czwartek, 31 grudnia 2009

Adulte

Dorastanie było strasznie niesprawiedliwe. Nagle wszystkie zabawy stawały się dziecinne i niewystarczające, śnieg nie był już zabawny, ponieważ zaczynał tylko przeszkadzać i niespecjalnie się liczył, znajomi i przyjaciele zmieniali się, dorastali, nic nie było takie samo. I nagle wśród tych wszystkich zmian stawałem ja. Sam jeden, zupełnie jakby czas się dla mnie zatrzymał. Ja nie dorastałem, ciągle bawił mnie śnieg, chciałem spędzać całe godziny na starych zabawach, które dawniej sprawiały mi tyle przyjemności, ale poza mną nie było nikogo takiego jak ja. Dorastanie równało się samotności. Zupełnie jakby nagle plac zabaw pustoszał, wszyscy powoli z niego znikali i tylko ja stałem na jego środku osamotniony, niezmienny, taki jak zawsze.
- Jesteśmy już za starzy na lepienie bałwana, czy bitwę na śnieżki. To dobre dla pierwszaków, a my jesteśmy tu właśnie po to żeby pierwszakom dokuczać! – z jakiegoś powodu słowa Olivera spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem kolegów, chociaż nie moim. – Idziemy dwójkami i szukamy celu. Najlepiej jakiejś niewielkiej grupki trzyosobowej. Z resztą wiecie, kogo nam trzeba. Dajecie znać, jeśli znajdziecie odpowiednie dzieciaki. Fillip, ty idziesz ze mną. – kuzyn dał znak ręką a koledzy rozeszli się w parach po błoniach. Oli zrobił sobie z nich mały oddział, który stawiał się na każde jego skinienie.
- Uważam, że to głupie. – mruknąłem niezadowolony idąc za kuzynem odśnieżoną ścieżką prowadzącą za zamek. – Dokuczanie pierwszakom wcale nie jest zabawne, nie możemy robić niczego innego?
- A co chcesz robić? Bo chyba nie paprać w śniegu po uszy i cieszyć się jak dzieciak z tego, że dostałeś w twarz śnieżką? Jeśli my nie zaczniemy dokuczać młodszym to, kto to za nas zrobi? Poza tym nie czujesz tej potrzeby podręczenia tych dzieciaków? Ten dreszczyk satysfakcji, kiedy jesteś ponad nimi, kiedy niemal płaczą i nie potrafią sobie z tobą poradzić. Przecież to takie przyjemne... – uśmiechał się do siebie, kiedy o tym opowiadał, a ja patrzyłem na niego marszcząc czoło.
- Wcale mnie to nie kręci, Oli. – szczerze mówiąc nic dziwnego skoro kilka razy to niemal ja byłem celem i tylko cud sprawił, że zawsze wtedy pojawiał się nauczyciel latania by mi pomóc. Gdyby nie on to ja byłbym wtedy tym dzieciakiem z płaczliwą miną, o którym mówił kuzyn. – O, Camus! – nagle oczy mi rozbłysły, usta wygięły się w podkówkę i nie potrafiłem tego opanować. Nauczyciel był w ogrodzie za zamkiem chodząc po śniegu, udeptując go. Nie widział nas i bardzo dobrze. Mogłem go dzięki temu zaskoczyć. Już chciałem do niego podejść i porozmawiać, nawet, jeśli tylko pogoda byłaby właściwym tematem. Chciałem usłyszeć jego głos, zobaczyć uśmiech. Rozpływałem się, a serce biło szybciej, motylki latały w moim brzuchu, byłem niecierpliwy i czegoś się obawiałem, chociaż sam nie wiem, czego.
- Ty idź dokuczać pierwszoklasistom, a ja idę się przywitać. – rzuciłem do kuzyna usiłując jakoś się opanować, by nie zauważył jak wielką przyjemność sprawiło mi samo natknięcie się na profesora.
- To weź mu pomachaj i załatwione. Nie bądź taki, trochę się z nimi podrażnimy. – chłopak nalegał, ale ja tylko pokręciłem głową.
- Camus wiele razy mi pomógł, więc chcę iść do niego, przywitać się jak należy i porozmawiać. – powiedziałem to pewnie. W tej chwili to nie Oliver miał przewagę, ale ja.
- On jest zajęty, nie widzisz? Pójdziesz tam przeszkadzać? – był poirytowany i chyba jego dobry humor właśnie gdzieś zniknął.
- Nie będę przeszkadzał, jest sam. – wzruszyłem ramionami. Nie ważne, co powie kuzyn, ja i tak postawiłem już na swoim, nawet gdyby miał rację.
- Więc podeptasz mu niepotrzebnie śnieg.
- Nie szkodzi. – odwróciłem się patrząc na nauczyciela. Wydeptywał na gładkim śniegu całkiem duży ‘X’, ale widziałem ślady, które po sobie zostawił by dotrzeć do tamtego miejsca. Planowałem przejść tam właśnie po nich.
- Fillip, daj spokój, chodź! – Oliver naprawdę się zdenerwował, ale zrobiłem tylko wielkie oczy i pokręciłem pewnie głową. Nie miał szans by mnie przekonać. Wyciągnął rękę chcąc mnie złapać, ale odsunąłem się i wdepnąłem w śnieg zostawiając na nim ślad swojego buta, jakby to miało być dowodem czegoś. – Fill, nie chcę się kłócić, więc chodź po dobroci. Zostaw go w spokoju, to nauczyciel, a nie opiekunka do dzieci...
- Powiedziałem nie! – syknąłem zły. – O, patrz. Wołają cię już! – pokazałem palcem na jednego z kolegów, który używając umówionych sygnałów dawał znać, że znaleźli odpowiedni cel do dręczenia.
- Denerwujesz mnie, Fillip! Zobaczysz, że cię spławi! – prychnął na mnie i odwrócił się. – Rób, co chcesz, nie przywiążę cię przecież.
Uśmiechnąłem się znowu. Nie chciałem rozstać się z nim w taki sposób. Przysunąłem się i stając na palcach pocałowałem go w policzek. Popatrzył zdziwiony, prychnął i otarł się.
- Fuj, całuje mnie facet! – rzucił teatralnie, ale widziałem, że mu przeszło i już się tak nie gniewa. – W razie, czego jakoś nas znajdziesz. – machnął na mnie ręką i pobiegł do kolegów.
Dorastanie miało też inne złe strony. Musiałem uważać, by Oli nie dowiedział się, czego tak naprawdę chcę od nauczyciela i przede wszystkim by profesor o tym nie wiedział. Musiałem być ostrożniejszy i zapomnieć o niepotrzebnym tuleniu się, czy buziakach w policzek. Niestety im byłem starszy tym dalej musiałem się od Camusa odsuwać.
A jednak mimo wszystko podszedłem bliżej niego i rozbawiony stwierdziłem, że nadal nie wie o mojej obecności. Zrobiłem wielki krok by przejść dokładnie po jego śladach w miejsce, w którym powoli udeptywał wybrany kształt. Niestety robił za duże kroki i omal nie straciłem równowagi starając się usilnie podążać jego tropem. Pisnąłem przestraszony i tym się zdradziłem.

~ * ~ * ~

Serce mocniej mi zabiło. Wystraszyłem się trochę tego dźwięku i odwróciłem gwałtownie, jednak, kiedy zobaczyłem Fillipa, który zasłaniał łapkami usta ulżyło mi i niemal roześmiałem się nie mogąc uwierzyć, że dałem się podejść mojemu skarbowi. Zamyśliłem się i przestałem zwracać na wszystko uwagę, a on to wykorzystał.
Gdyby tylko wiedział, że myślałem właśnie o nim... O jego ślicznych oczkach, miękkich włoskach i słodkim wyrazie twarzy, o wspaniałym brzmieniu głosu, a przede wszystkim o tym jak bardzo go kocham. Chciałem wydeptać wielkie serce, ale to byłoby bądź, co bądź nieodpowiedzialne. Nie mogłem przecież afiszować się z tym, że jest ktoś, kto mi się podoba, że moje serce jest spętane przez jedwabne, czerwone wstążki i przywiązane do łapek pewnego słodkiego Ślizgona. Właśnie, dlatego wybrałem coś na pozór zwyczajnego, coś, co mogło oznaczać wszystko i nic, a w rzeczywistości było właśnie tym sercem, które chciałem pokazać całemu światu.
- Zaczekaj chwileczkę. – powiedziałem do chłopca, który z trudem stał na nogach w wielkim rozkroku. Jego nóżki nie były w stanie dorównać moim. Fillip prędzej skończyłby cały w śniegu zanim zdołałby dotrzeć do mnie.
- Przepraszam za problem, nie planowałem panu przeszkadzać. – mruknął pod nosem. Z największą rozkoszą wziąłem go na ręce, a on rozsunął szeroko nogi, by nie ubrudzić mnie od swoich kozaczków. – A co pan tak w ogóle robi? – zapytał tak niewinnie, zupełnie jakby nadal był dzieckiem, a ja tak właśnie chciałem go traktować. Jak małego chłopca, jakim był, kiedy zaczynał szkołę. Wtedy mogłem być blisko niego nie obawiając się, że nazbyt szybko odkryje jak bardzo mi na nim zależy.
- Hmm... Dreptam?
- Drepta pan? Iksika? – wydął ustka w zadumie. Miałem ochotę wycałować mu je póki nie będą cudownie czerwone. Pokiwałem jednak tylko głową. – Hmm... A mogę go dreptać z panem?
Poczułem przyjemne uderzenie gorąca. Mój Skarb chciał ze mną tworzyć to, co chociaż nie wyglądało, to jednak było obrazem mojego uczucia względem chłopca. Czy mogłem mu odmówić?
- Tak, Fillipie. Jeśli tylko chcesz. – powiedziałem łagodnie uśmiechając się do niego.

~ * ~ * ~

Marcel postawił mnie na śniegu w obrębie deptanego przez siebie kształtu i zdjął rękawiczkę. Otarł mój policzek zdejmując z niego płatek śniegu, jaki chwilę wcześniej na nim osiadł. Byłem cały rumiany, a zimno pozwalało mi na rumieńce, które i tak miały pozostać niezauważone. Dłoń profesora była taka ciepła, chociaż nie spodziewałem się tego.
By nie myśleć o tym jak bardzo pragnę znowu znaleźć się w ramionach nauczyciela zabrałem się za dokładniejsze udeptywanie śniegu na jednym z ramion. To była moja linia, która spotykała się w jednym miejscu z linią Camusa. Zupełnie jakby była symbolem naszej znajomości, bo przecież ja i Marcel w którymś momencie zawsze się spotykaliśmy. Ta świadomość była wręcz niesamowita. Zupełnie jakbyśmy tworzyli nierozerwalną jedność, chociaż w rzeczywistości łączyło nas tak niewiele.
Chwilę później to ja deptałem po drugim ramieniu ‘X’, gdy nauczyciel chodził po moim. Uśmiechałem się ciągle i kątem oka obserwowałem go. Żałowałem tylko, że profesor sam prawie skończył swoje dzieło, więc niewiele czasu mogliśmy spędzić w taki sposób. Teraz, kiedy już miałem go dla siebie chciałem więcej niż początkowo. Nie wystarczała mi już ta krótka chwila, jaką planowałem spędzić z nim na samym początku. Byłem strasznie chciwy.
Musiałem być z nim dłużej niż inni nauczyciele, dłużej niż nauczycielki, którym się on podobał. Musiałem być dla niego ważniejszy i wypełniać jego dni sobą. Taki był mój plan w tamtej chwili.
- A co takiego robi Słodki Misiak sam na dworze? – zapytał nagle, a ja chyba musiałem być purpurowy, kiedy mnie tak nazwał. Uwielbiałem chwile, gdy zwracał się do mnie nie używając mojego imienia, ale takich określeń. Czułem się wtedy wyjątkowy i lepszy od innych. Marcel był mój, więc musiałem zagarnąć wszystko, co było w nim wyjątkowe tylko dla siebie, a w tym wypadku także to jak na mnie mówił.
- Oliver poszedł dręczyć innych z kolegami. – mruknąłem przypominając sobie, że wcześniej niemal się kłóciliśmy. To wcale nie było przyjemnym wspomnieniem, ale profesor rozświetlał te mroki mojej pamięci swoją obecnością. Moje uczucia do niego z całą pewnością dorastały, nawet, jeśli ja ciągle byłem taki sam.
Nauczyciel ponownie wziął mnie na ręce i postawił na ścieżce. Wielki ‘X’ był gotowy i teraz zauważyłem, że kiedy ja odpływałem myślami Camus zrobił z niego dwie miotły. To sprawiło, że dzieło było tym bardziej wyjątkowe i bardzo pasowały do nauczyciela latania. Uradowało mnie to!
- Ja wolałbym bitwę na śnieżki, ale oni mówią, że to zabawa dla dzieci. Sam nie mogę się bić. – patrzyłem na plecy profesora, który szedł przede mną, a nagle zatrzymał się w miejscu.
- Tak mówią? Hmm... Ale to nieprawda. Na śnieżki można bić się w każdym wieku. – odwrócił się do mnie pokazując mi kulkę śniegu, którą miał w dłoni i rzucił nią w moją pierś. Śnieżka rozbiła się na drobne kawałeczki zostawiając biały ślad na mojej kurtce. Profesor uśmiechał się wyzywająco. Poprawiłem, więc czapkę, mocniej zacisnąłem wiązanie szalika i naciągnąłem dokładniej rękawiczki.
- Pan chce się bić! – rzuciłem oskarżycielsko i szybko przykucnąłem nabierając śniegu w ręce. Zabrałem się za lepienie śnieżki, którą rzuciłem w Camusa. On nawet nie próbował jej uniknąć. Na jego czarnym płaszczu zostawiła po sobie zabawny ślad dokładnie na piersi. To było jak potwierdzenie przyjęcia jego wyzwania. Obaj niemal rzuciliśmy się na śnieg by lepić nowe śnieżne naboje.

~ * ~ * ~

Od dawna się tak nie bawiłem, a teraz miałem okazję nie tylko dotrzymywać towarzystwa mojemu pięknemu Aniołowi, ale i przypomnieć sobie w ten sposób czasy, kiedy to ja byłem dzieckiem. Bez skrępowania pozwalałem by jego śnieżki trafiały we mnie, a moje nie mijały Fillipa. Na tym przecież polegała cała zabawa. By otrzymać jak najwięcej razów i nie pozostawać dłużnym.
Słyszałem śmiech Ślizgona, jego ciężkie oddechy, kiedy posyłał w moim kierunku kolejną kulę ze śniegu i okrzyki tryumfu, gdy trafiał w strategiczne punkty, gdzie ubrania nie chroniły skóry, lub śnieg mógł wedrzeć się pod ubranie. Sam omijałem podobne miejsca na ciele chłopca. Nie chciałem by był później chory, ale olbrzymie rumieńce na jego twarzy, wielki uśmiech i błyszczące radością oczęta sprawiały, że nie byłem nawet w stanie przerwać tej zabawy.
Kucając pozwoliłem by chłopiec rzucał we mnie śniegiem bez opamiętania, a sam przygotowałem sobie kilka kulek, które miałem zamiar wykorzystać w stosownej chwili. Mój Anioł zauważył to jednak nazbyt późno. Pisnął i odskoczył dalej ode mnie, kiedy sięgnąłem po jedna z gotowych śnieżek. Zaczął skakać i osłaniać się, gdy ja raz po raz posyłałem w jego stronę biały nabój, który rozpryskiwał się na kawałki na jego kurtce. Fillip śmiał się wtedy głośno i krzyczał zdyszany, że to niesprawiedliwe, bo on nie może atakować.
Znowu był słodki, cudowny, wspaniały i rozkoszny jak zawsze, a jego chichot był jak najlepsze rozgrzewające serce lekarstwo, bo czy może być coś wspanialszego niż śmiech Anioła?

~ * ~ * ~

Nie mogłem się nawet ruszyć z miejsca! Pozostawało mi tylko osłaniać się, odwracać tyłem, kręcić w koło i przeskakiwać z nogi na nogę, na wąskiej, odśnieżonej ścieżce. Nie zwróciłem uwagi na to, że Marcel przygotowuje się do bezpośredniego ataku pozbywając się całej swojej amunicji. Teraz musiałem to przeczekać i wytrzymać. Chichotałem, ale i on nie jednokrotnie wybuchał śmiechem. Byłem taki szczęśliwy!
Kiedy skończyły mu się śnieżki musiał przerwać ostrzał i robić nowe. Wykorzystałem to. Podbiegłem do niego i podskakując rzuciłem mu się na szyję. Stracił równowagę i wpadł w śnieg, a ja prosto na niego siadając dumnie na jego biodrach.
- Wygrałem! – rzuciłem tryumfalnie patrząc na rozbawionego nauczyciela, który pośród śniegu wyglądał naprawdę niesamowicie. Chciałem by ten obraz wypalił się w mojej pamięci na zawsze, bym mógł przywoływać go w każdej chwili, przed snem, lub trudnym testem. Chciałem by był jak maskotka na pocieszenie. Zmęczony, uśmiechnięty Camus powalony przeze mnie prosto w zaspę śniegu.
Poprawiłem czapkę, która spadała mi na oczy i poskoczyłem kilka razy na ciele nauczyciela. Było wygodne, a on stęknął ciężko zapewne odczuwając wyraźnie mój ciężar na sobie.
- Wygrałeś, poddaję się. – podniósł ręce i pozbył się rękawiczki zdejmując śnieżynkę tym razem z mojego nosa. Bardzo delikatnie. – Ale mój zwycięzca jest teraz cały spocony i przemarznięty, prawda?
- Nie... – pokręciłem głową, chociaż on i tak dobrze wiedział, że jest inaczej.
- A jeśli zaproponuję gorącą herbatę w kuchni? – uniósł brew przypatrując mi się lekko ironicznie. Chciał mnie podejść i udało mu się.
- Jestem bardzo mokry i bardzo przemarznięty! – wstałem z jego ciała i podałem mu rękę. Pomogłem wstać, chociaż niewiele mogłem zrobić. Mimo wszystko ściskałem jego dłoń i to się liczyło.
Gorąca herbata w kuchni po takiej bitwie na śnieżki, o której marzyłem, tylko ja i mój ukochany nauczyciel. Jeśli bym musiał mógłbym nawet natrzeć się sam śniegiem, byleby tylko spędzić z nim te kilka dodatkowych chwil.

*

Znalezienie odpowiednich ubrań zajęło mi trochę czasu. Musiałem na szybkiego ogarnąć się by wyglądać jak najlepiej. To było niemal jak randka z profesorem, nawet, jeśli w szkolnej kuchni. Nie byłem usatysfakcjonowany efektem, ale nauczyciel używając zaklęcia wysuszył mi włosy ciepłym powietrzem, więc przynajmniej nie kleiły mi się do twarzy.
Camus wyglądał za to wspaniale. Elegancko ubrany, z delikatnym i czułym uśmiechem na twarzy. Prawdziwy książę z bajki!
Zaprowadził mnie pod drzwi kuchni i wprowadził do środka. Skrzaty od razu otoczyły nas proponując tysiące potraw, jednak Marcel całkowicie opanowany wyraził swoje życzenie. Posadził mnie na wysokim krześle przy niezajętym jeszcze blacie, przy którym Skrzaty robiły nasze posiłki, i zajmując miejsce obok bardzo delikatnie odgarnął mi włosy z czoła. Było mi trochę głupio, ponieważ specjalnie ich nie związałem, by zmusić nauczyciela do podobnego zachowania i teraz osiągnąłem ten cel rumieniąc się obficie.
Gorąca herbata rozgrzała mnie i sprawiła, że mogłem płakać ze szczęścia. Takiego spokoju potrzebowałem, a mój książę siedział obok rozmawiając ze mną jak równy z równym.
Mój Marcel!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Pantoufles

Cóż z tego, że dzień był naprawdę ładny i słoneczny skoro z jakiegoś powodu ze mną zawsze były problemy? Nie wiem, jak, dlaczego ani ile mogło to trwać, jednak, jeśli coś miało być nie tak, to zawsze ja byłem w centrum zainteresowania. Zupełnie jakby zwracanie na siebie uwagi było moim celem, dla którego chodziłem do szkoły. Od samego początku los był wobec mnie niesprawiedliwy. Uwydatniał moje słabości zamiast tuszować ich, jak się to działo w przypadku Olivera, ja ciągle byłem tym słabym, ślamazarnym dzieckiem, które wymagało opieki.
Tym razem zaczęło się od butów. W moich trzewikach odkleiły się obcasiki i nie nadawały się do chodzenia. Musiałem czekać aż mama przyśle mi nowe buty, a jakoś nie kwapiła się do tego. Nie mogłem chodzić na bosaka, a Oliver miał nogę o numer większą niż moja, więc pożyczenie od niego butów odpadało. Nie byłoby to niczym wielkim, mogłem chodzić w pantoflach, jednak to właśnie one były największym problemem. Mama kupiła mi w tym roku kapcie w kształcie siedzących pluszowych misiów o słodkich pyszczkach, z łatką na łapce i czerwoną wstążką. Uznała, że nie wyrosłem jeszcze z takich rzeczy i nie pozwoliła zaprotestować. Póki widzieli to tylko koledzy z pokoju nie było tak źle jednak teraz musiałem paradować w nich po całej szkole. Nie było osoby, która nie oglądałaby się na Ślizgona w misiach na nogach, chichot i komentarze towarzyszyły mi przez cały czas. Na domiar złego nie miałem ostatnio czasu na przycinanie włosów i teraz wpadały mi do oczu. Niemal nic nie widziałem, kiedy ciemne fale zakrywały moją twarz i nie chciały odgarnąć się do tyłu. Oli rozwiązał to na swój wyjątkowy sposób. Pożyczył od dziewczyn spinkę misiaczka i spiął nieszczęsne, uciążliwe kosmyki z boku. Powiedział, że spineczka będzie pasować do papci i roześmiał się rozbawiony moim widokiem. Czułem się jak dureń. Najniższy trzecioklasista w szkole właśnie robił z siebie dziecko. Brakowało mi tylko butelki z kaszą i smoczka. To było upokarzające.
Stanowiłem atrakcję dnia. Cała Wielka Sala dyskutowała właśnie na ten temat i jakoś im się nie dziwiłem. Gdyby nie chodziło o mnie pewnie też nie oszczędzałbym komentarzy, ale w takiej sytuacji mogłem tylko spuścić głowę i wpatrywać się w misiowe pyszczki na moich butach z nienawiścią.
Jeśli kiedyś myślałem o wyznaniu swoich uczuć nauczycielowi latania, to w takich chwilach rezygnowałem z tego momentalnie. Tylko doprowadziłbym go do ataku histerycznego śmiechu.
Mimo wszystko stawiało to przede mną jeden cel. Bardzo ważny, niesamowicie istotny i wyjątkowy. Musiałem w przyszłości stać się idealnym mężczyzną, który będzie mógł z podniesioną głową powiedzieć Camusowi, co do niego czuje i nie wstydzić się tego. Tylko, jaki miałem w takim razie być? Podobny do niego? Miły, szarmancki, uczynny, słodki? Taki był nauczyciel i tak opisywała go każda dziewczyna. W dodatku niesamowicie przystojny i męski. Miałem przed sobą niemałe wyzwanie, któremu musiałem sprostać. Zaczynając od dbania o urodę i maniery, przez wyważoną słodycz i powagę, po samą postawę, sposób wysławiania się, ale to nie wszystko. Było jeszcze kilka rzeczy, których musiałem nauczyć się, jeśli planowałem stawać w szranki z dziewczynami, które podkochiwały się w profesorze. Nie znałem się na tej szarańczy, ale wiedziałem, że jeśli pozwolić im się rozplenić to pożrą mojego nauczyciela od razu nie zostawiając dla mnie ani kawałeczka.
Denerwowały mnie same myśli o nich, kiedy je widziałem czułem ogromną niechęć. Nieszczere, zakłamane, wykorzystywały słabości innych i sama ich płeć już mnie odstraszała. Wszystko, dlatego, że miały większe szanse u Marcela!
Coś mokrego było rozlane na podłodze, zryw, ślizg, serce zatrzymuje się w piersi, podchodzi do gardła, umysł staje się pusty, krew szybciej krąży w żyłach i nagłe uderzenie o podłogę, a zaraz potem ból. Wszystko to przez nie! Przez harpie, które jak chwasty zagradzały mi drogę do szczęścia!

~ * ~ * ~

Usłyszałem, że coś ląduje na ziemi jeszcze zanim zobaczyłem siedzący na podłodze Cud, który uderzył piąstkami o kamienne płyty, na których wylądował. W Wielkiej Sali widziałem go tylko przez chwilę i nie miałem okazji przyjrzeć mu się dokładnie, jednak z tego, co wiem coś było nie tak. Teraz Fillip był zdenerwowany upadkiem, który z całą pewnością nie był przyjemnym doświadczeniem. Rozzłoszczony także był niemożliwie piękny.
Podszedłem do niego nie czekając.
- Stłukłeś pupkę? – przykucnąłem przed Ślizgonem, który otworzył szeroko oczka i uśmiechnął się szeroko. Skinął głową bez słowa. Podniosłem go i otrzepałem. – Ktoś rozlał tu wodę. Musisz uważać. Nic ci nie jest?
Pokręcił głową i szybko spoważniał. Spuścił główkę i odwrócił się do mnie tyłem. Nie wiedziałem, o co chodzi. Obraził się na mnie? Coś powiedziałem, lub zrobiłem? Ale nagle dostrzegłem czerwone uszko i umysł mi się rozjaśnił. Rumienił się, wstydził czegoś. Rozkoszny jak zawsze.
- Fillipie? – odwróciłem go przodem do siebie. Nawet nie stawiał oporu, chociaż jeszcze bardziej schylił główkę chowając twarz jak tylko się dało. Włosy, które spiął spineczką opadły mimo wszystko na jego buźkę kryjąc ją przede mną i nagle wszystko zrozumiałem, nic nie było dla mnie niejasne. Przesunąłem wzrokiem po całym jego ciele powoli. Główny powód tego zawstydzenia musiał tkwić na samym dole. Uśmiechnąłem się lekko do siebie.
- Śliczne kapcie, Fillipie. – powiedziałem łagodnie patrząc na słodkie misiaczki, które pochyliły się do dołu, jakby chciały ukryć zażenowanie podobnie jak chłopiec. Musiał zgiąć palce chcąc jakoś ukryć pantofle na stópkach. Bezowocne starania.
Rozkoszny widok.

~ * ~ * ~

Marcel! Marcel! Marcel!
Starałem się myśleć tylko o nim. Nie o swojej wielkiej kompromitacji, nie o swoim nieszczęściu, ale o mężczyźnie, który stał przede mną i mówił do mnie łagodnie i z troską. Musiałem mu się wytłumaczyć! Musiałem, bo uzna, że jestem dziwny!
- Bo moje trzewiki się zepsuły! – krzyknąłem z przejęciem i uniosłem głowę patrząc prosto w cudowne tęczówki profesora. Czułem, że oczy mnie pieką od chcących się wydostać łez. Nie pozwoliłem im na to! Nie będę płakał! Muszę być mężczyzną! Dla Camusa!
Profesor uśmiechnął się łagodnie, roześmiał krótko i ciepłą dłonią pogładził mnie po policzku.
- I masz tylko misiaczki, tak? – wiedziałem, że mówi do mnie jak do dziecka i podobało mi się to. Czułem się w jakiś sposób wyjątkowy, kiedy cała jego czułość skupiała się właśnie na mnie. Pokiwałem, więc głową potwierdzając.
Nagle poczułem się już o wiele lepiej. Spokojny i zadowolony. Już się nie wstydziłem i nie chciałem być dorosłym mężczyzną. Mogłem być taki, jaki byłem, jeśli to sprawiałoby, że nauczyciel zawsze będzie się mną opiekował.
- A ta spineczka? – zdjął z moich włosów misia, którego na sobie miałem. Zapomniałem o nim całkowicie i nawet włosy mi nie przeszkadzały, kiedy tak przejmowałem się pantoflami, zaś teraz uświadomiłem sobie, że przecież nadal go mam.
- To Oliver... – mruknąłem marszcząc nos w geście niezadowolenia. – Bo... Włosy mi przeszkadzały... Pożyczył... – nie łatwo było mi mówić, kiedy profesor odgarnął wszystkie kosmyki z moich oczu i spinał je z boku dokładnie by już nie mogły się wydostać. Wiedziałem, że się zarumieniłem, ale udawałem, że wcale tak nie jest, chociaż musiałem być intensywnie czerwony.

~ * ~ * ~

Niezmiennie słodki i rozkoszny. Mój Najdroższy Skarb.
Uporałem się z jego włoskami. Były gęste i miękkie. Z największą przyjemnością ich dotykałem, podobnie jak aksamitnego policzka, który płonął pod moimi palcami, gdy go gładziłem.
- Wyglądasz naprawdę słodko, nie masz się, czego wstydzić. Aż ciężko oderwać od ciebie wzrok. Słodycz cieszy serce. – powiedziałem prawdę, chociaż nie dodałem, że chodziło mi głównie o moje, które promieniało niesamowitą mocą, kiedy tylko widziałem tak cudowny obrazek. – A dziewczęta lubią słodycz, więc podnieś główkę i niech się tobą zachwycają. – delikatnie ujmując jego brodę spojrzałem w rozpromienione, troszkę zaskoczone oczęta. Osobiście nie chciałem by ktokolwiek widział go tak rozkosznym, Fillip powinien być tylko mój. Nie chciałem dzielić się nim z kimkolwiek innym, ale musiałem.
- To, dlatego ma pan powodzenie?
- Hm?

~ * ~ * ~

Wcześniejsze słowa nauczyciela ucieszyły mnie i sprawiły, że byłem jak zahipnotyzowany. Nie myślałem przez chwilę, a kiedy się obudziłem z tego przyjemnego transu uświadomiłem sobie, że zapytałem o coś niesamowicie głupiego. Znowu spłonąłem.
- No... Bo... Pan też jest... Słodki... I dziewczyny pana lubią... – dodałem to, chociaż nie chciałem. Zacisnąłem pięści mocno i gryzłem wargę, póki nie poczułem, że się uspokajam. – I one zastanawiają się, czy pan ma kogoś. – moja śmiałość zaskoczyła mnie samego, ale widać coś we mnie wiedziało jak wykorzystać nadarzającą się okazję.
Uniosłem wzrok z krawatu profesora na jego twarz. Na kuszące wargi, które były moje, kojące spojrzenie pięknych oczu, także moich, na całe przystojne oblicze, moje, moje i tylko moje! Chciałem wiedzieć jak jest naprawdę. Musiałem wiedzieć na pewno, czy nauczyciel nie ma nikogo, czy jest sam.
Przez chwilę zastanawiał się jakby ważąc każde słowo, po czym obdarzył mnie swoim pełnym ciepła uśmiechem.
- Nie, Fillipie. Nie mam nikogo. – jego dłoń wsunęła się w moje włosy i zaczęła pieścić delikatnie skórę głowy.
Tak... Błogie uczucie po tak wspaniałych słowach. To znaczyło, że mogę go sobie przywłaszczyć! Mój!
- To dobrze... – odparłem, ale nagle serce zabiło mi zdecydowanie szybciej. Znowu mówiłem bez zastanowienia. – To znaczy, dla nich! Dla nich dobrze! Tak myślę... – znowu wszystko mi się mieszało.

~ * ~ * ~

Pogłaskałem palcem wskazującym jego drobny nosek, kiedy tak gubił się w swoich słowach. Jak zwykle z resztą.
Nie miałem nikogo, nie do końca było to prawdą. Miałem jego. Mojego cudownego Fillipa, niemożliwie słodkiego Ślizgona.
- Gdzieś się wybierałeś zanim przeszkodziła ci w tym podłoga, prawda?
- A! Tak! – chciał uderzyć się lekko w czoło, ale przyłożyłem mu do niego dłoń i jego drobna łapka uderzyła o moją. Znowu się zawstydził i szybko splótł palce za sobą kręcąc lekko bioderkami jak zawstydzone dziecko. – Do biblioteki. – burknął nieśmiało pod nosem. – Pójdę już. – zrobił dwa kroki i zaczął skakać na jednej nodze sycząc cichutko z bólu. Widać nie tylko jego dupcia ucierpiała w czasie upadku, ale i noga.
- Czyli jednak nie pójdziesz, ale zostaniesz zaniesiony. – roześmiałem się podnosząc go i biorąc na ręce.

~ * ~ * ~

Chciałem pisnąć zaskoczony i szczęśliwy. Ciepło ciała profesora rozeszło się po całym moim ciele, jego zapach wypełnił moje nozdrza. Zadrżałem oplatając go ramionami i przytulając się. Mógłbym przysiąc, że noga już wcale nie bolała!
Na mojej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. Byłem lepszy od dziewczyn! Ich Camus nie nosił, a mnie tak!
Oparłem brodę o jego ramię i zacząłem ruszać nogami machając nimi po bokach ciała nauczyciela. Byłem niesamowicie dumny z siebie. Niech inni patrzą i zazdroszczą! Panicz Fillip niesiony do biblioteki przez najwspanialszego nauczyciela w szkole. Dziewczyny mogły mnie znienawidzić. Proszę bardzo. Mój prywatny słodki nauczyciel! Byłem samolubny, nie dało się ukryć, ale jeśli to pozwalało mi na takie radości, to nie miałem nic przeciwko temu.

~ * ~ * ~

Ślizgon był jak dziecko. Leciutkie ciało poruszało się w moich ramionach rozluźnione. Czułem się dziwnie wnosząc go tak do biblioteki. Całe szczęście, że nie było w niej wiele osób, ale i tak ich wzrok od razu skupił się na nas. Nie dało się ukryć, że wyglądaliśmy bądź, co bądź, zabawnie, ale było mi przyjemnie. Mogłem nosić chłopca bez przerwy. Sprawiało mi to niesamowicie wiele radości. Był w końcu moim małym panem, któremu pragnąłem służyć całym sercem. Był dla mnie wszystkim.
Podchodząc do zdziwionej bibliotekarki uśmiechnąłem się lekko.
- Posadzę go w głębi biblioteki. Proszę, zwrócić na niego uwagę, kiedy będzie wychodził i w razie, czego poprosić by ktoś mu pomógł, gdyby nadal kuśtykał. Potłukł się trochę na korytarzu.
- Oczywiście! – wydawała się trochę onieśmielona tą krótką wymianą zdań. Widać naprawdę wyglądaliśmy z Fillipem wyjątkowo dziwacznie.
- Bardzo dziękuję. – posłałem jej kolejny uśmiech zanim nie zabrałem chłopca w odpowiednie miejsce. Skoro wstydził się swoich pantofli postanowiłem ukryć go przed ciekawskim wzrokiem innych.

~ * ~ * ~

Nauczyciel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo był atrakcyjny i jak łatwo potrafił omamić kobiety. Był przez to łatwym celem, więc musiałem go chronić przed nimi! Taki duży, a taki głupiutki! Nie wiem jak mógł tego nie dostrzegać, lub to ignorować. A było widać, że nie jest świadom swojej władzy nad nimi. Ale przecież każda mogłaby się na niego rzucić. O taki ideał coraz trudniej, a on był na wyciągnięcie ręki. Musiałem mieć się na baczności i pilnować go, by żadna mi go nie skradła!
Znowu przytuliłem się do niego mocno.
Marcel posadził mnie na krześle i poklepał lekko po głowie.
- Powiedz mi, jakich książek potrzebujesz, a zaraz je znajdę żebyś nie musiał nadwyrężać tej nogi. Niech odpocznie trochę.
- Już odpoczęła. Kiedy mnie pan niósł. – uśmiechnąłem się pewnie. Jeśli te dziecinne kapcie sprawiały, że mężczyzna interesował się mną i uważał mnie za słodkiego, to mogłem chodzić w nich z uniesioną wysoko głową, tak jak mówił mi to profesor. Jego wzrok może częściej spoczywałby na mnie zamiast na innych, a przecież tego właśnie pragnąłem.

~ * ~ * ~

Dopytałem o książki, które miałem przynieść chłopcu i poszedłem znaleźć odpowiednie pozycje uśmiechając się do siebie między półkami.
Gdyby tylko Fillip mógł być mój.
Tak naprawdę bardzo tego pragnąłem i co noc wyobrażałem sobie chwile, które spędzalibyśmy razem, jednak sam nie wiem, co bym wtedy zrobił. Miałem ochotę całować jego drobne usteczka, tulić to małe ciało i szeptać raz po raz jak bardzo go kocham, ale dobrze wiedziałem, że nie mógłbym tego zrobić. Musiało wystarczyć mi, że mogę być dla niego opiekunem i to sprawiało mi niewysłowioną radość.
Opieka nad nim była małym cudem codzienności. Byłem blisko niego, poznawałem go coraz dokładniej, rozkoszowałem się nim.
Znalazłem kilka książek o pierwszych świętach magicznego świata, których potrzebował do wypracowania. Wytypowałem te najciekawsze i najdokładniejsze. Zależało mi by chłopiec dostawał dobre oceny.
Zaniosłem mu je o znowu pogłaskałem. Lubiłem go dotykać. Zupełnie jakby moje ciało nabierało dzięki temu sił do dalszej egzystencji. Ślizgon był światłem, które pozwalało mi widzieć, energią potrzebną do życia.
Był całym moim Światem.

~ * ~ * ~

Uśmiechnąłem się z wdzięcznością i złapałem profesora za szatę. Dobrze wiedziałem, co chcę teraz zrobić i byłem zdecydowany. Przyciągnąłem go bliżej do siebie. Nie był zdziwiony, a ja w tamtej chwili nie wstydziłem się tego, co robiłem. Zbyt mocno tego chciałem.
- Dziękuję, panu. – powiedziałem cicho przykładając usta do kącika jego warg i całując go mocno. Zamknąłem oczy by rozkoszować się tym przez jak najdłuższy czas. Nadal nie miałem na tyle odwagi by sięgnąć bezpośrednio jego ust nauczyciela, ale to wystarczało mi w zupełności. Byłem szczęśliwy i czułem, że cały promienieje, ciepło rozchodziło się po wszystkich komórkach mojego ciała, pod powiekami widziałem słońce, motyle, kwiaty, wiosenną radość. Pojawiło się to niczym wizja!

~ * ~ * ~

Tak niewiele brakowało by jego drobne usteczka zdradziły mi swój smak, tym czasem pieszczotliwie musnęły sam kącik w tak niesamowity, delikatny i wspaniały sposób. Czułem rozkosz rozchodzącą się po całym ciele, a niewidzialny blask otaczał mnie dookoła.
- Nie ma, za co. – szepnąłem mu do uszka, kiedy jego wargi pozwoliły mi na to. Oddałem muśnięcie w równie niewinny sposób w jego ciepły, miękki policzek.
Nie potrzebowałem więcej. Byłem całkowicie spokojny i rozluźniony. Tyle w zupełności wystarczało mi do pełni szczęścia, a cały świat pełen barw wirował i tańczył w rytmie mojego szybko bijącego serca, tak pełnego rozkoszy i spełnienia.

sobota, 31 października 2009

Citrouille

Dynia! Wielka, pulchna dynia! Tak właśnie wyglądałem! Cała szkoła miała ubaw! Fillip Ballack, jako Halloween’owa dynia! Oczywiście z winy rodziców, bo to przez nich byłem najniższym trzecioklasistą w szkole! Co za upokorzenie! Dlaczego akurat dynia?!
Zapowiadało się niewinnie. Któryś z nauczycieli zaproponował by w tym roku życzenia i prezenty na Halloween roznosił jeden z uczniów. Naturalnie miał otrzymać przebranie i zwolnienie z zajęć. Musieli tylko kogoś wybrać. Chyba każdy był ciekaw, na kogo padnie i tym samym obawiał się, że może to być on sam. Nikomu nie uśmiechała się rola Halloween’owego listonosza. I tu zaczął się mój horror. Uzasadniając swój wybór moim niskim wzrostem, odpowiednią budową ciała, rozeznaniem w szkole i sumiennością wcisnęli mi w ręce przebranie dyni i zaznaczyli, że od ich decyzji nie ma żadnego odwołania.
I tak oto w ten jeden wyjątkowy dzień byłem zmuszony ośmieszać się przed całą szkołą. Wyglądałem okropnie! Wielki, pomarańczowy balon!
Prezenty i kartki z życzeniami zbierano już dwa dni wcześniej, a teraz leżały posegregowane i złożone na kupki w pokoju nauczycielskim. Miałem do niego nieograniczony niczym wstęp, co było jedynym plusem tej sytuacji. Była to idealna możliwość by chociażby przez chwilę, przypadkiem zobaczyć nauczyciela latania, ale i unikać bezpośredniego spotkania z nim. Nie chciałem by widział mnie takim. To byłoby straszne! Kolejny dowód na to, że nigdy nie weźmie mnie na poważnie i zawsze będę dla niego tylko zabawnym dzieckiem. Bo niby, kto potraktuje chodzącą dynię, jako poważnego mężczyznę, lub chociażby kandydata na mężczyznę?
W takim właśnie przeświadczeniu, bez najmniejszego entuzjazmu zabrałem się za roznoszenie zaczynając od najmniejszych kupek. Wkładałem je do koszyczka w kształcie nietoperza i chodziłem po klasach roznosząc adresatom. Na początku nie było większych problemów. Kilka kartek, jakieś małe prezenty. Niestety przy osobach, które miały największe powodzenie w szkole mój koszyczek nie wystarczał. Musiałem nosić to w rękach, lub wielkich czarnych siatkach z duszkiem. Całe szczęście nie było to najcięższe i dawałem radę. Niestety nie jednokrotnie denerwowałem się i mruczałem pod nosem, kiedy ktoś śmiał się na mój widok, lub komentował. Nie zgłosiłem się sam do tego, miałem po prostu pecha, więc tym bardziej czułem się wtedy upokorzony. Wcale mi się to nie podobało, a nogi szybko zaczęły boleć mnie od chodzenia. Szkoła była wielka, uczniów sporo, a ja tylko jeden. To tłumaczyło, dlaczego dostałem na to cały dzień. Ktoś musiał przewidzieć, że nie będzie to łatwe zadanie, a mimo wszystko zrobili ze mnie ofiarę swojego spisku przeciwko moim uczuciom do nauczyciela. Zdecydowanie wolałem już siedzieć na zajęciach niż paradować po szkole w dziwnym stroju! Mogłem zapomnieć o wyznaniu swojej miłości nauczycielowi w tym roku. Nie po czymś takim.
Niestety ani razu nie natknąłem się na Camusa, co miało swoje osobliwe plusy. Nie widział mnie takim, jakim właśnie byłem. Pomarańczową, okrągłą dynią, która wywoływała śmiech nawet u najpoważniejszych. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że o tym słyszał, jednak między tym, co mówiono, a tym, co mógł zobaczyć była wielka różnica wpływająca na moją korzyść.
Ten jeden raz byłem rozradowany i cały w skowronkach, kiedy przyszło mi zanieść ostatnią już, największą kupkę prezentów i życzeń. Tylko to i będę mógł zdjąć ten paskudny strój! Chciałem skakać z radości. Tylko to i będę mógł szukać Camusa, dla samej przyjemności oglądania go! Czułem, że mógłbym unieść się pod sufit! Myśl o tym była aż nazbyt cudowna! Aż trudna do zniesienia dla mojego niewielkiego serca, które musiało wysilać się niebanalnie by pompować jak najwięcej krwi.
I nagle mina mi zrzedła. Ostatnia kupka była podpisana imieniem i nazwiskiem nauczyciela latania! Wielka zbieranina życzeń i upominków miała trafić właśnie do niego, a ja miałem ją zanieść! Nagle uświadomiłem sobie, że ja nie mam dla niego nic od siebie. Nie przyszło mi do głowy by dać mu coś z okazji Halloween. Było mi niesamowicie wstyd. Zajęty sobą, zaabsorbowany swoim nieszczęściem zapomniałem o czymś tak ważnym. Dziewczyny o tym pamiętały, a ja całkowicie zapomniałem. Przekonany o swoim wielkim uczuciu uważałem się za lepszego niż inni, a jednak to właśnie ja nie pomyślałem o tak drobnym geście. Teraz nie liczyło się już nawet to głupie przebranie. Niech mnie zobaczy takiego. Mały, żałosny uczniak, który nie zasłużył by darzyć miłością kogoś takiego, jak Camus.
Na tym skończyło się całe moje szczęście. Po prostu pozbierałem kartki i paczuszki dla nauczyciela, włożyłem wszystkie do reklamówek, zapakowałem w koszyczek swoje rzeczy i ruszyłem ze spuszczona głową pod drzwi jego gabinetu.

~ * ~ * ~

Zauważyłem, iż coraz częściej mam kłopoty ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego miejsca i zajęcia. Książki stały na półkach, czekając aż poczuję chęć na dalsze ich czytanie, rozpoczęty list leżał w szafce biurka wyczekując przypływu natchnienia do zwierzania się kuzynowi. Jedynym, co bynajmniej nie musiało prosić się moje zainteresowanie był pluszowy miś od Fillipa, który towarzyszył mi bez przerwy. Nosiłem go po całej sypiali, przenosiłem do gabinetu. W zależności od moich upodobań, co do wystroju kącika, jaki miałem w szkole.
Siedziałem na fotelu przed biurkiem, trzymając w objęciach misia i na głos rozmawiałem z nim opowiadając mu o tym, że Fillip jest dziś w stroju dyni, ale wcale go dziś nie widziałem, że bardzo bym tego chciał, gdyż z pewnością wyglądał olśniewająco. Biedny pluszak musiał znosić moje liczne jęki dotyczące braku szczęścia w spotkaniach ze Ślizgonem, a także te rozliczne fantazje dotyczące chłopca. Kochana maskotka nigdy się nie skarżyła.
Zostawiłem misia na krześle, kiedy usłyszałem pukanie. Pogłaskałem go, powiedział by grzecznie na mnie czekał i dopiero wtedy podszedłem do drzwi. Brakowało mi go trochę w ramionach. Tego miękkiego, pluszowego kształtu, który przyjemnie grzał moją pierś.
- Tak? – zapytałem uchylając drzwi i w następnej chwili poczułem coś na wzór uderzenia w twarz.
Śliczna opalona buźka, duże, ciemne oczy, falowane włoski układające się cudownie na ramionach. Pomarańczowy dyniowy berecik z zielonym wykończeniem w kształcie łodyżki, małego listka i licznych sprężynek układał się idealnie na głowie chłopca. Niewielki obcas zielonych butów stukał nerwowo o podłogę, gdy ubrana w zielone rajstopy nóżka poruszała się rytmicznie. Chłopcu nie było widać nawet szyi. Spora, wypchana, pomarańczowa dynia zaczynała się już od samej brody, a kończyła w połowie ud. Dynia zmieniała trochę kształt, gdy chłopiec ruszał rękoma. Rękawy zielonego sweterka, który Ślizgon musiał mieć na sobie kończyły się rękawiczkami bez palców. Strój był wykonany idealnie i starannie. Pasował do Fillipa i sprawiał, że chłopiec wyglądał niemożliwie słodko. Najwspanialsza dynia, jaką widziałem w życiu. W ręku trzymał śliczny koszyczek ze skrzydełkami nietoperza. Widziałem w niej ubrania i buty.
- Może się pan śmiać! – Fillip mruknął głośno nadąsany i odwrócił się. Zaczął wciągać do środka reklamówki. Nie wydawał się zadowolony.
- Dlaczego miałbym się śmiać? – zapytałem łagodnie pomagając mu z pakunkami. Oczywiście uśmiechałem się na początku, jednak z zachwytu nad jego aktualnym wyglądem. Naprawdę mi się podobał!
- Nie ważne. – westchnął ciężko. – Listy i prezenty z okazji Halloween. – powiedział z wyraźną niechęcią. – Jest pan ostatni na liście, więc czy mogę się przebrać? – podniósł koszyczek. – Mam już dosyć tego stroju, czuję się jak gigantyczny pączek!
- Co najwyżej dyniowy pasztecik. – nie mogłem się powstrzymać i zachichotałem. Fillip wydął policzki i tupnął. Popatrzył na mnie zły i może trochę speszony. – Idź do łazienki i przebierz się. – pokazałem mu odpowiednie drzwi.  
Chłopiec od razu pomaszerował w tamtą stronę. Drzwi trzasnęły cicho, kiedy zamknął się za nimi, a ja patrzyłem na niego zawiedzony. Wolałem by został w tamtym stroju i uśmiechał się szeroko, tak jak wielokrotnie to robił wcześniej. Serce mi się krajało, kiedy widziałem jego udręczoną minę. Chciałem by zawsze był wesoły, uśmiechnięty i naprawdę szczęśliwy.
Po chwili drzwi otworzyły się, a lekko rumiana buźka wychyliła się z niej.
- Czy może mi pan pomóc? – zapytał nieśmiało i wyszedł z łazienki. Nadal miał na sobie dyniowy strój. 
 Zmarszczyłem brwi nie wiedząc, co się stało, jednak, kiedy tylko Fillip odwrócił się tyłem zrozumiałem. Nie mógł poradzić sobie z zamkiem na plecach. Tym razem powstrzymałem śmiech by go nie urazić. Podszedłem i powoli rozsunąłem przebranie do samego dołu, by mógł je zdjąć.
- Już, Fillipie. – pogłaskałem go po głowie.
- Dziękuję. – powiedział wyraźnie i znowu skierował się w stronę drzwi. Popatrzył w bok na fotel z misiem. Całkiem o nim zapomniałem! – Miś! – stwierdził przenosząc zdziwione spojrzenie z zabawki na mnie. Musiałem przyznać, że trochę mnie to speszyło.
- Tak, miś. – mruknąłem – Jestem do niego bardzo przywiązany. – uśmiechnąłem się. Twarz chłopca zrobiła się intensywnie czerwona, a ten szybko zatrzasnął za sobą drzwi łazienki.
Był taki słodki, ale co tym razem zrobiłem źle?

~ * ~ * ~

Oparłem się o zatrzaśnięte drzwi. Czułem jak niesamowicie mi gorąco!
Miś... Mój miś... Miś, którego dałem nauczycielowi w prezencie! Nadal go miał... Woził ze sobą do szkoły! I mówił, że jest do niego przywiązany! A teraz miś siedział na jego fotelu, przy którym zazwyczaj pracował Marcel! To znaczyło, że profesor miał go ze sobą, zanim otworzył mi drzwi!
Piszczałem cicho zasłaniając usta dłońmi, by nie było mnie słychać. Na to nie mogłem już nic poradzić. Byłem zbyt zszokowany, szczęśliwy i podniecony. Mój głupi prezent był ciągle z nauczycielem! Nie mogłem tego wytrzymać!
Wstałem i zacząłem skakać by jakoś odreagować rozpierającą mnie radość. Teraz mogłem być nawet i dynią!
Byłem taki rozradowany! Niemal umierałem ze szczęścia. Raj! Kochany miś! Był z Marcelem zamiast mnie i w dodatku pewnie nie raz był przez niego tulony! Jak ja chciałem być teraz misiem! Takim pluszowym, wypchanym misiem na kolanach nauczyciela latania! I żeby mnie całował w pluszowy nos i żebym mógł czuć jego ciepło przy każdym przytulaniu! Chciałem być pluszowym misiem jak niczym innym na świecie!
- Fillipie? – profesor zastukał w drzwi łazienki.
- J... Już, już! – zerwałem się na szybkiego zdejmując strój dyni.

~ * ~ * ~

Już zaczynałem się martwić, kiedy tak wpadł do łazienki i nie wychodził. Na szczęście nieśmiało wyjrzał zza drzwi i wyszedł do gabinetu. Popatrzył na fotel. Wcześniej zabrałem z niego misia i posadziłem go na półce przy książkach. Chłopiec chyba i tak go spostrzegł.
- Usiądź, Fillipie. – wskazałem zwolnione już miejsce. Chłopiec klapnął na nim machając nogami w powietrzu.
- Mógłby pan przygasić światło? – zapytał niewinnie. – Będzie widać gwiazdy!
Zrobiłem to w mgnieniu oka nawet nie myśląc o tym, o co prosił. Zrobiłbym dla niego dosłownie wszystko bez mrugnięcia okiem, więc dlaczego nie miałbym wykonać tak prostego polecenia? Stanąłem przy biurku opierając się o nie, gdy chłopiec przekręcił się na fotelu patrząc przez okno. Obaj wpatrywaliśmy się w ciemność wieczora i liczne gwiazdy, które już teraz pojawiły się na niebie. To była naprawdę ładna i w miarę ciepła jesienna noc. Byłem szczęśliwy będąc tu z Fillipem, wspominając to jak wyglądał w stroju dyni. Moja mała Kraina Cudów.
- Fillipie. – zacząłem starając się mówić w miarę cicho. Już sam półmrok w pokoju zmuszał niemal do szeptu. – Uważam, że byłeś cudowną dynią. Nigdy nie widziałem ładniejszej! – zapewniłem żarliwie patrząc na zaskoczonego chłopca, którego oczy błyszczały odbijającymi się w nich gwiazdami. – Naprawdę, Fillipie. Nie wiem, kto wybrał akurat ciebie, ale musiał wiedzieć, że będziesz przewspaniałą dynią!
Chłopiec prychnął i skrzyżował dłonie na piersiach patrząc ponownie w okno.
- Wyglądałem okropnie. – uparł się – Jak dyniowy pasztet! Sam pan tak powiedział.
- Bo... Bo to prawda, ale ten pasztecik był niesamowicie słodki! Jak żaden inny! Najwspanialszy dyniowy pasztecik, jaki widziałem! – nie chciałem by chłopiec się na mnie obraził. Był dla mnie tak ważny, a ja chyba właśnie się pogrążałem.

~ * ~ * ~

Nie przypuszczałem, że profesor może uważać mnie za słodki dyniowy pasztecik. W ogóle nie przypuszczałem, że mogę mu się podobać w tamtym stroju. Tak zabawnie starał się wybrnąć z tej sytuacji i przekonać mnie, że jednak wyglądałem dobrze, a on to docenia.
Nagle żałowałem, że zdjąłem tamto przebranie. Nauczyciel uważał, że jestem słodki!
Po moich ustach błąkał się zadowolony uśmiech, ale nie chciałem by go widział. To zdradziłoby na pewno to jak zależy mi na jego miłych słowach i pochwałach.
Zacząłem kręcić się na fotelu odrobinę na boki, by zająć się czymś, nie myśleć o tych rozkosznych słowach, jakie słyszałem, a z resztą nie byliśmy sami w pokoju! Miś na to patrzył! I ciekawe czy był o mnie zazdrosny? O to, że teraz to ja siedziałem na miejscu nauczyciela, rozmawiałem z nim, a on starał się jak mógł by jakoś załagodzić sytuację.
Patrz misiu! Marcel jest mój, a ty masz mu tylko o mnie przypominać, pamiętaj! Nie oddam ci go, nawet gdybym miał najeść się pluszu!
Dostrzegłem spadającą gwiazdę za oknem. To była taka piękna chwila. Camus na pewno także ją widział! Ja musiałem coś z tym zrobić! Po prostu musiałem!
- Wie pan, co się mówi? – zacząłem z trudem nie mówiąc szybko i nerwowo, ale wolno i z udawaną obojętnością, co chyba mi nie wychodziło jak należy.
- Co takiego, Fillipie? – jak ja uwielbiałem, kiedy wymawiał moje imię!
- Bo podobno... W Halloween... Kiedy widzi się spadającą gwiazdę to powinno się pocałować osobę, która jest najbliżej, bo to przynosi szczęście na cały tydzień! – zmyślałem na poczekaniu! Nie chciałem kłamać i poniekąd bynajmniej nie było to kłamstwem. Przecież taki pocałunek teraz sprawiłby mi niewysłowioną radość i byłby zapowiedzą cudownego tygodnia! Więc chociaż wymyśliłem coś tak głupiego i banalnego, to jednak było prawdą!
Zdawałem sobie sprawę, że to zbyt dziecinne i nauczyciel może się tylko roześmiać i powiedzieć, że to brednie, jednak ja musiałem spróbować. Pragnąłem tego jednego buziaka, jak pluszowy miś! Bardzo, bardzo, bardzo!

~ * ~ * ~

To zabawne. Nigdy o tym nie słyszałem. Widać każde pokolenie wymyślało nowe przesądy, a ten był taki zabawnie naiwny, ale chyba jednak prawdziwy, bo przecież dla mnie już sam ten pocałunek byłby małym Rajem, a to znaczyło, że może i Fillipowi przyniósłby tydzień szczęścia, po tym niezbyt udanym dniu. Nie pragnąłem niczego bardziej, jak właśnie takiej chwili radości dla Ślizgona.
- Nie wiedziałem o tym. – powiedziałem szczerze. Już nie mogłem się powstrzymać. Byłem pewny, że to zrobię. Jeden buziak, który zapewni chłopcu cały tydzień radości! Jeden buziak, który przerodzi się w całą Wieczność dla mojego serca. – Bardzo chcę żebyś miał dobry tydzień. – zapewniłem.
Odwróciłem chłopca w swoją stronę i pochyliłem się nad nim.

~ * ~ * ~

Przymknąłem oczy.
Jeśli teraz Marcel usłyszy jak szybko bije mi serce będzie po wszystkim! Ciszej! Bij ciszej! Przecież jest tak blisko! Zaraz cię usłyszy i ucieknie! Wolniej, ciszej!
Był tak blisko! Jego zapach, ciepło. Czy jego serce także tak szaleje? Naprawdę chciałbym to wiedzieć. Czy tak samo jak moje wyrywa się z piersi? Czy podchodzi mu z nerwów do gardła?
Tak blisko... I wtedy słodki, mały, niewinny buziak... Prosto w policzek! Jak zawsze!
Nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem się głośno śmiać niemal tarzając po fotelu. Wiedziałem, że profesor patrzy na to zdziwiony, jednak ja mogłem tylko machnąć ręką, by się nie przejmował i nadal chichotałem bez opamiętania.
Jaki on był słodki! Nie ja, nie ten dziwny strój dyni! To Marcel był słodki! On, on, on!
Z trudem mogłem się powstrzymać. Buziak w policzek! Mam najszczęśliwsze policzki na świecie!

~ * ~ * ~

Nie miałem pojęcia, co tak rozbawiło Fillipa, ale cokolwiek to było naprawdę się z tego cieszyłem. W końcu się uśmiechał. Był radosny, a to najważniejsze. Widać ten przesąd działał. I to od razu, gdy tylko dało się innej osobie buziaka. Zaskakujące.
Pogłaskałem chłopca po głowie i odgarnąłem mu z twarzy włosy. Mój Anioł otarł oczka rękawem swetra i wspiął się na fotel.
- Ja też chcę by pan miał dobry tydzień! – zapewnił i ułożył usteczka w dzióbek dotykając nimi mojego nosa.
I nagle to ja byłem bezgranicznie szczęśliwy! To ja miałem ochotę śmiać się, płakać ze szczęścia i krzyczeć z radości!
Małe, słodkie usteczka na mojej skórze. Mój rozkoszny Fillip. Mój Anioł.
I nagle dostałem kolejnego takiego buziaka, a Ślizgon uśmiechnął się cudownie.
- A to, jako podziękowanie. – na chwilę przygryzł wargę, ale szybko zabrał z niej ząbki. – Za to, że poprawił mi pan humor i powiedział tyle miłych słów! I w ogóle...

~ * ~ * ~

Zacząłem się zacinać i plątać. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, a jednak chciałem mówić dalej!

~ * ~ * ~

I co ja miałem odpowiedzieć komuś tak rozkosznemu? Nie wiedziałem. Odebrało mi mowę.
Pogłaskałem go po głowie i naraz obaj zaczęliśmy się śmiać. Ciepło, głośno i z prawdziwą radością.
To był niesamowicie dziwny wieczór. Może wpłynęło na to Halloween, a może po prostu taki miał być, gdyż takim zaplanował go Pan?
Nieważne, nieistotne.
Byłem szczęśliwy.

poniedziałek, 28 września 2009

Parapluie

Kiedy wsiadałem do pociągu słońce świeciło mocno, pieszczotliwie, a powietrze było ciepłe i niesamowicie przyjemne. Niestety całe to piękno psuło wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czułem ten dziwny balonik, który napełniał się powietrzem wewnątrz brzucha za każdym razem, gdy coś podobnego mi się przytrafiało. Wymieniałem w myślach wszystko, co powinienem ze sobą zabrać, jednak każda z tych rzeczy była w moim kufrze, zapewne, dlatego o nich pamiętałem, a ucisk w żołądku wcale się nie zmniejszał. Starałem się nawet układać krótkie historyjki i dzięki temu znaleźć w końcu gdzieś w pamięci rzecz, o której zapomniałem. Także i to nie przyniosło spodziewanego efektu. Nie byłem nawet pewien, czy to ważne, czy też nie.
Całą drogę do Hogwartu zaprzątało to moje myśli i sprawiało, że nie mogłem w pełni cieszyć się powrotem do szkoły. Chociaż czasami usilnie próbowałem skupić się na wyobrażeniu sobie spotkania z profesorem Camusem, lub zajęć z nim, balonik wewnątrz mnie nie dawał mi spokoju ani na chwilę. Było to denerwujące, jednak nieuniknione. Musiałem sobie przypomnieć, jeśli chciałem zaznać spokoju, a tym bardziej, jeśli chciałem by nauczyciel latania był jedynym w moich myślach.
Pamięć jak na złość stawiała opory, ale zaskoczyła niespodziewanie w najmniej pożądanym momencie. Jechaliśmy już powozem, kiedy zaczął padać deszcz. Nie było żadnego lekkiego, małego deszczyku. Od razu zaskoczyło nas prawdziwe oberwanie chmury. Wielkie i ciężkie krople rozbijały się o szybę, dach i każdą inną powierzchnię, na jaką trafiło. Ochłodziło się, a na ziemi w przeciągu kilku minut wytworzyły się wielkie kałuże.
Tak, nie było wątpliwości. Tym, czego zapomniałem był parasol. Na domiar złego nie mogłem liczyć na kolegów, ani Olivera. Każdy z nich miał niewielką parasoleczkę, pod którą mieściła się jedynie jedna osoba, w dodatku dziecko, jako że dorosłemu takie maleństwo nie dałoby wiele. Chociaż siedziałem bezpiecznie w powozie, to już czułem przemoczone trampki i przenikliwe zimno, które czeka mnie, gdy tylko wyjdę na deszcz i spróbuję jakoś przedostać się do zamku.
- Zapomniałeś? – Oliver szturchnął mnie wybudzając z tego sennego zamyślenia. Z początku nie wiedziałem, o co mu chodzi, jednak domyśliłem się, kiedy patrzył na mnie przenikliwie. – Z twojej twarzy można wszystko wyczytać i tylko ślepy by tego nie zauważył. – mruknął.
- Tak... Tak... – zaniepokoiło mnie jego spostrzeżenie. Jeśli byłoby to prawdą Camus wiedziałby, że się w nim kocham, a przecież nie miał pojęcia! Nie mógł o tym wiedzieć, gdyż nasze stosunki były wręcz idealne, a gdyby znał mój sekret na pewno więcej nie pokazałby mi się na oczy. Oliver musiał się mylić, bo Marcel wcale nie był ślepy, a przecież moja tajemnica nadal pozostawała tajemnicą.
- A tym razem, co się dzieje? – mruknął niezadowolony przykładając mi dłoń do czoła i sprawdzając czy nie mam gorączki, patrząc w oczy jakby czegoś w nich szukał. – Nie jesteś chory.
- Oczywiście, że nie jestem! – sycząc odsunąłem się od niego. Ten to miał pomysły. – Zapomniałem parasola, z wami nie pójdę, więc będziesz musiał zdobyć dla mnie jakiś, kiedy dotrzesz do zamku. Z resztą chłopcy ci pożyczą. – wskazałem przytakujących kolegów, z którymi jechaliśmy. Na moim miejscu też nie wyglądałbyś na szczególnie szczęśliwego. – skarciłem kuzyna.
- Dobrze już, bez zbędnych wykładów, Fillipie. – machnął na mnie ręką. Miałem ochotę mu ją odgryźć by nauczył się, że mnie nie wolno ignorować, kiedy się denerwuję, jednak nie miałem na to zbyt wiele czasu. 
Powóz zajechał już przed bramę zamku i zatrzymał się. Jako pierwsi wysiedli starsi uczniowie tłumacząc głośno, że ze względu na pogodę ten kawałek od bramy głównej do zamku mamy przejść pieszo. To już całkowicie wykluczyło możliwość pobiegnięcia do zamku. Musiałem zostać w powozie i poczekać na kuzyna.
- Wrócę, kiedy tylko dadzą mi parasol. – obiecał Oliver i wyszedł na deszcz za kolegami kuląc się by nie zmoknąć mimo parasola w ręce.
Westchnąłem i usiadłem ciężko, czekając. Miałem nadzieję, że powóz nie odjedzie skoro byłem w środku. Wtedy miałbym jeszcze większy problem i już z całą pewnością nie uniknąłbym przemoczenia butów i ubrań, a zapewne nawet choroby.
Podparłem głowę ręką i czekałem wytrwale. Najgorsze było to, że nie wiedziałem ile czasu minęło odkąd chłopcy wyszli i ile jeszcze musiałem czekać na Olivera. Wydawało mi się, że to trwa i trwa, i nie chce się skończyć. Dziewczyny z pewnością siedziały już w Wielkiej Sali i piszczały na widok Camusa, a ja byłem uziemiony i to tylko, dlatego, że zapomniałem parasola, który wydawał się zupełnie niepotrzebny, kiedy wsiadałem do pociągu. Gdyby nie to siedziałbym z kolegami i kuzynem nieprzytomny z radości, że znowu jestem w szkole i mogę codziennie spotykać się z nauczycielem latania. Nie potrafiłbym usiedzieć spokojnie czując łaskotanie motylich skrzydełek w brzuchu, nie mógłbym oderwać wzroku od wspaniałej postaci profesora i co najważniejsze, może nawet zdołałbym zamienić z nim kilka słów, lub chociaż przywitać się. Może dziewczyny już to zrobiły i ubiegły mnie? Może nawet otoczyły Camusa nie pozwalając mu usiąść na miejscu i niby przypadkiem dotykały go, lub ocierały się o jego ubrania?
Wzbierała we mnie wściekłość na myśl o takiej ewentualności. Nie ważne czy brudny i mokry, czy też nie. Musiałem natychmiast zjawić się w Wielkiej Sali i udaremnić jakoś atak uczennic na nauczyciela! Musiałem go obronić i mieć dla siebie nawet, jeśli miałem przypłacić to poważną chorobą!
Otworzyłem drzwi powozu marszcząc nos. To była najprawdziwsza ulewa! Zebrałem siły i całą odwagę, jaką miałem i wyszedłem na zewnątrz z zamkniętymi oczyma. Nic się nie działo, nie czułem chłodu, nie padało, chociaż słyszałem deszcz. Podniosłem przed siebie ręce. Były suche, a przecież kawałek przede mną wielka kałuża stawała się jeszcze większa przez wpadające do niej kolejne krople. Spojrzałem w górę.
Krwiście czerwone róże nie przepuszczały wody zwarte ze sobą niesamowicie ciasno. Ich łodyżki przeciskały się między rozwiniętymi, wspaniałymi kwiatami zmierzając w jego miejsce.
- Parasol? – zapytałem głośno samego siebie spoglądając w bok.

~ * ~ * ~

Nie wiem czy było to przerażenie czy zaskoczenie, jednak twarz Fillipa przybrała prawdziwie osobliwy wyraz. Wpatrywał się w guziki mojego płaszcza sunąc wzrokiem coraz wyżej. Serce niemal zamarło mi w piersi, kiedy to robił. Jego głowa unosiła się powoli, a usteczka otwierały. Spotkanie naszych oczu było jak nagły i oślepiający błysk. Oślepiało na tę niepozorną sekundę, zatrzymywało bicie serca, oddech, czas i chociaż było to tylko chwileczką, to jednak wydawało się trwać i zapisywało w pamięci.
- Tak, Fillipie, to parasol. – potwierdziłem łagodnie. Mógłbym dodać, że stworzony specjalnie dla niego, gdy zobaczyłem, że nie ma go ze znajomymi i kuzynem, jednak to zdradzałoby moje uczucia, które i tak były już nazbyt oczywiste. 
Z całą pewnością nie trzeba było wiele by zauważyć, że niecierpliwie na kogoś czekałem, że starałem się wypatrzeć kogoś w tłumie uczniów, że mój płaszcz drgał od szybkich i mocnych uderzeń serca, oddech był głośny i nierówny, a usta drżały podobnie jak dłonie. Właśnie, dlatego, iż nie potrafiłem tego ukryć starałem się stać z boku niezauważony przez nikogo. Zbyt wiele ryzykowałem poddając się ciepłu i słodyczy uczuć, ale gdybym usiłował wyprzeć je z siebie tylko raniłbym serce i duszę.
Chciałem zobaczyć Fillipa. Tylko spojrzeć na niego i w ten sposób zadowolić swoje pragnienie jego bliskości. Jedno spojrzenie, chociażby najkrótsze, a byłbym zbawiony, a mógłbym uspokoić swoje serce, oswoić gromadzące się w nim uczucia i dalej udawać, że jestem tylko zwyczajnym nauczycielem miłym dla jednego z wielu uczniów.
Gdy nie zobaczyłem mojego Anioła wśród tej gromady uczniów zaniepokoiłem się, desperacko poszukując go wzrokiem po błoniach, wśród ostatnich wchodzących uczniów. Moja dusza była wtedy rozrywana na strzępy, jednak szybko odrodziła się, gdy jeden powóz zamiast odjechać stał pod bramą. Nie byłem pewny czy jest to możliwe, jednak wierzyłem głęboko, że stał się mały cud. Jeden z wielu, jakie darował mi Pan od dnia spotkania z Fillipem.
I ziściło się kolejne z moich małych marzeń, a Ślizgon stał przy mnie równie słodki jak zawsze.
- Możesz dotknąć, Fillipie. – uśmiechnąłem się. Moje serce biło już spokojnie, byłem opanowany i rozważny. Moje ogromne pragnienie zostało zaspokojone. Anioł znowu był ze mną, moje myśli wróciły na normalny tor i nie musiałem obawiać się samotności płynącej z braku chłopca.

~ * ~ * ~

Był taki jak zawsze. Idealny, uśmiechnięty, miły, niewinny na tyle na ile niewinnym mógł być mężczyzna. Jego oczy nieprzerwanie miały w sobie ten cudowny blask, kształt warg kusił i studził zapał tych, którzy mieliby nadzieję ich skosztować. Znowu czułem w ustach smak miodu ze śniadania. Z największym trudem zdołałem oderwać spojrzenie od nauczyciela. Chciałem widzieć go zawsze, do końca świata móc widzieć tylko jego i nikogo innego.
Przypomniały mi się słowa Olivera, który mówił, że moja twarz zdradza wszytko. Speszyłem się, zaniepokoiłem i szybko wbiłem spojrzenie w parasol nade mną. Wyciągając rękę dotknąłem materiału.
- Prawdziwe! – krzyknąłem zaskoczony, a wspaniały śmiech profesora wypełnił powietrze zachwycając nawet wiatr, który złagodniał wsłuchując się w ten cudowny dźwięk.
- Tak, są prawdziwe. – Camus przyglądał mi się, wiedziałem o tym, chociaż sam nie miałem już odwagi popatrzeć na niego. Zamiast tego starałem się podziwiać parasol z najprawdziwszych róż. Kwiaty chroniły nas przed deszczem, łodyżki splatały się na środku, zaś kolce znikały w miejscu, za które nauczyciel trzymał ten niesamowity parasol.

~ * ~ * ~

Gdybym mógł w ogóle nie ruszałbym się z miejsca. Stałbym tam wpatrując się w słodki Cud przede mną, a uśmiech nie schodziłby mi z twarzy. Te wspaniałe, rozradowane oczka, rozkosznie czerwone usteczka i nagle rumiane policzki.
Nie liczyła się różdżka w kieszeni, testrale, których Fillip nie mógł zobaczyć, zaczarowana brama zamku, która wpuszczała na teren szkoły wyłącznie pożądane osoby. Magię, której zawsze szukałem miałem przed sobą i w sobie, Ślizgona i uczucia do niego. Kolejna zaklęta w kuleczce chwila spędzana razem, która trafi do mojej bezcennej szkatułki, którą dostałem od chłopca.
- Musimy iść, Fillipie. Niedługo zacznie się uczta. – nie chciałem tego mówić, jednak musiałem. Z pewnością nie wypadało nam spóźnić się na Ceremonię, a tym bardziej całkowicie ją opuścić. Chociaż bardzo bym chciał miałem swoje obowiązki, a doprowadzenie mojego Anioła na czas było właśnie jednym z nich.
Chłopiec westchnął głośno i przytaknął.
- Dobrze. – stanął blisko mnie, a kiedy ruszyłem powoli on podreptał ze mną. Starałem się iść tak by mógł omijać kałuże, a tym samym nie musiał wychodzić spod parasola. Nie chciałem by przemoczył buty, lub zmoknął. Właśnie, dlatego stworzyłem ten parasol. By mój największy skarb dotarł suchy do zamku.

~ * ~ * ~

Serce pędziło jak oszalałe, jego głośne uderzenia mieszały się z szumem deszczu i cieszyłem się niesamowicie, że na dworze było tak głośno, gdyż profesor mógłby usłyszeć to szaleńcze bicie, a wtedy spaliłbym się ze wstydu. Specjalnie usiłowałem iść jak najbliżej niego i przypadkiem ocierać się o niego ramieniem. Sprawiało mi to tak niesamowitą radość i teraz, kiedy wiedziałem, że dziewczyny nie mogą tego robić nie potrafiłem się powstrzymać. To było niemal jak bezpośredni dotyk, a przecież materiał ubrań nie był wcale tak gruby, a pod nim obaj mieliśmy nagą skórę.
Spłonąłem, kiedy to sobie uświadomiłem. Nie potrafiłem pozbyć się sprzed oczu obrazu nagiej skóry profesora, której mógłbym dotykać. Nie wiedziałem, jakie uczucie może towarzyszyć dotykaniu jej, tak jak nie znałem smaku jego warg.
- Przepraszam, że musi się pan przeze mnie fatygować. – powiedziałem z zamkniętymi oczyma by pozbyć się drżenia głosu. Zaraz potem mogłem unieść powieki uspokajając się odrobinę. Jeśli będę z nim rozmawiał nie będę myślał o dziwnych rzeczach. A jeśli on czyta w myślach? Znowu byłem cały czerwony!
- To nie fatyga, to przyjemność, że mogę ci jakoś pomóc, Fillipie.
Chciałem się na niego rzucić. Przystanąć, podskoczyć, by móc zarzucić mu ramiona na szyję i przytulić się z całych sił. Gdyby to było możliwe podpisałbym go, by każdy wiedział, że jest mój i nikt inny nie ma do niego prawa! Nie ważne, że byłem samolubny. Marcel był mój i tylko mój nawet, jeśli o tym nie wiedział!

~ * ~ * ~

Ramionko Fillipa ocierało się subtelnie o moje ramię. Usilnie starałem się opanować uśmiechając lekko, tak jak zawsze, podczas gdy w środku cały wrzałem, byłem nieprzytomny z radości i czułem, że mógłbym unieść się w powietrze gdybym tylko pozwolił sobie na uwolnienie całej tej bomby uczuć, jaką w sobie kryłem.
Gdybym tylko mógł go złapać i zamknąć w ciasnym uścisku swoich ramion, jak złotego, cudownego ptaszka w klatce. Zamknąłbym go na kłódkę, a kluczyk włożył w serce by zawsze mieć go właśnie tam, a później sprawiłbym, że klatka zniknie by był wolny, gdyż nie miałbym serca narzucać mu czegokolwiek.
- Oj... – to krótkie słówko zabrzmiało niesamowicie słodko, gdy stanęliśmy przed większą i niemożliwa do przejścia kałużą, jako że nikła dopiero gdzieś w trawie. Buty chłopca z całą pewnością nie przetrwałyby tego suche.
Byłem wdzięczny za deszcz, za błoto i to minimalne jeziorko na środku naszej ścieżki.
- Potrzymaj proszę parasol. – podałem go chłopcu, który gryząc wargę wziął go i patrzył na mnie niepewny. Nie bał się, tego byłem pewien, ale nie potrafiłem odgadnąć czy wie, co zamierzam, czy też nie.
Wziąłem go na ręce tak, by się nie ubrudzić od jego butów, ale także przede wszystkim by parasol zakrywał go całego.

~ * ~ * ~

Chciałem piszczeć! Ze szczęścia, dla samego piszczenia, by odreagować. Chciałem krzyczeć głośno i uwolnić całe to szczęście, które pęczniało w moim brzuchu, pozbyć się łaskotania w piersi. Chciałem płakać z radości!
*
Nie powiedziałem Oliverowi, że to Camus pomógł mi dotrzeć do zamku. Skłamałem, ze pomógł mi jakiś starszy Krukon przygarniając mnie pod swój parasol, gdy sprawdzał, czy nikt nie został z tyłu. Spotkałem się z kuzynem akurat, gdy ten wybiegał z Wielkiej Sali. Zaraz po przyjściu do zamku ich parasole zniknęły i z tego, co zdołał się dowiedzieć miały zostać wysuszone przez Skrzaty Domowe i pojawić się w naszych pokojach. Na szczęście chłopak nie musiał już się o mnie martwić, a ja mogłem uczestniczyć w Ceremonii Przydziału i uczcie rzucając ukradkowe spojrzenia na stół nauczycielski i nauczyciela latania. Musiałem mu podziękować za to, co dla mnie zrobił.
Zwyczajne ‘dziękuję’, jakie powiedziałem, kiedy doniósł mnie do zamku było niewystarczające. Powinienem mu coś dać, chciałem tego, ale zupełnie nie wiedziałem, co. Do głowy przyszedł mi tylko buziak, a przecież to nie byłoby podziękowaniem. Poniekąd skradłbym coś bardzo cennego nawet, jeśli musnąłbym tylko jego policzek. On pomógł mi, a ja samolubnie zrobiłbym coś by tym bardziej zadowolić siebie. Postanowiłem improwizować, a okazja nadarzyła się zaraz po posiłku. Uczniowie i nauczyciele rozeszli się szybko, a ja odesłałem kuzyna do pokoju. Zostałem w Wielkiej Sali pod pretekstem podziękowania wybawicielowi, co tym razem nie mijało się z prawdą. Poczekałem aż Oli opuści pomieszczenie i sam wyszedłem by poczekać na korytarzu na Camusa.
Miałem ogromne szczęście, ponieważ wychodził, jako ostatni i nikt nie mógł nas zaskoczyć. Kiedy mnie dostrzegł uśmiechnął się i skinął mi głową. Odwzajemniłem uśmiech zachwycony na nowo profesorem.
- O co chodzi, Fillipie? – uwielbiałem sposób, w jaki wypowiadał moje imię. Pieszczotliwie i delikatnie, czule, właśnie tak chciałem to słyszeć.
- Chciałbym panu podziękować za pomoc... Co roku mi pan pomaga w tym pierwszym dniu. – zauważyłem nie potrafiąc nawet ukryć wypieków na twarzy. To była prawda. Potrafiłem się w coś wpakować każdego pierwszego dnia szkoły, a Marcel zawsze był blisko i ratował mnie z opresji.

~ * ~ * ~
- Przecież już podziękowałeś. – byłem zaskoczony. Chłopiec nie musiał przecież dziękować w żaden specjalny sposób za pomoc, ale te rumiane policzki były dla mnie wystarczającym podziękowaniem. Piękniejsze niż nie jeden kwiat, słodkie i tak pełne wdzięku! Zachwycające.
- Ale to za mało. – mruknął wpatrując się w podłogę.
Kochałem go za to, jaki był. Niewinny, rozkoszny, po prostu był sobą, a ja nie potrafiłem opanować czułości.
Pochyliłem się i pocałowałem go w skroń.
- Naprawdę nie musisz dziękować więcej. – szepnąłem mu na ucho i chciałem się odsunąć, kiedy nagle on złapał mnie za krawat uniemożliwiając wyprostowanie się.
Popatrzyłem na niego o wiele bardziej zdziwiony niż na początku, a on spłonął rumieńcem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Wyglądał jak małe ognisko i wydawał się przerażony tym, co zrobił.
Patrzyłem na niego, a on na mnie. Chociaż panowała cisza wydawało mi się, że wszystko wiruje i szeleści, a my stoimy nieruchomo pośrodku tej karuzeli.
Fillip przełknął z trudem ślinę.
- D... Dziękuję! – krzyknął i pocałował mnie w policzek szybko. Puścił krawat i odbiegł speszony zostawiając mnie zszokowanego na środku korytarza.
Jakiż on był słodki!

piątek, 21 sierpnia 2009

Petite chaussure

Potrafiłem zrozumieć godziny spędzane w księgarni, cukierni, lub sklepach z zabawkami, całe dnie zachwycania się quidditchem, czy chociaż zabaw z przyjaciółmi, ale nigdy nie potrafiłbym pojąć jak można przez trzy godziny rozmawiać z kimś o niczym i dopasowywać nową szatę. W ogóle nie pojmowałem zachwycania się nowymi trendami mody, czy krojami tiar, lub sukni. Jeśli miałem dalej podążać tym tropem to zupełnie nie rozumiałem kobiet, a w tym także mojej matki. 
Oczywiście pobyt na Pokątnej był o wiele bardziej interesujący niż samotne siedzenie w domu, jednak wytrzymanie drugiej godziny w sklepie z szatami było niemożliwe. Z całą powagą wolałem już chodzić tam i z powrotem po ulicy mijając te same witryny niż patrzeć jak mama przymierza po raz kolejny tę samą szatę zachwycając się nią zupełnie jakby widziała ją pierwszy raz. To było nie do wytrzymania.
Znalazłem jednak lekarstwo na nudę związaną z oczekiwaniem na mamę. Kopanie kamyczków w jedną i drugą stronę było całkiem interesujące, ponieważ kamyk nigdy nie toczył się w to samo miejsce. Sam dobrze wiedziałem, że jestem aż nadto znudzony. Nigdy nie posądziłbym siebie o taką desperację, jednak jak sam się przekonałem nawet ja byłem zdolny do skrajnych zachowań.
Wakacje trwały, a dzień był, jak sądziłem, jednym ze spokojniejszych na Pokątnej. Stare czarownice zajęte były zakupami głównie w sklepie z ziołami i kociołkami, zaś mężczyźni czekali na nie w cukierni. Nieliczni towarzyszyli małżonkom, ale i po nich widać było znużenie.
Zastanawiające, że dawniej wcale tego nie zauważałem, a teraz, kiedy się mi nudziło potrafiłem dostrzegać więcej niż zazwyczaj.
Kamyk potoczył się dalej niż przypuszczałem i zatrzymał oparty o inny, o wiele mniejszy. Zupełnie jakby czekał aż podejdę i znowu go kopnę tym razem w innym kierunku z tego jak gdyby wcześniej zaznaczonego miejsca.
Nie czekając ruszyłem w tamtym kierunku.
- Aww! – nadepnąłem na coś, a przynajmniej tak mi się zdawało. Kiedy podniosłem nogę nie było pod nią nic, a jednak coś nadal mnie uciskało i sprawiało ból. Jakiś kamyczek musiał wpaść mi do buta, gdyż wbijał się w stopę i kiedy tylko poruszyłem nogą przemieszczał się, jednak nadal był boleśnie uciążliwy.
Postawiłem nogę na pięcie i pochyliłem się by zająć się kamykiem w tej samej jednak chwili dostrzegłem parę kolan, które spoczęły na ziemi, a czyjeś dłonie objęły moją stopę troskliwie.

~ * ~ * ~

Nie podniosłem głowy, nie spojrzałem nawet na niego z bliska. Moje kolana same ugięły się przed nim. Czułem dziwną rozkosz mogąc klęczeć u jego stóp. Nie było w tym poniżenia, ani żadnych nieczystych pragnień, jedynie przyjemność wypływająca z każdej sekundy, kiedy to klęczałem przed nim jak przed swoim panem, królem, władcą.
Jak niesamowitym byłoby to uczucie gdybyśmy obaj urodzili się te kilka wieków wcześniej, ja, jako rycerz i on, jako mój suweren? Jak wielką czułbym wtedy rozkosz padając na twarz za każdym razem, gdy stawałbym przed nim? Jakie wtedy stałyby się moje pragnienia? Czy moje ciało pożądałoby go równie mocno, a może i mocniej? Czy chciałem by miał nade mną władzę absolutną?
Kiedy tylko myślałem nad tym odrobinę dłużej rozwiązanie samo się nasuwało. Pragnąłem tego wszystkiego właśnie, dlatego iż moja miłość do niego byłaby wtedy połączona z prawdziwym uczuciem do władcy, a ja nawet teraz właśnie tak go traktowałem. Jako mojego pana, który ma prawo zażądać mojego życia w każdej chwili. Było jeszcze coś, co wcale by się nie zmieniło gdyby moje fantazje stały się rzeczywistością. On nadal byłby dla mnie nieosiągalny i tak jak teraz mógłbym go kochać jedynie w swojej służbie i na pozór niewinnych gestach, słowach, czy uśmiechach.
Mimo wszystko, na swój sposób, moja miłość do Fillipa zawsze była niewinna. W zupełności wystarczały mi rozmowy z nim, możliwość patrzenia na niego i słyszenia jego słodkiego głosu. Kiedy mogłem się nim opiekować byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Fillip nie musiał należeć do mnie, nie musiałem mieć go na wyłączność, chociaż właśnie tego pragnąłem. Najistotniejszym było to by Ślizgon był szczęśliwy i bezpieczny, a teraz przeszkadzał mu w tym właśnie ten niepozorny kamyczek.
Kiedy patrzyłem jak chłopiec chodzi w kółko szukając sobie jakiegoś zajęcia i kopiąc kamyki nie potrafiłem tak po prostu podejść i przerwać mu tego jakże pasjonującego zajęcia. Obserwowanie jego znudzonej, a tym samym sfrustrowanej twarzyczki wystarczająco mocno cieszyło moje serce. Był rozkoszny w tym, co robił i niewyobrażalnie piękny.
Po prostu był sobą, a to dla mnie było najważniejsze.

~ * ~ * ~

Czy to mógł być przypadek? Czy to możliwe, że za każdym razem potrafiliśmy wpaść na siebie tak nagle zupełnie przypadkowo? Innego wytłumaczenia nie było, a jednak nie potrafiłem uznać tego za zwyczajny zbieg okoliczności. To było zupełnie tak, jakby jakaś nadludzka siła chciała tego spotkania, podobnie jak i ja tego pragnąłem. Jak gdyby Bóg uśmiechał się za każdym razem, gdy widziałem Marcela i sam rozpalał we mnie całe to gorąco, jakie wtedy czułem.
A teraz, kiedy tak klęczał przede mną nie mogłem powstrzymać pojawiających się na twarzy wypieków. Chciałem zabrać nogę, którą trzymał, jednak nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu.
Mężczyzna zupełnie nie wydawał się zainteresowany mną a jedynie moją nogą. Powoli zdjął mój but i położył stopę na swoim udzie.
Czułem się dziwnie, kiedy to zrobił. Ludzie mijali nas, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Ot rodzeństwo, gdyż na ojca Marcel był zbyt młody, a ja zbyt dorosły by móc uchodzić za jego syna.
Nagle wszystko wokół jakby się rozpłynęło. Byłem tylko ja i on. Nauczyciel, który nie przejmując się niczym pomaga mi nawet w tak drobnej rzeczy.
Widziałem jak wytrzepuje kamyczek, który wypadł niemal od razu i kładzie mój trampek na ziemi obok siebie. Ponownie złapał mnie za kostkę, niesamowicie delikatnie, i otrzepał mi skarpetkę. Zaraz potem powoli zaczął zakładać mi but.
Wydawał się bez reszty pochłonięty tym zajęciem, jakby było to równie ważne, co jego obowiązki szkolne.
Zasłoniłem na chwilę twarz chcąc jakoś ochłonąć. Niestety, chociaż bardzo chciałem by moje dłonie były zimne i ugasiły płomień na policzkach, one jak na złość grzały dodatkowo. Nie było dla mnie ratunku i z pewnością musiałem spojrzeć w twarz mojego ukochanego czerwony i dodatkowo bardziej tym zawstydzony. Czułem się naprawdę głupio i byłem ciekaw czy kiedykolwiek zdołam wyrosnąć z takich dziecinnych odruchów. Poniekąd miałem teraz nowy cel do spełnienia, którego musiałem dążyć. Pozbycie się dziecięcych odruchów tak łatwego peszenia się i rumienienia było priorytetem.
- Gotowe. – nauczyciel dopiero teraz podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie niesamowicie ciepło, wręcz magicznie. – Coś jeszcze cię uwiera, czy już nie? – jego wzrok ponownie skupił się na moim trampku.
- N... Nie, już nic. – mruknąłem zdecydowanie zbyt nieśmiało. Nie chciałem by uważał mnie za dziecko, lub niezdarę, chociaż mogło już być za późno.
Jego jasne oczy uraczyły mnie zadowolonym spojrzeniem, a usta wygięły w tym samym wspaniałym uśmiechu, którym zawsze mnie obdarzały.
Chyba właśnie to tak bardzo mi imponowało. Zawsze był pełen ciepła, miły, wesoły i miał dla mnie czas. Uczniowie go uwielbiali, dziewczyny podkochiwały się w nim, a on traktował to z przymrużeniem oka, jak gdyby był tylko naszym starszym kolegą.
- Dziękuję! – przypomniałem sobie, że nawet tego nie powiedziałem i załamany uderzyłem się lekko w czoło.
Nauczyciel roześmiał się cicho. Złapał mnie za rękę i odciągnął ją od mojej głowy.
- To nic takiego – pocałował swoje palce i przyłożył do miejsca, które uderzyłem. Był niesamowicie cudowny!

~ * ~ * ~

Pogłaskałem go po głowie i nie potrafiłem ukryć czułości, jaką czułem względem niego.
- Nie wiem czy dobrze interpretuję to, co widziałem, ale chyba jesteś znudzony...
- Trochę... – pochylił głowę patrząc na swoje buty. Wyglądał tym bardziej niewinnie i dziecięco.
- Zaraz koło cukierni postawiono budkę z chichoczącymi lodami – podjąłem – Zapraszam cię na coś chłodnego, jeśli masz czas i ochotę oczywiście. – zaznaczyłem z powagą – Nie miałem jeszcze okazji spróbować tych lodów, ale słyszałem, że są naprawdę dobre i poprawiają humor... – patrzyłem na niego wyczekująco. Chciałem go jakoś zachęcić, jednak sam nie wiedziałem jak mógłbym to zrobić. Niesamowicie zależało mi na tym by przyjął zaproszenie.
Jego kasztanowe oczka rozbłysły a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wyglądał cudownie i nie spodziewałem się, że moja propozycja tak mu się spodoba.
- Ja też ich nie jadłem – powiedział nagle poważnie, jakby chciał by brzmiało to bardziej przemyślanie i może doroślej.
Z trudem powstrzymywałem śmiech, kiedy mój śliczny Anioł starał się zachowywać poważniej niż zawsze.
- W takim razie czuję się zobowiązany zaprosić cię.

~ * ~ * ~

I czy mógłbym mu odmówić? To nie wchodziło w grę. Wydawało mi się, że mogłem to potraktować, jako swoistą randkę z Camusem.
Spojrzałem na drzwi sklepu, w którym utknęła mama. Bałem się, że zaraz wyjdzie i wszystko się skończy, jednak przez te kilka sekund nic się nie stało.
- Przyjmuję zaproszenie – uśmiechnąłem się chyba pierwszy raz pewnie i bez skrępowania.
Zrównałem się z nauczycielem i pozwoliłem by poprowadził mnie do budki. Już z odległości dwustu metrów słychać było odchodzące od niej chichoty.
- To ona? – zapytałem zdziwiony. Nie spodziewałem się, że te lody chichoczą aż tak głośno.
- Tak, to ona – Marcel roześmiał się widząc moją minę.
Lody pełne były chichoczących czekoladowych drażetek, które podskakiwały, ale nigdy nie wychodziły poza obręb swojego smaku.
Nie wiem czy miały jakiekolwiek właściwości, ale już samo patrzenie na nie potrafiło poprawić humor. Z jakiegoś powodu nie mogłem wyobrazić sobie lepszej randki z nauczycielem jak właśnie ta. Ja, taki, jakim byłem i on, ideał nad ideałami, a wszystko to połączone chichoczącym, zimnym łakociem w piękny słoneczny wakacyjny dzień.
Na usta cisnęły mi się słowa „kocham, pana”, ale pozostały tam gdzie się zrodziły – w moim sercu – a na twarzy zakwitł tylko jeszcze szerszy uśmiech.

~ * ~ * ~

Pragnąłem spędzać z nim jeszcze więcej czasu. Całe życie byłoby niewystarczające bym mógł ostudzić swój zachwyt względem chłopca. Kochałem go!
W kącikach jego warg zebrały się resztki lodów i czekolady. Wyglądał naprawdę niesamowicie. Dziecinnie, jednak pięknie, jak dojrzały kwiat, który wyłonił się z niepozornego pączka, lub motyl, który z początku zaklęty w ciele nieporadnej gąsienicy rodzi się na nowo by ozdobić świat swoim istnieniem.
Uśmiechnąłem się patrząc na niego w tamtej chwili.
Moje umorusane maleństwo.
- Uchyl usteczka – poprosiłem cicho, a on może i nieświadomie wykonał moją prośbę.
Na świecie nie było niczego piękniejszego, słodszego i bardziej niewinnego niż on.
Przyłożyłem dłoń do jego policzka i kciukiem starłem resztkę loda z jednego, a następnie drugiego kącika. Fillip zarumienił się po raz kolejny, a ja pełen zachwytu nie potrafiłem ukryć uśmiechu.
Mój Anioł, mój skarb, całe moje życie.
„Kocham cię” pomyślałem.

niedziela, 7 czerwca 2009

Lettre

Uczniowie od tygodni nie myśleli już o szkole i nauce, ale o wakacjach. Snuli plany na najbliższe miesiące i nie przejmowali się uspokajającymi ich nauczycielami. Wręcz przeciwnie. Tym bardziej pozwalali sobie na odpływanie w marzeniach daleko poza mury zamku. Znalazła się może grupka tych, którzy już tęsknili za Hogwartem, a jeszcze nawet nie wyjechali. Część z nich z pewnością tęskniła za kolegami, z którymi musiała się rozstać, nie zaś za nauką, czy nauczycielami, a i oni chcieli odpocząć. Wśród grona pedagogicznego nie znalazł się chyba nikt, poza mną, kto chciałby by wakacje nie istniały, a uczniowie cały czas przebywali w szkole.
Nie wypuściłbym wtedy Fillipa za mury zamku, chyba, że na zajęcia, lub spędzanie przerw w słońcu pod drzewami. Miałbym go wtedy zawsze pod ręką i na widoku. Nie martwiłbym się, ze coś mu się stanie, że rozbije kolano, lub przetnie palec na źdźble trawy, lub łodyżce jakiegoś opornego kwiatka, a nawet gdyby tak się stało mógłbym od razu zaoferować mu swoją pomoc.
Czułem się jak tyran pragnący władzy absolutnej nad tym niewinnym, słodkim winogronem o rozkosznym, pełnym ciepła miąższu, czasami twardej skórce ograniczeń płci i gorzkich, nieprzyjemnych pestkach wieku. Egzotyczny owoc, który łączy w sobie gorycz i słodycz, a jednym najlepszym sposobem spożycia go, było zmieszanie całości i zaakceptowanie wszystkiego, co ze sobą niósł.
Tak właśnie było w przypadku Fillipa. Akceptowałem ograniczenia i pozwalałem by wszelki żal koiła rozkoszna buźka, dziecinne zachowanie i miłość, jaką do niego czułem.

W tym roku przypadło mi sprawdzić pokoje uczniów Slytherinu, gdy oni wchodzili zapewne właśnie do pociągu. To uniemożliwiło mi pożegnanie się z Fillipem w jakikolwiek sposób. Żałowałem, jednak musiałem wykonywać swoje obowiązki, nie zaś marzyć o przyjemności oglądania go, rozmowy, czy przypadkowym dotyku. Naturalnie pragnąłem tego, jednak było poza moimi możliwościami. Musiałem jakoś przeżyć te wakacje pamiętając tę rozkoszną istotkę z ostatnich zajęć.
Moje usta same wygięły się w uśmiechu. Delikatnym, subtelnym, może nawet radosnym. Nie mogłem powiedzieć, czy oczy zalśniły mi osobliwym blaskiem, jednak z całą pewnością cieszy podobnie jak wargi wspaniałym widokiem pokoju Fillipa. Skąpany w blasku i jasności intensywnego słońca, które grzało nawet przez szyby, pełen zapachów, kojącej barwy zieleni i niestety pusty.
Kiedy czuwałem nad snem Fillipa wydawał się inny. Mniejszy i może nawet przerażający. Musiał taki być skoro chłopiec miewał w nim koszmary. Teraz różnił się od tamtego pokoju, który pamiętałem, a jednak ciągle i niezmiennie był taki sam.

Podszedłem do łóżka mojego Anioła, który spędził w nim tę ostatnią noc roku szkolnego. Wydawało mi się, że czuję jeszcze ciepło jego ciała na pościeli, chociaż ogrzewały ją wyłącznie promienie słońca. Powoli powiodłem po niej palcami przenosząc je na poduszkę. Zamknąłem oczy, a w moim brzuchu poderwały się do lotu motyle. Jak zawsze, gdy myślałem o tym słodkim chłopcu.
Tutaj trzymał główkę, na tej poduszce spał i uśmiechał się przez sen. Ileż bym dał by śnił wtedy o mnie...
Chyba byłem dziecinny.

- Mój kochany Fillip – westchnąłem cicho i uchyliłem powieki. – Będę za tobą tęsknił.

Spojrzałem na szafkę nocną z zaskoczeniem stwierdzając, że nie jest całkowicie pusta. Na blacie leżał wolumin w grubej, jednak miękkiej oprawie zamknięty na kłódeczkę.

 

~ * ~ * ~

 

- Pamiętnik! – nabrałem powietrza w płuca, a kamień, który podchodził mi do gardła nagle opadł, dobił się i znowu zatrzymał wysoko.
To męczące uczucie, że o czymś zapomniałem znikło jednak zamiast tego pojawiło się inne. Strach przed tym, że ktoś przeczyta, co napisałem w pamiętniku. Otworzy go ciekawy, co to jest, przerzuci kilka kartek i zacznie czytać. Nie ważne jak dalece by go przekartkował. Musiałby trafić na wzmiankę o nauczycieli latania. One były wszędzie!
Ręce mi zadrżały, a kolana zaczęły dygotać. Nie zdążyłbym wrócić się do zamku. Było za późno. Prawdopodobieństwo, że nikt nie znajdzie pamiętnika zerowe. Zostawiłem go przecież na wierzchu by schować go na samej górze w kufrze.
Czy musiałem być aż tak nieporadny? Jeśli ktoś znajdzie go, przeczyta i powie Camusowi roztopię się ze wstydu! A jeśli da mu przeczytać? Co jeśli tak właśnie będzie? Profesor już nigdy więcej nie będzie chciał ze mną rozmawiać. To jest pewne! A ja wtedy umrę! Umrę ze wstydu i żalu, że zaprzepaściłem wszystko, co mogłem osiągnąć.
Mogłem poprosić Olivera by po niego pobiegł, ale to także było wykluczone. Pociąg odjedzie i chłopak nie będzie mógł wrócić do domu.
Byłem wściekły na siebie za to, że zapominałem o pamiętniku. W nim było zdjęcie Marcela zrobione z ukrycia!
Wgryzłem się we własną pieść.
Wstałem gwałtownie. Nie mogłem go tam zostawić. Sam pamiętnik nie był ważny, ale zdjęcie?! Ono było dla mnie wszystkim skoro nie mogłem podziwiać nauczyciela, na co dzień.
Serce biło mi jak szalone. Nigdy jeszcze nie czułem go tak dokładnie. Cała moja koszulka podskakiwała w rytm jego mocnych, bolesnych uderzeń. Łzy zbierały się w krtani i sprawiały ból.
Zdjęcie!
Pukanie w okno wydawało mi się tylko uderzeniami mojego serca, które słyszałem tak wyraźnie, a które rozrywały niemal moją głowę. Zamierzałem pobiec po pamiętnik od razu, jednak nogi wydawały się jeszcze na coś czekać.
Kolejne uderzenia palców o szybę. Do mojej świadomości coraz dokładniej docierało to, co się dzieje. To nie moje serce... Nie, z pewnością nie...
W mgnieniu oka odwróciłem głowę w tamtym kierunku. Mój pamiętnik! Był przyciśnięty do szyby. Nie było wątpliwości. Wystające z niego wstążki, kłódka na szyfr składający się z dwóch liter. To był mój pamiętnik!
Szybko znalazłem się przy oknie i otworzyłem je. Wziąłem wolumin do rąk i przycisnąłem do siebie. Z uśmiechem, który miał być podziękowaniem popatrzyłem na osobę, która mi go przyniosła.
Marcel!
Spłonąłem rumieńcem, a serce znowu wariowało. Musiał widzieć moją płonącą twarz, jak i słyszeć bicie serca. Chyba każdy w pociągu je słyszał.
Mój Marcel!
- Tylko ty, mój słodki, mogłeś zapomnieć o czymś tak ważnym – powiedział z rozbawieniem.
Uśmiechał się! Tak cudownie się uśmiechał i to był tylko mój uśmiech! Tylko dla mnie!

- Przepraszam, że pan musiał... – oddychałem tak szybko, że z trudem mogłem powiedzieć chociażby tyle.
- To nic. Dobrze, że jeszcze tu byłeś – skinął głową w jakże książęcym geście. – Uważaj na to, Aniele.
Odłożyłem pamiętnik na siedzenie i wyciągnąłem ramiona przez okno. Mężczyzna wydawał się w tamtej chwili czytać mi w myślach. Wyciągnął dłoń, a ja ją pochwyciłem ściskając nie za mocno, ale i nie nazbyt lekko.
Mój ukochany Camus. Tylko mój. Wyłącznie i jedynie. Nie oddam go nigdy nikomu. Nawet, jeśli on sam mnie nigdy nie zechce.
Chciałem przytulić się do tej gorącej dłoni. Ściskać ją i całować bez przerwy. Chciałem by mnie skryła jak maleńkiego owada chroniąc, przywłaszczając, zamykając na zawsze w tym cudownym więzieniu. Dla mężczyzny może i pełnym ojcowskiego ciepła, jednak dla mnie przepełnionym wielką, gorącą, prawdziwą miłością.
Mężczyzna wysunął dłoń z uścisku moich rąk bez przeszkód. Jakbym nie potrafił ścisnąć jej na tyle mocno by nie był w stanie nigdy jej zabierać. Pocałował lekko dwa palce i przyłożył je do moich warg.
Przymrużyłem oczy z rozkoszy, ale pociąg zaraz potem ruszył, a gdy ja znowu byłem w stanie skupić wzrok na otaczającym mnie pomieszczeniu nie było ani stacji, ani nauczyciela, jakbym wyśnił to na jawie. I nie miałem pojęcia, czy naprawdę zrobił coś takiego. Czy jego pocałunek rzeczywiście sięgnął moich warg dzięki tym ciepłym, delikatnym palcom.
I czułem, że tęsknię. Że potwornie boli mnie to rozstanie, a ja pragnę je przerwać, zatrzymać pociąg, wysiąść i wrócić do niego. Do mężczyzny, który był moim nauczycielem, a którego kochałem z każdą chwilą bardziej dorosłą miłością.

 

~ * ~ * ~

 

Pociąg oddalał się. Fillip zupełnie niknął mi z oczu, ale delikatne wargi zostawiły ślad na moich palcach w postaci drobniutkich, pieszczotliwych dreszczy.
Ale czy ja naprawdę się na to zdobyłem? Czy odrażałem się to zrobić?
Nie pamiętałem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, czy było to fantazją, czy naprawdę mój pocałunek sięgnął jego warg, nawet i jeśli za pośrednictwem palców.
Nie miałem pojęcia. To było jak sen. Zbyt krótki by go zapamiętać, zbyt piękny by zapomnieć.
Po prostu nie wiedziałem, czy to działo się naprawdę.

~ * ~ * ~

 

Spojrzałem na pamiętnik. Tylko on udowadniał mi, że Marcel tam był, że się z nim widziałem. To było niewiele, jednak dawało mi tę maleńką pewność, iż jednak się z nim pożegnałem.
To mi wystarczało, nawet, jeśli nic innego nie mogło być pewne.
Zmarszczyłem nos. Z pamiętnika cos wystawało. Wziąłem go do rąk i pociągnąłem za kawałek papieru.
List.
Wysunął się bez problemu. Wąska, kremowa koperta opatrzona drobnym drukiem brązowych kwiatków z boku. Nie zaklejona. Na wierzchu czarnym atramentem wypisano moje imię i nazwisko. Każda litera była staranna i kształtna. Jakby stawiana z wielkim rozmysłem. Pismo Marcela... Nie ulegało wątpliwości. Tak samo perfekcyjne jak cały profesor.
Napisał do mnie! Mój pierwszy w życiu list od niego! Ale jak to możliwe? Znalazł czas by napisać i wsunął go do pamiętnika?
Szalałem we własnym wnętrzu z radości. Najcenniejsza pamiątka na papierze, jaką mogłem zdobyć. Papeteria, atrament i jego dłonie, które dotykały listu, pisały go...
Przycisnąłem usta do papieru i pocałowałem.
Moje!
Usiadłem i z namaszczeniem otworzyłem list. Wyjąłem powoli kartkę. Kilka niesamowicie drobnych płatków wysunęło się wraz z nim. Powoli opadło na podłogę przedziału, jakby chciały stać się dywanem pod moimi stopami. Uśmiechnąłem się i zacząłem czytać.

~ * ~ * ~

 

Mon Ange,

Niewiele zostało nam czasu na rozmowę, lub pożegnanie, a rozstać się z Tobą bez chociażby słowa to prawdziwa udręka. Nigdy dotąd nie miałem tak słodkiego i zabawnego ucznia. To niemal nienaturalne, a jednak realne. I to też sprawiło, iż postanowiłem pożegnać Cię chociażby kilkoma słowami na papierze.

Poniekąd sposobność nadarzyła się, gdy zobaczyłem Twój pamiętnik na szafce. Doprawdy, nikt poza Tobą nie byłby w stanie zrobić nic słodszego. Muszę przyznać, iż z początku mnie to zaskoczyło, a w chwilę później powstrzymywałem śmiech. To cały Twój niesamowity czar i dziecinność. Jakkolwiek mocno bym się nie wysilał nigdy nie byłbym w stanie przewidzieć, jaką rozkoszną słodycz zafundujesz mi tym razem. Tym bardziej cieszę się, że mogliśmy dzielić przez ten rok tak wiele chwil pełnych Magii, której nie możesz nauczyć się w tej szkole, a którą możesz jedynie odnaleźć.

 

„Tak jak ja odnalazłem ciebie” pomyślałem i powróciłem do pisania.

 

~ * ~ * ~

 

            Znaczenia tej Magii musisz dojść samemu. Każdy potrafi ją odnaleźć w czymś innym. Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, iż jest ona tym, co pozwala człowiekowi dostrzec Niewidzialną Siłę, Idealną Miłość, samego Boga. Wybacz, że powołuję się na coś tak patetycznego jak wiara, w liście, który przecież mógł skończyć się na kilku słowach:

Do zobaczenia po wakacjach, uważaj na siebie.

Wychowany w wierze nie potrafię odwołać się do czegokolwiek innego, jak tylko do Boga. Mam nadzieję, iż zrozumiesz i przebaczysz mi to drobne uchybienie, którego jednak nie żałuję.

 

Uśmiechnąłem się pod nosem. Jakiż on był słodki i niewinny w tej wierze. Wychowany w duchu religijnym. Teraz to wiedziałem i szanowałem. Dostrzegłem Boga właśnie poprzez tę miłość, jaką go obdarowałem. Poprzez czar, jaki mężczyzna wokół siebie roztoczył.

I nagle zrozumiałem, o co mu chodziło. O jakiej Magii mówił.
Dla mnie była nią miłość do Marcela, dla innych mogło być niż piękno, przyjaźń, natura. Każdy znajdował ją zależnie od tego, co liczyło się najbardziej, co znajdowało się najgłębiej w sercu danej osoby.

Był naprawdę niesamowity! Niemal mistyczny w tym jak potrafił postrzegać świat, a właśnie to przecież mi przekazywał.

            Nie potrafię pojąć, jak ludzie mogą w Niego nie wierzyć, gdy cały ten Świat krzyczy, iż On istnieje i jest Wielkim Stwórcą. Bo czy całe to piękno mogło powstać samo? To niemożliwe. Wystarczy przyjrzeć się różnorodności stworzeń, idealnej konstrukcji i najdrobniejszym dopracowanym do perfekcji szczegółom, jakie dostrzec można wszędzie, od najmniejszego nawet listka, lub płatka, po całą masę mikroskopijnych stworzonek. A co najważniejsze wystarczy, że spojrzę na Ciebie, Fillipie. Twoja słodycz, radość, jaką potrafisz wywołać i czułość, która mnie ogarnia, gdy się spotykamy. To najlepszy z dowodów na Jego istnienie.

            Płatki, które wsypałem do koperty nie mogą nawet w najmniejszej części oddać znaczenia żadnych słów, które chciałbym ci jeszcze napisać. Nie mogę nazwać ich symbolem, jednak uważam, że pasują do tego listu. Ich kolor nie przypomina niestety słodkiej barwy Twoich policzków, gdy się zarumienisz, ale na swój sposób jest piękny. Ty jesteś Ideałem, więc jakże mógłbym cokolwiek z Tobą porównywać? Słodycz, jaką obdarzasz ten świat nie ma sobie równych.

Tak naprawdę chciałem tylko życzyć Ci udanych wakacji i prosić byś na siebie uważał. W końcu spotkamy się za nieco ponad dwa miesiące. Więc skąd tyle słów, które się pojawiły? Nie mam pojęcia.

            Oddaję pamiętnik, bezpieczny i zamknięty, taki, jakim zostawiłeś go w pokoju. Pozwalam sobie wsunąć w niego ten krótki list, napisany pod wpływem chwili, przypływu różnorodnych uczuć i wielkiego rozbawienia.

            Tak, więc, Fillipie, proszę, wybacz mi moją słabość i pozwól, iż powierzę Cię opiece zarówno Ojca, jak i jego Aniołów, w których poczet zaliczono i Ciebie.

            Spędź te wakacje najlepiej jak się da i mam nadzieję, że spotkamy się niebawem ponownie w Hogwarcie.

            Mam ochotę prosić Cię byś nie dorastał, jednak to byłoby zbyt samolubne z mojej strony. Tak, więc pozostawię to wyłącznie moim wewnętrznym odczuciom.

            Do zobaczenia, mój książę i oby, chociaż przez krótką chwilę na Twoich ustkach pojawił się uśmiech, gdy to czytasz. To takie moje małe nietaktowne życzenie.

Marcel Camus

 

Naprawdę się uśmiechałem. Przez cały czas. Szeroko wypełniony szczęściem i skrzydełkami.
Nagle stałem się taki spokojny. Chciałem wyczytywać ze wszystkich tych słów miłość, jaką mężczyzna mnie darzył, chociaż była inna niż ta, która płynęła z mojej strony.
Żałowałem, że profesorem kierowała ojcowska troska o mnie, ale równocześnie byłem niesamowicie szczęśliwy.
Moje serce biło powoli i równomiernie. Ukojone każdym słowem tak pełnym wiary. Teraz mogłem stawić czoła wakacjom!

Powąchałem list. Pachniał Camusem. Tym cudownym zapachem, świeżym i kojącym. Trawa, deszcz, kwiaty. On. Po prostu on.

Uklęknąłem i zacząłem zbierać płatki, które wypadły z listu. Powoli jeden po drugim. Nie mogłem przegapić ani jednego! Nie pozwoliłbym sobie na to. Postanowiłem, że kiedy tylko Oliver zjawi się z przedziale zaciągnę go do pomocy!

 

~ * ~ * ~

 

Chciałem napisać o wiele więcej, przelać całą miłość, jaką czułem na papier ubierając ją w słowa, które chociaż nie mogły oddać wszystkiego, zawsze miały jakieś znaczenie. I tak napisałem zbyt wiele i musiałem dodawać dodatkowe zdania, by moje uwielbienie dla chłopaka nie było tak widoczne.
A ileż wysiłku mnie to kosztowało? Gdyby nie mój Pan, nie zdołałbym nakreślić nawet jednego nawet słowa.

Bo niby jak napisać, że się kocha tak, by nie było tego widać?

A ja kocham całym sobą.