niedziela, 22 lutego 2009

Flamme

Z trudem mogłem w to uwierzyć, ale i nie byłbym w stanie temu zaprzeczyć. Ostatni mecz quidditcha w tym roku był nasz. Slytherin pokonał Gryffindor bez najmniejszych problemów. Rozgromiliśmy Gryfonów i teraz puchar miał zdobić ścianę naszego dormitorium. Cieszyłem się jak dziecko mogąc być częścią zwycięskiej drużyny. Nawet, jeśli w tamtym roku wygrana należała do nas, to teraz było to równie niesamowitym przeżyciem. Moje serce biło szybko, a policzki bolały od uśmiechu. Ogólna radość rozpierała całe moje ciało, każdą drobną komórkę.

Na twarzy nauczyciela latania widziałem subtelny uśmiech zadowolenia, co tylko potęgowało moją radość. Kiedyś to on grał, zwyciężał i nauczył mnie kochać ten wspaniały sport, którego część stanowił. Teraz czułem, że jest ze mnie dumny, nawet nieśli tylko sobie to wymyśliłem. To jego ciepły głos, kojące słowa dodawały mi otuchy przez wszystkie długie dni ćwiczeń, a teraz pozwoliły sięgnąć po słodki i hipnotyzujący owoc wygranej.

Cały tłum ubranych na zielono-srebrno uczniów wybiegł na boisko i ściskał moich kolegów i naszą szukającą. Mnie udało się uniknąć tego rozentuzjazmowanego grona chyba tylko cudem. Gdyby Oliver nie przepchał mnie w bezpieczne miejsce obaj stalibyśmy się ofiarami. Teraz przynajmniej mogliśmy przeczekać pierwsze fale radości ukryci za kolumnami boiska.

- Dzisiaj świętujemy, Fillipie – rzucił szczerząc zęby – Jemy, co popadnie i pijemy sok z dyni do upadłego. – wiedziałem, że wolałby prawdziwą zabawę z tej okazji zamiast uczniowskiego świętowania, jednak musiał poczekać na to kilka lat. Slughorn zbyt dobrze pilnował naszych poczynań by którykolwiek ze Ślizgonów miał okazję złamać chociażby jeden punkt regulaminu.

- Ja przyjdę później- rzuciłem udając niezadowolonego – Muszę poprawić zaklęcia, a podobno Camus uczył kiedyś tego przedmiotu. Może mi wytłumaczy kilka rzeczy. Kiedy tylko skończę przyjdę do was, więc zostawcie mi wielki kawałek ciasta z dyni i kilka pasztecików. – nie chciałem go okłamywać, ale było to jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji. Chciałem świętować nasze zwycięstwo z Marcelem, nawet, jeśli oznaczało to narzucanie mu się w chwili, gdy chciałby odpocząć. Potrzebowałem tego, jak nigdy i wiedziałem, że mogę liczyć na jego ciepło i spokój. Poza tym musiałem upewnić się, co do jego umiejętności władania żywiołami, a do pełnej diagnozy potrzebowałem tylko dowodu, iż także ogień jest mu całkowicie posłuszny. Widziałem w nim kogoś naprawdę magicznego. Sam Merlin, czy dyrektor Hogwartu nie mogli się z nim równać.

- Niech będzie, tylko wracaj szybko – Oliver wypchnął mnie zza kolumny i razem z tłumem zmierzającym w stronę zamku wracałem krzycząc, ciesząc się oraz szalejąc.

Pożegnałem kuzyna klepnięciem w ramię przy Wielkiej Sali. Podwieczorek z całą pewnością czekał na nas w Pokoju Wspólnym, więc musiałem wierzyć, że przyjaciele coś dla mnie zostawią. Oli z całą pewnością coś musiał uratować, więc byłem spokojniejszy.

Biegiem rzuciłem się w stronę korytarza prowadzącego prosto do gabinetu profesora Camusa. Sam nie byłem pewny swoich uczuć w tamtej chwili. Obawa mieszała się ze szczęściem, podniecenie po wygranej z tym, jakie wywoływała świadomość kolejnego spotkania z nauczycielem. Szalałem na jego punkcie, a quidditch potęgował moje obłąkańcze pragnienia zbliżenia się do delikatnego i męskiego mężczyzny, który urzekał mnie czułym spojrzeniem, mocą i tysiącami drobnych iskierek, które wydawały mi się w koło niego unosić przykuwając moją uwagę, zawsze, gdy był blisko. Tylko miotła potrafiła na te krótkie chwile sprowadzić mnie na ziemię z obłoków, a przecież to właśnie on dał mi ten słodki lek na ogromne pragnienie jego miłości.

Zziajany zatrzymałem się na zakręcie korytarza w pobliżu drzwi do gabinetu. Camus stał właśnie przy nich i przekręcał zaczarowany klucz by dostać się do środka. Spojrzał na mnie z subtelnym zdziwieniem i wydawał się uśmiechem nagradzać mój pośpiech.

~ * ~ * ~

 

Cokolwiek przywiodło mojego Anioła w to miejsce musiało być zgodne z wolą mego Pana. Po prostu to wiedziałem i czułem całym sobą. Blask lampy za plecami chłopca i padający na jego twarz cień zachodzącego powoli słońca tworzyły refleksy na ścianie za nim i sprawiły, że wyglądał jakby właśnie rozkładał skrzydła i miał odlecieć.

Oczyma duszy widziałem jak podbiegam do niego i polatam ramionami by nie uniósł się ponad ziemię i nie zostawiał mnie samego. Potrzebowałem go bardziej niż powietrza i gdyby rzeczywiście niespodziewanie odfrunął moje serce utonęłoby w nieskończonej ciemności smutku.

Otworzyłem drzwi i stanąłem z boku pokazując Fillipowi, że może wejść do środka. Nieśmiało zbliżył się ważąc każdy krok, jakby w każdej chwili płyty pod jego stopami mogły zacząć się zapadać.

Możliwość patrzenia na niego była dla mnie prawdziwą rozkoszą w tamtej krótkiej chwili. Doceniałem dzięki temu czas i czułem jego magię. Niesamowitą moc, jaką stanowił, siłę, jaką dawał tym, którzy mieli nad nim władzą i uległość wobec tej przytłaczającej potęgi, od której zależało przecież moje życie, szczęście i możliwość spotykania się z młodziutkim Ślizgonem. Zegary posiadały przecież moc równie wielką, co magiczne różdżki, a drogie sercu chwile, warte były więcej niż nie jedno zaklęcie, czy eliksir. Nie dało się porównać radości wywołanej przez chociażby krótkie, ale za to jakże rozkoszne sekundy bliskości Fillipa, z pięknymi, ale nieprawdziwymi szklanymi motylami, które dzięki czarom unosiły się w powietrzu łapiąc w swoje kruche skrzydełka ciepłe promienie słońca, drobne krople deszczu, czy nawet kolory tęczy. Prawdziwe piękno kryło się wszakże w pełnych radości oczkach, słodkim uśmiechu i całym Anielskim obliczu Ślizgona.

- Slytherin świętuje zwycięstwo, a co robi u mnie najsłodsza z pociech tego Domu? – położyłem dłoń na jego głowie, gdy wchodził do mojego gabinetu.

- Świętuje... – chłopiec opuścił głowę, ale pewnie wszedł do środka. Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby zaskoczony tym, że pokój się zmienił. Nie robiłem tego często, jednak ostatnio podczas pełnych słońca, ciepłych dni tęskniłem za spokojem i pięknem Katedry mojego miasta. Właśnie, dlatego przemieniłem mój gabinet w taki sposób by przypominał wnętrze gotyckiego kościoła z wielkimi oknami, witrażami i przepychem pięknych zdobień.

- Mogę to zmienić – zastrzegłem na wypadek, gdyby Fillip nie czuł się tu swobodnie.

- Nie, nie! – odwrócił się gwałtownie – Tu jest pięknie... Naprawdę!

 

~ * ~ * ~

 

Nie spodziewałem się czegoś takiego i z trudem wypowiedziałem te kilka słów. Profesor zawsze miał wyjątkowy gust i styl, a to tylko odzwierciedlało piękno jego duszy i magię, jaka zawsze go wypełniała. Gdyby zgodził się pokazać mi, w jaki sposób włada ogniem, gabinet mógłby spotęgować wrażenia wywołane przez sam żywioł.

Miałem ochotę powiedzieć mężczyźnie, że kocham go ponad wszystko i, że uwielbiam to wnętrze tak samo jak wszystko, co stworzył. Z trudem się przed tym powstrzymywałem nie chcąc zniszczyć nie tylko własnych fantazji, jak i tego dziwnego związku, jaki był między nami.

- Chciałbym świętować z panem – przyznałem się podnosząc głowę na tyle wysoko by móc spojrzeć w jego przepiękne oczy i zatracić się w nich. Nie mogłem wyobrazić sobie piękniejszej chwili niż ta obecna. Jakieś nadzwyczajne kryształki, znowu unosiły się w koło profesora sprawiając, że wyglądał jak majestatyczny książę z jednej z bajek dla dziewczyn. Zupełnie jakby został namalowany sprawną ręką artysty, a kształt tak idealny nadał mu dokładny opis autora, który w realnym świecie, jaki stworzył wewnątrz swej powieści sam zatracił swoje życie.

- Czemu tak na mnie patrzysz, Aniele? – palec nauczyciela spoczął delikatnie na moim nosie. Wysilając się skupiłem na nim wzrok i dopiero po chwili zrozumiałem, co tak naprawdę robię. Zaczerwieniłem się spieszony tym, jak musiałem wpatrywać się w Marcela.

- To... To nic takiego! – wyrzuciłem z siebie szybko, ale nie potrafiłem oderwać wzroku od tego wspaniale kojącego spojrzenia, jakim obdarzył mnie profesor. Ginąłem i odradzałem się w blasku jego oczu, w lustrze, jakie stanowiły. Z trudem oddychałem widząc swoje własne odbicie na tle szarych tęczówek. – Chciałem być tu z panem – pozwoliłem sobie powiedzieć nie myśląc nawet o tym. Kiedy Camus roześmiał się cicho ja nie pamiętałem już nawet, co przed chwilą powiedziałem. Byłem w jego mocy, oddany i pełen pokory, byłem niewolnikiem władzy, jaką miał nade mną.

- Jesteś rozkoszny, Fillipie – objął moje policzki dłońmi i złożył ciepły pocałunek na moim czole. Rozpalony z trudem wytrzymałem palące pragnienie proszenia o więcej. Czułem się wyjątkowy i piękny, niemal unosiłem się w powietrzu mając świadomość, że nikt inny nie przeżył z nauczycielem tak wiele jak ja. Żadna z uczennic, żaden uczeń, a może nawet nikt poza rodziną profesora.

- Czy ja mogę? Wydawało mi się, że cieszył się pan, że zwyciężyliśmy... Że zostaliśmy mistrzami szkoły...

- Jestem nauczycielem, Fillipie. Nie mogę mieć faworytów – spuściłem głowę rozumiejąc, że miał rację, a ja się wygłupiłem. Było mi wstyd – Jednak masz rację. Wasza wygrana bardzo mnie uszczęśliwiła. Twoja wygrana, Fillipie.

 

~ * ~ * ~

 

Moje sprostowanie sprawiło, że jego delikatne policzki rozjarzyły się jeszcze bardziej. Moje dłonie przy nich były zapewne lodowate. Przyłożyłem je do dwóch słodkich ognisk na tej ślicznej buźce, by złagodzić jakoś katusze, jakie przeżywał chłopiec.

- Jak chciałbyś świętować, misiaku? – ogarnęła mnie niesamowita czułość względem Ślizgona. Miałem ochotę przytulić go mocno i zagrozić, że już więcej nigdy nie wypuszczę go z więzienia swoich ramion, katować pocałunkami i śmiać się głośno, kiedy próbowałby uwolnić się ode mnie.

- Niech pan zrobi coś z ogniem... – jego skupiony wzrok i poważna nagle mina mówiły mi, że chłopiec ma także inne plany, co do tego życzenia. Raczej nie chciał tylko widzieć jak bawię się jednym z żywiołów, ale z pewnością wykorzystywał okazję by dowiedzieć się, jak wiele potrafię. Musiał zauważyć, że rozpracowałem jego niezbyt skomplikowany plan, bo od razu stał się potulny i łagodny, jak wystraszony szczeniak. – Ja... Chciałbym to zobaczyć. Chcę wiedzieć, czy naprawdę ma pan władzę nad wszystkimi żywiołami, a widziałem każdy poza ogniem... – przyznał się przygryzając wargę – Pokaże mi pan? Proszę...

- Zrobię wszystko, co zechcesz, Fillipie. Nie musisz prosić – rzuciłem łagodnie siadając na środku gabinetu na ziemi. Chłopiec jakby na rozkaz usiadł przede mną wtulając plecy w moją pierś i czekał. Nie potrafiłem mu odmówić, musiałem pokazać wszystko, co byłem w stanie zrobić w tej jednej chwili. Nie chciałem mieć przed nim tajemnic, co do tego rodzaju mojej mocy. Władałem nią dla niego, więc z rozkoszą planowałem spełnić jego życzenie.

W końcu każdy jego rozkaz był dla mnie świętym i nigdy nie byłbym w stanie sprzeciwić się temu Aniołowi.

 

~ * ~ * ~

 

Marcel podał mi zapałki i poprosił bym zapalił jedną, kiedy poczuje na swoim ramieniu jego brodę. Objął mnie ramieniem w pasie i z uśmiechem zaznaczył, że wiele nie zrobi musząc wymyślać to na bieżąco, jednak obiecał, iż postara się najlepiej jak potrafi.

Nie mogłem się tego doczekać. Niemal drżałem z podniecenia.

Widziałem jak mężczyzna wyciąga przed siebie dłoń wnętrzem do góry, delikatnie rusza palcami i nagle wraz z jego cichym szeptem, przypominającym zaklęcie opuścił głowę na moje ramię. Zapaliłem zapałkę i przyłożyłem płomień do otwartej dłoni. Niewielkie drewienko, które jeszcze przed chwilą trzymałem zniknęło, zaś Marcel trzymał przede mną kulę ognia wielkości melona. Ciepło uderzyło mnie przyjemnie w twarz i rozgrzało całe ciało. Nauczyciel dmuchnął lekko, a jego oddech schłodził przyjemnie moją szyję, a zaraz potem ogień unosił się w powietrzu sam, podczas gdy dłoń mężczyzny spoczęła na moim brzuchu.

Płomienie rozdzieliły się na dwie mniejsze kulki i zmieniając kształt przybrały postać węża i lwa. Gad okręcił się w koło ssaka, który nagle rozpłynął się pozostawiając po sobie wyłącznie ciemny, przyjemnie pachnący dym. Wąż niespodziewanie przemienił się w miotłę i rozdzielił na wiele mniejszych. W koło nas fruwało kilkanaście drobnych Ścigaczy zostawiając za sobą refleksy jasnego blasku, kiedy tak wymieniały się miejscami niemal tańcząc wokół nas.

Mieniło mi się przed oczyma i rozpływałem się w cieple, jakie dawała ta kojąca żółć, czerwień, pomarańcz. Wszystko wydawało mi się snem, kiedy ogień przybierał tak wyraźną postać, rozmazywał się w ruchu i hipnotyzował.

- Wspaniałe... – szepnąłem bojąc się, że zgaszę płomyki, jeśli będę zbyt głośno.

- Dziękuję – łagodny głos Marcela uzmysłowił mi, że jego ciepła pierś styka się z moimi plecami, że czuję jak porusza się w oddechu, że niemal słyszę cudowne bicie serca mężczyzny. Tonąłem w tej rozkoszy, w tym pięknie i nie było już dla mnie ratunku.

Miotełki zatrzymały się i znowu zmieniły kształt. Tym razem piękne baletnice zamajaczyły na chwilę w bezruchu, a już w kilka sekund później zaczęły tańczyć z gracją i niebezpiecznym pięknem skrywanym pod z pozoru delikatną szatą płomieni. Uniosłem głowę i popatrzyłem na profesora. Z zamkniętymi oczyma skupiał się na tworzonym przez ogień obrazie. Wydawał mi się w tym płynącym w powietrzu blasku jeszcze doskonalszy i niedosięgalny. By mieć pewność, że jest ze mną mocniej wtuliłem się w jego pierś i znowu skupiłem uwagę na wspaniałym przedstawieniu, jakie dla mnie tworzył.

Drobne tancerki jednak po drugiej zamieniały się w płomienne kluki i skacząc na dłoń Camusa zlewały się w jeden większy płomień. Aż jęknąłem zawiedziony sądząc, że to koniec. Myliłem się jednak. Nauczyciel złapał mnie za rękę i przyłożył moją dłoń do swoich ust. Spokojnie polizał jej wnętrze, a ja znowu rumiany starałem się nie myśleć o ciepłym, miękkim języku, który właśnie zwilżył moją skórę. Szybko dowiedziałem się, czemu miało to służyć. Mężczyzna położył płomień w wilgotnym miejscu. Nie parzył, a stwarzał wrażenie chłodnego i przyjemnego.
- Wyobraź sobie jakiś kształt. Na przykład wróble, bądź inne ptaki i wyobraźnią wpraw je w ruch. – wyszeptał mi do ucha. Drżąc z powodu bliskości jego ust, które niemal dotykały mojego ucha i ze strachu, że mi się nie uda zamknąłem oczy. Ciepłe palce profesora ujęły moją rękę od spodu dodając tym otuchy. Skupiłem się i oczyma wyobraźni ujrzałem drobne ptaszki latające wokół mnie i Marcela, jakby były wiankiem z polnych kwiatów. Nieśmiało otworzyłem oczy i zauważyłem, że zdołałem to zrobić. Podobnie jak w mojej fantazji ptaki zaczęły latać nad moją głową od czasu do czasu tworząc wianuszek w kształcie serca. Zawstydziło mnie to, jednak nauczyciel, chyba tego nie zauważył.

Jeden z płomiennych ptaków usiadł mu na ramieniu i otarł się dzióbkiem o jego policzek. Czułem się jak w baśniowej krainie z najprzystojniejszym księciem, jakiego stworzono, a jednak nie miałem czasu na wstyd z powodu własnych myśli. Mężczyzna polizał kciuk i naniósł wilgoć na mój policzek. Położył dłoń na moim ramieniu, które wydało mi się zamarzać, a w chwilę potem ptak przemienił się w drobnego feniksa i usiadł na chłodnym miejscu, zaś jego główka ocierała się o mój policzek, na którym była jeszcze wilgoć śliny profesora. Ogień nie parzył podobnie jak wcześniej, a ja chciałem przyjrzeć się jeszcze dokładniej pięknemu ptakowi.
Z proszącym spojrzeniem podsunąłem pod usta profesora palec. Musiał zrozumieć, ponieważ przesunął po nim językiem, a kiedy zabrał wargi feniks usiadł tam i patrzył na mnie równie zaciekawiony jak ja.

- Śliczny... – znowu wyszeptałem, a ptak uniósł się w powietrze i dołączył do krążących po pokoju wróbelków.

Wszystkie rozmyły się pozostawiając tylko dym, podobnie jak lew na samym początku i teraz wiedziałem, że jest to koniec i chociaż z chęcią nadal zatracałbym się w tym hipnotyzującym tańcu ognia nie żałowałem, nawet tego, iż wszystko dobiegło końca. Byłem zbyt szczęśliwy.

~ * ~ * ~

 

Nie potrafiłem się powstrzymać. Ująłem dłoń Fillipa i powoli patrząc w jego słodkie oczka całowałem każdą kostkę jego palców, delikatną skórę wnętrza i nadgarstka. Każdy pocałunek przesuwałem, co milimetr nie mogąc oderwać się od tej słodyczy. Jego piękno urzekło mnie już dawno temu, jednak teraz w tym półmroku gabinetu zatraciłem się w tym, a nie powinienem.

Zbyt mocno chciałem chłopca blisko siebie, zbyt nachalnie pragnąłem by dano mi możliwość przebywania tylko z nim. Moja miłość przeradzała się w pożądanie i ponownie stawała czystym, niewinnym uczuciem.
Może kochałem go zbyt mocno? Lub nazbyt subtelnie? A może po prostu zbyt długo czekałem by w końcu, kiedyś powiedzieć mu jak bardzo jest mi drogi?
- Musisz iść, Fillipie – szepnąłem z trudem odrywając wargi od jego dłoni pragnąc całym ciałem całować każdy skrawek jego gładkiej, pachnącej skóry.

Chłopiec spojrzał na zegarek na ścianie i wciągnął głośno powietrze. Nie zabrał ręki, póki sam jej nie puściłem, a kosztowało mnie to wiele wysiłku. Jego zafascynowane wszystkim oczęta nie odrywały się jednak ode mnie, jakby z równą mojej siłą pragnął powstrzymać czas, zatrzymać chwilę i zatracić się w tym wszystkim na dłużej. To mogła być ostatnia okazja na spotkanie przed wakacjami, a jednak wszystko musiało skończyć się tak samo, jak zawsze.

- Idź już. – ponagliłem, nie wiedząc, do czego jestem zdolny.
Skinął głową zbierając najwyraźniej siły.

- Dziękuję – krzyknął jakby to miało przerwać tę hipnotyczną nić, jaka nas łączyła i wybiegł zostawiając mnie samego, szarpanego pragnieniami i niespełnieniem.
Mój Skarb....

niedziela, 16 listopada 2008

Vent et terre

Ciepły wiatr niosący ze sobą woń wiosny, kwiatów, drzew i dziwną energię powoli, łagodnym dotykiem unosił piękne, różowe płatki brzoskwini. Tańczyły z nim w powietrzu wdzięcznie i wesoło. Zmęczone opadały na trawę, zaś inne opuszczały gałęzie drzewa by zająć miejsce poprzednich. Zupełnie jak na wytwornym balu w królewskim pałacu pełen życia ‘książę’ prosił ‘damy’ o jedną melodię, a one nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście pozwalały by je prowadził.
Z otwartymi ustami i wpatrzonym w ten osobliwy akt wzrokiem zahipnotyzowany, zaklęty, związany pięknem chwili chłonąłem każdy podmuch i ruchy płatków. Moje serce i całe wnętrze wypełniało dziwne uczucie, które wydawało się rosnąć we mnie coraz bardziej. Wargi drżały mi, gdy umysł przywodził na myśl kolejne skojarzenie, tym razem ściśle związane z moim światem.
Wiatr był, jak Marcel. Nieuchwytny, magiczny, piękny, choć skryty i skromny. Płatki, jak szalejące z nim dziewczyny. Liczne, kuszące, atrakcyjne, a jednak każda z nich mimo jego uprzejmości skazana była na odstąpienie miejsca innej nie mogąc poruszyć jego serca.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń. Ledwo to zrobiłem, a jeden, drobny płatek opadł na moją rękę. Symbolizował mnie. Zacisnąłem palce kryjąc go przed innymi, a tym samym przed samym wiatrem. Czułem, jak się do niego rwie, jak pragnie znowu zatracić się w tańcu pełnym czułego ciepła, które ofiarowywały mu wiosenne podmuchy. Otworzyłem dłoń, a niewielki płatek poderwał się momentalnie i ponownie zawirował wśród setki innych.

~ * ~ * ~

 

Tak jak zimą śnieżynki zachwycały Anioła, tak teraz to płatki kwiatów zrywanych z drzew zajęły miejsce chłodnych tworów zimy. W swej delikatności Fillip wydawał się tak niesamowicie kruchy, nawet w otoczeniu piękna. To ono całą swą urodę oddawało chłopcu tracąc na wartości, gdy tylko on był blisko. Zupełnie jakby został stworzony wyłącznie po to, by zawstydzić Świat z całą tą doskonałością magiczną prostotą, rozkoszą, słodyczą.
Przesunąłem kciukiem po swoich wargach. Były delikatne, miękkie, ciepłe. Spragnione jednego.
Nie wiem ile stałem przy drzwiach szkoły, jak długo wpatrywałem się w cudowny obrazek rzeczywistości. Świat uciekł mi sprzed oczu odsłaniając Raj, w którym Anioł stojąc pośród zieleni traw i liści, kolorów kwiecia i treli ptaków bezbronny, delikatny i mój pozwalał sobie na chwilę zadumy.
Już wiele razy pozwalałem sobie na śmielszy gest, bliskość, słowa i dotyk. Ciągle postępowałem tak samo i z jakiegoś powodu nie miałem zamiaru przestawać. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym stać w miejscu obserwując go jedynie z daleka. To byłoby dla mnie grzechem. Pozwolić by moje marzenia zostały marzeniami, podczas gdy mogłem je zrealizować, gdy mogłem uczynić chwilę wyjątkową, magiczną, pełną herezji w uwielbieniu, jakim darzyłem chłopca.
Bóg już dawno musiał wybaczyć mi każdą winę, jaka mnie splamiła. Sam ofiarował mi jednego ze swych Aniołów, więc czy mógłby mieć pretensje do mnie za miłość, jaką obdarzyłem jego najdoskonalsze Dzieło? Czy w swej wielkości miałby mieć wątpliwości, co do reakcji mojego serca i ciała na tak piękną Istotę?
Spojrzałem w niebo i ucałowałem palce wykonując dłonią ruch świadczący o miłości, jaką darzyłem Pana. Zaraz potem moja uwaga znowu skupiła się na Fillipie.
Stał tam. Idealny, doskonały, czysty, niczym jasny promień słońca w Dniu Stworzenia, blask księżyca w pełni w noc wypełnioną wyciem wilków. Mój i tylko mój, choć tak daleki.
Dotknąłem palcem czoła, piersi i ramion w znaku krzyża. Ucałowałem splecione dwa palce i uśmiechnąłem się do siebie.
- Ty mi go dałeś, Panie – wyszeptałem cicho. Postawiłem pierwsze kroki na schodach. Cała moja moc należała do Fillipa, więc dlaczego nie miałaby wywołać na rozkosznej buźce uśmiechu? Dla niego istniałem, dla niego oddychałem i posiadałem magiczne zdolności. To dla niego zostałem stworzony i powołany do życia na tym świecie.

~ * ~ * ~

 

Niespodziewanie płatki zawirowały szybciej i intensywniej kręciły piruety w powietrzu. Dziwne uczucie wewnątrz mnie nasiliło się i nie musiałem już więcej zastanawiać się, czym było. Odwróciłem się szybko do tyłu.
Był tam! Szedł... Szedł w moja stronę jak zawsze, gdy się spotykaliśmy. Tylko on potrafiłby przebłagać wiatr by wiał przeciwko własnej woli. Jego usta układały się w delikatnym dzióbek i wydawało mi się, że każdy podmuch, jaki czuję na twarzy jest oddechem mężczyzny. Z delikatnym uśmiechem kiwnął głową bym odwrócił się znowu w stronę drzewa.
Wiatr wzmógł się ponownie, a różowy ‘dywan’ uniósł się w powietrze. Płatki zaczęły krążyć wokół siebie szybciej, choć równie zgrabnie, jak wcześniej. Ich balet, choć z pozoru chaotyczny zaczął układać się w całość. Tworzyły ścianę, wrota, drzwi do innego świata, a tym samym stanowiły przedstawienie wystawiane wyłącznie dla mnie.
Pragnąłem by tak było i wierzyłem w to.
Poczułem ciepła dłoń, która ujęła delikatnie moją. Czerwony i rozpalony nie stawiałem oporu woli nauczyciela. Uniósł moją rękę pochylając się. Poczułem jak spokojnie dmucha mi w szyję, a płatki jak na zawołanie zaczęły wirować wokół moich palców i całej dłoni. Zachwycony patrzyłem jak tworzą pierścionki, bransoletki, rozmaite znaki muskając moją skórę równie subtelnie jak oddech mężczyzny.

- Pan... Pan ma władzę nad żywiołami...? – sam nie wiem, czy było to ciche pytanie, czy też stwierdzenie.
Płatki przestały krążyć, zaś Camus wyprostował się. Jego palce puściły moje. Byłem tym zawiedziony, jednak powstrzymałem jęk.
- A chciałbyś? – zapytał delikatnie z rozbawieniem w głosie – Jeśli chcesz bym nimi władał, będę. Jeśli wolisz pozbawić mnie tej mocy, sam się jej wyprę. – zupełnie nie wiedziałem, co miałbym o tym myśleć. Nie stanowiło to odpowiedzi, nie było także czystym pytaniem z jego strony. Odwróciłem się w jego stronę marszcząc brwi i zadarłem głowę do góry by widzieć przystojną twarz nauczyciela.
Zaczął się śmiać i pogłaskał delikatna zmarszczkę na moim czole.

~ * ~ * ~

 

- Mogę je prosić, ale nie miałbym odwagi rozkazywać żadnemu z żywiołów. – powiedziałem w końcu z westchnieniem. Chłopiec był tak słodki, iż nie mogłem powstrzymać się przed wyznaniem mu, choć skrawka prawdy.
- Więc jednak – uśmiechnął się i wiele wysiłku kosztowało mnie zachowanie spokoju, gdy patrzył tak promiennie w moje oczy. Musiał zauważyć, że przyglądam się mu, gdyż szybko spuścił głowę, a rumiane policzki mówiły to, czego nie chciał zdradzać Ślizgon.
Nie powstrzymałem szczerego uśmiechu, który rozkwitł mi na twarzy. Czułem całym ciałem radość, jaką napawała mnie ta chwila, obecność chłopca, rozmowa z nim. Na kilka sekund zamknąłem oczy dziękując Światu, że uchronił Fillipa przed złem, jakie czaiło się pośród rzeczywistości.
Położyłem dłoń na miękkich włoskach, co sprawiło, że Ślizgon znowu uniósł głowę.
- Więc tymi dłońmi... – nieśmiało, drżącą ręką dotknął moich palców i złapał za jedne nie mając odwagi dotknąć bezpośrednio całej mojej ręki. Było to tak cudownie zabawne i słodkie, że gdybym nie pragnął jego dotyku tak bardzo, pozwoliłbym mu na ten niewinny geścik.
Bez najmniejszych trudności uwolniłem palec i lekko ścisnąłem ciepłe paluszki Fillipa. Zadrżał i szarpnął lekko ręką. Widząc, jak speszony wpatruje się w to, co robię miałem pewność, że mogę sobie na to pozwolić. Gdybym dostrzegł niechęć wśród tych pełnych rozkoszy rysów nie pozwoliłbym sobie na dotyk.
- Więc tymi dłońmi, co, Fillipie? – naprowadziłem go na zaczęte, lecz nieskończone zdanie.
Niepewny, bardzo powoli i ostrożnie sunął wzrokiem po mojej koszuli w górę. Zatrzymał się na kluczyku, który dostałem od niego na Święta i nie miał odwagi popatrzeć wyżej.
- Więc nimi potrafi pan sprawić by coś rozkwitło? – przełknął ślinę w specyficzny sposób. Całe jego ciałko poruszyło się, gdy to robił.
Nabrałem powietrza i wypuściłem je powoli. Jego piękno i niewinność kłuły moje serce drobnymi szpilkami z czerwonym napisem „KOCHAM”.

~ * ~ * ~

 

Przygryzłem wargę i ponownie popatrzyłem na swoje buty byleby tylko jakoś uspokoić samego siebie. Czując uścisk palców nauczyciela, jego bliskość i słysząc cudowny, przyjemny głos ledwo panowałem nad sobą. Sam nie wiem czy chciałem płakać, śmiać się, krzyczeć, a może milczeć, byleby w jakiś sposób dać upust ogromnej miłości, jaka mnie wypełniała i zdawała się ze mnie wypływać.
- Nie do końca, Aniele – ten szept podrażnił każdą komórkę mojego ciała.
Gdy dłoń Marcela puszczała moją dostrzegłem, jak jego kolana uginają się. Nie wiedząc, co się dzieje popatrzyłem lekko wystraszony na jego twarz. Uśmiechał się łagodnie dając do zrozumienia, że nie musze się obawiać. Z mieszaniną przerażenia, zachwytu, wstydu i niewiedzy patrzyłem jak przede mną klęka. Wstrzymałem oddech, jednak czując, że zacznę się zaraz dusić zacząłem oddychać szybko, nierówno, chaotycznie. Chciałem coś powiedzieć, poprosić by wstał, ale nie mogłem. Nawet jedno słowo nie mogło przedostać się przez moją krtań.
Już kilka razy to robi. Klęczał przede mną pomagając mi, ogrzewając, prosząc. Teraz zrobił to na tyle niespodziewanie, że wydawał się zburzyć moje ciało i na nowo tworzyć je kawałek po kawałku.
Powoli, ostrożnie uniósł moją nogę zsuwając but.
Pozwalałem na to, jak i na wszystko, co mógłby ze mną robić. Nie wiedząc, co się dzieje, dlaczego to robi poddawałem się mu posłusznie.
Zdjął moją skarpetkę i postawił moja bosą stopę na trawie. Uniósł drugą nogę i postąpił z nią podobnie. Ziemia była ciepła, nagrzana od słońca. Trawa przyjemnie łaskotała skórę. Zgiąłem palce i rozprostowałem je. Gryząc wargę patrzyłem na swoje bose stopy.
- Fillipie... – profesor wypowiedział łagodnie i niemal czule moje imię.
Dotykając lekko moich nóg schylił się jeszcze bardziej. Delikatnie musnął wargami jedną stopę, po czym podobnie naznaczył drugą. Byłem cały czerwony patrząc z góry na to, co robi.

~ * ~ * ~

 

Zamykałem oczy, gdy moje usta składały subtelne pocałunki na niewielkich stopach Fillipa. Popatrzyłem w górę na zdziwione oczęta i rumianą twarz. Chłopiec nic nie rozumiał.
- Popatrz teraz, Fillipie – poleciłem. Wstałem, a spod nóg chłopca z trawy zaczęły wyrastać piękne, delikatne kwiaty. Słysząc cichy pisk zaskoczenia uśmiechnąłem się do siebie. Ślizgon zrobił krok do przodu, a ziemia znowu wydała wspaniały plon kwiecąc miejsca gdzie stawał Anioł. Nie stąpał już po trawie, ale po kwiatach, które powstawały tylko po to by jego bose stópki mogły chodzić po nich jak po dywanie.
- Jak... Jak pan to zrobił? – pytanie przepełnione zachwytem nagradzało moje starania, zupełnie jak wyraz zadowolenia na słodkiej buźce.
- Poprosiłem – odparłem pół żartem, pół serio.
Fillip śmiejąc się skakał z miejsca na miejsce zasypując błonia kolorową kaskadą roślin. Rozkosznie chichotał i szukał coraz to nowszych miejsc, gdzie stając tworzył piękne niewielkie ogródki.
Przywołałem go palcem do siebie. Podszedł grzecznie i ufnie czekał na polecenia. Podniosłem z ziemi jego buty i wziąłem chłopca na ręce by nie wzbudzać zainteresowania, gdy ktoś dostrzeże liczne i najrozmaitsze kwiaty w rejonie brzoskwini. Paluszki Ślizgona bawiły się moimi włosami i koszulą na karku. Drobna pierś przylegała do mojego ramienia, a buzia wtuliła się w nie. Jego oddech rozgrzewał mi szyję łaskocząc przyjemnie.
Stanąłem przed starym, na wpół uschniętym bukiem. Fillip musiał zrozumieć, o co mi chodziło, ponieważ momentalnie wyprostował się w moich ramionach i znowu zaczął pokazywać ząbki w niesamowicie szerokim uśmiechu. Wiercił się i kiedy znalazł odpowiednią pozycje popatrzył na swój palec wskazujący.
- Mogę? – zapytał z nadzieją, czym sprawił, że pragnąłem dać mu wszystko, o co poprosi. Przytaknąłem, a on ostrożnie dotknął moich warg. Pocałowałem jeden paluszek, który głaskał moje usta. Przykucnąłem, a Ślizgon dotknął pnia drzewa od samego dołu. W miarę jak wstawałem chłopiec sunął łapką w górę. Za jego dotykiem podążała pnąca się coraz wyżej zieleń. Rośliny otaczały obumarłą część buku przywracając jej życie.
Byłem zachwycony tym widokiem, a sam Fillip wydawał się równie pochłonięty tym, co robił. Gdy sięgnął najwyżej jak tylko mógł popatrzył na swoje dzieło błyszczącymi oczyma. Wyglądało wspaniale. Malec przywrócił życie drzewu i z jękami zachwytu, zadowolenia i dumy uściskał mnie z całych sił.
Objąłem go szczelnie ramionami zamykając oczy i tonąc w ciepłym ciele, które się do mnie garnęło.
- Świetne robota, Fillipie. – pochwaliłem go. Pokiwał głową, ale skupił się na podziwianiu tego, co zrobił.

~ * ~ * ~

 

Zapatrzony w rośliny, które pokryły stare drzewo nawet nie zauważyłem, jak Camus posadził mnie na trawie i założył skarpety oraz buty. Postawił mnie i pogłaskał. Zamruczałem pod tą pieszczotą. To, na co mi pozwolił było czymś niesamowitym. Nie tylko kwiaty rozkwitały, ale i moje serce wydawało się podążać za ich przykładem. Nigdy nie czułem nic podobnego.
Odwróciłem się szybko do nauczyciela.
- Dziękuję! – powiedziałem głośno i śmiało.
Kolejna chwila spędzona z nim stała się cudownie magiczna. Byłem pewien, że choć może i innych obdarowywał podobnymi, to ta była wyłącznie nasza.
Coraz bardziej pragnąłem by był wyłącznie mój. Rozkochiwał mnie w sobie z każdą chwilą, a jednak już byłem cały jego. Nie potrafiłem wytłumaczyć uczuć, jakie we mnie wywoływał i nawet nie chciałem. Wszystkie łączyły się przecież w jedną całość.
Kochałem go!

~ * ~ * ~

 

- To nie moja, a twoja zasługa, Aniele – szepnąłem i lekko puknąłem go w nosek.
Dziękuję ci, Panie. Za dar, za Fillipa, za wszystko...

niedziela, 29 czerwca 2008

Bulle de savon

Ten, kto wymyślił miłosne zaklęcia i coś tak niedorzecznego, jak Święto Zakochanych, z całą pewnością był kobietą, mało to pewną siebie, samotną, nieszczęśliwie zakochaną i nieświadomą zła, jakie wyrządza światu. Ten jeden dzień w roku był gorszy niż wszystkie inne naznaczone klątwą przesądu, które mnożyły się z każdym nowym pokoleniem. Dziewczyny zbierały się i stadnie piszczały, jeśli tylko któraś z nich otrzymała prezent, bądź liścik. Większości chłopaków nie pozostawało nic innego, jak znosić dzielnie każde upokarzające męską dumę wyznanie miłości lub poddawać się pod władanie tego przeklętego Święta. Hogwart był zdominowany przez kobiety, z czego dziś wydawał się być jedną wielką szkołą dla dziewcząt, w której zabłądziła mała garstka chłopców.
Odważyłem się tylko zajrzeć do Wielkiej Sali w poszukiwaniu nauczyciela latania. Nie zjawił się jeszcze na śniadaniu, ale kilkanaście uczennic już szukało go niespokojnym wzrokiem w tłumie. Jakaś żółta kaczuszka z różowym kokonem z dziwnym kwaknięciem zaczęła biec w moja stronę. Wydawało mi się to żałosne jednak, jak dało się zauważyć, to właśnie zaklęcie robiło furorę tego roku. Kilka podobnych kaczek dopadło już paru chłopaków zamieniając się w łabędzie, a z kokonu wyłaniał się wielki motyl z zapewnieniem miłości na skrzydłach. Kiedy dostrzegłem, że żółta, tłuściutka kulka ma na szyi tabliczkę z moim imieniem, odskoczyłem od drzwi. Przerażał mnie sam fakt rozmowy z zainteresowanymi mną koleżankami, a co dopiero spotkanie z jakimś magicznym, dziwnym stworzeniem, które najwyraźniej miało zamiar mnie objąć by móc zmienić kształt na bardziej przystępny? Pozwoliłem sobie na płaczliwy jęk zanim nie rzuciłem się do ucieczki. Gdyby to coś mnie dogoniło rozpłakałbym się, chociaż sam nie wiem, czy ze strachu, czy może zupełnie innego powodu. Gdybym nie zgubił z samego rana skarpetki teraz pewnie skompromitowałbym się przy wszystkich nieświadomy tego, co mnie czeka. Teraz przynajmniej wiedziałem, że muszę uniknąć tego potwora wysłanego przez jakąś nawiedzoną dziewczynę, który w pierwotnym zamierzeniu zapewne miał być słodki, ale dla mnie był jednym z najbardziej przerażających. Wątpiłem czy jakikolwiek nastolatek miałby ochotę na tak dziwne wyznanie uczuć, a tym bardziej, kiedy nie dostrzegałby najmniejszego sensu w ogromie pustych słów, jakimi ludzie zasypywali się wzajemnie, podczas gdy szczerość wyznań mogła wydawać się wątpliwa.
Czułem uderzenia krwi w krtani, kiedy nawet nie patrząc, czy kaczka za mną biegnie uciekałem na oślep. Gdybym nie słyszał w uszach jedynie szaleńczego bicia swojego serca pewnie docierałyby do mnie odgłosy ślamazarnych, kaczych nóg uderzających o podłogę korytarza. Miałem już tego dosyć, chociaż trwało to tylko kilka chwil. Z trudem powstrzymywałem łzy, które osnuwały mgłą wszystko, co rozciągało się przede mną. Bałem się, żałowałem, że nie jestem odważniejszy i wytykałem sobie własne słabości, których było nieskończenie wiele.
Coś ciemnego i stosunkowo wielkiego poruszało się przede mną. Zamknąłem mocno oczy i starałem się osłonić głowę. Mgiełka łez, która nie chciała tak łatwo zniknąć sprawiał, że nie wiedziałem, co się dzieje. Moje usta zostały zasłonięte, a całe ciało pociągnięte stanowczo. Wszystko to działo się tak szybko, że miałem zamiar błagać by świat zwolnił i pozwolił mi nadążyć za wszystkim. Trząsłem się i czułem zupełnie bezbronny, ociężały, nieporadny. Moje plecy, które z początku do czegoś przywierały teraz znowu odczuwały zimno wolnej przestrzeni, ale wargi nie mogły wydać z siebie nawet jednego, cichego pisku. Jakiś dźwięk przebijał się przez odgłos szybko płynącej krwi, z każdą chwilą stając się wyraźniejszym. Z trudem, jednak powoli rozróżniałem sylaby słów.
- ...pie ... ipie... Fillipie! – otworzyłem oczy szeroko, szybko i zdecydowanie patrząc na twarz klęczącego mężczyzny, który trzymał mnie za ramię i zasłaniał usta dłonią. Nie myśląc, instynktownie objąłem go tuląc się i uspokajając najszybciej jak tylko mogłem. Wiedziałem, że jestem beznadziejny, ale chwilowo nie miało to większego znaczenia. Milczałem, a po kilku sekundach rozpoznałem pokraczne kroki na korytarzu. Coś przebiegło koło drzwi kwacząc desperacko i umilkło.
- I już po wszystkim – głęboki głos miał w sobie niemal tyle samo ulgi, co moje serce.
Przełykałem łzy by móc w końcu całkiem opanować emocje. Zrobiłem z siebie wystarczające dziecko i nie było sensu pogrążać się jeszcze bardziej. Gdzieś w głębi chciałem się rozpłakać całkowicie, ulżyć sobie i odpocząć, gdy tylko wszystko się uspokoi, ale nie miałem na tyle sił. Camus patrzył na mnie z niepokojem i czułością, więc nie mogłem pozwalać sobie na jeszcze większą słabość niż dotychczasowa.

~ * ~ * ~

 

Strach Ślizgona przed dziwnymi sposobami, w jakie dziewczyny chciały wyznać mu uczucia, był słodki, jednak jego usilne starania by być wytrwałym i opanowanym wydawały mi się tak niesamowicie bolesne. Wziąłem go na ręce, nie mogąc zrobić nic więcej. Odebrał to niesamowicie pozytywnie. Oplótł wątłymi ramionkami mój kark, wilgotną, zimną buzię wtulił w zagłębienie szyi, a jego uda ściskały moje boki, kiedy obejmował mnie w pasie nogami, jak trzylatek.
Usiadłem na ławce pustej sali lekcyjnej, w której zamierzałem spędzić cały ten dzień, by nie natknąć się na niechciane niespodzianki, jakich zawsze było pełno w Dzień Świętego Walentego, najgłupsze ze Świąt, jakie znałem. Moje dłonie spokojnie sunęły po coraz wolniej unoszących się plecach Fillipa. Dobrze wiedziałem, że im dłuższa będzie chwila, w której on będzie mógł się uspokajać, tym gorszy będzie miał później humor, a na to nie chciałem pozwolić.
Zgrzeszyłbym przeciw temu Aniołowi, gdybym miał czelność pozwalać mu się martwić i smucić, nawet, jeśli sam by tego chciał. Słodki i niewinny nie miał prawa zadręczać duszyczki przyziemnymi sprawami. Idealny i piękny musiał uśmiechać się i każdym rozkosznie wygiętym kącikiem warg onieśmielać słońce oraz każde piękno Świata.
- Jadłeś już, kochanie? – zacząłem zwyczajnie, jakby nic się nie stało, a on pokręcił przecząco głową. Domyślałem się tego, tym bardziej, że głupie pomysły uczennic z początku także i mnie odciągały od normalnego życia.
Posadziłem chłopca na krześle i położyłem przed nim talerz z kanapkami, które miałem zjeść samemu, a teraz miałem, z kim je dzielić. Otarłem dłońmi wilgotne ślady wcześniejszych łez i biorąc do ręki jedną kromkę oderwałem od niej jeden mały kawałek. Wsunąłem go w dwie perełki warg Ślizgona i uśmiechnąłem się chcąc go oswoić jeszcze szybciej.
Jego czerwone oczka powoli odpoczywały, a rumiane policzki zdradzały zawstydzenie tym, co się stało wcześniej. Cieszyło mnie to, że Fillip posłusznie zjadł niewielką część kromki, dzięki czemu mogłem podać mu kolejną. Wystarczyła jedna chwila, a sam już był w stanie jeść bez mojej pomocy. Nalałem mu soku i samemu siadając po drugiej stronie ławki przyglądałem się jak jadł. Byłem pewien, że nikt inny nie potrafiłby obudzić we mnie tak wielu różnych, a równocześnie tak jednoznacznych, uczuć.
To, co sprawiło, że chłopiec był tu ze mną przestało się liczyć. Poniekąd w ogóle przestało istnieć. W jakiś sposób było tak zawsze. Nie liczyło się to, co było przed, czy po naszych spotkaniach. Jedynie chwile, jakie spędzałem z Fillipem miały sens i zmieniały Rzeczywistość. Jednostajny Świat stawał się czymś zupełnie innym, gdy moja dusza tak realnie wyczuwała jego. Wydawało mi się, że właśnie wtedy niewidzialna, delikatna bariera oddziela nas od całej reszty istnienia, tworząc piękną, krótką legendę, historię, w jakiej mogłem żyć wraz z Aniołem. Tak ciężko było mi ubierać w słowa każde uczucie, jakie mnie przepełniało. Całym ciałem, gestem, ruchem, całym moim życiem dziękowałem Panu i tym samym oddawałem Fillipowi moją miłość.

~ * ~ * ~

Popiłem wszystko odstawiając kubek. Nie miałem pojęcia, co mężczyzna robił w pustej klasie zaopatrzony w jedzenie i picie na cały dzień, i wiedzieć nie musiałem.
Mężczyzna podsunął sobie talerz, na którym zostawiłem jeszcze sporą porcję i sam zaczął jeść. Pierwszy raz widziałem z takiego bliska jak to robi. Coś tak zwyczajnego i niezbędnego do życia przy nim wydawało się mistycznym obrzędem. Wąskie usta zamykały się na chlebie i delikatnie ubrudzone od razu zostawały oblizane, a tym samym wyczyszczone. Nie pojmowałem, w jaki sposób tak bardzo hipnotyzował mnie każdy ruch mięśni jego twarzy, kiedy gryzł, lub przełykał.
Cieszyłem się, że skupiony na tej czynności nie zwracał chwilowo uwagi na mnie. Mogłem napawać się jego widokiem i byłem pewien, że żadna z dziewczyn nigdy nie widziała nauczyciela tak pięknym. Byłem szczęśliwy, a moja dusza drżała wraz z mocno bijącym sercem. Tylko ja mogłem oglądać Camusa z takiego bliska. Czułem się z tego powodu wyjątkowy i nigdy nie odstąpiłbym nikomu nawet jednej z takich sekund.
Położył się na ławce z westchnieniem odkładając pusty talerz na podłogę. Tym razem to on przypominał mi dziecko, podczas gdy to właśnie ja nim byłem.
Uwielbiałem go z każą chwilą coraz bardziej, chociaż zawsze tak samo. Nie mogłem już kochać go mocniej, a jednak wydawało mi się, że jednak jakimś cudem się tak dzieje.
- Płacz wykańcza, Aniele – pieszczotliwe słowa profesora wydawały mi się melodią boskiej liry. Chciałem słuchać jego głosu i z każdą chwilą czerpać z nich coraz więcej – Usiądź tutaj – położył dłoń na brzuchu, przez co zrobiło mi się niesamowicie gorąco – Spokojnie. Po prostu siadaj – śmiał się, więc nie chcąc narażać się na kpiny zrobiłem to. Było wygodnie i ciepło, niemal intymnie. Na samą myśl o takim, a nie innym porównaniu spuściłem głowę jeszcze bardziej czerwony.

~ * ~ * ~

 

Nie potrafiłem tego znieść. Pragnąłem go, kochałem i z każą chwilą z coraz większym trudem powstrzymywałem własne ciało i duszę.
Objąłem dłońmi gorące policzki o kolorze dojrzałych późną wiosną czereśni, które momentalnie stały się jeszcze słodsze.
- Zamknij oczka – szepnąłem na tyle czule na ile tylko było mnie stać. Posłusznie opuścił powieki.
Mój największy, najpiękniejszy Boski Skarb i Anioł, który zagubił się na Ziemi dostając się dzięki temu pod moja opiekę. Moja miłość względem niego była tak wielka, iż wątpiłem by kiedykolwiek ktoś mógł kochać aż tak bardzo.
Delikatnie ucałowałem zmęczone krótkim płaczem oczęta i pochylając się nad muszelką jego ucha przyłożyłem do niej usta.
- Nie otwieraj ich, połóż się i śpij. Mamy cały dzień, więc odpocznij, mon Ange.
- A... ale... – głęboka czerwień jego buźki teraz kojarzyła mi się nieodparcie z soczystymi letnimi wiśniami.
- Nie pozwolę ci leżeć na twardej, niewygodnej ławce. – nie musiałem mówić nic więcej. Ślizgon ułożył główkę na mojej piersi i podciągnął kolana pod brodę, jak kociak. Patrząc na niego nie mogłem się oprzeć. Położyłem dłonie na jego boku delikatnie go głaszcząc i sam postanowiłem zasnąć wiedząc, że to maleństwo zostanie ze mną do samego końca.

~ * ~ * ~

 

Słyszałem jak serce nauczyciela bije szybko, chociaż miarowo i chciałem by było tylko moje, bym tylko ja mógł słyszeć, jak każde jego uderzenie układa się w moje imię. Nawet, jeśli była to wyłącznie moja prośba, moje pragnienie, moja wyłącznie bajka.
*

Było mi cudownie ciepło, miękko i przyjemnie. Uśmiechnięty przytuliłem twarz mocniej do piersi profesora. Nie chciałem się ruszać, jednak zrobiłem to. Usiadłem, ale on nadal spał. Jego twarz wyglądała jak wyrzeźbiona przez antycznego artystę. Spokojna, piękna, idealna, bez najmniejszej zmarszczki lub bruzdy po walkach, czy nieszczęśliwych wypadkach za czasów, gdy grał jeszcze w quidditcha.
Niepewnie pochyliłem się nad nauczycielem, a moje serce zamarło. Pocałowałem go w nos, jako że na nic więcej nie mogłem się odważyć. Nie zbudziłem go i czułem, że gdybym tylko był odważniejszy mógłbym skradać czułość nawet z jego warg. Pragnienie poznania ich smaku było niesamowicie wielkie. Kotłowało się we mnie, a kiedy tylko szare tęczówki spojrzały na mnie z tak dobrze mi znanym uczuciem, rumiany na twarzy odwróciłem wzrok.
Camus wyprężył się i po chwili podał mi kubek pełen słodkiego, pomarańczowego soku. Wypiłem wszystko oblizując się na koniec. Pewniejszy siebie położyłem się na mężczyźnie i sięgnąłem po dzbanek z napojem. Napełniłem kubek, który wcześniej sam opróżniłem i podałem profesorowi.
Pisnąłem, kiedy usiadł, a ja zsunąłem się z jego brzucha na uda. Uśmiechał się przez cały ten czas.

~ * ~ * ~

- Lubisz bańki mydlane? – było to raczej pytanie, na które nie oczekiwałem odpowiedzi. Wyciągnąłem różdżkę i zakręciłem nią spiralkę z trzech okręgów szepcząc proste zaklęcie. Fillip przekręcił się na moich kolanach i patrzył, jak w przestrzeń wylatuję różnej wielkości, okrągłe bańki mieniące się najróżniejszymi kolorami w zależności od kąta padania światła.
Ślizgon bez wątpienia był jeszcze dzieckiem. Ta fascynacja i zainteresowanie na jego twarzy sprawiały, że coraz bardziej doceniałem sztuczki, jakimi moi rodzice w przeszłości zabawiali mnie i kuzyna.
Patrzyłem jak chłopiec wyciągnął paluszek i pchnął jedną z baniek. Nie pękła, a jedynie zmieniła kształt, by po chwili znowu wrócić do idealnie okrągłego, przesunęła się uderzając o kolejną, która także szybko zmieniła tor.
Bóg chyba sam nie wiedział, że jest w stanie stworzyć tak idealnego i słodkiego Anioła. Dzięki Niemu powstał miód, owoce, tysiące słodyczy, ale żadne z nich nie dorównywały ciemnowłosemu Ślizgonowi, który uwiódł mnie właśnie swoją dziecięcą niewinnością.
Cieplutkie ciało kręciło się rozbawione i zachwycone na moich udach nie mogąc niemal usiedzieć w miejscu. Narysowałem w powietrzu różdżką niewidzialne serce, a bańki przybrały właśnie taki kształt. Teraz powoli znikające niedobitki idealnie okrągłych mydlanych kulek zastępowały tysiące serduszek. Kiedy delikatny palec chłopca dotknął jednego z nich, pękło, a maleńkie, lśniące pozostałości opadały na ziemię. Taka różnorodność wydawała się jeszcze bardziej rozbawić Fillipa. Zaczął chichotać i lekko podskakiwać. Chciałem pokazać mu wszystko, co mogłem zrobić z tym jakże prostym czarem. Dmuchnąłem lekko w koniec różdżki i otrzepałem ją jednym, płynnym ruchem. To sprawiło, że dwa poprzednie kształty wylatywały z niej na zmianę. Serca, kule i wielkie okrągłe kolosy, w których wnętrzu krążyło wiele mniejszych zamkniętych w tym dziwnym świecie, jaki powstawał w środku tego mydlanego tworu.
Nie byłem wstanie postąpić inaczej. Objąłem chłopca w pasie, a on podniecony zacisnął łapki na moich udach. Piszczał, śmiał się i komentował patrząc na przedstawienie, jakie zostało stworzone w ten sposób. Nie musiałem pytać, co o tym sądził. Jego ucieszona buźka była wystarczającym dowodem na to, iż bawił się świetnie.
- Jeśli ci się podobają uznajmy je za prezent z okazji Walentynek – szepnąłem cicho.
Nie lubiłem tak niedorzecznych Świąt jak to. Jeden dzień w roku poświęcany ukochanej osobie? Dla mnie było to jawną kpiną z miłości. Osobiście nie miałem najmniejszego zamiaru czynić tego dnia szczególnym, jednak była to łatwa wymówka by podarować mojemu Aniołowi coś tak banalnego, ale jakże cennego, skoro potrafiło go tak ucieszyć.

~ * ~ * ~

 

Podskoczyłem podobnie jako moje serce, które dzisiejszego dnia niemal cały czas miało powody by wariować.
Prezent z takiej okazji, tylko dla mnie, od mężczyzny, którego kochałem ponad wszystko. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, mogłem to tylko przeżywać. Musiałem odwdzięczyć się czymś, jednak zupełnie nic nie miałem i niewiele potrafiłem. Odwróciłem się do profesora i popatrzyłem na jego spokojny, subtelny uśmiech. Musiałem mu coś podarować. Jego prezent był niesamowicie piękny. Nawet, jeśli wydawało mi się, że naprawdę zachowuje się jak dziecko to on sprawiał mi coraz więcej tak niewinnych i niesamowitych niespodzianek.
Uklęknąłem na ławce i pochyliłem się nad twarzą nauczyciela. To było jedynym prezentem, jaki mogłem znaleźć. Przymykając oczy pocałowałem jego czoło. Mimo tego, iż nie było to czymś wyjątkowo śmiałym czułem, że rumieńce rozkwitają na moich policzkach.
- Więc... to jest ode mnie... – bąknąłem.
Spuściłem wzrok, jednak Camus uderzył lekko swoim nosem o mój, czym zmusił mnie bym popatrzył mu w oczy. Był niesamowicie blisko mnie, mogłem przeglądać się w jego tęczówkach ile tylko chciałem. Jego słodki oddech na mojej twarzy i usta niemalże sięgające moich. Serce biło mi coraz gwałtowniej i niemalże dostrzegałem jak koszula mężczyzny drga w rytm pewnych uderzeń jego własnego.
Jeden niepewny ruch i złączyłbym się z nim. Jedno drgnięcie, utrata równowagi, a całowałby mnie nawet nieświadomy tego, co się stało. Chwila nieuwagi mogła zadecydować o tym jak blisko mogę być z profesorem.
Pragnąłem tego równie mocno, jak obawiałem się konsekwencji.

~ * ~ * ~

 

Aż zbyt dobrze wiedziałem jak wielką władzę miał teraz nade mną przypadek. Po otrzymaniu tak rozkosznego prezentu nie potrafiłem oderwać wzroku od tych wielkich, słodkich tęczówek.
Moje uczucia wirowały po całym ciele, napełniały wszystkie komórki i przyjemnie drażniły każdą z nich.
Chciałem by coś to przerwało, jako że ja nie potrafiłem, a nie wiedziałem, jak długo zniosę tak oczywistą bliskość chłopca.
I stało się.
Jedna z baniek w kształcie serca zaczęła opadać między naszymi twarzami. Zatrzymała się dokładnie na naszych nosach i musieliśmy zamknąć oczy, kiedy rozprysła się na kawałeczki.
Chłopiec zaczął chichotać łaskotany leciutką mgiełką, jaka opadła na jego śliczną buzię. Sam niewiele mogłem jeszcze zrobić. Przytuliłem go głaszcząc po plecach.

„A jednak nie jest nam pisane” pomyślałem starając się go uspokoić, kiedy wiercił się w moich objęciach chichocząc i tuląc się.