zdecydowanie niemożliwe, jednakże wszystkie moje marzenia dodawały mi sił każdego dnia i pozwalały na tworzenie kolejnych. Zapewne właśnie, dlatego bardzo pragnąłem usłyszeć pełne krwi i gwałtu słowa hymnu z ust Fillipa, nawet, jeśli nie znając mojego języka przekręcałby wyrazy. On mógł uświęcić tę pieśń i nadać jej nowe znaczenie, mógł pokazać mi jej prawdziwe piękno, to, które ukryte zostało w niewinności.
Starałem się nasłuchiwać, by wiedzieć, czy Skarb mój dał sobie spokój, czy może w dalszym ciągu dreptał za mną cicho. Nie zdziwiłem się, gdy ponownie z czymś się zderzył, co potwierdzało jego obecność i zmuszało mnie do powstrzymywania cisnący się na usta chichotu. Fillip był tak nieporadny mimo wieku, który w gruncie rzeczy powinien pozbawić go tej dziecięcej przypadłości, iż z największym trudem utrzymywałem w ryzach swoje uwielbienie względem niego i za to także go kochałem.
Ten chłopiec starał się zawsze ze wszystkich sił, co ostatecznie prowadziło do drobnych nieszczęść. Żałowałem, że nie mogę się teraz zatrzymać, złapać go i ucałować każde miejsce obite podczas jego sekretnej podróży moim tropem. Dodatkowo byłem zachwycony jego zachowaniem, gdyż specjalnie wybrałem zupełnie inną drogę do swojego gabinetu w nadziei, iż będę w stanie natknąć się na niego przypadkiem. Ostatecznie jednak to on odnalazł mnie nie zaś ja jego.
Wiedziałem dobrze, iż kochał mnie jak ojca, jeśli mogłem to nazwać miłością, i niewątpliwie uczucie to mi schlebiało. Nie musiałem obawiać się, iż moja atencja wzbudzi w nim jakieś podejrzenia, chociaż czasami odczuwałem bolesne ukłucie w okolicach serca, gdy uświadamiałem sobie jak różna jest nasza miłość. Ja byłem dla niego niczym ojciec, a on był moim Aniołem Zatracenia, który kusił mnie i nakłaniał do pochopnych czynów. Nie potrafiłem jednak wyrzec się tej pokusy i brnąłem w nią głębiej i głębiej, jakbym chciał zatracić się w drodze i przestać myśleć o nieosiągalnym celu.

~ * ~ * ~

Gdy tylko nauczyciel zaczął śpiewać głośniej od razu rozpoznałem melodię i nie miałem, co do niej wątpliwości. Może mężczyzna uznał, że to duchy poruszyły zbroją i dla uspokojenia nerwów postanowił zagłuszyć każdy inny dźwięk, jaki mógłby mu przeszkodzić w kontemplacji utworu? Na pewno poczułem się dzięki temu pewniej i nie martwiłem się aż tak bardzo o swoją niezdarność. Jeśli poprzednie zderzenie ze zbroją nie zaniepokoiło Marcela tym bardziej nie zwróci uwagi na cichsze dźwięki, których autorstwo sobie przypisywałem.
Miałem wielką ochotę podbiec do nauczyciela, opleść go ramionami od tyłu, wtulić się w jego plecy i trwać w tej pozycji, póki mężczyzna nie zwalczyłby naporu mojego ciała i nie wyswobodził się. Pamiętałem jednak, że jestem detektywem i takie zdradzenie się z moją misją zaważyłoby na moim dalszym poznawaniu sekretów. Jeden w końcu już skolekcjonowałem, a było nim nucenie francuskiego hymnu.
Dumny z siebie i niebywale zadowolony z odkrycia, jakiego dokonałem pomaszerowałem dzielnie za nauczycielem, który jednak zniknął mi na chwilę z oczu skręcając w prawo. Przyspieszyłem, więc nie chcąc by mi umknął, ale było już za późno. Korytarz, którym powinien teraz iść był zupełnie pusty, a ja spanikowany i zawiedziony nie mogłem skupić myśli.

~ * ~ * ~

Nie mogłem już dłużej znieść tych cudownych uczuć kotłujących się w moim wnętrzu. Musiałem uciec od nich jak najdalej, a najlepszym na to lekiem była rozmowa z moim słodkim Cudem. Z tego właśnie powodu ukryłem się we wnęce, z której usunięto posąg, być może zabierając go do czyszczenia lub odnowienia. Przypuszczałem, iż chłopiec podejmie się próby odnalezienia mnie, a to stanowiłoby moją szansę.
Tak też się stało i kiedy tylko wyraźnie zaniepokojony Ślizgon minął moją kryjówkę złapałem go w pasie i zasłoniłem usta drugą ręką, by nie krzyknął. Wydawał mi się sparaliżowany nagłym strachem, ale gotowy do ucieczki przy pierwszej sposobności. Jego plecy przylegały do mojego ciała, więc bez trudu mogłem wyczuć szaleńczo bijące serduszko. Zrobiło mi się żal chłopca, którego przecież śmiertelnie wystraszyłem.
- Cii, nie chciałem cię wystraszyć aż tak bardzo, przepraszam. – wyszeptałem mu do ucha, a następnie puściłem powoli by bardziej już go nie płoszyć. Jego rumiane ze zdenerwowania policzku w wystarczającym stopniu utwierdzały mnie, co do mojej winy.
Fillip odwrócił się do mnie natychmiastowo, a jego ciemne oczka nadal świeciły zdumieniem.

~ * ~ * ~

- Ależ mnie pan wystraszył! – westchnąłem, jakbym dzięki temu miał poczuć się lepiej. – Tak nagle pan zniknął, ale wcale nie przyszło mi do głowy, że się pan tutaj ukrył! – klepiąc się dłonią po piersi miałem nadzieję, iż zdołam uspokoić serce. Nagle uświadomiłem sobie, że zostałem przyłapany na gorącym uczynku i znieruchomiałem spoglądając niepewnie na nauczyciela latania. Moje policzki pokrył szkarłat w przeciągu jednej chwili. – Ja pana śledziłem, ale to nie do końca tak! – podjąłem temat zanim profesor zdążył wypowiedzieć chociażby jedno słowo. – To znaczy... – wahałem się nie do końca wiedząc, o co może mi chodzić i co chcę powiedzieć. – Śledziłem... – westchnąłem spuszczając głowę. Byłem pokonany i przyznawałem się do winy. I tak nie potrafiłbym kłamać temu wyjątkowemu mężczyźnie, a co dopiero zaprzeczać czemuś, co przed chwilą sam potwierdziłem. – Przepraszam.
- Nie, nie masz, za co. – moje słowa spotkały się momentalnie z odpowiedzią profesora, który zmierzwił moje włosy zupełnie jakbym był kudłatym szczeniakiem. Wywoływało to we mnie całą masę przyjemnych uczuć i z całą pewnością mruczałbym chętnie, gdybym tylko miał ku temu okazję. Nie chciałem jednak wyjść w oczach ukochanego mężczyzny na małe dziecko, tak, więc powstrzymałem się przed jakąkolwiek reakcją. – Możesz mi za to powiedzieć, o co chodzi. – jego słodki uśmiech sprawił, że niemal ugięły się pode mną kolana. Miałem ochotę wyznać mu wszystko, nie zatajać niczego. Patrząc w jego pełne cudownego blasku szare tęczówki byłem jak zahipnotyzowany i w każdej chwili mogłem powiedzieć o kilka słów za dużo...

~ * ~ * ~

Gdybym moja twarz znajdowała się wtedy bliżej buźki chłopca niewątpliwie nie byłbym w stanie opanować swoich pragnień i pocałowałbym rozkoszne usteczka, które tak zachęcająco się uchyliły. Oblizałem wargi mając ochotę w końcu poznać smak tych należących do mojego Anioła. Może nawet uległbym tej pokusie, gdyby nie głośne kroki zbliżające się do miejsca, w którym stałem z Fillipem. To uświadomiło mi, w jakiej znajdujemy się sytuacji. Nauczyciel i uczeń stojący razem we wnęce korytarza daleko od wścibskich spojrzeń... Nie było właściwym, by ktokolwiek nas teraz widział.
Odchyliłem się do tyłu i odetchnąłem z ulgą widząc nadchodzącego Slughorna. Ten nauczyciel potrafił przyjąć do wiadomości najdziwniejsze rzeczy nie myśląc o nich wiele tak długo, jak długo słyszał masę komplementów pod swoim adresem. Miałem ogromne szczęście, iż to właśnie on zakłócił moją schadzkę z Fillipem, jednakże musiałem teraz działać szybko i w miarę sprawnie. Czas naglił, a profesor eliksirów zbliżał się nieubłaganie.
- Wybacz, Fillipie, wiem, że to dziwna prośba, jednak byłoby najlepiej, gdybyś ukrył się za mną i nie rzucał w oczy... – powiedziałem nie bez pewnej dozy wstydu, iż dopuściłem do takiej sytuacji. – Gdyby ktoś nas teraz razem widział... – musiałem uświadomić mu powagę sytuacji, a sądząc po niemożliwie rumianej buzi musiał pojąć, o co może mi chodzić.
- Będę cichutko! – zapewnił i wcisnął się w kąt wnęki uśmiechając do mnie niesamowicie ciepło, jakby chciał w ten sposób pokazać, iż jego zaufanie względem mnie nie ma granic. Odpowiedziałem na ten rozkoszny gest własnym uśmiechem i odwracając się tyłem do chłopca zasłoniłem go swoim ciałem oraz obszerną szatą nauczyciela. Ostatnie chwile starałem się wykorzystać jak najowocniej by wymyślić wiarygodną wymówkę, co do mojej obecności w tym miejscu.

~ * ~ * ~

Złapałem za szatę Camusa i rozłożyłem ją odrobinę, by ukryć się za nią dokładniej. Na samym początku byłem trochę wystraszony, jednakże po chwili poczułem przypływ wesołości, który podpowiadał mi w jak zabawnej znajdowałem się teraz sytuacji. Mimo wszystko nie pozwoliłem sobie nawet na tłumiony chichot nasłuchując zbliżających się ludzkich kroków.
Profesor latania zrobił drobny krok w tył, dzięki czemu poczułem się tym bezpieczniej. Mając niewiele miejsca dla siebie bez namysłu wtuliłem się w jego plecy przykładając do nich ucho. Czułem na policzku ruchy jego ciała, gdy oddychał, słyszałem trochę przyspieszone bicie serca, a zachwyt, który mnie wtedy wypełnił całego nie pozwalał mi na odsunięcie się od ciała mężczyzny. Moje dotychczasowe odkrycia nie mogły równać się w żadnym stopniu z tym, którego dokonywałem w tej właśnie chwili. Byłem na pewno jedyną osobą, która miała możliwość wsłuchiwania się w to cudowne bicie, które wydawało się nadawać rytm całemu światu.
- Och, Marcel, jakże mnie zaskoczyłeś! – podskoczyłem wybity z zadumy głosem Slughorna. Więc to on był nieproszonym gościem, który uratował mnie przed odpowiedzią na pytanie Camusa, a jednocześnie zniszczył wspaniałą intymność chwili, w której znajdowałem się niedawno.
- Proszę mi wybaczyć, na pewno nie miałem takiego zamiaru. – wewnątrz ciała Marcela usłyszałem zabawne burczenie, które synchronizowało się z wypowiadanymi przez niego słowami. Byłem zachwycony tym, czego właśnie mogłem się uczyć na temat mojego ukochanego nauczyciela. Takich sekretów na pewno nie miałem zamiaru zdradzać nikomu! Miałem świadomość, że moje oczy nabrały jasnego blasku, a moje serce ściskało podniecenie.
- Nie spodziewałem się spotkać tutaj nikogo. – w głosie Slughorna zabrzmiała pewna podejrzliwość, jednak szybko znikła, gdy zaczął mówić dalej. – A jednak dobrze się składa, że akurat ty tutaj jesteś. Mam u siebie cudowne wino, a jestem przekonany, że TY docenisz jego smak jak nikt inny w szkole. Może wpadłbyś do mnie wieczorem na jeden kieliszek?
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy Camus lubi alkohol, czy w ogóle go pija, a jednak teraz, kiedy usłyszałem bardzo wymowne stwierdzenie nauczyciela eliksirów byłem pewny, iż mój ukochany profesor zna się na winach i miałem ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło. Jak mogłem nie pomyśleć o tym wcześniej?!

~ * ~ * ~


Ciepłe ciało Fillipa przylegające do moich pleców było rozpraszającym, ale i niesamowicie przyjemnym bodźcem. Nie miałem ochoty pozbywać się zbyt szybko tej małej rozkoszy, ale byłem zmuszony skupić się bardziej na rozmowie z nauczycielem, niż na własnej przyjemności. Zauważyłem, iż mam możliwość szybkiego pozbycia się towarzystwa Slughorna, który rozglądał się na boki, jakby liczył na znalezienie czegoś interesującego w tym miejscu, a jednocześnie starał się mieć mnie na oku, jako że jego propozycja najwidoczniej miała wywołać u mnie zachwyt. Pozwoliłem, więc sobie na dodatkowe podbudowanie i tak wysokiej samooceny tego mężczyzny.
- Takiego zaproszenia nie mógłbym zignorować! – rzuciłem entuzjastycznie, chociaż nie zależało mi aż tak bardzo na jednej lampce wina, podczas gdy mój towarzysz nie znał umiaru i zamiast rozkoszować się jego smakiem obali całą butelkę, po czym zaśnie niebywale szybko. Kilka razy miałem z nim do czynienia, więc nie wątpiłem, iż także dzisiaj właśnie w taki sposób skończy się jego zaproszenie.
- Cudownie, cudowanie, cudownie! W takim razie ja biegnę wszystko przygotować. Och, jestem pewny, że moje wino zwali cię z nóg, nigdy nie piłeś lepszego! Fantastycznie, po prostu fantastycznie!

~ * ~ * ~

Szybkie, dudniące głucho kroki Slughorna oddaliły się i po chwili wcale już ich nie słyszałem. Z niechęcią, więc puściłem szatę Camusa, która nosiła teraz na sobie wymięte ślady moich pięści.
- Zabawny człowiek. – Marcel odwrócił się do mnie z uśmiechem. – Niestety powinienem rozstać się z pewnym małym detektywem zanim znowu natkniemy się na niechcianych gości.
- Ma pan rację. – przytaknąłem pozwalając by mój zdrowy rozsądek wziął górę nad uczuciami. – Nie chcę by ktoś myślał, że namawiam pana do dawania mi wyższych ocen!
Mężczyzna roześmiał się szczerze głaszcząc mnie po głowie, co było najlepszą z możliwych pieszczot.
- Tak, to byłoby niedopuszczalne. – zgodził się ze mną i odsunął na bok wypuszczając mnie z kącika, który nadal zajmowałem. – Uciekaj, Fillipie. – zachęcił mnie żegnając naprawdę cudownym uśmiechem, który sprawiał, że nie potrafiłem oprzeć się woli profesora.

poniedziałek, 30 maja 2011

Serre

Ciepło i zapachy cieplarni napełniały mnie szczęściem, rozluźniały mięśnie, wywoływały uśmiech na twarzy. Na śniadanie zjadłem kilka kromek z miodem i teraz słodki smak złotego produktu powrócił sprawiając, iż wszechogarniające uczucie radości rozpływało się po moim ciele, zupełnie jakbym zanurzał się w nim, niczym w wannie pełnej bitej śmietany.
Przed moimi oczyma stanął obraz przedstawiający mnie zatopionego po szyję w słodkiej białej pianie, zaś na jej powierzchni widniały złote wzory wymalowane miodową polewą. Czy Marcelowi spodobałby się taki widok? Uśmiechnąłem się do siebie zamieniając się miejscem z mężczyzną. Teraz to on leżał otoczony bitą śmietaną z adwokatowym zdobieniem. Camus nie był już dzieckiem, więc jego obraz musiał być dopełniony czymś, co jednoznacznie kojarzyłoby się z dorosłością, a alkoholowa słodycz była w tym wypadku niezastąpiona. Codziennie mógłbym mieć go podanego w taki sposób z innym smakiem polewy – rumowa, koniak, likier wiśniowy... Oblizałem się na samą myśl o tym. Deser idealny!
Przez chwilę zwróciłem większą uwagę na rośliny przede mną i to sprawiło, iż wizja łazienki rozmyła się zastąpiona przez soczyście zieloną trawę na rozległej łące, gdzie niegdzie przyprószoną niebieskimi i różowymi kwiatami, zaś na tym kobiercu spoczywał nauczyciel latania. Jego oczy były zamknięte, na twarzy widniał naprawdę wspaniały uśmiech, wydawał się rozkoszować bliskością natury. Niezrażony drobnymi robaczkami chodzącymi po jego ciele absorbował zapachy i dźwięki. Był tak piękny, że za nic w świecie nie chciałbym zniszczyć tej idylli swoją osobą.
A jednak inni znali Marcela z zupełnie innej strony. Otoczonego tłumem ludzi siedzących na trybunach, poklepującego po ramieniu członków swojej drużyny zachęcając ich do walki. Jego włosy mierzwione były przez pęd powietrza, gdy przecinał je na miotle, oczu uważnie śledziły sytuację na boisku. Żałowałem, że niedane mi było zobaczyć go w grze. Czy bardzo różnił się od mężczyzny, którego znałem teraz? Czy jego głos był równie łagodny i ciepły, dłonie tak samo gorące, a uśmiech zniewalający? Byłem bardzo ciekaw jak wiele w Camusie zmieniło się przez te lata i zazdrościłem ludziom, którzy mogli podziwiać go, jako gracza, chociaż ja widziałem go teraz, jako nauczyciela, a więc i inni mieli mi, czego zazdrościć!
Marcel Camus...
Bolesne szturchnięcie w żebra wybiło mnie z moich pięknych fantazji. Prychnąłem poirytowany i spojrzałem z żalem na kuzyna.
- Co? – zapytałem marszcząc brwi, jakby chłopak popełnił jakiś niewybaczalny błąd, za który teraz powinien słono zapłacić.
Chłopak wskazał kciukiem w bok, więc podążyłem wzrokiem w tym też kierunku. Stała tam Sprout i patrzyła na mnie poważnie tupiąc nogą. Podpierała się pod boki i nie miałem wątpliwości, że coś przeskrobałem, chociaż zupełnie nie wiedziałem, co.
- To ja się staram czegoś was nauczyć, a w zamian, co dostaję? Całkowitą ignorancję. Wszyscy już przesadzili swoje kwiaty poza jedną osobą. – wymownie utkwiła we mnie spojrzenie. Speszony sięgnąłem pospiesznie po ziemię, niestety worek wysunął mi się z rąk i wszystko wysypało się brudząc moje stanowisko pracy i dwa przylegające do mojego.
- Przepraszam! – rzuciłem spiesznie i chciałem zabrać się za sprzątanie jednak potrąciłem przypadkowo doniczkę i upadła na ziemię roztrzaskując się. Namieszałem jeszcze bardziej.
- Stój i nie ruszaj się! – głos nauczycielki zabijał wszelki sprzeciw, jaki mógłby się w kimś rodzić. – Reszta może już iść, a pan Ballack zostanie i posprząta po sobie i reszcie grupy za karę. Możecie wykorzystać jakoś czas, jaki został do końca zajęć. Ja niestety mam coś ważnego do zrobienia, więc dziś kończymy wcześniej. A tobie – wskazała na mnie palcem. – sprowadzę innego nauczyciela by cię przypilnował. Wychodzić, wychodzić, bo nie mam czasu. – wyganiała każdego, a ja bałem się poruszyć, by nie zostać ukaranym dotkliwiej.
Bardzo szybko zostałem w cieplarni sam jeden i dopiero teraz uświadomiłem sobie jak wiele pracy mnie czeka.
Westchnąłem głośno podwijając rękawy z zamiarem zabrania się do sprzątania.

~ * ~ * ~

Niebo zaszło chmurami, powietrze stało się czystsze i świeższe, co zwiastowało bliską ulewę. Chciałem wykorzystać te ostatnie chwile dobrej pogody by nabrać sił do dalszej pracy. Mijał przecież kolejny rok, a ja się starzałem tym samym potrzebując większej przestrzeni życiowej.
- Witaj, Pomono. – powitałem niską, okrągłą nauczycielkę, która przebierała pospiesznie krótkimi nogami. Zacięty wyraz jej twarzy świadczył o tym, że gdzieś się spieszyła.
- Och, Marcel! – zatrzymała się gwałtownie i poprawiła trochę potargane włosy, a na jej policzki wstąpiły rumieńce. – Jaka szkoda, że nie mam czasu by porozmawiać z tobą w tej chwili! Ale dobrze, że cię widzę. W czwartej cieplarni został uczeń, kazałam mu za karę posprzątać, więc gdybyś był tak miły i przypilnował go, oczywiście, jeśli tylko miałbyś chwilkę... – mówiła spiesznie.
- Naturalnie. Jestem wolny, wiec chętnie pomogę. – uśmiechnąłem się do kobiety, która odetchnęła z ulgą.
- Bardzo ci dziękuję! A teraz naprawdę muszę już iść. – tłumacząc się pognała w stronę zamku. Chyba po raz pierwszy widziałem ją tak zabieganą, nie wspominając nawet o wyjątkowo krótkiej rozmowie, jaką przeprowadziliśmy.
Odwracając się w stronę cieplarni zacząłem zastanawiać się nad tym, co usłyszałem od nauczycielki. O ile się nie myliłem Fillip miał teraz zielarstwo, a chociaż Sprout skończyła swoje zajęcia nie widziałem nigdzie mojego Anioła. Przyzwyczaiłem się już do niespotykanego szczęścia, jakie miałem, gdy w grę wchodził słodki Ślizgon, więc nic dziwnego, iż moje serce przyspieszyło bicia. Czyżby chłopiec napsocił i w efekcie musiał odpokutować?
Nie potrafiłem dłużej czekać, musiałem mieć pewność!

~ * ~ * ~

Przesadzone roślinki przeniosłem na ich właściwe miejsce i już nie mogłem odnaleźć w sobie ani odrobiny chęci do dalszej pracy. Nie byłem w prawdzie zmęczony, ale moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa domagając się odrobiny lenistwa. Musiałem stoczyć ze swoim organizmem niemożliwie trudną walkę, by zmusić kończyny do ruchu. Wydawało mi się to dziwne, gdyż zazwyczaj nie miałem aż takich problemów z zapanowaniem nad samym sobą. Zawsze miałem, chociaż minimalna ochotę do działania, zaś teraz najchętniej położyłbym się i leżał do samego wieczora.
„Gdybym był rycerzem byłoby inaczej” przyszło mi do głowy. Codziennie musiałbym ćwiczyć, utrzymywać swoje umiejętności na niebywale wysokim poziomie bym w razie potrzeby mógł chronić swojego króla... Skronie Marcela przyozdobione złotą koroną, jego szczęka zakryta dodającym powagi i lat zarostem, mądre, miłosierne spojrzenie jego szarych oczu, postawa wyrażająca dumę, gdy chodził lub siedział na wielkim, bogato zdobionym tronie. U jego stóp leżały wilki, które z należnym szacunkiem oddawały mu cześć i godziły się służyć tylko i wyłącznie jemu.
A ja byłbym dowódcą jego wojsk! Marcel ufałby mi bezgranicznie, tylko ja mógłbym zbliżyć się do niego bez obawy, że zostanę zaatakowany przez strzegące go bestie. Tak, wtedy na pewno miałbym siłę i ochotę by pracować!
Westchnąłem z rozmarzeniem zbierając w sobie całą energię i straciłem równowagę upadając, dodatkowo boleśnie tłukąc pośladki.
- Co?! – nie mogłem poruszyć nogami i kiedy zszokowany spojrzałem w dół zobaczyłem, że aż do ud skrępowany jestem przez jakąś roślinę o kwiecie w kształcie fioletowych kobiecych ust.

~ * ~ * ~

Wchodząc do cieplarni nie byłem przygotowany na to, co dane było mi zobaczyć. Na samym jej środku siedział Fillip z donicą w dłoniach. Wymachiwał nią niczym toporem i mówił coś głośno zasapany. Był zbyt zajęty by mnie zobaczyć, więc zbliżyłem się i wtedy wszystko stało się jasne.
Chłopiec walczył zaciekle z oplatającą się wokół niego rośliną, która niezrażona licznymi ciosami pięła się po jego ciele. Biedny Ślizgon nie mógł się od niej uwolnić, więc chciał ją zmusić do odwrotu siłą.
- Uciekaj, głupi chwaście! – mamrotał zaciekle waląc donicą o kwiat. – Puszczaj mnie, ale już! – kolejne ciosy, które jednak nie zraziły zielonej zalotnicy. – Bo będę krzyczał!
Miałem ochotę wybuchnąć śmiechem słysząc tę groźbę. Mój słodki Skarb niestrudzenie wił się w uścisku mocno oplatającej go łodygi. Jego zajęte walką dłonie na niewiele mogły się w tym wypadku zdać, więc niczym barwna gąsienica usiłował odpełzać coraz dalej w tył, niestety ciągnął za sobą kwiat, a tym samym jego sytuacja nie ulegała zmianie.
Rumiane od wysiłku policzki chłopca upodobniły go do róży, a liczne liście i gałązki powplatane we włosy tylko pogłębiały to podobieństwo. Sapał z każdą chwilą głośniej, a ruchy rąk były wolniejsze, ociężałe.
- Nie lubię cię, zostaw! – Fillip nie dawał za wygraną. – Będę płakał!
Był tak rozkoszny, że nie mogłem dłużej bezczynnie patrzeć, jak męczy się nie widząc szans na ratunek. Wyjąłem różdżkę i podchodząc do donicy dotknąłem rośliny zaraz przy zasypanych ziemią korzeniach. Kwiat ustąpił nieruchomiejąc, dzięki czemu mogłem odłożyć go na puste miejsce, które wcześniej zapewne zajmował. Spojrzałem przy tym na Anioła, który wielkimi oczętami wpatrywał się we mnie.

~ * ~ * ~

Marcel! Chciałem to wykrzyczeć, ale przez moje zdarte gardło nie przecisnął się żaden dźwięk. Oddychałem świszcząc jakbym nie pił nic od tygodni, a wszystko z winy tej rośliny! Do tej pory chyba nie byłem w równie kompromitującej sytuacji, a teraz musiałem stawić czoła świadomości, że Camus widział wszystko.
Nagle zaczął się głośno i ciepło śmiać. Uklęknął przede mną splatając ręce na brzuchu i chichotał aż jego twarz zrobiła się czerwona, a oczy zwilgotniały.
- Fillipie... – wydyszał rozbawiony i przetarł dłońmi twarz. – Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego.
Uśmiechnąłem się zawstydzony nie potrafiąc się na niego gniewać. To wcale nie było śmieszne, chociaż mężczyźnie chyba właśnie takie się wydawało.
- Ciebie nie można zostawić samego. – odezwał się już spokojniejszy, jednak na jego twarzy nadal widniał imponujący uśmiech. Zbliżył się do mnie i pogładził mój spocony policzek z ojcowską czułością. Cieszyłem się, że zasłużyłem na takie wyróżnienie. – Jesteś cały brudny. – odgarnął włosy z mojej twarzy i pocałował mnie w czoło bardzo delikatnie.
Zacisnąłem mocno dłonie na swojej szacie, kiedy to zrobił. Byłem przecież pokryty ziemią, spocony, nie wątpiłem, że wyglądałem okropnie, a jednak Camus nie zraził się tym i przyłożył swoje usta do mojej brudnej skóry! To wydawało mi się tak niesamowicie intymne, że przez moje ciało przeszły dreszcze podniecenia. Pragnąłem więcej!

~ * ~ * ~

Mdła ziemia zmieszała się ze słonym potem na czole chłopca, a ich smak uświęcał moje wargi, gdy oblizałem je szybko. Musiałem poskromić swoje ciało, by móc sobie pozwalać na taką bliskość.
Odsunąłem się od chłopca usiłując ukryć swoje uwielbienie względem niego. Jego umazana buzia była pełna słodyczy.
- Co zrobiłeś, że Pomona zmusiła cię do samotnego sprzątania? – zadałem to pytanie w tej chwili, by odciągnąć uwagę chłopca od mojego niedawnego pocałunku.
Fillip zawahał się, pokręcił w miejscu niespokojnie i patrząc na moją szyję wymruczał cicho pod nosem:
- Zamyśliłem się i nie przesadziłem kwiatka... Tak na dłużej się zamyśliłem.
Nie mogłem ukryć uśmiechu.
- Pomogę ci sprzątać tylko nie mów nikomu, dobrze? Użyjemy magii, więc pójdzie nam bardzo szybko. – podniosłem chłopca na nogi i otrzepałem jego szatę, a resztę zabrudzeń usunąłem z niej zaklęciem. Niestety buzia i ręce tego Anioła wymagały użycia mydła i sporej ilości wody.
Miałem ogromną ochotę rozpieszczać go i nie wypuszczać z cieplarni.

~ * ~ * ~

- Dziękuję! – rzuciłem piskliwie, co było kolejnym powodem do zawstydzenia, jednak Marcel wcale nie zwrócił na to uwagi. Uśmiechnął się tylko w ten wspaniały sposób i mrugnął porozumiewawczo, a wszystko zaczęło sprzątać się samo. On był niesamowity!
Złapałem go za rękę mocno, jakbym był dzieckiem i unikając jego spojrzenia obserwowałem, jak cieplarnia wraca do stanu sprzed moich dzisiejszych przygód. Profesor pogładził kciukiem moją dłoń.
- Spójrz na mnie, Fillipie. – zażądał łagodnie i nie mogłem mu odmówić. Uniosłem głowę, a on gestem nakazał mi ciszę i wskazał na coś niedaleko jednej z roślinek.
Przysunąłem się i aż uchyliłem usta ze zdziwienia, kiedy zobaczyłem trzy niewielkie pszczoły, które siedziały na miniaturowym rowerku dla trzech osób i zawzięcie pedałowały w powietrzu. Maleńkie kółka poruszały się i w ten sposób trzy owady przemieszczały się od jednego kwiatka do drugiego.
- Jak...? – oderwałem spojrzenie od pszczół i przeniosłem je na nauczyciela, który przypatrywał mi się z uwagą.
- Profesor Sprout chwaliła się, że znalazła lepszy sposób zapylania swoich roślin, widocznie to on. – szepnął i zastukał palcem o blat niedaleko pracujących owadów. Te wystraszone tym odgłosem zaczęły szybkie pedałowanie swoimi cieniutkimi niczym niteczki odnóżami chcąc uciec jak najdalej od źródła hałasu.
Roześmiałem się głośno naprawdę ubawiony tym widokiem. Camus również chichotał, a jego dłoń, którą ściskałem drżała. Nie odważyłem się do niego przytulić, jednak napawałem się odgłosem jego wesołości, ciepłem palców, jak także jego obecnością w cieplarni.
- Chodźmy zanim wrócą z posiłkami i to my będziemy uciekać.
- Dobrze. – skinąłem głową niemożliwie szczęśliwy. Nie spodziewałem się, że moje wielkie nieszczęścia dzisiejszego dnia zamienią się w coś tak cudownego. Byłem wystraszony nagłym atakiem dziwnej rośliny, a teraz już niemalże o niej nie pamiętałem. Marcel zawsze potrafił sprawić, że moje niepowodzenia zamieniały się w najradośniejsze chwile spędzane z nim.
Moje marzenia uległy zmianie. To profesor był rycerzem! Moim rycerzem w lśniącej zbroi! Tylko moim i nikt inny nie miał do niego prawa! Niech dziewczyny znajdą sobie innego!

~ * ~ * ~

Ciepła, brudna rączka chłopca wydawała mi się przesyłać w głąb mojego ciała impulsy, które docierały do serca i otwierały je niczym kwitnący kwiat. Magia była czymś więcej niż umiejętnością, wypowiadanym zaklęciem, machnięciem różdżką. Fillip był tego dowodem. Jego czary różniły się od wszystkich innych. Miał duszę Anioła, był moim Aniołem, którego Pan zamknął w drobnym ciele, zaś moje własne już niemal nie mogło pomieścić miłości, którą do niego czułem.
- Chodźmy na spacer! – chłopiec zaskoczył mnie tą propozycją. Jego policzki były rumiane z powodu zawstydzenia, więc na pewno kosztowało go to wiele odwagi, a tym samym nie mogłem mu odmówić.
- Z przyjemnością, Fillipie. – Czułem, że Pan temu błogosławi.