Cóż z tego, że dzień był naprawdę ładny i słoneczny skoro z jakiegoś powodu ze mną zawsze były problemy? Nie wiem, jak, dlaczego ani ile mogło to trwać, jednak, jeśli coś miało być nie tak, to zawsze ja byłem w centrum zainteresowania. Zupełnie jakby zwracanie na siebie uwagi było moim celem, dla którego chodziłem do szkoły. Od samego początku los był wobec mnie niesprawiedliwy. Uwydatniał moje słabości zamiast tuszować ich, jak się to działo w przypadku Olivera, ja ciągle byłem tym słabym, ślamazarnym dzieckiem, które wymagało opieki.
Tym razem zaczęło się od butów. W moich trzewikach odkleiły się obcasiki i nie nadawały się do chodzenia. Musiałem czekać aż mama przyśle mi nowe buty, a jakoś nie kwapiła się do tego. Nie mogłem chodzić na bosaka, a Oliver miał nogę o numer większą niż moja, więc pożyczenie od niego butów odpadało. Nie byłoby to niczym wielkim, mogłem chodzić w pantoflach, jednak to właśnie one były największym problemem. Mama kupiła mi w tym roku kapcie w kształcie siedzących pluszowych misiów o słodkich pyszczkach, z łatką na łapce i czerwoną wstążką. Uznała, że nie wyrosłem jeszcze z takich rzeczy i nie pozwoliła zaprotestować. Póki widzieli to tylko koledzy z pokoju nie było tak źle jednak teraz musiałem paradować w nich po całej szkole. Nie było osoby, która nie oglądałaby się na Ślizgona w misiach na nogach, chichot i komentarze towarzyszyły mi przez cały czas. Na domiar złego nie miałem ostatnio czasu na przycinanie włosów i teraz wpadały mi do oczu. Niemal nic nie widziałem, kiedy ciemne fale zakrywały moją twarz i nie chciały odgarnąć się do tyłu. Oli rozwiązał to na swój wyjątkowy sposób. Pożyczył od dziewczyn spinkę misiaczka i spiął nieszczęsne, uciążliwe kosmyki z boku. Powiedział, że spineczka będzie pasować do papci i roześmiał się rozbawiony moim widokiem. Czułem się jak dureń. Najniższy trzecioklasista w szkole właśnie robił z siebie dziecko. Brakowało mi tylko butelki z kaszą i smoczka. To było upokarzające.
Stanowiłem atrakcję dnia. Cała Wielka Sala dyskutowała właśnie na ten temat i jakoś im się nie dziwiłem. Gdyby nie chodziło o mnie pewnie też nie oszczędzałbym komentarzy, ale w takiej sytuacji mogłem tylko spuścić głowę i wpatrywać się w misiowe pyszczki na moich butach z nienawiścią.
Jeśli kiedyś myślałem o wyznaniu swoich uczuć nauczycielowi latania, to w takich chwilach rezygnowałem z tego momentalnie. Tylko doprowadziłbym go do ataku histerycznego śmiechu.
Mimo wszystko stawiało to przede mną jeden cel. Bardzo ważny, niesamowicie istotny i wyjątkowy. Musiałem w przyszłości stać się idealnym mężczyzną, który będzie mógł z podniesioną głową powiedzieć Camusowi, co do niego czuje i nie wstydzić się tego. Tylko, jaki miałem w takim razie być? Podobny do niego? Miły, szarmancki, uczynny, słodki? Taki był nauczyciel i tak opisywała go każda dziewczyna. W dodatku niesamowicie przystojny i męski. Miałem przed sobą niemałe wyzwanie, któremu musiałem sprostać. Zaczynając od dbania o urodę i maniery, przez wyważoną słodycz i powagę, po samą postawę, sposób wysławiania się, ale to nie wszystko. Było jeszcze kilka rzeczy, których musiałem nauczyć się, jeśli planowałem stawać w szranki z dziewczynami, które podkochiwały się w profesorze. Nie znałem się na tej szarańczy, ale wiedziałem, że jeśli pozwolić im się rozplenić to pożrą mojego nauczyciela od razu nie zostawiając dla mnie ani kawałeczka.
Denerwowały mnie same myśli o nich, kiedy je widziałem czułem ogromną niechęć. Nieszczere, zakłamane, wykorzystywały słabości innych i sama ich płeć już mnie odstraszała. Wszystko, dlatego, że miały większe szanse u Marcela!
Coś mokrego było rozlane na podłodze, zryw, ślizg, serce zatrzymuje się w piersi, podchodzi do gardła, umysł staje się pusty, krew szybciej krąży w żyłach i nagłe uderzenie o podłogę, a zaraz potem ból. Wszystko to przez nie! Przez harpie, które jak chwasty zagradzały mi drogę do szczęścia!
~ * ~ * ~
Usłyszałem, że coś ląduje na ziemi jeszcze zanim zobaczyłem siedzący na podłodze Cud, który uderzył piąstkami o kamienne płyty, na których wylądował. W Wielkiej Sali widziałem go tylko przez chwilę i nie miałem okazji przyjrzeć mu się dokładnie, jednak z tego, co wiem coś było nie tak. Teraz Fillip był zdenerwowany upadkiem, który z całą pewnością nie był przyjemnym doświadczeniem. Rozzłoszczony także był niemożliwie piękny.
Podszedłem do niego nie czekając.
- Stłukłeś pupkę? – przykucnąłem przed Ślizgonem, który otworzył szeroko oczka i uśmiechnął się szeroko. Skinął głową bez słowa. Podniosłem go i otrzepałem. – Ktoś rozlał tu wodę. Musisz uważać. Nic ci nie jest?
Pokręcił głową i szybko spoważniał. Spuścił główkę i odwrócił się do mnie tyłem. Nie wiedziałem, o co chodzi. Obraził się na mnie? Coś powiedziałem, lub zrobiłem? Ale nagle dostrzegłem czerwone uszko i umysł mi się rozjaśnił. Rumienił się, wstydził czegoś. Rozkoszny jak zawsze.
- Fillipie? – odwróciłem go przodem do siebie. Nawet nie stawiał oporu, chociaż jeszcze bardziej schylił główkę chowając twarz jak tylko się dało. Włosy, które spiął spineczką opadły mimo wszystko na jego buźkę kryjąc ją przede mną i nagle wszystko zrozumiałem, nic nie było dla mnie niejasne. Przesunąłem wzrokiem po całym jego ciele powoli. Główny powód tego zawstydzenia musiał tkwić na samym dole. Uśmiechnąłem się lekko do siebie.
- Śliczne kapcie, Fillipie. – powiedziałem łagodnie patrząc na słodkie misiaczki, które pochyliły się do dołu, jakby chciały ukryć zażenowanie podobnie jak chłopiec. Musiał zgiąć palce chcąc jakoś ukryć pantofle na stópkach. Bezowocne starania.
Rozkoszny widok.
~ * ~ * ~
Marcel! Marcel! Marcel!
Starałem się myśleć tylko o nim. Nie o swojej wielkiej kompromitacji, nie o swoim nieszczęściu, ale o mężczyźnie, który stał przede mną i mówił do mnie łagodnie i z troską. Musiałem mu się wytłumaczyć! Musiałem, bo uzna, że jestem dziwny!
- Bo moje trzewiki się zepsuły! – krzyknąłem z przejęciem i uniosłem głowę patrząc prosto w cudowne tęczówki profesora. Czułem, że oczy mnie pieką od chcących się wydostać łez. Nie pozwoliłem im na to! Nie będę płakał! Muszę być mężczyzną! Dla Camusa!
Profesor uśmiechnął się łagodnie, roześmiał krótko i ciepłą dłonią pogładził mnie po policzku.
- I masz tylko misiaczki, tak? – wiedziałem, że mówi do mnie jak do dziecka i podobało mi się to. Czułem się w jakiś sposób wyjątkowy, kiedy cała jego czułość skupiała się właśnie na mnie. Pokiwałem, więc głową potwierdzając.
Nagle poczułem się już o wiele lepiej. Spokojny i zadowolony. Już się nie wstydziłem i nie chciałem być dorosłym mężczyzną. Mogłem być taki, jaki byłem, jeśli to sprawiałoby, że nauczyciel zawsze będzie się mną opiekował.
- A ta spineczka? – zdjął z moich włosów misia, którego na sobie miałem. Zapomniałem o nim całkowicie i nawet włosy mi nie przeszkadzały, kiedy tak przejmowałem się pantoflami, zaś teraz uświadomiłem sobie, że przecież nadal go mam.
- To Oliver... – mruknąłem marszcząc nos w geście niezadowolenia. – Bo... Włosy mi przeszkadzały... Pożyczył... – nie łatwo było mi mówić, kiedy profesor odgarnął wszystkie kosmyki z moich oczu i spinał je z boku dokładnie by już nie mogły się wydostać. Wiedziałem, że się zarumieniłem, ale udawałem, że wcale tak nie jest, chociaż musiałem być intensywnie czerwony.
~ * ~ * ~
Niezmiennie słodki i rozkoszny. Mój Najdroższy Skarb.
Uporałem się z jego włoskami. Były gęste i miękkie. Z największą przyjemnością ich dotykałem, podobnie jak aksamitnego policzka, który płonął pod moimi palcami, gdy go gładziłem.
- Wyglądasz naprawdę słodko, nie masz się, czego wstydzić. Aż ciężko oderwać od ciebie wzrok. Słodycz cieszy serce. – powiedziałem prawdę, chociaż nie dodałem, że chodziło mi głównie o moje, które promieniało niesamowitą mocą, kiedy tylko widziałem tak cudowny obrazek. – A dziewczęta lubią słodycz, więc podnieś główkę i niech się tobą zachwycają. – delikatnie ujmując jego brodę spojrzałem w rozpromienione, troszkę zaskoczone oczęta. Osobiście nie chciałem by ktokolwiek widział go tak rozkosznym, Fillip powinien być tylko mój. Nie chciałem dzielić się nim z kimkolwiek innym, ale musiałem.
- To, dlatego ma pan powodzenie?
- Hm?
~ * ~ * ~
Wcześniejsze słowa nauczyciela ucieszyły mnie i sprawiły, że byłem jak zahipnotyzowany. Nie myślałem przez chwilę, a kiedy się obudziłem z tego przyjemnego transu uświadomiłem sobie, że zapytałem o coś niesamowicie głupiego. Znowu spłonąłem.
- No... Bo... Pan też jest... Słodki... I dziewczyny pana lubią... – dodałem to, chociaż nie chciałem. Zacisnąłem pięści mocno i gryzłem wargę, póki nie poczułem, że się uspokajam. – I one zastanawiają się, czy pan ma kogoś. – moja śmiałość zaskoczyła mnie samego, ale widać coś we mnie wiedziało jak wykorzystać nadarzającą się okazję.
Uniosłem wzrok z krawatu profesora na jego twarz. Na kuszące wargi, które były moje, kojące spojrzenie pięknych oczu, także moich, na całe przystojne oblicze, moje, moje i tylko moje! Chciałem wiedzieć jak jest naprawdę. Musiałem wiedzieć na pewno, czy nauczyciel nie ma nikogo, czy jest sam.
Przez chwilę zastanawiał się jakby ważąc każde słowo, po czym obdarzył mnie swoim pełnym ciepła uśmiechem.
- Nie, Fillipie. Nie mam nikogo. – jego dłoń wsunęła się w moje włosy i zaczęła pieścić delikatnie skórę głowy.
Tak... Błogie uczucie po tak wspaniałych słowach. To znaczyło, że mogę go sobie przywłaszczyć! Mój!
- To dobrze... – odparłem, ale nagle serce zabiło mi zdecydowanie szybciej. Znowu mówiłem bez zastanowienia. – To znaczy, dla nich! Dla nich dobrze! Tak myślę... – znowu wszystko mi się mieszało.
~ * ~ * ~
Pogłaskałem palcem wskazującym jego drobny nosek, kiedy tak gubił się w swoich słowach. Jak zwykle z resztą.
Nie miałem nikogo, nie do końca było to prawdą. Miałem jego. Mojego cudownego Fillipa, niemożliwie słodkiego Ślizgona.
- Gdzieś się wybierałeś zanim przeszkodziła ci w tym podłoga, prawda?
- A! Tak! – chciał uderzyć się lekko w czoło, ale przyłożyłem mu do niego dłoń i jego drobna łapka uderzyła o moją. Znowu się zawstydził i szybko splótł palce za sobą kręcąc lekko bioderkami jak zawstydzone dziecko. – Do biblioteki. – burknął nieśmiało pod nosem. – Pójdę już. – zrobił dwa kroki i zaczął skakać na jednej nodze sycząc cichutko z bólu. Widać nie tylko jego dupcia ucierpiała w czasie upadku, ale i noga.
- Czyli jednak nie pójdziesz, ale zostaniesz zaniesiony. – roześmiałem się podnosząc go i biorąc na ręce.
~ * ~ * ~
Chciałem pisnąć zaskoczony i szczęśliwy. Ciepło ciała profesora rozeszło się po całym moim ciele, jego zapach wypełnił moje nozdrza. Zadrżałem oplatając go ramionami i przytulając się. Mógłbym przysiąc, że noga już wcale nie bolała!
Na mojej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. Byłem lepszy od dziewczyn! Ich Camus nie nosił, a mnie tak!
Oparłem brodę o jego ramię i zacząłem ruszać nogami machając nimi po bokach ciała nauczyciela. Byłem niesamowicie dumny z siebie. Niech inni patrzą i zazdroszczą! Panicz Fillip niesiony do biblioteki przez najwspanialszego nauczyciela w szkole. Dziewczyny mogły mnie znienawidzić. Proszę bardzo. Mój prywatny słodki nauczyciel! Byłem samolubny, nie dało się ukryć, ale jeśli to pozwalało mi na takie radości, to nie miałem nic przeciwko temu.
~ * ~ * ~
Ślizgon był jak dziecko. Leciutkie ciało poruszało się w moich ramionach rozluźnione. Czułem się dziwnie wnosząc go tak do biblioteki. Całe szczęście, że nie było w niej wiele osób, ale i tak ich wzrok od razu skupił się na nas. Nie dało się ukryć, że wyglądaliśmy bądź, co bądź, zabawnie, ale było mi przyjemnie. Mogłem nosić chłopca bez przerwy. Sprawiało mi to niesamowicie wiele radości. Był w końcu moim małym panem, któremu pragnąłem służyć całym sercem. Był dla mnie wszystkim.
Podchodząc do zdziwionej bibliotekarki uśmiechnąłem się lekko.
- Posadzę go w głębi biblioteki. Proszę, zwrócić na niego uwagę, kiedy będzie wychodził i w razie, czego poprosić by ktoś mu pomógł, gdyby nadal kuśtykał. Potłukł się trochę na korytarzu.
- Oczywiście! – wydawała się trochę onieśmielona tą krótką wymianą zdań. Widać naprawdę wyglądaliśmy z Fillipem wyjątkowo dziwacznie.
- Bardzo dziękuję. – posłałem jej kolejny uśmiech zanim nie zabrałem chłopca w odpowiednie miejsce. Skoro wstydził się swoich pantofli postanowiłem ukryć go przed ciekawskim wzrokiem innych.
~ * ~ * ~
Nauczyciel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo był atrakcyjny i jak łatwo potrafił omamić kobiety. Był przez to łatwym celem, więc musiałem go chronić przed nimi! Taki duży, a taki głupiutki! Nie wiem jak mógł tego nie dostrzegać, lub to ignorować. A było widać, że nie jest świadom swojej władzy nad nimi. Ale przecież każda mogłaby się na niego rzucić. O taki ideał coraz trudniej, a on był na wyciągnięcie ręki. Musiałem mieć się na baczności i pilnować go, by żadna mi go nie skradła!
Znowu przytuliłem się do niego mocno.
Marcel posadził mnie na krześle i poklepał lekko po głowie.
- Powiedz mi, jakich książek potrzebujesz, a zaraz je znajdę żebyś nie musiał nadwyrężać tej nogi. Niech odpocznie trochę.
- Już odpoczęła. Kiedy mnie pan niósł. – uśmiechnąłem się pewnie. Jeśli te dziecinne kapcie sprawiały, że mężczyzna interesował się mną i uważał mnie za słodkiego, to mogłem chodzić w nich z uniesioną wysoko głową, tak jak mówił mi to profesor. Jego wzrok może częściej spoczywałby na mnie zamiast na innych, a przecież tego właśnie pragnąłem.
~ * ~ * ~
Dopytałem o książki, które miałem przynieść chłopcu i poszedłem znaleźć odpowiednie pozycje uśmiechając się do siebie między półkami.
Gdyby tylko Fillip mógł być mój.
Tak naprawdę bardzo tego pragnąłem i co noc wyobrażałem sobie chwile, które spędzalibyśmy razem, jednak sam nie wiem, co bym wtedy zrobił. Miałem ochotę całować jego drobne usteczka, tulić to małe ciało i szeptać raz po raz jak bardzo go kocham, ale dobrze wiedziałem, że nie mógłbym tego zrobić. Musiało wystarczyć mi, że mogę być dla niego opiekunem i to sprawiało mi niewysłowioną radość.
Opieka nad nim była małym cudem codzienności. Byłem blisko niego, poznawałem go coraz dokładniej, rozkoszowałem się nim.
Znalazłem kilka książek o pierwszych świętach magicznego świata, których potrzebował do wypracowania. Wytypowałem te najciekawsze i najdokładniejsze. Zależało mi by chłopiec dostawał dobre oceny.
Zaniosłem mu je o znowu pogłaskałem. Lubiłem go dotykać. Zupełnie jakby moje ciało nabierało dzięki temu sił do dalszej egzystencji. Ślizgon był światłem, które pozwalało mi widzieć, energią potrzebną do życia.
Był całym moim Światem.
~ * ~ * ~
Uśmiechnąłem się z wdzięcznością i złapałem profesora za szatę. Dobrze wiedziałem, co chcę teraz zrobić i byłem zdecydowany. Przyciągnąłem go bliżej do siebie. Nie był zdziwiony, a ja w tamtej chwili nie wstydziłem się tego, co robiłem. Zbyt mocno tego chciałem.
- Dziękuję, panu. – powiedziałem cicho przykładając usta do kącika jego warg i całując go mocno. Zamknąłem oczy by rozkoszować się tym przez jak najdłuższy czas. Nadal nie miałem na tyle odwagi by sięgnąć bezpośrednio jego ust nauczyciela, ale to wystarczało mi w zupełności. Byłem szczęśliwy i czułem, że cały promienieje, ciepło rozchodziło się po wszystkich komórkach mojego ciała, pod powiekami widziałem słońce, motyle, kwiaty, wiosenną radość. Pojawiło się to niczym wizja!
~ * ~ * ~
Tak niewiele brakowało by jego drobne usteczka zdradziły mi swój smak, tym czasem pieszczotliwie musnęły sam kącik w tak niesamowity, delikatny i wspaniały sposób. Czułem rozkosz rozchodzącą się po całym ciele, a niewidzialny blask otaczał mnie dookoła.
- Nie ma, za co. – szepnąłem mu do uszka, kiedy jego wargi pozwoliły mi na to. Oddałem muśnięcie w równie niewinny sposób w jego ciepły, miękki policzek.
Nie potrzebowałem więcej. Byłem całkowicie spokojny i rozluźniony. Tyle w zupełności wystarczało mi do pełni szczęścia, a cały świat pełen barw wirował i tańczył w rytmie mojego szybko bijącego serca, tak pełnego rozkoszy i spełnienia.
poniedziałek, 30 listopada 2009
Pantoufles
sobota, 31 października 2009
Citrouille
Dynia! Wielka, pulchna dynia! Tak właśnie wyglądałem! Cała szkoła miała ubaw! Fillip Ballack, jako Halloween’owa dynia! Oczywiście z winy rodziców, bo to przez nich byłem najniższym trzecioklasistą w szkole! Co za upokorzenie! Dlaczego akurat dynia?!
Zapowiadało się niewinnie. Któryś z nauczycieli zaproponował by w tym roku życzenia i prezenty na Halloween roznosił jeden z uczniów. Naturalnie miał otrzymać przebranie i zwolnienie z zajęć. Musieli tylko kogoś wybrać. Chyba każdy był ciekaw, na kogo padnie i tym samym obawiał się, że może to być on sam. Nikomu nie uśmiechała się rola Halloween’owego listonosza. I tu zaczął się mój horror. Uzasadniając swój wybór moim niskim wzrostem, odpowiednią budową ciała, rozeznaniem w szkole i sumiennością wcisnęli mi w ręce przebranie dyni i zaznaczyli, że od ich decyzji nie ma żadnego odwołania.
I tak oto w ten jeden wyjątkowy dzień byłem zmuszony ośmieszać się przed całą szkołą. Wyglądałem okropnie! Wielki, pomarańczowy balon!
Prezenty i kartki z życzeniami zbierano już dwa dni wcześniej, a teraz leżały posegregowane i złożone na kupki w pokoju nauczycielskim. Miałem do niego nieograniczony niczym wstęp, co było jedynym plusem tej sytuacji. Była to idealna możliwość by chociażby przez chwilę, przypadkiem zobaczyć nauczyciela latania, ale i unikać bezpośredniego spotkania z nim. Nie chciałem by widział mnie takim. To byłoby straszne! Kolejny dowód na to, że nigdy nie weźmie mnie na poważnie i zawsze będę dla niego tylko zabawnym dzieckiem. Bo niby, kto potraktuje chodzącą dynię, jako poważnego mężczyznę, lub chociażby kandydata na mężczyznę?
W takim właśnie przeświadczeniu, bez najmniejszego entuzjazmu zabrałem się za roznoszenie zaczynając od najmniejszych kupek. Wkładałem je do koszyczka w kształcie nietoperza i chodziłem po klasach roznosząc adresatom. Na początku nie było większych problemów. Kilka kartek, jakieś małe prezenty. Niestety przy osobach, które miały największe powodzenie w szkole mój koszyczek nie wystarczał. Musiałem nosić to w rękach, lub wielkich czarnych siatkach z duszkiem. Całe szczęście nie było to najcięższe i dawałem radę. Niestety nie jednokrotnie denerwowałem się i mruczałem pod nosem, kiedy ktoś śmiał się na mój widok, lub komentował. Nie zgłosiłem się sam do tego, miałem po prostu pecha, więc tym bardziej czułem się wtedy upokorzony. Wcale mi się to nie podobało, a nogi szybko zaczęły boleć mnie od chodzenia. Szkoła była wielka, uczniów sporo, a ja tylko jeden. To tłumaczyło, dlaczego dostałem na to cały dzień. Ktoś musiał przewidzieć, że nie będzie to łatwe zadanie, a mimo wszystko zrobili ze mnie ofiarę swojego spisku przeciwko moim uczuciom do nauczyciela. Zdecydowanie wolałem już siedzieć na zajęciach niż paradować po szkole w dziwnym stroju! Mogłem zapomnieć o wyznaniu swojej miłości nauczycielowi w tym roku. Nie po czymś takim.
Niestety ani razu nie natknąłem się na Camusa, co miało swoje osobliwe plusy. Nie widział mnie takim, jakim właśnie byłem. Pomarańczową, okrągłą dynią, która wywoływała śmiech nawet u najpoważniejszych. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że o tym słyszał, jednak między tym, co mówiono, a tym, co mógł zobaczyć była wielka różnica wpływająca na moją korzyść.
Ten jeden raz byłem rozradowany i cały w skowronkach, kiedy przyszło mi zanieść ostatnią już, największą kupkę prezentów i życzeń. Tylko to i będę mógł zdjąć ten paskudny strój! Chciałem skakać z radości. Tylko to i będę mógł szukać Camusa, dla samej przyjemności oglądania go! Czułem, że mógłbym unieść się pod sufit! Myśl o tym była aż nazbyt cudowna! Aż trudna do zniesienia dla mojego niewielkiego serca, które musiało wysilać się niebanalnie by pompować jak najwięcej krwi.
I nagle mina mi zrzedła. Ostatnia kupka była podpisana imieniem i nazwiskiem nauczyciela latania! Wielka zbieranina życzeń i upominków miała trafić właśnie do niego, a ja miałem ją zanieść! Nagle uświadomiłem sobie, że ja nie mam dla niego nic od siebie. Nie przyszło mi do głowy by dać mu coś z okazji Halloween. Było mi niesamowicie wstyd. Zajęty sobą, zaabsorbowany swoim nieszczęściem zapomniałem o czymś tak ważnym. Dziewczyny o tym pamiętały, a ja całkowicie zapomniałem. Przekonany o swoim wielkim uczuciu uważałem się za lepszego niż inni, a jednak to właśnie ja nie pomyślałem o tak drobnym geście. Teraz nie liczyło się już nawet to głupie przebranie. Niech mnie zobaczy takiego. Mały, żałosny uczniak, który nie zasłużył by darzyć miłością kogoś takiego, jak Camus.
Na tym skończyło się całe moje szczęście. Po prostu pozbierałem kartki i paczuszki dla nauczyciela, włożyłem wszystkie do reklamówek, zapakowałem w koszyczek swoje rzeczy i ruszyłem ze spuszczona głową pod drzwi jego gabinetu.
~ * ~ * ~
Zauważyłem, iż coraz częściej mam kłopoty ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego miejsca i zajęcia. Książki stały na półkach, czekając aż poczuję chęć na dalsze ich czytanie, rozpoczęty list leżał w szafce biurka wyczekując przypływu natchnienia do zwierzania się kuzynowi. Jedynym, co bynajmniej nie musiało prosić się moje zainteresowanie był pluszowy miś od Fillipa, który towarzyszył mi bez przerwy. Nosiłem go po całej sypiali, przenosiłem do gabinetu. W zależności od moich upodobań, co do wystroju kącika, jaki miałem w szkole.
Siedziałem na fotelu przed biurkiem, trzymając w objęciach misia i na głos rozmawiałem z nim opowiadając mu o tym, że Fillip jest dziś w stroju dyni, ale wcale go dziś nie widziałem, że bardzo bym tego chciał, gdyż z pewnością wyglądał olśniewająco. Biedny pluszak musiał znosić moje liczne jęki dotyczące braku szczęścia w spotkaniach ze Ślizgonem, a także te rozliczne fantazje dotyczące chłopca. Kochana maskotka nigdy się nie skarżyła.
Zostawiłem misia na krześle, kiedy usłyszałem pukanie. Pogłaskałem go, powiedział by grzecznie na mnie czekał i dopiero wtedy podszedłem do drzwi. Brakowało mi go trochę w ramionach. Tego miękkiego, pluszowego kształtu, który przyjemnie grzał moją pierś.
- Tak? – zapytałem uchylając drzwi i w następnej chwili poczułem coś na wzór uderzenia w twarz.
Śliczna opalona buźka, duże, ciemne oczy, falowane włoski układające się cudownie na ramionach. Pomarańczowy dyniowy berecik z zielonym wykończeniem w kształcie łodyżki, małego listka i licznych sprężynek układał się idealnie na głowie chłopca. Niewielki obcas zielonych butów stukał nerwowo o podłogę, gdy ubrana w zielone rajstopy nóżka poruszała się rytmicznie. Chłopcu nie było widać nawet szyi. Spora, wypchana, pomarańczowa dynia zaczynała się już od samej brody, a kończyła w połowie ud. Dynia zmieniała trochę kształt, gdy chłopiec ruszał rękoma. Rękawy zielonego sweterka, który Ślizgon musiał mieć na sobie kończyły się rękawiczkami bez palców. Strój był wykonany idealnie i starannie. Pasował do Fillipa i sprawiał, że chłopiec wyglądał niemożliwie słodko. Najwspanialsza dynia, jaką widziałem w życiu. W ręku trzymał śliczny koszyczek ze skrzydełkami nietoperza. Widziałem w niej ubrania i buty.
- Może się pan śmiać! – Fillip mruknął głośno nadąsany i odwrócił się. Zaczął wciągać do środka reklamówki. Nie wydawał się zadowolony.
- Dlaczego miałbym się śmiać? – zapytałem łagodnie pomagając mu z pakunkami. Oczywiście uśmiechałem się na początku, jednak z zachwytu nad jego aktualnym wyglądem. Naprawdę mi się podobał!
- Nie ważne. – westchnął ciężko. – Listy i prezenty z okazji Halloween. – powiedział z wyraźną niechęcią. – Jest pan ostatni na liście, więc czy mogę się przebrać? – podniósł koszyczek. – Mam już dosyć tego stroju, czuję się jak gigantyczny pączek!
- Co najwyżej dyniowy pasztecik. – nie mogłem się powstrzymać i zachichotałem. Fillip wydął policzki i tupnął. Popatrzył na mnie zły i może trochę speszony. – Idź do łazienki i przebierz się. – pokazałem mu odpowiednie drzwi.
Chłopiec od razu pomaszerował w tamtą stronę. Drzwi trzasnęły cicho, kiedy zamknął się za nimi, a ja patrzyłem na niego zawiedzony. Wolałem by został w tamtym stroju i uśmiechał się szeroko, tak jak wielokrotnie to robił wcześniej. Serce mi się krajało, kiedy widziałem jego udręczoną minę. Chciałem by zawsze był wesoły, uśmiechnięty i naprawdę szczęśliwy.
Po chwili drzwi otworzyły się, a lekko rumiana buźka wychyliła się z niej.
- Czy może mi pan pomóc? – zapytał nieśmiało i wyszedł z łazienki. Nadal miał na sobie dyniowy strój.
Zmarszczyłem brwi nie wiedząc, co się stało, jednak, kiedy tylko Fillip odwrócił się tyłem zrozumiałem. Nie mógł poradzić sobie z zamkiem na plecach. Tym razem powstrzymałem śmiech by go nie urazić. Podszedłem i powoli rozsunąłem przebranie do samego dołu, by mógł je zdjąć.
- Już, Fillipie. – pogłaskałem go po głowie.
- Dziękuję. – powiedział wyraźnie i znowu skierował się w stronę drzwi. Popatrzył w bok na fotel z misiem. Całkiem o nim zapomniałem! – Miś! – stwierdził przenosząc zdziwione spojrzenie z zabawki na mnie. Musiałem przyznać, że trochę mnie to speszyło.
- Tak, miś. – mruknąłem – Jestem do niego bardzo przywiązany. – uśmiechnąłem się. Twarz chłopca zrobiła się intensywnie czerwona, a ten szybko zatrzasnął za sobą drzwi łazienki.
Był taki słodki, ale co tym razem zrobiłem źle?
~ * ~ * ~
Oparłem się o zatrzaśnięte drzwi. Czułem jak niesamowicie mi gorąco!
Miś... Mój miś... Miś, którego dałem nauczycielowi w prezencie! Nadal go miał... Woził ze sobą do szkoły! I mówił, że jest do niego przywiązany! A teraz miś siedział na jego fotelu, przy którym zazwyczaj pracował Marcel! To znaczyło, że profesor miał go ze sobą, zanim otworzył mi drzwi!
Piszczałem cicho zasłaniając usta dłońmi, by nie było mnie słychać. Na to nie mogłem już nic poradzić. Byłem zbyt zszokowany, szczęśliwy i podniecony. Mój głupi prezent był ciągle z nauczycielem! Nie mogłem tego wytrzymać!
Wstałem i zacząłem skakać by jakoś odreagować rozpierającą mnie radość. Teraz mogłem być nawet i dynią!
Byłem taki rozradowany! Niemal umierałem ze szczęścia. Raj! Kochany miś! Był z Marcelem zamiast mnie i w dodatku pewnie nie raz był przez niego tulony! Jak ja chciałem być teraz misiem! Takim pluszowym, wypchanym misiem na kolanach nauczyciela latania! I żeby mnie całował w pluszowy nos i żebym mógł czuć jego ciepło przy każdym przytulaniu! Chciałem być pluszowym misiem jak niczym innym na świecie!
- Fillipie? – profesor zastukał w drzwi łazienki.
- J... Już, już! – zerwałem się na szybkiego zdejmując strój dyni.
~ * ~ * ~
Już zaczynałem się martwić, kiedy tak wpadł do łazienki i nie wychodził. Na szczęście nieśmiało wyjrzał zza drzwi i wyszedł do gabinetu. Popatrzył na fotel. Wcześniej zabrałem z niego misia i posadziłem go na półce przy książkach. Chłopiec chyba i tak go spostrzegł.
- Usiądź, Fillipie. – wskazałem zwolnione już miejsce. Chłopiec klapnął na nim machając nogami w powietrzu.
- Mógłby pan przygasić światło? – zapytał niewinnie. – Będzie widać gwiazdy!
Zrobiłem to w mgnieniu oka nawet nie myśląc o tym, o co prosił. Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko bez mrugnięcia okiem, więc dlaczego nie miałbym wykonać tak prostego polecenia? Stanąłem przy biurku opierając się o nie, gdy chłopiec przekręcił się na fotelu patrząc przez okno. Obaj wpatrywaliśmy się w ciemność wieczora i liczne gwiazdy, które już teraz pojawiły się na niebie. To była naprawdę ładna i w miarę ciepła jesienna noc. Byłem szczęśliwy będąc tu z Fillipem, wspominając to jak wyglądał w stroju dyni. Moja mała Kraina Cudów.
- Fillipie. – zacząłem starając się mówić w miarę cicho. Już sam półmrok w pokoju zmuszał niemal do szeptu. – Uważam, że byłeś cudowną dynią. Nigdy nie widziałem ładniejszej! – zapewniłem żarliwie patrząc na zaskoczonego chłopca, którego oczy błyszczały odbijającymi się w nich gwiazdami. – Naprawdę, Fillipie. Nie wiem, kto wybrał akurat ciebie, ale musiał wiedzieć, że będziesz przewspaniałą dynią!
Chłopiec prychnął i skrzyżował dłonie na piersiach patrząc ponownie w okno.
- Wyglądałem okropnie. – uparł się – Jak dyniowy pasztet! Sam pan tak powiedział.
- Bo... Bo to prawda, ale ten pasztecik był niesamowicie słodki! Jak żaden inny! Najwspanialszy dyniowy pasztecik, jaki widziałem! – nie chciałem by chłopiec się na mnie obraził. Był dla mnie tak ważny, a ja chyba właśnie się pogrążałem.
~ * ~ * ~
Nie przypuszczałem, że profesor może uważać mnie za słodki dyniowy pasztecik. W ogóle nie przypuszczałem, że mogę mu się podobać w tamtym stroju. Tak zabawnie starał się wybrnąć z tej sytuacji i przekonać mnie, że jednak wyglądałem dobrze, a on to docenia.
Nagle żałowałem, że zdjąłem tamto przebranie. Nauczyciel uważał, że jestem słodki!
Po moich ustach błąkał się zadowolony uśmiech, ale nie chciałem by go widział. To zdradziłoby na pewno to jak zależy mi na jego miłych słowach i pochwałach.
Zacząłem kręcić się na fotelu odrobinę na boki, by zająć się czymś, nie myśleć o tych rozkosznych słowach, jakie słyszałem, a z resztą nie byliśmy sami w pokoju! Miś na to patrzył! I ciekawe czy był o mnie zazdrosny? O to, że teraz to ja siedziałem na miejscu nauczyciela, rozmawiałem z nim, a on starał się jak mógł by jakoś załagodzić sytuację.
Patrz misiu! Marcel jest mój, a ty masz mu tylko o mnie przypominać, pamiętaj! Nie oddam ci go, nawet gdybym miał najeść się pluszu!
Dostrzegłem spadającą gwiazdę za oknem. To była taka piękna chwila. Camus na pewno także ją widział! Ja musiałem coś z tym zrobić! Po prostu musiałem!
- Wie pan, co się mówi? – zacząłem z trudem nie mówiąc szybko i nerwowo, ale wolno i z udawaną obojętnością, co chyba mi nie wychodziło jak należy.
- Co takiego, Fillipie? – jak ja uwielbiałem, kiedy wymawiał moje imię!
- Bo podobno... W Halloween... Kiedy widzi się spadającą gwiazdę to powinno się pocałować osobę, która jest najbliżej, bo to przynosi szczęście na cały tydzień! – zmyślałem na poczekaniu! Nie chciałem kłamać i poniekąd bynajmniej nie było to kłamstwem. Przecież taki pocałunek teraz sprawiłby mi niewysłowioną radość i byłby zapowiedzą cudownego tygodnia! Więc chociaż wymyśliłem coś tak głupiego i banalnego, to jednak było prawdą!
Zdawałem sobie sprawę, że to zbyt dziecinne i nauczyciel może się tylko roześmiać i powiedzieć, że to brednie, jednak ja musiałem spróbować. Pragnąłem tego jednego buziaka, jak pluszowy miś! Bardzo, bardzo, bardzo!
~ * ~ * ~
To zabawne. Nigdy o tym nie słyszałem. Widać każde pokolenie wymyślało nowe przesądy, a ten był taki zabawnie naiwny, ale chyba jednak prawdziwy, bo przecież dla mnie już sam ten pocałunek byłby małym Rajem, a to znaczyło, że może i Fillipowi przyniósłby tydzień szczęścia, po tym niezbyt udanym dniu. Nie pragnąłem niczego bardziej, jak właśnie takiej chwili radości dla Ślizgona.
- Nie wiedziałem o tym. – powiedziałem szczerze. Już nie mogłem się powstrzymać. Byłem pewny, że to zrobię. Jeden buziak, który zapewni chłopcu cały tydzień radości! Jeden buziak, który przerodzi się w całą Wieczność dla mojego serca. – Bardzo chcę żebyś miał dobry tydzień. – zapewniłem.
Odwróciłem chłopca w swoją stronę i pochyliłem się nad nim.
~ * ~ * ~
Przymknąłem oczy.
Jeśli teraz Marcel usłyszy jak szybko bije mi serce będzie po wszystkim! Ciszej! Bij ciszej! Przecież jest tak blisko! Zaraz cię usłyszy i ucieknie! Wolniej, ciszej!
Był tak blisko! Jego zapach, ciepło. Czy jego serce także tak szaleje? Naprawdę chciałbym to wiedzieć. Czy tak samo jak moje wyrywa się z piersi? Czy podchodzi mu z nerwów do gardła?
Tak blisko... I wtedy słodki, mały, niewinny buziak... Prosto w policzek! Jak zawsze!
Nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem się głośno śmiać niemal tarzając po fotelu. Wiedziałem, że profesor patrzy na to zdziwiony, jednak ja mogłem tylko machnąć ręką, by się nie przejmował i nadal chichotałem bez opamiętania.
Jaki on był słodki! Nie ja, nie ten dziwny strój dyni! To Marcel był słodki! On, on, on!
Z trudem mogłem się powstrzymać. Buziak w policzek! Mam najszczęśliwsze policzki na świecie!
~ * ~ * ~
Nie miałem pojęcia, co tak rozbawiło Fillipa, ale cokolwiek to było naprawdę się z tego cieszyłem. W końcu się uśmiechał. Był radosny, a to najważniejsze. Widać ten przesąd działał. I to od razu, gdy tylko dało się innej osobie buziaka. Zaskakujące.
Pogłaskałem chłopca po głowie i odgarnąłem mu z twarzy włosy. Mój Anioł otarł oczka rękawem swetra i wspiął się na fotel.
- Ja też chcę by pan miał dobry tydzień! – zapewnił i ułożył usteczka w dzióbek dotykając nimi mojego nosa.
I nagle to ja byłem bezgranicznie szczęśliwy! To ja miałem ochotę śmiać się, płakać ze szczęścia i krzyczeć z radości!
Małe, słodkie usteczka na mojej skórze. Mój rozkoszny Fillip. Mój Anioł.
I nagle dostałem kolejnego takiego buziaka, a Ślizgon uśmiechnął się cudownie.
- A to, jako podziękowanie. – na chwilę przygryzł wargę, ale szybko zabrał z niej ząbki. – Za to, że poprawił mi pan humor i powiedział tyle miłych słów! I w ogóle...
~ * ~ * ~
Zacząłem się zacinać i plątać. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, a jednak chciałem mówić dalej!
~ * ~ * ~
I co ja miałem odpowiedzieć komuś tak rozkosznemu? Nie wiedziałem. Odebrało mi mowę.
Pogłaskałem go po głowie i naraz obaj zaczęliśmy się śmiać. Ciepło, głośno i z prawdziwą radością.
To był niesamowicie dziwny wieczór. Może wpłynęło na to Halloween, a może po prostu taki miał być, gdyż takim zaplanował go Pan?
Nieważne, nieistotne.
Byłem szczęśliwy.
poniedziałek, 28 września 2009
Parapluie
Całą drogę do Hogwartu zaprzątało to moje myśli i sprawiało, że nie mogłem w pełni cieszyć się powrotem do szkoły. Chociaż czasami usilnie próbowałem skupić się na wyobrażeniu sobie spotkania z profesorem Camusem, lub zajęć z nim, balonik wewnątrz mnie nie dawał mi spokoju ani na chwilę. Było to denerwujące, jednak nieuniknione. Musiałem sobie przypomnieć, jeśli chciałem zaznać spokoju, a tym bardziej, jeśli chciałem by nauczyciel latania był jedynym w moich myślach.
Pamięć jak na złość stawiała opory, ale zaskoczyła niespodziewanie w najmniej pożądanym momencie. Jechaliśmy już powozem, kiedy zaczął padać deszcz. Nie było żadnego lekkiego, małego deszczyku. Od razu zaskoczyło nas prawdziwe oberwanie chmury. Wielkie i ciężkie krople rozbijały się o szybę, dach i każdą inną powierzchnię, na jaką trafiło. Ochłodziło się, a na ziemi w przeciągu kilku minut wytworzyły się wielkie kałuże.
Tak, nie było wątpliwości. Tym, czego zapomniałem był parasol. Na domiar złego nie mogłem liczyć na kolegów, ani Olivera. Każdy z nich miał niewielką parasoleczkę, pod którą mieściła się jedynie jedna osoba, w dodatku dziecko, jako że dorosłemu takie maleństwo nie dałoby wiele. Chociaż siedziałem bezpiecznie w powozie, to już czułem przemoczone trampki i przenikliwe zimno, które czeka mnie, gdy tylko wyjdę na deszcz i spróbuję jakoś przedostać się do zamku.
- Zapomniałeś? – Oliver szturchnął mnie wybudzając z tego sennego zamyślenia. Z początku nie wiedziałem, o co mu chodzi, jednak domyśliłem się, kiedy patrzył na mnie przenikliwie. – Z twojej twarzy można wszystko wyczytać i tylko ślepy by tego nie zauważył. – mruknął.
- Tak... Tak... – zaniepokoiło mnie jego spostrzeżenie. Jeśli byłoby to prawdą Camus wiedziałby, że się w nim kocham, a przecież nie miał pojęcia! Nie mógł o tym wiedzieć, gdyż nasze stosunki były wręcz idealne, a gdyby znał mój sekret na pewno więcej nie pokazałby mi się na oczy. Oliver musiał się mylić, bo Marcel wcale nie był ślepy, a przecież moja tajemnica nadal pozostawała tajemnicą.
- A tym razem, co się dzieje? – mruknął niezadowolony przykładając mi dłoń do czoła i sprawdzając czy nie mam gorączki, patrząc w oczy jakby czegoś w nich szukał. – Nie jesteś chory.
- Oczywiście, że nie jestem! – sycząc odsunąłem się od niego. Ten to miał pomysły. – Zapomniałem parasola, z wami nie pójdę, więc będziesz musiał zdobyć dla mnie jakiś, kiedy dotrzesz do zamku. Z resztą chłopcy ci pożyczą. – wskazałem przytakujących kolegów, z którymi jechaliśmy. Na moim miejscu też nie wyglądałbyś na szczególnie szczęśliwego. – skarciłem kuzyna.
- Dobrze już, bez zbędnych wykładów, Fillipie. – machnął na mnie ręką. Miałem ochotę mu ją odgryźć by nauczył się, że mnie nie wolno ignorować, kiedy się denerwuję, jednak nie miałem na to zbyt wiele czasu.
Powóz zajechał już przed bramę zamku i zatrzymał się. Jako pierwsi wysiedli starsi uczniowie tłumacząc głośno, że ze względu na pogodę ten kawałek od bramy głównej do zamku mamy przejść pieszo. To już całkowicie wykluczyło możliwość pobiegnięcia do zamku. Musiałem zostać w powozie i poczekać na kuzyna.
- Wrócę, kiedy tylko dadzą mi parasol. – obiecał Oliver i wyszedł na deszcz za kolegami kuląc się by nie zmoknąć mimo parasola w ręce.
Westchnąłem i usiadłem ciężko, czekając. Miałem nadzieję, że powóz nie odjedzie skoro byłem w środku. Wtedy miałbym jeszcze większy problem i już z całą pewnością nie uniknąłbym przemoczenia butów i ubrań, a zapewne nawet choroby.
Podparłem głowę ręką i czekałem wytrwale. Najgorsze było to, że nie wiedziałem ile czasu minęło odkąd chłopcy wyszli i ile jeszcze musiałem czekać na Olivera. Wydawało mi się, że to trwa i trwa, i nie chce się skończyć. Dziewczyny z pewnością siedziały już w Wielkiej Sali i piszczały na widok Camusa, a ja byłem uziemiony i to tylko, dlatego, że zapomniałem parasola, który wydawał się zupełnie niepotrzebny, kiedy wsiadałem do pociągu. Gdyby nie to siedziałbym z kolegami i kuzynem nieprzytomny z radości, że znowu jestem w szkole i mogę codziennie spotykać się z nauczycielem latania. Nie potrafiłbym usiedzieć spokojnie czując łaskotanie motylich skrzydełek w brzuchu, nie mógłbym oderwać wzroku od wspaniałej postaci profesora i co najważniejsze, może nawet zdołałbym zamienić z nim kilka słów, lub chociaż przywitać się. Może dziewczyny już to zrobiły i ubiegły mnie? Może nawet otoczyły Camusa nie pozwalając mu usiąść na miejscu i niby przypadkiem dotykały go, lub ocierały się o jego ubrania?
Wzbierała we mnie wściekłość na myśl o takiej ewentualności. Nie ważne czy brudny i mokry, czy też nie. Musiałem natychmiast zjawić się w Wielkiej Sali i udaremnić jakoś atak uczennic na nauczyciela! Musiałem go obronić i mieć dla siebie nawet, jeśli miałem przypłacić to poważną chorobą!
Otworzyłem drzwi powozu marszcząc nos. To była najprawdziwsza ulewa! Zebrałem siły i całą odwagę, jaką miałem i wyszedłem na zewnątrz z zamkniętymi oczyma. Nic się nie działo, nie czułem chłodu, nie padało, chociaż słyszałem deszcz. Podniosłem przed siebie ręce. Były suche, a przecież kawałek przede mną wielka kałuża stawała się jeszcze większa przez wpadające do niej kolejne krople. Spojrzałem w górę.
Krwiście czerwone róże nie przepuszczały wody zwarte ze sobą niesamowicie ciasno. Ich łodyżki przeciskały się między rozwiniętymi, wspaniałymi kwiatami zmierzając w jego miejsce.
- Parasol? – zapytałem głośno samego siebie spoglądając w bok.
~ * ~ * ~
Nie wiem czy było to przerażenie czy zaskoczenie, jednak twarz Fillipa przybrała prawdziwie osobliwy wyraz. Wpatrywał się w guziki mojego płaszcza sunąc wzrokiem coraz wyżej. Serce niemal zamarło mi w piersi, kiedy to robił. Jego głowa unosiła się powoli, a usteczka otwierały. Spotkanie naszych oczu było jak nagły i oślepiający błysk. Oślepiało na tę niepozorną sekundę, zatrzymywało bicie serca, oddech, czas i chociaż było to tylko chwileczką, to jednak wydawało się trwać i zapisywało w pamięci.
- Tak, Fillipie, to parasol. – potwierdziłem łagodnie. Mógłbym dodać, że stworzony specjalnie dla niego, gdy zobaczyłem, że nie ma go ze znajomymi i kuzynem, jednak to zdradzałoby moje uczucia, które i tak były już nazbyt oczywiste.
Z całą pewnością nie trzeba było wiele by zauważyć, że niecierpliwie na kogoś czekałem, że starałem się wypatrzeć kogoś w tłumie uczniów, że mój płaszcz drgał od szybkich i mocnych uderzeń serca, oddech był głośny i nierówny, a usta drżały podobnie jak dłonie. Właśnie, dlatego, iż nie potrafiłem tego ukryć starałem się stać z boku niezauważony przez nikogo. Zbyt wiele ryzykowałem poddając się ciepłu i słodyczy uczuć, ale gdybym usiłował wyprzeć je z siebie tylko raniłbym serce i duszę.
Chciałem zobaczyć Fillipa. Tylko spojrzeć na niego i w ten sposób zadowolić swoje pragnienie jego bliskości. Jedno spojrzenie, chociażby najkrótsze, a byłbym zbawiony, a mógłbym uspokoić swoje serce, oswoić gromadzące się w nim uczucia i dalej udawać, że jestem tylko zwyczajnym nauczycielem miłym dla jednego z wielu uczniów.
Gdy nie zobaczyłem mojego Anioła wśród tej gromady uczniów zaniepokoiłem się, desperacko poszukując go wzrokiem po błoniach, wśród ostatnich wchodzących uczniów. Moja dusza była wtedy rozrywana na strzępy, jednak szybko odrodziła się, gdy jeden powóz zamiast odjechać stał pod bramą. Nie byłem pewny czy jest to możliwe, jednak wierzyłem głęboko, że stał się mały cud. Jeden z wielu, jakie darował mi Pan od dnia spotkania z Fillipem.
I ziściło się kolejne z moich małych marzeń, a Ślizgon stał przy mnie równie słodki jak zawsze.
- Możesz dotknąć, Fillipie. – uśmiechnąłem się. Moje serce biło już spokojnie, byłem opanowany i rozważny. Moje ogromne pragnienie zostało zaspokojone. Anioł znowu był ze mną, moje myśli wróciły na normalny tor i nie musiałem obawiać się samotności płynącej z braku chłopca.
~ * ~ * ~
Był taki jak zawsze. Idealny, uśmiechnięty, miły, niewinny na tyle na ile niewinnym mógł być mężczyzna. Jego oczy nieprzerwanie miały w sobie ten cudowny blask, kształt warg kusił i studził zapał tych, którzy mieliby nadzieję ich skosztować. Znowu czułem w ustach smak miodu ze śniadania. Z największym trudem zdołałem oderwać spojrzenie od nauczyciela. Chciałem widzieć go zawsze, do końca świata móc widzieć tylko jego i nikogo innego.
Przypomniały mi się słowa Olivera, który mówił, że moja twarz zdradza wszytko. Speszyłem się, zaniepokoiłem i szybko wbiłem spojrzenie w parasol nade mną. Wyciągając rękę dotknąłem materiału.
- Prawdziwe! – krzyknąłem zaskoczony, a wspaniały śmiech profesora wypełnił powietrze zachwycając nawet wiatr, który złagodniał wsłuchując się w ten cudowny dźwięk.
- Tak, są prawdziwe. – Camus przyglądał mi się, wiedziałem o tym, chociaż sam nie miałem już odwagi popatrzeć na niego. Zamiast tego starałem się podziwiać parasol z najprawdziwszych róż. Kwiaty chroniły nas przed deszczem, łodyżki splatały się na środku, zaś kolce znikały w miejscu, za które nauczyciel trzymał ten niesamowity parasol.
~ * ~ * ~
Gdybym mógł w ogóle nie ruszałbym się z miejsca. Stałbym tam wpatrując się w słodki Cud przede mną, a uśmiech nie schodziłby mi z twarzy. Te wspaniałe, rozradowane oczka, rozkosznie czerwone usteczka i nagle rumiane policzki.
Nie liczyła się różdżka w kieszeni, testrale, których Fillip nie mógł zobaczyć, zaczarowana brama zamku, która wpuszczała na teren szkoły wyłącznie pożądane osoby. Magię, której zawsze szukałem miałem przed sobą i w sobie, Ślizgona i uczucia do niego. Kolejna zaklęta w kuleczce chwila spędzana razem, która trafi do mojej bezcennej szkatułki, którą dostałem od chłopca.
- Musimy iść, Fillipie. Niedługo zacznie się uczta. – nie chciałem tego mówić, jednak musiałem. Z pewnością nie wypadało nam spóźnić się na Ceremonię, a tym bardziej całkowicie ją opuścić. Chociaż bardzo bym chciał miałem swoje obowiązki, a doprowadzenie mojego Anioła na czas było właśnie jednym z nich.
Chłopiec westchnął głośno i przytaknął.
- Dobrze. – stanął blisko mnie, a kiedy ruszyłem powoli on podreptał ze mną. Starałem się iść tak by mógł omijać kałuże, a tym samym nie musiał wychodzić spod parasola. Nie chciałem by przemoczył buty, lub zmoknął. Właśnie, dlatego stworzyłem ten parasol. By mój największy skarb dotarł suchy do zamku.
~ * ~ * ~
Serce pędziło jak oszalałe, jego głośne uderzenia mieszały się z szumem deszczu i cieszyłem się niesamowicie, że na dworze było tak głośno, gdyż profesor mógłby usłyszeć to szaleńcze bicie, a wtedy spaliłbym się ze wstydu. Specjalnie usiłowałem iść jak najbliżej niego i przypadkiem ocierać się o niego ramieniem. Sprawiało mi to tak niesamowitą radość i teraz, kiedy wiedziałem, że dziewczyny nie mogą tego robić nie potrafiłem się powstrzymać. To było niemal jak bezpośredni dotyk, a przecież materiał ubrań nie był wcale tak gruby, a pod nim obaj mieliśmy nagą skórę.
Spłonąłem, kiedy to sobie uświadomiłem. Nie potrafiłem pozbyć się sprzed oczu obrazu nagiej skóry profesora, której mógłbym dotykać. Nie wiedziałem, jakie uczucie może towarzyszyć dotykaniu jej, tak jak nie znałem smaku jego warg.
- Przepraszam, że musi się pan przeze mnie fatygować. – powiedziałem z zamkniętymi oczyma by pozbyć się drżenia głosu. Zaraz potem mogłem unieść powieki uspokajając się odrobinę. Jeśli będę z nim rozmawiał nie będę myślał o dziwnych rzeczach. A jeśli on czyta w myślach? Znowu byłem cały czerwony!
- To nie fatyga, to przyjemność, że mogę ci jakoś pomóc, Fillipie.
Chciałem się na niego rzucić. Przystanąć, podskoczyć, by móc zarzucić mu ramiona na szyję i przytulić się z całych sił. Gdyby to było możliwe podpisałbym go, by każdy wiedział, że jest mój i nikt inny nie ma do niego prawa! Nie ważne, że byłem samolubny. Marcel był mój i tylko mój nawet, jeśli o tym nie wiedział!
~ * ~ * ~
Ramionko Fillipa ocierało się subtelnie o moje ramię. Usilnie starałem się opanować uśmiechając lekko, tak jak zawsze, podczas gdy w środku cały wrzałem, byłem nieprzytomny z radości i czułem, że mógłbym unieść się w powietrze gdybym tylko pozwolił sobie na uwolnienie całej tej bomby uczuć, jaką w sobie kryłem.
Gdybym tylko mógł go złapać i zamknąć w ciasnym uścisku swoich ramion, jak złotego, cudownego ptaszka w klatce. Zamknąłbym go na kłódkę, a kluczyk włożył w serce by zawsze mieć go właśnie tam, a później sprawiłbym, że klatka zniknie by był wolny, gdyż nie miałbym serca narzucać mu czegokolwiek.
- Oj... – to krótkie słówko zabrzmiało niesamowicie słodko, gdy stanęliśmy przed większą i niemożliwa do przejścia kałużą, jako że nikła dopiero gdzieś w trawie. Buty chłopca z całą pewnością nie przetrwałyby tego suche.
Byłem wdzięczny za deszcz, za błoto i to minimalne jeziorko na środku naszej ścieżki.
- Potrzymaj proszę parasol. – podałem go chłopcu, który gryząc wargę wziął go i patrzył na mnie niepewny. Nie bał się, tego byłem pewien, ale nie potrafiłem odgadnąć czy wie, co zamierzam, czy też nie.
Wziąłem go na ręce tak, by się nie ubrudzić od jego butów, ale także przede wszystkim by parasol zakrywał go całego.
~ * ~ * ~
Chciałem piszczeć! Ze szczęścia, dla samego piszczenia, by odreagować. Chciałem krzyczeć głośno i uwolnić całe to szczęście, które pęczniało w moim brzuchu, pozbyć się łaskotania w piersi. Chciałem płakać z radości!
*
Nie powiedziałem Oliverowi, że to Camus pomógł mi dotrzeć do zamku. Skłamałem, ze pomógł mi jakiś starszy Krukon przygarniając mnie pod swój parasol, gdy sprawdzał, czy nikt nie został z tyłu. Spotkałem się z kuzynem akurat, gdy ten wybiegał z Wielkiej Sali. Zaraz po przyjściu do zamku ich parasole zniknęły i z tego, co zdołał się dowiedzieć miały zostać wysuszone przez Skrzaty Domowe i pojawić się w naszych pokojach. Na szczęście chłopak nie musiał już się o mnie martwić, a ja mogłem uczestniczyć w Ceremonii Przydziału i uczcie rzucając ukradkowe spojrzenia na stół nauczycielski i nauczyciela latania. Musiałem mu podziękować za to, co dla mnie zrobił.
Zwyczajne ‘dziękuję’, jakie powiedziałem, kiedy doniósł mnie do zamku było niewystarczające. Powinienem mu coś dać, chciałem tego, ale zupełnie nie wiedziałem, co. Do głowy przyszedł mi tylko buziak, a przecież to nie byłoby podziękowaniem. Poniekąd skradłbym coś bardzo cennego nawet, jeśli musnąłbym tylko jego policzek. On pomógł mi, a ja samolubnie zrobiłbym coś by tym bardziej zadowolić siebie. Postanowiłem improwizować, a okazja nadarzyła się zaraz po posiłku. Uczniowie i nauczyciele rozeszli się szybko, a ja odesłałem kuzyna do pokoju. Zostałem w Wielkiej Sali pod pretekstem podziękowania wybawicielowi, co tym razem nie mijało się z prawdą. Poczekałem aż Oli opuści pomieszczenie i sam wyszedłem by poczekać na korytarzu na Camusa.
Miałem ogromne szczęście, ponieważ wychodził, jako ostatni i nikt nie mógł nas zaskoczyć. Kiedy mnie dostrzegł uśmiechnął się i skinął mi głową. Odwzajemniłem uśmiech zachwycony na nowo profesorem.
- O co chodzi, Fillipie? – uwielbiałem sposób, w jaki wypowiadał moje imię. Pieszczotliwie i delikatnie, czule, właśnie tak chciałem to słyszeć.
- Chciałbym panu podziękować za pomoc... Co roku mi pan pomaga w tym pierwszym dniu. – zauważyłem nie potrafiąc nawet ukryć wypieków na twarzy. To była prawda. Potrafiłem się w coś wpakować każdego pierwszego dnia szkoły, a Marcel zawsze był blisko i ratował mnie z opresji.
~ * ~ * ~
- Przecież już podziękowałeś. – byłem zaskoczony. Chłopiec nie musiał przecież dziękować w żaden specjalny sposób za pomoc, ale te rumiane policzki były dla mnie wystarczającym podziękowaniem. Piękniejsze niż nie jeden kwiat, słodkie i tak pełne wdzięku! Zachwycające.
- Ale to za mało. – mruknął wpatrując się w podłogę.
Kochałem go za to, jaki był. Niewinny, rozkoszny, po prostu był sobą, a ja nie potrafiłem opanować czułości.
Pochyliłem się i pocałowałem go w skroń.
- Naprawdę nie musisz dziękować więcej. – szepnąłem mu na ucho i chciałem się odsunąć, kiedy nagle on złapał mnie za krawat uniemożliwiając wyprostowanie się.
Popatrzyłem na niego o wiele bardziej zdziwiony niż na początku, a on spłonął rumieńcem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Wyglądał jak małe ognisko i wydawał się przerażony tym, co zrobił.
Patrzyłem na niego, a on na mnie. Chociaż panowała cisza wydawało mi się, że wszystko wiruje i szeleści, a my stoimy nieruchomo pośrodku tej karuzeli.
Fillip przełknął z trudem ślinę.
- D... Dziękuję! – krzyknął i pocałował mnie w policzek szybko. Puścił krawat i odbiegł speszony zostawiając mnie zszokowanego na środku korytarza.
Jakiż on był słodki!